Kategoria:
listy-spod-rozy
Jest po 15:30 (tak, patrząc na różnicę między datami wtedy i dziś, minęło mnóstwo "po 15:30"), więc obiecana bułka ze śledziem. Zwykle bywało kilka rodzajów, ale po zadaniu standardowego pytania "Welche ist besser?[1]" wybierałam opcję bardziej kwaśną (pikle, cebulka, sałata, ogórek).
Ogród botaniczny (Usedoms Botanischer Garten Mellenthin), chociaż na pierwszy rzut oka wyglądał jak działeczka przyklejona do pobliskiej restauracji, okazał się ogromną przestrzenią, podzieloną na 14 ogrodów tematycznych. Początek ciepłego maja oznaczał kwitnące tulipany, rododendrony, drzewka owocowe i inne drobne kolorowe kwiatki. Miłe miejsce na spokojny spacer, tak na okrągłą godzinę, zwłaszcza że co jakiś czas dostępna jest ławeczka czy altanka. Wzbudziłam dziką radość dziecka, kiedy spróbowałam dotknąć wygrzewającego się i nieruchliwego zaskrońca, który nagle okazał się nadzwyczaj ruchliwy, powodując moje podskoki i krzyki (“mamo, a pokaż jeszcze raz, jak się przestraszasz”). Przed wejściem do ogrodu stoi klatka z puchatymi królikami i kurami.



Tuż obok ogrodu botanicznego znajduje się zdecydowanie jedno z ciekawszych miejsc w okolicy - otoczony fosą XVI-wieczny zamek (Wasserschloss Mellenthin). Żeby wjechać do środka, należy przejść przez rogatkę, gdzie uiszcza się opłatę 1 euro od wchodzącego; co jest miłe, koszt wejścia można odliczyć sobie od kawiarnianego rachunku. W zamku mieści się hotel, więc zwiedzanie jest ograniczone, można natomiast zjeść coś w zamkowej restauracji[2] i pokręcić się po ogrodzie na wyspie dookoła zamku. Hitem ogrodu okazała się samobieżna kosiarka Husqvarna, za którą Maj podążał, bo byliśmy ciekawi, czy nie zgrzmoci się do fosy. Nie zgrzmociła się, ale w pewnym momencie po podjechaniu do brzegu zaczęła błyskać kontrolkami i zawodzić rozpaczliwie. TŻ przestawił ją jak niezgrabnego żółwia przodem do ogrodu, ale nie pomogło. Polska przeprasza za nienaprawienie kosiarki.


Mikrokościół na wzgórzu obok zamku, otwierany do zwiedzania, jak ktoś akurat jest
Zoo w Bansin (Tropenzoo Bansin) reklamowane jest jako najmniejszy ogród zoologiczny Niemiec i hm, jakby to powiedzieć, użycie określenia “zoo” jest sporym nadużyciem. W zasadzie to średniej wielkości podwórko, na którym stoi kilkanaście niewielkich klatek, zaś w środku budynku jest kilkanaście terrariów. O pomstę do nieba wołają “polskie” opisy pod niemieckimi i łacińskimi, ewidentnie zarobił tu tłumacz automatyczny, który nie zrobił dobrej roboty. Kilka sympatycznych małpek, papuga udająca telefon i gady w akwariach, ale to wszystko; jeśli ma być to cel podróży, a nie krótki przystanek podczas spaceru - nie warto. Zdecydowanie większą przyjemność miałam z kanapki ze śledziem i plaży w Bansin, gdzie tak samo ładnie jak we wszystkich nadmorskich miasteczkach (zdecydowanie nagroda należy się pomysłodawcy postawienia tablic z nazwą miejscowości na końcu mola, bo przynajmniej wiadomo, która to plaża).



GALERIA ZDJĘĆ.
