Kategoria:
maja
[20-23.05.2024]
Zdjęcia będą, kiedyś[1]. Ale aktualnie z różnych względów otrząsa mnie, jak mam usiąść i przejrzeć, nie wspominając o delikatnej obróbce, żeby w oko nie kłuły. Nie problem ze zdjęciami, a ze mną i obowiązkami, co się ciągną jak ogonek za liskiem. A napisać chcę teraz już, bo memoria coraz bardziej fragilis est.
Skąd Praga w ogóle? To efekt lekkomyślnego rzucenia na szkolnym czacie, że jak klasa nastolatki będzie chciała jechać do Pragi (tej czeskiej, nie warszawskiej), to ja mogę robić za przewodnika. Rzuć czymś takim i nagle masz do przygotowania plan wyjazdu do zaakceptowania przez kuratorium (zdałam!), budżet do policzenia, komunikację do ogarnięcia i lądujesz na lotnisku Vaclava Havla z 19 nastolatkami. I trzema dorosłymi.
Plan był ambitny, wykonanie nieco mniej. Zamiast spaceru z Dejvic na Wzgórze Petřinskie, wieży, kolejki i powrotu przez Valdštejnską zahradę był park Letna, gdzie niedorostki igrały na trawie oraz plotkowały w skupiskach. Park Letna skądinąd bardzo przyjemny, widok z góry na Wełtawę i Nowe Miasto wart wszystkich pieniędzy. Hradczany udało się obejrzeć w całości, chociaż na Złotej Uliczce już nas złapał deszcz, ale do Muzeum Kafki trafiliśmy w okolicach 17 i nie sprzedano nam biletów, chociaż czynne było do 18. Nie żeby nastolatki narzekały, wystarczająco ich zaskoczyła rzeźba Cernego na podwórku. W Josefovie przeszliśmy przez 4 synagogi z 7, bo konkurencją okazał się sklepik z lodami i kilka sklepików z pamiątkowym badziewkiem. Ominęłam Lucernę ze Świętym Wacławem na zdechłym koniu, za to zaprowadziłam młodzież do Głowy Franza Kafki, zahaczając o Orloj, gdzie niestety święci bynajmniej nie maszerowali. Na Moście Karola nie było tłumów! Miminki na Kampie, Ściana Lennona (“A kto to był Lennon?”), najwęższa uliczka, metro. Nikt się permanentnie nie zgubił, chociaż czasowo i owszem, złośliwie powiem, że tu nie młodzież była problemem, było trochę teenage drama, ktoś skaleczył się w palec, jedną sztukę prowadziłam za rękę przez most, bo się bała, a moja osobista nastolatka kazała mi udawać, że się nie znamy i chyba dobrze się spisałam.
Po tym wyjeździe marzę o Pradze samemu albo z kimś, kto lubi chodzić, jeździć metrem, nie marudzi, nie pyta co 5 minut “a tak w kilometrach to daleko jeszcze i w ogóle zapomniałom, gdzie idziemy, powtórzysz?” i nie chce jadać w KFC.
[1] EDIT: Zdjęcia!