Adresy:
- Usedom Botanische Garten, Chausseeberg 1, Mellenthin
- Wasserschloss Mellenthin, Schlossallee 5, Mellenthin
- Tropenzoo Bansin, Goethestr. 10 Seebad Bansin
- Rhodos, restauracja grecka, Seestraße 28, Heringsdorf
- Casa Italia, restauracja włoska, Seestraße 18, Seebad Ahlbeck
- Bistro Zum Bierkutscher, Seestraße 83, Heringsdorf
[1] Uczyłam się niemieckiego równe 6 lat, ale ponad 20 lat temu, więc jak się rozkręcę, to nawet wygłaszam zrozumiałe dla rozmówcy zdania i często rozumiem odpowiedź, chyba że nie, a wtedy przechodzę na angielski.
[2] Gotówka i karta EC, zupełnie nie dziwi w przypadku Niemiec.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 4, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Moje dziecko, mimo że zodiakalna Panna, jest wodnikiem albo syreną - uwielbia się moczyć i nie ma opcji, że omijamy jakikolwiek basen. Rozczarowane temperaturą Bałtyku (dzieci są wytrzymałe, ale jednak nie na tyle, żeby w maju wejść do lodowatej wody) zdecydowanie lobbowało za ciepłym. A że pojechaliśmy w tereny kąpielisk, Ostseetherme okazały się idealne również dla mnie, nieco zmęczonej intensywnością ostatnich dni. Termy mieszczą się w Heringsdorfie (zwanym Śledziowem) i tuż obok mają wieżę widokową (za marne euro od osoby).
PS Dementuję plotki, jakobym się zdrzemnęła w termach na leżaku, kiedy reszta rodziny pływała i była w łaźni parowej. Czytałam i może na chwilę przymknęłam oko.
GALERIA ZDJĘĆ.
Świnoujście niestety z braku czasu i ogarnięcia nie dostało wystarczającej uwagi, a szkoda. Skupiona głównie na opcji niemieckiej, po stronie polskiej bywałam popołudniami, przy okazji spożywczej. Przepiękna plaża, wiatrak na końcu falochronu, spacer wzdłuż Świny koło fortów, Park Zdrojowy, promenada wzdłuż plaży - i to by było na tyle. Podjęłam nawet heroiczną próbę obejrzenia o poranku kościoła z zawieszoną pod sufitem korwetą (o poranku, bo tylko ja miewam ataki alergii, reszta śpi), ale poszłam do innego kościoła (nie mam nic na swoje usprawiedliwienie) i nic nie zobaczyłam. Podobnie wyszło z próbą dotarcia do kawiarni z punktem widokowym na wieży dawnego kościoła luterańskiego - młodzież zobaczyła plac zabaw, a potem jednak wszyscy uznali, że są głodni. I tak, o.
GALERIA ZDJĘĆ.
Restauracje:
- San Francisco Cafe & Restaurant, Uzdrowiskowa 16 - ryby i kuchnia europejska
- Cafe Amsterdam - Uzdrowiskowa 12 - śniadania
- Czuć miętą - Uzdrowiskowa 20 - lody i gofry
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek maj 3, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Do Pennemünde, leżącego na północy wyspy Uznam, pojechaliśmy głównie po to, żeby wejść na łódź podwodną. Luźno też planowaliśmy zwiedzanie muzeum Historyczno-Technicznego, mieszczącego się w starej elektrowni. Na miejscu okazało się, że radziecki okręt podwodny z lat sześćdziesiątych, zwany Juliett, aktualnie ma przerwę techniczną i nie można na niego wejść, zaś samo ogromne muzeum II wojny światowej, zimnej wojny i podboju kosmosu zostało oprotestowane przez młodzież, której niebacznie zdradziłam, że następną atrakcją jest farma motyli. Rookie mistake, nie powtarzajcie tego błędu. Obejrzeliśmy łódź z zewnątrz po konsultacjach z sympatycznym panem ze sklepiku z pamiątkami, z którym usiłowałam konwersować moją podłą niemczyzną, po czym - nauczeni doświadczeniem - skorzystaliśmy z lokalnej gastronomii, ponieważ śniadanie się zdążyło przez 35 minut podróży strawić i wszyscy stwierdzili, że są głodni. Lokalna gastronomia jest niedroga, mieści się albo na stateczkach albo w budach opodal i ma absolutnie obłędnego śledzia w bułce (inni wybrali curry wursta albo frytki). Po drugiej stronie portu, w którym można spędzić sporo czasu, kręcąc się dookoła stojących łodzi (pąkle! są oblepione przez pąkle!), jest malutkie Muzeum Morskie z modelami statków, zabawkami i makietami oraz radzieckim okrętem do zwiedzania. Okręt z jednej strony czekającą na motyle marudę zachwycił, z drugiej nieco przestraszył, bo ciasno, ciemno i mnóstwo zakamarków. Zdecydowanie warto na dłużej (i nie mówić młodzieży, co potem).
Więcej: Muzeum Historyczno Techniczne - niestety, strona teoretycznie po polsku, ale tłumaczona chyba autotranslatorem; łódź podwodna. Tu pierwszy raz natknęliśmy się na parkowanie z plakietką - trzeba kupić na stacji benzynowej niebieski kartonik z "zegarem" i można parkować darmo w ramach dozwolonego limitu. Nie zsynchronizowałam tego zakupowo, więc - jak zwierzęta - wrzucaliśmy nieekonomicznie euro do parkomatu.

W Trassenheide główną atrakcją jest wprawdzie Dom na głowie, ale z lenistwa (to miał być leniwy wyjazd, dużo siedzenia na plaży i patrzenia w horyzont, tak?) i ze względu na młodzież wybraliśmy farmę motyli. Przemiłe miejsce o tropikalnym klimacie (wilgotno, gorąco, duszno), umieszczone w dużej hali, pełne zieleni, egzotycznych kwiatów i latających swobodnie motyli. Nieco chłodniej jest na wystawie owadów - w gablotkach setki egzemplarzy - i w insektarium, gdzie w akwariach są żywe owady (również pająki, brr) i gady. Cena biletu jest dość słona, ale w ramach opłaty można odwiedzić placówki w innych miastach: Świat Minerałów w Heringsdorfie i Galerię Szkła w Zinnowitz.
Więcej: strona farmy, Wiesenweg 5, Trassenheide.
Zinnowitz to kurort letni, z piękną (prawie 3 kilometrową) piaszczystą plażą. Przy ponad 300-metrowym molo można zjechać pod wodę w podwodnej gondoli - sporym pomieszczeniu w stylu kawiarni, które całkowicie zanurza się pod wodę. Teoretycznie podczas zanurzenia ogląda się podwodne życie Morza Bałtyckiego (zwanego tu Ostsee, Morzem Wschodnim), ale w praktyce widać tylko zielonkawą, mętną wodę. Podobno w słoneczny letni dzień widać coś więcej, niestety w nieco pochmurne majowe popołudnie nie było widać zupełnie nic, aczkolwiek absurdalnie i tak jest to emocjonujące. Całość trwa ok. 40 minut, sympatyczny przewodnik opowiada cudności, niestety tylko po niemiecku, oraz - ponieważ niewiele widać - odbywa się krótki seans filmu 3D o tym, co można by zobaczyć pod powierzchnią Bałtyku, gdyby było jaśniej i woda mniej mętna (oczywiście również po niemiecku). Poza tym Zinnowitz wygląda jak wszystkie nadmorskie, śliczne miasteczka - promenada, kosze, plaża, muszelki. Nie zostaliśmy na obiad, chociaż parę restauracji było zachęcające, bo zlokalizowaliśmy w Heringsdorfie uroczą restaurację hinduską (niestety nie mogę jej zlokalizować w internecie, w każdym razie jest przy przelotówce).
Strony i adresy:
GALERIA ZDJEĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 2, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Tytułem krótkiego wstępu - Świnoujście traktowaliśmy głównie (niestety, ale o tym później) jako bramę do niemieckiej części Uznamu. Tuż za uroczo umowną granicą można było jechać wzdłuż wybrzeża (albo iść plażą do pierwszych trzech, bo są w odległości spacerowej), mijając Ahlbeck, Heringdorf, Bansin, Koserow, Zinnowitz, Trassenheide i docierając wreszcie do Peenemünde. Drugą trasą, w kierunku wsi Kamminke, można zrobić umowne kółeczko, odwiedzając Zamek Stolpe, Ogród Botaniczny pod Usedom, Zamek Wodny w Mellenthin, Raj papug/Świat Guliwera w Pudagli, a do Świnoujścia wracając wzdłuż wybrzeża.