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 17, 2024
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[12.08.2021]
Czasem jest tak, że są świetne plany, ale nie wszystko wychodzi, jak trzeba. Otóż mamy w rodzinie schizmę w kwestii nawigacji. TŻ używa wynalazku o nazwie Sygic, którego nienawidzę, ponieważ trzeba mu podać dokładny adres w formie ulicy, najlepiej z numerem, a czasem chcę pojechać w miejsce, które takiego adresu nie ma. Dodatkowo Sygic ma paskudną cechę wybierania drogi Najkrótszej, ale Niekoniecznie Najlepszej, przez co jesteśmy ciągnięci przez bruk, czyjeś podwórko (prawie że zahaczając o suszące się na sznurach pranie) czy objazd polną drogą przez 8 kilometrów, ponieważ S. upiera się, żeby nie zawracać. Z kolei TŻ uparcie twierdzi, że Google Maps, którego używam do Planowania Tras i Znajdowania Miejsc, to nie nawigacja. Wracając do meritum, po zaparkowaniu pod zamkiem Hrubá Skála (za opłatą), chciałam wybrać się ma niezbyt zaawansowany spacer po górskich ścieżkach, bo punkty widokowe, ostańce, malownicze wąwozy, przeciski i inne formacje skalne. Problem w tym, że czasem dramatycznie się nie rozumiem z Google Maps i idąc w najbardziej logiczną stronę oddalam się od celu. Long story short, po przejściu kilometra stwierdziłam, że chyba nie idziemy na Mariánską vyhlídkę, tylko w drugą stronę, więc zarządziłam powrót, przyznawszy się, że ni cholery nie wiem, gdzie idę. Z pełnego irytacji braku konsensusu co do kierunku, wróciliśmy na kawę i lody na zamek, co poprawiło morale. Z zamku też widoki przepiękne, zwłaszcza z zamkowej wieży. Kawa pyszka, lody oryginalnie z Włoch. Zamku nie można zwiedzać, chyba że się jest gościem hotelowym, a żeby wejść do restauracji, należy wykupić bilet wstępu, co dla kilku osób dyskutujących pod budką z biletami było punktem zapalnym (swoją drogą zabawne, nie pamiętam, w jakim języku podsłuchiwałam, na pewno kłócący się nie mówili po polsku ani po angielsku, a rozumiałam). Na przyszłość chętnie przyjmę mapę, jak dojść do wspomnianej Mariánskej vyhlídki. Z perspektywy czasu mogliśmy zwyczajnie pójść losową drogą i na pewno coś byśmy zobaczyli, ale było upalnie, a młodzież tego dnia nie była chętna na spacery (nie żeby w inne dni była, po prawdzie); może warto było najpierw kawę, a potem plener? Sam zamek - koniecznie.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 1, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[3.06.2021]
Listę “Co można we Frankfurcie nad Odrą” miałam sporą, ale kiedy wreszcie dotarliśmy do Frankfurtu właściwego, ominęliśmy Ogród Botaniczny (i, mniejszymi literami, kilka parków, ale tego już nie mówiłam rodzinie) i od razu skierowaliśmy się w kierunku Starówki i posiłku. Na Starówce, mimo że nieduża, można spędzić sporo czasu, bo i kościół Mariacki z wieżą do wspinania się (o tym mówiłam, i słyszałam “no chyba ty”), i muzea, i pomniki architektury socrealistycznej. Ponieważ to była pierwsza wyprawa w tym roku, po obiedzie wygrała opcja leniwa (no nawet ja) i poszliśmy na plac Brunnen, ja pooglądać przedziwną, wieloelementową fontannę ze strumieniem, w której moczyły się stada dzieci, młodzież pozyskała lody. Na finał zakupy w REWE, bo to w zasadzie był cel wyjazdu, nakupiłam niemieckiej spożywki i chemii, b. zadowolona.
Widok z placu Brunnen na kościół Mariacki
Biblioteka
Korweta rodzinna na parkingu
Pozostałości DDR
Kościół Mariacki
Comic-Brunnen
Oderturm
Fontanna Siedmiu Kruków (i innych dziwnych rzeczy) / Wieża kościoła Mariackiego
Muzeum Sztuki Współczesnej (następnym razem!)