Granica z mostkiem / Granica bez mostka
Zamek Stolpe to rezydencja położona na wschód od miasta Usedom. Piękny przykład, jak można dbać o zniszczone w czasach NRD zabytki. Z zamku wypruto wszystko, co przypominało, że to zamek - wieżyczki, stolarkę, ozdoby - korzystając tylko z samej bryły. Od 1996 roku gmina sukcesywnie odnawia zamek, dodając kolejne pokoje. Można go zwiedzać prawie w całości (darmo, jest skrzyneczka na dobrowolne datki), jeśli nie odbywają się w nim akurat biletowane imprezy kulturalne. Z dwóch wieżyczek o krętych schodach, od wspinania na które bolą łydki i ten miesięń z tyłu uda, jest widok na sielską okolicę, na parterze jest kawiarenka, a na piętrze i poddaszach mała galeria sztuki, antykwariat i wyposażone w meble z epoki pokoje rodziny hrabiowskiej. W budynku obok otwarta również pomiędzy lanczem a obiado-kolacją restauracja, zatrzymaliśmy się tylko na kawę i ciastko dla Mai (a potem żałowałam, bo koło 16 ciężko było cokolwiek znaleźć; już kolejnego dnia nauczyłam się, że mniejszy posiłek koło 12:30-13 zdecydowanie poprawia dobrostan).
W Pudagli jest tzw. atrakcja turystyczna - Świat Guliwera, do której podjechaliśmy trochę na zasadzie "no, skoro jest po drodze", okazała się zawierać w pakiecie papugarnię, która okazała się główną atrakcją wyjazdu (oczywiście oprócz samobieżnej kosiarki, ale o tym wkrótce). W niedużej hali fruwa kilkadziesiąt papug, które można nakarmić, chętnie wchodzą na rękę czy ramię, a jeszcze chętniej zaczynają obgryzać wszystko, co błyszczące - TŻ stracił część skuwki przy sznurku od kaptura. Sam Świat Guliwera - gipsowa makieta ogromnej postaci (do której można wejść i posłuchać bicia gipsowego serca czy dotknąć gipsowej trzustki), kilka dużych grzybów, guliwerowe gadżety adekwatnej wielkości - specjalnie nie powala, atrakcja raczej dla młodszych dzieci. Dla nieco starszych jest skakalnia, a dla rodziców hamaki, żeby odczekali, aż młodzież się wyskacze, okazjonalnie odpluwając drobnym piaskiem, bo akurat tego dnia dotkliwie wiało i pył potem zmywałam zewsząd, gdzie mógł się dostać - brwi, uszu czy nasmarowanych oliwką skórek przy paznokciach.

Ahlbeck to pierwsze, patrząc od polskiej granicy, z tzw. cesarskich uzdrowisk (Kaiserbäder) - piękne nadmorskie miasteczko z konsekwentnie niską zabudową, z szeroką plażą z białym piaskiem, absurdalnie prawie pustą w porównaniu z zatłoczonym Świnoujściem, gdzie i Polacy i Niemcy. Przyznam, że są dość podobne do siebie - zbudowane na podobnym planie, z podobną architekturą, różnią się długością molo, tabliczką na końcu (bardzo przydatne!). Wszystkie - równo - są idealne na nic-nie-robienie: siedzenie na plaży (jak się uda złowić kogoś od wynajmu koszy - to w koszyku), spacer po molo, przejście się po deptaku, lody, bułkę ze śledziem (o czym więcej za moment) czy kolację.



GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 1, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Chciałam zacząć od tego, że uległam podszeptowi złego i wybrałam się z dzieckiem (i piętnastoma innymi dziećmi, klasa III szkoły podstawowej) na wycieczkę. Ale to nie tak, że był to tylko podszept, bo i tak w kwietniu musiałam wybrać zaległy urlop i uzyskałam w ten sposób marzenie korpoludka, czy czterodniowy tydzień z wolnymi piątkami oraz zwyczajnie przyszło me dziecko, zrobiło oczka jelonka Bambi i zapytało, czy nie pojadę. To pojechałam. Centrum Edukacji Regionalnej i Przyrodniczej w Mniszkach to zespół folwarków, w których dla młodszych dzieci odbywa się szereg warsztatów z szeroko pojętej etnografii - wyplatanie z wikliny, pisanie gęsim piórem, pranie (hit również wśród chłopców), lepienie z gliny i toczenie na kole garncarskim. Podejrzewam, że tak z ulicy nie da się wjechać i zwiedzić, najwyżej z zewnątrz plus - jeśli się nie ma wielkiego zamiłowania do folkloru - całość jest do obejrzenia w pół godziny, bo tematyka raczej nie dla dorosłych.
Jak na kwiecień - upalnie, szczęśliwie większość zajęć odbywała się w cienistych i chłodnych salach. Zapanowanie nad wrzeszczącą i rozbiegającą się jak stado królików czeredą było ogarnialne, zwłaszcza że oprócz mnie była trójka dorosłych, z czego dwie osoby z wykształceniem i praktyką pedagogiczną. Problemem okazał się dojazd autobusem. Droga do była jeszcze całkiem względna - dzieci wyspane, zajęte spożywaniem zabranego drugiego śniadania i obczajaniem wyposażenia autokaru, natomiast z powrotem przypomniałam sobie, czemu nie jestem fanką wycieczek zorganizowanych. Jedno dziecko śpiewa jedną piosenkę. Drugie i trzecie dziecko śpiewają inną. Czwarte dziecko śpiewa cały czas to samo w kółko. Piąte powtarza "No to jedziemy autokarem" i symuluje karabin maszynowy za pomocą opuszczania podłokietnika (tu już mi opadło i zasugerowałam, że jeśli jeszcze raz strzeli z karabinu, to urwę mu uszy). Szóste, siedzące z tyłu, kopie w mój fotel. Kolejne się biją. Jeszcze następne symulują odgłosy wymiotów, bo podobno ktoś tam dalej kiedyś miał chorobę lokomocyjną. Jest gorąco, stoimy w korku w Przeźmierowie, a jeszcze nie dojechałam do ostatnich siedzeń, gdzie wszyscy się przekrzykują. Udało mi się nawet przeczytać kawałek Żulczyka, ale nie wiem, czy wiele zapamiętałam. W każdym razie widoki ładne.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 20, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 1 komentarz
- Skomentuj
To notka podyktowana w zasadzie już tylko przedwiosenną tęsknotą za ciepłem i kolorem, niczym więcej. Ale ponieważ czasem pojawiają się pytania, poniżej kilka porad związanych z Teneryfą (oczywiście absolutnie anegdotycznych i subiektywnych).
Jak dolecieć: tu niestety mogę udzielić odpowiedzi wymijającej, bo ze względu na brak czasu na szukanie okazji poszłam do biura podróży i kupiłam wyjazd w pakiecie z hotelem. Według szybkiego wyszukiwania w sieci - z wielu lotnisk (Pyrzowice, Modlin, Balice, Berlin-Schoenefeld) latają tanie linie, można optymalizować koszt zwłaszcza poza sezonem.
Mywalit - guilty pleasure TŻ-a / Poznań wita
Drogi na wyspie, chociaż kręte, często absurdalnie pod górę i wąskie, nie są niebezpieczne. Kierowcy przestrzegają ograniczeń, na mijankach grzecznie przepuszczają, podczas 5 dni, kiedy jeździliśmy po wyspie, nie trafiliśmy na żadną niebezpieczną sytuację. Oczywiście nie jest bardzo komfortowo, jak droga wspina się pod ostrym kątem, a moc silnika niewielka; podobnie jeśli kończy się benzyna, a do najbliższej stacji może być spory kawałek. Samochód wypożyczyliśmy w hotelu (mieszkaliśmy w małej miejscowości, a ze względu na terminy, chcieliśmy wypożyczyć auto w sobotę, a okazało się, że lokalna wypożyczalnia jest zamknięta, bo w listopadzie niesezon), ceny przyzwoite (taniej niż w sezonie na Sycylii).