Nirwana - może niewyględne, ale pyszne
Adresy:
- Nirwana - restauracja indyjska, Marktplatz 3
- Komiksowa fontanna - Brunnenplatz 4
- Eiscafé Bellini - Karl-Marx-Straße 7
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 12, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[3.06.2021]
Jednym z największych problemów w pandemii (oczywiście poza samą chorobą) jest dezinformacja, czy to w sprawach ważkich jak kwestionowanie pandemii czy sensu szczepień, czy to w sprawach drobnych typu do kiedy obowiązuje jakiś zakaz i gdzie. Przed wyjazdem do Niemiec długo usiłowałam znaleźć jedno spójne miejsce, które mi wyjaśni, czy: w przestrzeni publicznej muszę nosić maseczkę (nie, ale czasem tak), czy muszę nosić maseczkę FFP2 lub FFP3 (nie, można nosić też chirurgiczne, ale odpadają materiałowe samoróbki czy chusty), czy wolno jeść w restauracji (wolno!) oraz czy wyjeżdżając i wracając tego samego dnia muszę gdzieś wyjazd rejestrować, a co za tym idzie, czy w grę wchodzi konieczność testowania, kwarantanny czy okazywania paszportu szczepień (nie, bo mały ruch przygraniczny już jest możliwy). I nie, nie znalazłam takiego aktualnego miejsca, bo nawet oficjalne strony informacyjne zasypane są zdezaktualizowanymi informacjami nawet sprzed roku.
Drugą przeszkodą w misternym planie wycieczki była trudność w znalezieniu Schloß Kagel w podfrankfurckim miasteczku Müllrose, albowiem - jak się okazało - w ogóle go nie ma. Lokalizacja Google wskazywała na domy mieszkalne, street view w Niemczech raczej nie ma, a brak zdjęć oczywiście nie dał mi do myślenia. Nie ma tego złego, miasteczko jest urokliwe i położone nad prześlicznymi jeziorami - Kleiner i Großer Müllroser See - z krajobrazami prawie jak w Szwajcarii; czy moje dziecko błyskawicznie zapałało chęcią wypożyczenia roweru wodnego i popłynięcia w jezioro? Być może (szczęśliwie jeszcze nie sezon, ale pogoda była wyjątkowo piękna, prawda). Młodzież pozyskała czekoladową babeczkę (tu zwaną Schoko-bombe), co pozwoliło jej doczekać do obiadu. O czym niebawem.
Promenada / Zabytkowy młyn (Müllroser Mühle)
Czy kula działa jak soczewka? Być może / Okolice ryneczku
Adresy:
- Bäckerei Dreißig - Markt 9
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 5, 2021
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 2 komentarze
- Skomentuj
[4.10.2020]
(Będzie i o sobocie).
Miało padać po południu, więc rozczarowana byłam bardzo, kiedy o poranku zza okna przywitał mnie półmrok i mżawka przechodząca w sieknącą ulewę. Awaryjnie, zamiast Ogrodu Japońskiego, zaproponowałam Muzeum Sztuki Współczesnej opodal, mając nadzieję, że kiedy będziemy nasiąkać sztuką zamiast deszczem, pogoda się ogarnie. Żeby Was nie trzymać w niepewności, tak, pogoda się ogarnęła, ale muzeum okazało się być świetnym miejscem z trzech powodów. Po pierwsze sztuka współczesna. Wszyscy znajdą Rafaela, Wenus z Milo, sceny batalistyczne Matejki czy konie Kossaka, bo to jeszcze da się ogarnąć w szkole. Z rzeźby i malarstwa po II wojnie światowej to już tak nie za zbytnio, kilka sztandarowych obrazów Beksińskiego, prowokacje Kantora czy rzeźby Abakanowicz. A tu się można ocierać o dużo dobra, od obrazów przez instalacje, plakaty do rzeźb - jest Chwistek, Witkiewicz, Jarema, wspomniany Kantor i Beksiński, Cybis czy Mikulski (na widok którego oczywiście rzuciliśmy jednocześnie z TŻ "O, Ferdynand Wspaniały"). Nie było nudne nawet dla młodzieży, która - i tu przechodzimy do drugiego powodu - żyje w estetyce "ładnie", że trzeba równo, realistycznie i nie wychodzić poza kartkę, co owocuje dyskwalifikującym podejściem "nie umiem, więc nie zacznę". Wtem okazuje się, że można robić sztukę "brzydką", niepokojącą, z użyciem dziwnych materiałów, z zabawą fakturą, nie wiadomo o czym. Jakie to jest dobre i otwierające! Trzeci powód to sam modernistyczny budynek, zwłaszcza kratownica projektu architekta Hansa Poelziga, gdzie kawiarnia i takie światło, że nie mam słów.