Hotel - mieszkałam w La Quinta Park Suites w małej miejscowości Santa Ursula. Wprawdzie najbliższa plaża była 8 km dalej, w Puerto de la Cruz, ale na terenie hotelu jest basen i spa, do tego cisza i świetne jedzenie (nie polecam opcji "śniadanie + obiadokolacja", mimo robienia sporych tras wróciłam 2 kg cięższa, spisek).
Co warto przywieźć?
- Sosy mojo rojo (czerwony, z ostrą papryczką) i mojo verde (zielony łagodny, z kolendrą i pietruszką) - dostępne w chyba każdym markecie (nie tylko w okolicach turystycznych) w dwupaku za niewielkie pieniądze.
- egzotyczne dżemy i chutneye - z papryki (z cynamonem i goździkami), z kaktusa, z banana (z cynamonem i rumem) czy z papai i pomarańczy.
Jeśli nie chcecie ryzykować nadbagażu, można dostać przetwory w małych słoiczkach 100 ml (da się przewieźć w podręcznym).
- Savia de Palma - miód palmowy/syrop palmowy, płynny, gęsty słodki syrop, pozyskiwany z lokalnych palm.
- likier z drzewa smoczego (drag's liquer) - niskoprocentowy napój alkoholowy (20%) z draceny; największy wybór w sklepie przy Draco Milenario w Icod de los Vinos.
- lokalne wina - tu nie sugeruję konkretnych, bo wypiliśmy kilka na miejscu, nie przywieźliśmy do domu. Warto pytać nawet w mniejszych sklepach.
Widok na dolinę z tarasu hotelu
Bungalowy z trasą do minigolfa, zagłębie kotów i jaszczurek
Widok na zatokę, niestety bez zejścia do plaży
Przyjazny lokales
Zwinna jaszczurka / Ogródki przy bungalowach
GALERIA ZDJĘĆ (lot i hotel).
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 19, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[1-2.02.2018]
Największym pechem jest lecieć w delegację w ciekawe fotograficznie miejsce: a) podłą, ciemną zimą, b) tylko z planem na siedzenie w biurowcu, kiedy światło dzienne, c) z rosnącą gorączką podczas tych kilku godzin przed lotem powrotnym. Poza przejmującym zimnem i poczuciem absolutnego zniechęcenia światem, zarejestrowałam tylko trochę kolorów i faktur. I niezłą włoską restaurację (służbowo).





GALERIA ZDJĘĆ.
Restauracja: Das Leben Ist Schön - Hanauer Landstraße 198 (kuchnia włoska).
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 2, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[9-10.12.2017]
Najpierw mieliśmy spotkać się z A. i jej chłopakami na miejscu, w Muzeum Techniki. Ponieważ różne rzeczy po drodze, minęliśmy się. Przerzucając się sms-ami i wiadomościami, spotkałyśmy się w przelocie następnego dnia na śniadaniu. Szkoda, bo i chłopaki chcieli się z Mają spotkać, i ja z A. zamienić kilka słów, bo w Poznaniu jakoś też się tak samo mijamy. W każdym razie sobota w grudniowym Berlinie przewidywalnie miła - Spectrum (nieustająco Domek Czarownicy robi zamieszanie w błędniku), restauracja Athena na Tempelhofer Ufer i spacer po Kurfürstendamm do jarmarku przy Gedächtniskirche. Przy okazji odwiedziłam sklep firmowy Taschen, gdzie jednak zaskoczyło mnie, że książki są raczej tylko po niemiecku. Szczęśliwie da się wszystko zamówić przez Internet i mimo okresu przedświątecznego przesyłka z prezentem po angielsku przychodzi w ciągu kilku dni do Polski.
Odbicia / Prąd / Domek czarownicy
Energia powietrza / Mgła / Transport
U-bahn
Kurfürstendamm / Gedächtniskirche
Następnego dnia udało nam się nie spotkać z K. i P., ponieważ przedłużyło nam się śniadanie, potem krążyliśmy dramatycznie po okolicach Wyspy Muzeów, szukając miejsca do zaparkowania, a dodatkowo kupiłam bilety do Pergamonu on-line, co gorąco polecam, bo omija się kilometrowe kolejki (ale omija się też opcję na spotkanie ze znajomymi, więc coś za coś). Gorąco polecam, bo powiedzieć, że Pergamon robi wrażenie, to nic nie powiedzieć. Nie jest ważne, czy to, co widać w muzeum, zostało odtworzone z garstki kamieni (oraz w jaki sposób pozyskanej), efekt jest taki, że weszłam, opadła mi szczęka i tak krążyłam z półotwartymi ustami, próbując ogarnąć wzrokiem kawał historii starożytnej. Brama Ishtar - 14 metrów wysoka, 30 metrów szeroka, zupełnie nie dziwi mnie pełna przechwałek inskrypcja króla o tym, po co jest brama (żeby się zachwycić i paść na kolana, zdecydowanie cel osiągnięty mimo upływu tysięcy lat). Mnóstwo lol-contentu na płaskorzeźbach - nic tak nie cieszy 8-latki jak szukanie kolejnych scenek, na których ludzie-orły cieszą się, że mają wiaderko i owocek. Fantastyczne arabskie dywany, z dużą nutą smutku, bo sporo tych pięknych rzeczy zniszczało w Syrii wraz z ludźmi, którzy byli potomkami autorów. Bardzo konkretnie planuję całą Wyspę na jakiś letni dzień.
Inskrypcja / Źródło inspiracji "Niekończącej się opowieści"
Człowiek orzeł ma wiaderko i owocek / Kciuki aprobaty

Berlinerdom, Trzy dziewczęta i chłopiec, wreszcie jarmark przy St. Marienkirche.
GALERIA ZDJĘĆ
Poprzednie wizyty: "Spectrum" - 2016 i 2014; jarmark przy St. Marienkirche 2014, 2013 i Gedächtniskirche 2014.
W tle "Avalon" Roxy Music. To płyta bezczasowa, pasuje i do grudniowych wspomnień, i do lutowej rekonwalescencji.
Adresy:
Taschen Berlin - Schlüterstr. 39.
Restauracja hinduska Appka - Maybachufer 23.
Restauracja grecka Taverna Athene - Tempelhofer Ufer 12.
Pergamonmuseum - Bodestraße.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 10, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 7 komentarzy
- Skomentuj
[3.11, 7-8.11.2017]
Oczywistym chyba jest, że wyjazd w deszczowym, szarym i zimnym listopadzie w miejsce, gdzie słońce, palmy[1], piasek i grzeczna temperatura 20-25 stopni, jest pomysłem bardzo dobrym.
Puerto de la Cruz, turystyczne miasto na północy wyspy, to taki Sopot - wzdłuż wybrzeża promenada z hotelami, sklepami i restauracjami, ładna, wakacyjna architektura, w głębi dla odmiany hotele i centra handlowe, a do tego czarne plaże. Z opcji centrów handlowych niespecjalnie skorzystaliśmy, chociaż Wyspy Kanaryjskie to strefa niskich podatków i teoretycznie wszelkie dobra luksusowe są nieco tańsze, za to z plaż - i owszem. Od wschodu można się wykąpać na dość kamienistej i niezbyt wygodnej Martiánez, od zachodu - na znacznie przyjemniejszej, z idealnie gładkim piaseczkiem, Playa Jardín (chociaż akurat dwa dni z rzędu trafiliśmy na czerwoną flagę i mega fale, uniemożliwiające wejście dalej niż na kilka metrów w głąb wody). Dla fanów latarni morskich - jest bardzo ciekawa - nowoczesna, nie można niestety wejść, ale stanowi ładny akcent, zwłaszcza o zachodzie słońca.
Po mieście chodzą luzem małe kurki.