Pawilon Czterech Kopuł
Pawilon Czterech Kopuł / Centralna część budynku
Beksiński / Mikulski
Hala Poelziga
A skoro nastało słońce, przez Pergolę i obok Fontanny Multimedialnej, przeszliśmy do Ogrodu Japońskiego. Nie jest duży, ale urokliwy; karpie i żaby, kamienna ścieżka, po której można z zachowaniem pewnej ostrożności przejść suchą nogą po brzegu stawu, klony i rzeźba.
Fontanna Multimedialna z widokiem na Halę Stulecia
Pergola
Ogród Japoński
Joga na trawie
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 18, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[29.08.2020]
To nie tak, że trafiłam do dzielnicy Marzahn (a konkretnie
Marzahn-Hellersdorf) śladami serialu ”Dogs of Berlin [1]; okazało się, że przypadkiem właśnie tu mieszczą się Ogrody Świata, całkiem świeży obiekt rekreacyjny dla dużych i małych. Celowo podjechaliśmy od strony Hellersdorfer Strasse, żeby zacząć od kolejki gondolowej - wejść jest więcej, ale wtedy kolejka jest typowo rekreacyjna; bilet na kolejkę jest w dwie strony z opcją przystanku przy wieży widokowej i torze saneczkowym (warto zachować do wyjścia z obiektu, bo inaczej może być smutno). Na wieżę widokową można windą w opcji dla leniwych, ze szczytu przepięknie widać blokowiska Marzahn i Hellersdorf, w tym najdłuższy mural świata (przejeżdżałam obok, przepiękny!). Młodzież oczywiście nie odpuściła zjazdu saneczkami (takimi korytkami na szynach), ja nie jestem fanką przeżyć ekstremalnych, ale wyraziłam ostrożną chęć - nie było dramatu, trochę panikowałam przy zakrętach, na szczęście projektanci byli lepszymi inżynierami niż ja. Młodzież oczywiście zachwycona, choć narzekała, że można było szybciej, więcej i bez powolnego powrotu pod górę.
Same ogrody, do których można albo ponownie przejechać kolejką, albo przejść się piechotą ze wzgórza widokowego, są spore i mają mnóstwo prześlicznych zakątków. Niektóre kawałki były zamknięte (oranżeria balijska czy labirynt), niektóre ominęłam, bo wycieczka była głodna, więc muszę wrócić za rok, zwłaszcza że w 2021 mają otworzyć dwa nowe ogrody. Najciekawszy chyba był Ogród Chrześcijański (Christlicher Garten) ze złotym płotem z biblijnych wersetów, piękny Ogród Japoński, nader przyjemny zwłaszcza w upalny dzień Ogród Wodny i pachnące obłędnie Rozarium. Dla młodzieży młodszej plac zabaw, dla starszych kawiarnie.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Za to już zupełnie celowo pojechałam zobaczyć budynek zwany Bierpinsel, ale o tym w następnym odcinku.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 19, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 1 komentarz
- Skomentuj
[22.07.2020]
Można prosto autostradą do Poznania, ale można też pokręcić się nieco po mniej uczęszczanych drogach. Do Świebodzina pojechaliśmy po okulary do pływania, bo młodzież się tak pakowała, że zapomniała (podobnie jak dolnych części garderoby, przez co miała jedną parę legginsów, przypadkiem mokrych oraz dresiwo, co to je zabraliśmy na wyprawę do bunkrów, nieco przyciepłe na letni dzień). Brakujące lżejsze gatki kupiłam młodzieży w najstarszym centrum handlowy (wiem, że stary żart, ale dalej mnie bawi) w cieniu żelbetonowego Króla Polski. I naprawdę nie czepiam się samego pomnika, bo jest estetyczny i starannie wykonany. Ale ten kontekst. Oraz rodzina nie pozwoliła mi na obejrzenie Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, nad czym ubolewam, zachwycona zewnętrzem budynku.
Pałac w Gliśnie można obejrzeć z zewnątrz, w środku są biura Ośrodka Postępu Rolniczego; budynek jest w dobrym stanie, ale w takim stopniu pomiędzy zadbaniem i niezadbaniem jak pałac w Miłosławiu - nie ma przyciągać zwiedzających. A szkoda, bo to naprawdę ładne miejsce. Można też po parku, chociaż wszędzie straszą, że do piknikowiczów wyślą policję. Chciałam zatrzymać się też niedaleko, w Nowej Wsi, ale tu z kolei pałac był ściśle ogrodzony i niedostępny.
W drodze. Śmieszne nazwy miejscowości: Poźrzadło, Ledow, Niedźwiedź, Nietoperek, Pieski, Cibórz czy Rudgerzowice.
Wreszcie Międzyrzecz. Najlepsza restauracja wyjazdu - grecka "Zorbas" (Garncarska 2, zupełnie niewyględna okolica koło bazarku); nie mam zdjęć, bo zanim się ogarnęłam, to już wszystko zjadłam. Krótki spacer dookoła zamku, bez zwiedzania, bo tuż przed zamknięciem oraz zakatarzona młodzież miała wszystko za złe; park i posągi męczenników w parku.
Mural przy wjeździe
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 9, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[20-22.07.2020]
Najzabawniejszą rzeczą, jaką odkryłam przy okazji wizyty w Łagowie - mieście z krzyżem maltańskim w herbie i będącym wieloletnią własnością zakonu Joannitów - że przez 14 lat mieszkałam w Suchym Lesie, który od XII-XIII wieku był również w rękach tego zakonu. Zaskoczka. Tyle że w Suchym Lesie po Joannitach śladu już nie ma, w przeciwieństwie do pięknie położonego nad jeziorami Łagowa. Pozostał zamek, w którym można nocować[1], bo hotel i spożywać, bo niezła restauracja. Miejsce świetne na kilka dni, zwłaszcza jak pogoda.
Jezioro Trześniowskie, widok spod Zamku
Widok z wieży / Widok z okna pokoju
Brama Marchijska
Jadalnia w atrium
Jezioro Trześniowskie / Widok z wieży
Jezioro Łagowskie
Ogród smaków / Jezioro Trześniowskie
Zamek od strony jeziora
Pozostając przy obiektach wysokich - w Łagowie można wspiąć się na ceglany wiadukt z początku XX wieku, z którego to (wiaduktu, nie wieku) widać przepiękną panoramę Łagowa, zwłaszcza o zachodzie słońca. Na Instagramie uczynni ludzie donoszą (oczywiście post factum), że wcale nie trzeba się wspinać schodkami, tylko można wejść jak sołtys za blokami. Jak będziecie, to możecie sprawdzić (źródło). Pozostałe zabytkowe bramy - Polska i Marchijska - są niewspinalne, można przejść pod lub obok.
Wiadukt kolejowy
Schody na wiadukt / Bruk pod wiaduktem
I jeziora. Chyba najpiękniejsze, jakie widziałam. Przejrzyste, z fauną ochoczo pomykającą pod i nad powierzchnią, z sitowiem i - jak to konsekwentnie określił Majut - pałowiem[2] na brzegach. Z plażami, pomostami i uroczymi domkami na brzegu, co można zaobserwować z roweru wodnego. Pływanie rowerem zasadniczo mnie relaksuje, nawet specjalnie nie miałam zakwasów po 2 godzinach pedałowania, natomiast jednak jest to rozrywka, której warto oddawać się bez towarzystwa osoby bez instynktu samozachowawczego, która balansuje z tyłu roweru, co chwila pyta się, co byśmy zrobili, jakby jednak przypadkiem wpadła do wody w ubraniu i co drugą chwilę sugeruje, że ona wie, że nie tak się umawialiśmy, ale jakby jednak skoczyła do wody i popływała dookoła roweru, to by było przednio i no szkoda, że nie mogę skoczyć. Żeby nie było, czas wolny w wodzie był, chociaż bardziej przy brzegu; na tyle intensywnie, że dziecię wróciło z siarczystym katarem.
Jezioro Łagowskie
Chcę ten domek / Jezioro Łagowskie
Planowałam rundkę po bunkrach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, albowiem lata temu na jednej ze sławetnych Imprez Integracyjnych do bunkrów nie weszłam[3], ale z katarem do pasa to jednak bez sensu, więc zamiast tego mogę z czystym sumieniem polecić Łagowski Park Linowy również w czasie pandemii[4]. Młodzież zachwycona, dla rodziców są leżaczki i hamaki w sadzie jabłoni.
Adresy:
- Zamek Joannitów - ul. Kościuszki 3, hotel, restauracja, wieża widokowa. Śniadania ogromne i różnorodne.
- Restauracja pod Lipami - ul. Zamkowa 11; tzw. bezpieczny klasyk obiadowy plus pizza. W środku raczej nie polecam, ale ogródek w miarę luźno zastawiony.
- Ogród Smaków - ul. Zamkowa 2, bistro i kawiarnia z widokiem na jezioro. Pyszne ciasta.
- Park Linowy Łagów, ul. Podgórna
Brama Polska
Śniadanie w hotelu; można jajecznicę i sadzone na ciepło / Obiad
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Mam trochę tak, że noclegi w (polskich) zamkach to raczej prestiż niż wygoda. Jakkolwiek części wspólne są zwykle wyremontowane - tutaj to wspaniała sala jadalna - tak infrastruktura i meble pamięta okres Funduszu Wczasów Pracowniczych. Zdecydowanie zamieniłabym skrzypiące przy każdym ruchu łóżka i zdezelowaną kabinę na coś nowocześniejszego. Codzienne wspinanie się po setce stromych schodów, żeby na śniadanie czy do pokoju aż tak mi nie przeszkadzało, ale ja po schodach mogę bez problemu. Za to widoki z okna czy z wieży widokowej, dostępnej darmo w ramach noclegu - przepiękne.
[2] Liście - listowie, pałki (wodne) - pałowie. Logicznie. Szkoda tylko, że sitowie nie pochodzi od sita.
[3] Firma, w której pracowałam sporo lat (kto zna, ten wie) wpadła w pewnym momencie na pomysł robienia imprez w tzw. formule niespodzianki, co oznaczało, że pracownicy dostawali szczątkowe informacje typu “weźcie pełne buty, kurtki i zapas wody”. Wycieczka do MRU z noclegiem w Łagowie zaplanowana była w postaci toru przeszkód - przejście po linach nad rzeką, przejażdżka quadem i terenówką, wieża widokowa, kajaki, pieszo przez las, rowery po polnej drodze, zjazd na linie do bunkra i zwiedzanie bunkrów z przewodnikiem. Szybko okazało się, że misterny plan podzielenia 100+ osób na zespoły zaowocował opóźnieniami na każdej “atrakcji” (około dwudziestej busy zaczęły zwozić zespoły, które utknęły na trasie, a dzień rozpoczął się zbiórką o 7 rano), w upalny dzień nikt nie zaplanował na trasie wody, więc kiedy dowlekłam się po przejażdżce na za wysokim, topornym rowerze pod bunkry, odmówiłam dalszych rozrywek i zamiast bunkrów leżałam w trawie, patrząc w niebo. Niebo spoko. Bunkry może kiedyś.
[4] Tak jak w parku linowym obsługa była w maseczkach, korzystający byli w odległościach od siebie i obowiązkowych rękawicach, tak w samym Łagowie wirusa przecież nie ma. Ludzie się tłoczą, w sklepie spożywczym kasjerka wyjaśniła mi, że noszenie maseczek jest niekonstytucyjne, ona nie nosi, a i mi radzi, żeby zdjąć, niektóre restauracje szły na rekord z gęstością stolików. Ratowało nas tylko to, że byliśmy w tygodniu, więc ludzi było o wiele mniej niż podobno w każdy weekend. W pobliskim Świebodzinie i Międzyrzeczu świadomość zagrożenia już była zdecydowanie inna.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 30, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[6.06.2020]
Poprzednio pojechaliśmy z trzyletnim, mocno niechętnym Majutem, nieco za późno, więc nie wpuszczono nas do pałacu. Teraz Majut był bardziej chętny, a do pałacu zdążyliśmy przed wysypem wycieczki na rowerach, więc zarówno wnętrza (w maseczkach), jak i park (bez maseczki) mieliśmy w zasadzie dla siebie. Must have dla uczniów i fanów Mickiewicza oraz dla wielbicieli architektury dworkowej i mebli z epoki. Park nurza się w późnowiosennej zieleni, maki, łubin i naparstnica. Na punkt widokowy opodal znowu pojechałam bez długiego obiektywu i znowu było zachmurzenie. Do trzech razy sztuka.
Kolumny z zewnątrz / od środka
Sufit na bogato / Rzut na żyrandol
Składany stolik[1] z masą perłową / Sala z fortepianem
Korytarz na bazie łuku / Prasówka z epoki
Detal / Ogród Zosi
Szerszy plan / Paproć
Ogródek Zosi / Mak
Kościół w Brzostkowie / Pałac w Śmiełowie
GALERIA ZDJĘĆ oraz wcześniejsze wizyty Śmiełów 2012 i punkt widokowy w Żerkowie 2019.
[1] Świetny patent. Złożony jest płaski i stoi za drzwiami.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 20, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[24.05.2020]
Palmiarnia była prezentem księcia Jana Henryka von Hochberg dla żony, Daisy. Na bogato, bo sprowadził z całej Europy drzewa i krzewy, a całość wyłożył tufem wulkanicznym, którego kilka wagonów sprowadził z Sycylii spod Etny (to już wiecie, kto rozkrada Sycylijczykom wyspę).
Tym razem dostępna była większa część ekspozycji, w tym zamknięte w listopadzie wybiegi dla pawi i lemurów; zdjęć lemurów nie mam, bo a) poruszały się szybko, b) były za zasiatkowaną szybką, c) było gorąco, tym bardziej, że w maseczkach. I jak rozumiem ideę, to jednak Palmiarnie są kiepskimi miejscami, żeby oddychać w materiał. O konieczności maseczki przypomina mocno zirytowana obsługa z maseczką dla komfortu pod nosem.
Majut nabrał zwyczaju proszenia o “pamiątki” (bądź zbierania ich gdzieniebądź); niestety po zakupie lub znalezieniu “pamiątka” ląduje w losowym miejscu i się kurzy, staram się więc kanalizować tę chęć w coś użytkowego. Ponieważ po wizycie w poznańskiej Palmiarni na Majowym parapecie stał samotny kaktus, obiecałam mu rodzinę z Książa. Efekt poniżej. Najwyższy kudłaty pochodzi z Poznania, rojnik ukradłam spod bramy sąsiadów (bo im wyszedł ze skalniaka i zaanektował okolicę), a reszta to właśnie łupy z książeńskiej Palmiarni. Miseczka - Brico, a różowa doniczka jest za mała.

Tak jak się spodziewałam, Pijalnia Wód Mineralnych była zamknięta ze względów epidemicznych. Park i okolica - nie, piękne miejsce na spacer, chociaż może niekoniecznie w butach na obcasach ze względu na liczne przewyższenia (na swoją obronę mam, że poprzednie 2,5 miesiąca spędziłam w domu w dresie i MUSIAŁAM wyprowadzić na spacer pantofle dla odmiany).
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 13, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Maja -
- 0 komentarzy
- Skomentuj