Promenada koło Playa Martiánez
Playa Jardin / Latarnia morska / Playa Martiánez
Pani bardzo entuzjastycznie reagowała na oblewanie przez fale
Czego nie udało mi się zobaczyć w Puerto Cruz, a żałuję: ogrodu botanicznego (Jardin Botanico), parku Taoro, ogrodu orchidei (Jardin de Orquideas de Sitio Litre) i Miejskiej Hali Targowej (Mercado Municipal).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Nieustająco kiwam się w wewnętrznym osłupieniu, że ja ośmioletnia nie uwierzyłabym sobie, że będę spędzać nie dość, że wakacje pod palmami, to jeszcze w listopadzie. Przez pierwsze osiem lat życia byłam z rodzicami na wczasach zakładowych w Ustce, Kołobrzegu i Karpaczu oraz z wizytami u rodziny w Warszawie, pod Warszawą i w okolicach Białowieży.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ja wiem, że Kanary to przede wszystkim plaże i ciepło, ale chociażby tylko dla możliwości spojrzenia z góry na chmury, kłębiące się poniżej wulkanu, warto wjechać na Teide.
Nie opowiem, jak to zrobić, żeby dostać się na sam czubek, bo to opcja wymagająca pozwolenia i/lub nocowania w schronisku, a ja - oczywiste - jestem na to za leniwa, ale mam znajomych, co owszem. Wybrałam opcję wjechania samochodem pod stację kolejki linowej, wjazd kolejką i krótki spacer w górę (w moim przypadku bardzo krótki, o czym za moment). Co warto zrobić, to kupić bilety on-line przed wjazdem - teoretycznie kupuje się je na określoną godzinę, ale w razie czego można je prawie do samego końca przełożyć na później; dodatkowo, system rezerwacyjny informuje mailem o tym, że konkretnego dnia kolejka nie jeździ z powodu kiepskich warunków atmosferycznych i pozwala na zmianę terminu w ramach wolnych miejsc. Bilety - tak jak do Obserwatorium - kupowałam na stronie www.volcanoteide.com; są różne opcje (sam wjazd, przewodnik, wjazd połączony z wizytą w Obserwatorium) oraz warto poszukać kodów (aktualnie działa "wyspy-szczesliwe10" na 10% zniżki).
Po drodze na Teide są dwa parkingi, oba bezpłatne - jeden niżej, mniejszy, na jakieś kilkadziesiąt samochodów, można zaparkować i wejść do stacji kolejki po stromiźnie (co zapewne nie zajmuje kwadransa, ale to już jak kto lubi), drugi większy tuż przy stacji kolejki, oba bywają zatłoczone, ale jest dość płynny ruch i miejsce się znajduje (oczywiście jak się ma bilety i za 5 minut upływa termin, to bywa gorąco). Wszędzie wiszą ostrzeżenia, że na górnej stacji (wjazd z 2356 na 3555 m n.p.m.) temperatura spada drastycznie, a odczuwalna bywa poniżej 0. Czy sprawia to, że ludzie nie wjeżdżają w sandałach lub w odzieży bez rękawów? Ależ. Sam wagonik ma ładowność 44 osoby i zwykle tyle wjeżdża, więc aż do wyjścia ze stacji jest w miarę ciepło, ale potem już zdecydowanie nie. Jak wyżej już przeczytaliście, nie weszłam zbyt wysoko, chociaż ze stacji można iść w górę jakieś kilkaset metrów. Nie ze względu na zimno (chociaż wiało upiornie i grabiały palce podczas robienie zdjęć), ale ze względu na ciśnienie - wysokość odczuwałam głównie w zatokach szczękowych, co dało taki efekt, jakby bolały mnie wszystkie zęby z tyłu szczęki. Nie polecam. Nawet jak o tym teraz piszę, to mnie boli!
Sam wulkan to kupa kamieni, ale jak się patrzy w dół - jest przepięknie. Zbocza są porośnięte zielono i rudo, są kaktusy i krzewinki. I chmury. Wtem świat u stóp i wiadomo, że to bzdura, że chmury są zrobione z pary wodnej, a nie z waty cukrowej.
Tędy pieszo na Teide
Krajobraz marsjański / Dojazd przez lasek / Kolorowe przy drodze
Można wejść trochę wyżej niż stacja kolejki
Wagon w paśniku / Przy podporze się gwałtownie kołysze
Parking pod dolną stacją
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 8, 2017
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj