Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Parks and Recreation

Przy okazji “Devs” przypomniałam sobie, że nie miałam okazji napisać kilku słów o “Parks and Recreation”, jednym z lepszych seriali o administracji państwowej w USA. Formuła jest nieco podobna (chociaż oczywiście diabeł tkwi w szczegółach) do “The Office” - to mockumentary, pokazujące widoczną dla bohaterów kamerą niezależną relację z zachodzących wydarzeń i mikrowywiady, w których bohaterowie dodają swój komentarz. Tak, brzmi nudno i przez część pierwszego sezonu miałam trochę podejście typu “meh, o co ten hałas”, ale jakimś cudem wjechało 7 sezonów i żaden z nich mnie nie zmęczył. Zaletą serialu jest zróżnicowana grupa postaci - od Leslie Knopes, wiecznej prymuski z kilogramami segregatorów, zawierających plany na każdą sytuację, przez Rona Swansona, sarkastycznego prepersa, nienawidzącego rządu i konksekwentnie pracującego nad rozwaleniem systemu od wewnątrz do April, Asystentki Chaosu czy Toma, cynicznego hipstera/przedsiębiorcy i Donny, kobiety enigmy o wielu talentach (o Jerrym nie warto wspominać, kogo obchodzi Jerry). Zaczyna się niepozornie - od konieczności przekonania Urzędu Miasta, że dziura w ziemi po nieudanej inwestycji wymaga zasypania, bo stanowi niebezpieczeństwo dla mieszkańców. W ciągu kolejnych sezonów pojawiają się kolejne absurdy, rywalizacja, uczucia i zdrowa dawka ironicznych obserwacji na temat USA.

W ramach darmowego dodatku - jesienno-zimowe zdjęcia z poznańskich parków:

Park Wilsona (8.11.2020) Sołacz (10.01.2021) Stare Zoo (17.01.2021) Smutny ibis w śniegu Liski polarne!

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Fotografia+, Seriale, Moje miasto - Tagi: ogrod-zoologiczny, solacz, park-wilsona, stare-zoo - 0 komentarzy - Skomentuj


Parks and Recreation

Przy okazji “Devs” przypomniałam sobie, że nie miałam okazji napisać kilku słów o “Parks and Recreation”, jednym z lepszych seriali o administracji państwowej w USA. Formuła jest nieco podobna (chociaż oczywiście diabeł tkwi w szczegółach) do “The Office” - to mockumentary, pokazujące widoczną dla bohaterów kamerą niezależną relację z zachodzących wydarzeń i mikrowywiady, w których bohaterowie dodają swój komentarz. Tak, brzmi nudno i przez część pierwszego sezonu miałam trochę podejście typu “meh, o co ten hałas”, ale jakimś cudem wjechało 7 sezonów i żaden z nich mnie nie zmęczył. Zaletą serialu jest zróżnicowana grupa postaci - od Leslie Knopes, wiecznej prymuski z kilogramami segregatorów, zawierających plany na każdą sytuację, przez Rona Swansona, sarkastycznego prepersa, nienawidzącego rządu i konksekwentnie pracującego nad rozwaleniem systemu od wewnątrz do April, Asystentki Chaosu czy Toma, cynicznego hipstera/przedsiębiorcy i Donny, kobiety enigmy o wielu talentach (o Jerrym nie warto wspominać, kogo obchodzi Jerry). Zaczyna się niepozornie - od konieczności przekonania Urzędu Miasta, że dziura w ziemi po nieudanej inwestycji wymaga zasypania, bo stanowi niebezpieczeństwo dla mieszkańców. W ciągu kolejnych sezonów pojawiają się kolejne absurdy, rywalizacja, uczucia i zdrowa dawka ironicznych obserwacji na temat USA.

W ramach darmowego dodatku - jesienno-zimowe zdjęcia z poznańskich parków:

Park Wilsona (8.11.2020) Sołacz (10.01.2021) Stare Zoo (17.01.2021) Smutny ibis w śniegu Liski polarne!

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 17, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Fotografia+, Seriale, Moje miasto - Tagi: ogrod-zoologiczny, solacz, park-wilsona, stare-zoo - 0 komentarzy - Skomentuj


Jasper Fforde - First Among Sequels

Dziurawe sito mojej pamięci sprawiło, że odczułam długą przerwę, jaką miałam od lektury ostatniego tomu cyklu (prawie 8 lat, nie spodziewałam się, że aż tyle!), mniej więcej pamiętałam bohaterów poprzednich tomów, ale akcji - zupełnie nic[1]. 52-letnia Thursday mieszka w Swindon z rodziną - uratowanym z łap Goliatha Landonem i trójką dzieci. Pracuje w firmie o dźwięcznej nazwie ACME, zajmującej się instalacją wykładzin i dywanów, trochę nuda, ale zarabia na życie, podczas gdy Landon pracuje z domu, usiłując napisać książkę. Tyle że nie do końca to prawda - ACME jest przykrywką, Thursday w dalszym ciągu jest agentką literackiego oddziału Spec-Opsów, śledząc i unieszkodliwiając uciekinierów ze świata literackiego. Ale i to nie jest jedynym zajęciem Thursday, która w dalszym ciągu znika na całe dnie w Świecie Literatury, gdzie pracuje jako jedyna przedstawicielka Świata Zewnętrznego w ramach Jurysfikcji. A, i jeszcze zarabia na nielegalnym handlu walijskimi serami (chociaż ten wątek mógłby być bardziej rozbudowany, chyba że wróci w kolejnej części). Osią tego tomu jest odkrycie, że czas się kończy, a ochoczo korzystający z możliwości podróżowania w czasie Chronostrażnicy dowiadują się, że nikt nie wynalazł możliwości cofania się w czasie, więc wszystko, co robili do tej pory, nie miało prawa się wydarzyć. Sytuację ma uratować syn Thursday, Friday, który został/zostanie Chronostrażnikiem, tyle że wcale tego nie chce mimo próśb i gróźb, również ze strony samego Fridaya (tego, który został/zostanie Chronostrażnikiem; skomplikowane, jak wszystkie zabawy z czasem). Pobocznie, Thursday szuka Felixa8, sługusa złej Aornis, który ma wobec niej złe zamiary i przygotowuje do pracy w Jurysfikcji kadetki - Thursday5 (fikcyjną wersję występującą w nieudanej powieści “The Great Samuel Pepys Fiasco”) i, niespodziewanie, Thursday1-4 (fikcyjną wersję z tomów 1-4, niezbyt zgodną z rzeczywistością, bo rozwiązłą i brutalną).

Czego mi brakuje z poprzednich tomów, to więcej alternatywnego świata realnego z początków cyklu - wojna o Krym i konsekwencje polityczne, imperium Goliatha odgrywa tu rolę poboczną. Mroczny epizod na Dylemacie Moralnym jest dość ponury, ale chyba najbardziej nie fair jest wyjaśnienie, czemu córka Thursday, Jenny, nie pojawia się w tym tomie. Pojawia się za to dodo Pickwick, ale zdecydowanie za mało, tyle że dostaje pasiasty kubraczek, wydziergany przez Thursday5 na drutach.

[1] I serio, znowu muszę przeczytać całość, a tylko dwie pierwsze po polsku. Ratunku.

Inne tego autora tu.

#17

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2021

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2021 - 5 komentarzy - Skomentuj


Jasper Fforde - First Among Sequels

Dziurawe sito mojej pamięci sprawiło, że odczułam długą przerwę, jaką miałam od lektury ostatniego tomu cyklu (prawie 8 lat, nie spodziewałam się, że aż tyle!), mniej więcej pamiętałam bohaterów poprzednich tomów, ale akcji - zupełnie nic[1]. 52-letnia Thursday mieszka w Swindon z rodziną - uratowanym z łap Goliatha Landonem i trójką dzieci. Pracuje w firmie o dźwięcznej nazwie ACME, zajmującej się instalacją wykładzin i dywanów, trochę nuda, ale zarabia na życie, podczas gdy Landon pracuje z domu, usiłując napisać książkę. Tyle że nie do końca to prawda - ACME jest przykrywką, Thursday w dalszym ciągu jest agentką literackiego oddziału Spec-Opsów, śledząc i unieszkodliwiając uciekinierów ze świata literackiego. Ale i to nie jest jedynym zajęciem Thursday, która w dalszym ciągu znika na całe dnie w Świecie Literatury, gdzie pracuje jako jedyna przedstawicielka Świata Zewnętrznego w ramach Jurysfikcji. A, i jeszcze zarabia na nielegalnym handlu walijskimi serami (chociaż ten wątek mógłby być bardziej rozbudowany, chyba że wróci w kolejnej części). Osią tego tomu jest odkrycie, że czas się kończy, a ochoczo korzystający z możliwości podróżowania w czasie Chronostrażnicy dowiadują się, że nikt nie wynalazł możliwości cofania się w czasie, więc wszystko, co robili do tej pory, nie miało prawa się wydarzyć. Sytuację ma uratować syn Thursday, Friday, który został/zostanie Chronostrażnikiem, tyle że wcale tego nie chce mimo próśb i gróźb, również ze strony samego Fridaya (tego, który został/zostanie Chronostrażnikiem; skomplikowane, jak wszystkie zabawy z czasem). Pobocznie, Thursday szuka Felixa8, sługusa złej Aornis, który ma wobec niej złe zamiary i przygotowuje do pracy w Jurysfikcji kadetki - Thursday5 (fikcyjną wersję występującą w nieudanej powieści “The Great Samuel Pepys Fiasco”) i, niespodziewanie, Thursday1-4 (fikcyjną wersję z tomów 1-4, niezbyt zgodną z rzeczywistością, bo rozwiązłą i brutalną).

Czego mi brakuje z poprzednich tomów, to więcej alternatywnego świata realnego z początków cyklu - wojna o Krym i konsekwencje polityczne, imperium Goliatha odgrywa tu rolę poboczną. Mroczny epizod na Dylemacie Moralnym jest dość ponury, ale chyba najbardziej nie fair jest wyjaśnienie, czemu córka Thursday, Jenny, nie pojawia się w tym tomie. Pojawia się za to dodo Pickwick, ale zdecydowanie za mało, tyle że dostaje pasiasty kubraczek, wydziergany przez Thursday5 na drutach.

[1] I serio, znowu muszę przeczytać całość, a tylko dwie pierwsze po polsku. Ratunku.

Inne tego autora tu.

#17

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 14, 2021

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2021 - 5 komentarzy - Skomentuj


Handmaid’s Tale

Fabuła pierwszego sezonu serialu jest spójna w większości z fabułą książki - Offred, niegdyś zwyczajna Amerykanka z mężem i dzieckiem - obserwowała z niepokojem, ale i bez strachu to, co działo się w jej kraju. Sarkała na kolejne ograniczenia, była zła na zakaz pracy kobiet, protestowała. Wtem mijają trzy lata i już nie ma do powiedzenia nic, ma tylko dać się zapłodnić Komendantowi, w którego domu mieszka i urodzić potomka. Serial twórczo rozwija wątki opowieści Atwood, pokazując zmiany starego ładu w nowy, próbę ucieczki przed Gileadem, przejście Offred (tu ma imię June) ze stanu stagnacji do próby wyplątania się z więzienia. Dodaje też bogate tło, wchodząc w historię powstania Gileadu, losy bohaterów przed zmianami, politykę, narastający terror i dramat. W przeciwieństwie do książki, realia są uwspółcześnione, tym bardziej przeraża więc bliskość potencjalnej zmiany i łatwość jej przeprowadzenia. Wizualnie perełka - od scenografii do choreografii scen zbiorowych, wnętrza i stroje - w tym zapadający natychmiast w pamięć uniform podręcznych, doskonała obsada i świetna gra aktorska. Elizabeth Moss, skrępowana wymaganiami roli, często gra samymi oczami lub drobnymi gestami, kiedy nie ma możliwości ruchu. Pierwszy sezon to pozycja obowiązkowa.

I teraz stety-niestety, dostępne są już drugi i trzeci sezon oraz w planach kolejne dwa. Stety, bo emocje w pozostałych dwóch są równie mocne, a nawet bardziej ze względu na narastającą drastyczność pokazywanych sytuacji. Pięknie jest poprowadzony wątek, pokazujący rozjazd między ideałami Gileadu a rzeczywistością, z prominentną rolą Seliny Joy w stworzeniu nowego porządku i konsekwencjach dla niej. Niestety, bo to, co było ogromną zaletą oszczędnej narracji Atwood - wszak narratorką jest Podręczna, w zasadzie więźniarka, widząca niewielki wycinek świata, w którym przyszło jej żyć - w serialu idzie czasem w gore, czasem w groteskę czy łamie zasady rządzące rzeczywistością. Im dalej w las, tym bardziej Gilead nie ma szans działać - twarde prawo Gileadu jest w jednej chwili naginane, chwilę później feruje wyrok z niewspółmierną okrutnością (chociażby brutalna kara dla Eden, marnująca cenne zasoby). Idea karnych kolonii nie trzyma się kupy, teoretycznie jest tam ogromny poziom promieniowania (oparzenia na skórze, wypadające zęby), strażniczki chodzą w kombinezonach, ale nie ma żadnej dekontaminacji, a Wnavar v Rzvyl wracają napromieniowane do zaszczytu pełnienia ról Podręcznych. Idea pierścieni (pojawiająca się w sezonie trzecim, raczej nie szukajcie) jest absurdalnie okrutna i jednocześnie idiotyczna (j Jnfmlatgbavr Cbqeępmalz qehghwą hfgn cvrepvatvrz, żrol avr zbtłl mr fboą ebmznjvnć. Avr, avxg avr jlwnśavn, wnx wrqmą, wnx zlwą męol, pb fvę qmvrwr cbqpmnf xvpuavępvn, wnx enqmą fbovr m xvyxhzvrfvępmalz fgnarz mncnyalz pml, unun, zqłbśpvnzv cvrejfmrtb gelzrfgeh). Charakter postaci drugoplanowych również przestaje być spójny - po sezonie pierwszym zachowanie Waterfordów zaczyna być chaotyczne, jakby scenarzyści pracowali z generatorem losowym “kto dziś jest bardziej psychopatyczny, a kogo musimy złagodzić, żeby zyskał sympatię”. Wspominałam o przeniesieniu realiów z lat 80. do zawierającej Internet z social mediami i nowoczesną techniką mniej-więcej współczesności (lub bardzo bliskiej przyszłości); w ogóle nie ma to wpływu na fabułę, nie ma współczesnego monitoringu, wystarczy, że rzecz się dzieje po ciemku i już nikogo nie da się namierzyć. Jednocześnie panuje terror inwigilacji, rzeczy dobrze ukryte wychodzą na jaw, a te ewidentnie nielegalne dzieją się niezakłócone w zasadzie w świetle dnia.

Wreszcie Offred/June. Z apatycznej, przerażonej brakiem wyjścia z dramatycznej sytuacji i usiłującej tylko przeżyć kobiety, w sezonie drugim i trzecim scenarzyści robią superbohaterkę w stylu Rocky’ego, superwytrzymałą i niezgniatalną oraz - mimo drastyczności gileadzkiego prawa - niezatapialną. Ruch oporu, którego w pierwszym sezonie nie było widać, nagle obejmuje wszystkich, a June staje się jego twarzą. Rezygnuje z własnego dobra dla walki, najpierw o uratowanie własnego dziecka, potem już całego świata (mimo że spoza Gileadu miałaby większe szanse na cokolwiek niż z wewnątrz). Oczywiście się zmienia, ale z przegięciem, z potulnej i zachowawczej w nieustraszoną panią Heisenberg (odcinek z Ofmatthew w klinice - czyż to nie był epizod z muchą?!, zaś scena z Eleanor - powtórzenie wątku z Jane). Boję się trochę kolejnych sezonów i jeszcze większej komiksowości, ale i tak będę oglądać. W końcu Nolite Te Bastardes Carborundorum.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Handmaid’s Tale

Fabuła pierwszego sezonu serialu jest spójna w większości z fabułą książki - Offred, niegdyś zwyczajna Amerykanka z mężem i dzieckiem - obserwowała z niepokojem, ale i bez strachu to, co działo się w jej kraju. Sarkała na kolejne ograniczenia, była zła na zakaz pracy kobiet, protestowała. Wtem mijają trzy lata i już nie ma do powiedzenia nic, ma tylko dać się zapłodnić Komendantowi, w którego domu mieszka i urodzić potomka. Serial twórczo rozwija wątki opowieści Atwood, pokazując zmiany starego ładu w nowy, próbę ucieczki przed Gileadem, przejście Offred (tu ma imię June) ze stanu stagnacji do próby wyplątania się z więzienia. Dodaje też bogate tło, wchodząc w historię powstania Gileadu, losy bohaterów przed zmianami, politykę, narastający terror i dramat. W przeciwieństwie do książki, realia są uwspółcześnione, tym bardziej przeraża więc bliskość potencjalnej zmiany i łatwość jej przeprowadzenia. Wizualnie perełka - od scenografii do choreografii scen zbiorowych, wnętrza i stroje - w tym zapadający natychmiast w pamięć uniform podręcznych, doskonała obsada i świetna gra aktorska. Elizabeth Moss, skrępowana wymaganiami roli, często gra samymi oczami lub drobnymi gestami, kiedy nie ma możliwości ruchu. Pierwszy sezon to pozycja obowiązkowa.

I teraz stety-niestety, dostępne są już drugi i trzeci sezon oraz w planach kolejne dwa. Stety, bo emocje w pozostałych dwóch są równie mocne, a nawet bardziej ze względu na narastającą drastyczność pokazywanych sytuacji. Pięknie jest poprowadzony wątek, pokazujący rozjazd między ideałami Gileadu a rzeczywistością, z prominentną rolą Seliny Joy w stworzeniu nowego porządku i konsekwencjach dla niej. Niestety, bo to, co było ogromną zaletą oszczędnej narracji Atwood - wszak narratorką jest Podręczna, w zasadzie więźniarka, widząca niewielki wycinek świata, w którym przyszło jej żyć - w serialu idzie czasem w gore, czasem w groteskę czy łamie zasady rządzące rzeczywistością. Im dalej w las, tym bardziej Gilead nie ma szans działać - twarde prawo Gileadu jest w jednej chwili naginane, chwilę później feruje wyrok z niewspółmierną okrutnością (chociażby brutalna kara dla Eden, marnująca cenne zasoby). Idea karnych kolonii nie trzyma się kupy, teoretycznie jest tam ogromny poziom promieniowania (oparzenia na skórze, wypadające zęby), strażniczki chodzą w kombinezonach, ale nie ma żadnej dekontaminacji, a Wnavar v Rzvyl wracają napromieniowane do zaszczytu pełnienia ról Podręcznych. Idea pierścieni (pojawiająca się w sezonie trzecim, raczej nie szukajcie) jest absurdalnie okrutna i jednocześnie idiotyczna (j Jnfmlatgbavr Cbqeępmalz qehghwą hfgn cvrepvatvrz, żrol avr zbtłl mr fboą ebmznjvnć. Avr, avxg avr jlwnśavn, wnx wrqmą, wnx zlwą męol, pb fvę qmvrwr cbqpmnf xvpuavępvn, wnx enqmą fbovr m xvyxhzvrfvępmalz fgnarz mncnyalz pml, unun, zqłbśpvnzv cvrejfmrtb gelzrfgeh). Charakter postaci drugoplanowych również przestaje być spójny - po sezonie pierwszym zachowanie Waterfordów zaczyna być chaotyczne, jakby scenarzyści pracowali z generatorem losowym “kto dziś jest bardziej psychopatyczny, a kogo musimy złagodzić, żeby zyskał sympatię”. Wspominałam o przeniesieniu realiów z lat 80. do zawierającej Internet z social mediami i nowoczesną techniką mniej-więcej współczesności (lub bardzo bliskiej przyszłości); w ogóle nie ma to wpływu na fabułę, nie ma współczesnego monitoringu, wystarczy, że rzecz się dzieje po ciemku i już nikogo nie da się namierzyć. Jednocześnie panuje terror inwigilacji, rzeczy dobrze ukryte wychodzą na jaw, a te ewidentnie nielegalne dzieją się niezakłócone w zasadzie w świetle dnia.

Wreszcie Offred/June. Z apatycznej, przerażonej brakiem wyjścia z dramatycznej sytuacji i usiłującej tylko przeżyć kobiety, w sezonie drugim i trzecim scenarzyści robią superbohaterkę w stylu Rocky’ego, superwytrzymałą i niezgniatalną oraz - mimo drastyczności gileadzkiego prawa - niezatapialną. Ruch oporu, którego w pierwszym sezonie nie było widać, nagle obejmuje wszystkich, a June staje się jego twarzą. Rezygnuje z własnego dobra dla walki, najpierw o uratowanie własnego dziecka, potem już całego świata (mimo że spoza Gileadu miałaby większe szanse na cokolwiek niż z wewnątrz). Oczywiście się zmienia, ale z przegięciem, z potulnej i zachowawczej w nieustraszoną panią Heisenberg (odcinek z Ofmatthew w klinice - czyż to nie był epizod z muchą?!, zaś scena z Eleanor - powtórzenie wątku z Jane). Boję się trochę kolejnych sezonów i jeszcze większej komiksowości, ale i tak będę oglądać. W końcu Nolite Te Bastardes Carborundorum.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 13, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Łęgi Dębińskie

[Drobiazgi z 2016 i 2017 oraz 15.11/31.12.2020]

Łęgi Dębińskie zawierają park, który teoretycznie nazywa się Parkiem Jana Pawła II, ale nikt go tak nie nazywa, bo wszyscy i tak wiedzą, że to Łęgi. Przepięknie wiosną, przepięknie latem, w tym roku - przy okazji porannych zakupów na pobliskiej Giełdzie Kwiatowej - łapałam słońce w listopadzie i grudniu. Park nie jest duży, ale ładnie zaplanowany, można na pizzę do Mamma Wilda (nie trafiłam jeszcze, może się uda, jak świat wróci do normy) albo do SPOT-u.

Sierpień Maj Listopad Grudzień

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 10, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: legi-debinskie - 0 komentarzy - Skomentuj


Łęgi Dębińskie

[Drobiazgi z 2016 i 2017 oraz 15.11/31.12.2020]

Łęgi Dębińskie zawierają park, który teoretycznie nazywa się Parkiem Jana Pawła II, ale nikt go tak nie nazywa, bo wszyscy i tak wiedzą, że to Łęgi. Przepięknie wiosną, przepięknie latem, w tym roku - przy okazji porannych zakupów na pobliskiej Giełdzie Kwiatowej - łapałam słońce w listopadzie i grudniu. Park nie jest duży, ale ładnie zaplanowany, można na pizzę do Mamma Wilda (nie trafiłam jeszcze, może się uda, jak świat wróci do normy) albo do SPOT-u.

Sierpień Maj Listopad Grudzień

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa luty 10, 2021

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tag: legi-debinskie - 0 komentarzy - Skomentuj


Barbara Kosmowska - Niebieski autobus

Miśka Pietkiewicz jest dzieckiem z rodziny, którą można by określić jako patologiczną. Pietkiewiczowie mieszkają w zrujnowanym mieszkaniu, którego wątpliwą ozdobą jest kredens pełen butelek z bimbrem; największym marzeniem matki Miśki jest zakup meblościanki, której posiadanie może wywindować ich na szczyt lokalnej elity. Ojciec marzy o możliwościach, jakie dałoby przejęcie kiosku “Ruchu” od Parysiaków, niestety doświadczony jest głównie w produkcji bimbru i jego spożyciu. Babcia Bronia, niegdysiejsza dziedziczka z okolic Wilna, ma znaczenie tylko w okolicy pojawiania się renty, nie ma już tego szacunku, gdy była suflerką w teatrze. Jest też wuj Roman, lokalny lowelas i dystrybutor mienia, znany jednak głównie z częstych pobytów w areszcie. Absurdalnie, Miśka patrzy na świat z pogodą mimo wszystkich niedostatków. Za swój dom uważa rosnący na podwórku kasztan i ma poczucie, że wszystkie patrzące na nią z pogardą dzieci z lepszego podwórka mają tak naprawdę gorzej od niej. Potem, już w czasach licealnych, odkrywa nieco zapuszczony, ale rajsko kolorowy ogród emerytowanego strażaka, pana Sybiduszki, gdzie spędza leniwe popołudnia się z innym społecznym wyrzutkiem, Krzysiem, artystą w zniszczonych butach. Kiedy odjeżdża tytułowym niebieskim autobusem na studia do wielkiego miasta, to właśnie za tym ogrodem (i - na czym się niespodziewanie łapie - Krzysiem) tęskni najbardziej.

Książka składa się z trzech części - dzieciństwa, studiów (z bogatym tłem okresu przemian, chociaż wielka polityka pojawia się tylko aluzyjnie) i wreszcie dorosłości. Miśka widzi dużo, ale potrafi tak przefiltrować przez pryzmat swojej pogody ducha nawet tragiczne wydarzenia, że nie jest to opowieść ponura. Mimo że Kosmowską znam od lat - czytałam “Niebieski autobus” jeszcze na studiach, a było to Naprawdę Dawno, w zamierzchłych czasach przedblogowych, nie mogę powstrzymać się od porównań do Dziuni, chociaż książki są podobne - ta sama epoka, podobne koleje losu, różnią się jednak właśnie tym pozytywnym spojrzeniem na świat. Oczywiście nie jest tak, że Miśka nie widzi złych rzeczy, ale umie się od nich odciąć i odbić, jej obserwacje często są ironiczne, zwłaszcza kiedy przestaje być dzieckiem i wierzyć w Mikołaja (a i wtedy poznaje oczy wujka Romana i czuje zapach bimbru). Dzięki temu opowieść o miasteczku, do którego dociera niebieski autobus, nie jest ani lukrowana (a Miśka nie przypomina rzewnej Pollyanny), ani nie uderza w miękkie za mocno, mimo że nie jest wyprana z emocji.

Inne książki tej autorki tu.

#16

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 9, 2021

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2021 - 2 komentarze - Skomentuj


Barbara Kosmowska - Niebieski autobus

Miśka Pietkiewicz jest dzieckiem z rodziny, którą można by określić jako patologiczną. Pietkiewiczowie mieszkają w zrujnowanym mieszkaniu, którego wątpliwą ozdobą jest kredens pełen butelek z bimbrem; największym marzeniem matki Miśki jest zakup meblościanki, której posiadanie może wywindować ich na szczyt lokalnej elity. Ojciec marzy o możliwościach, jakie dałoby przejęcie kiosku “Ruchu” od Parysiaków, niestety doświadczony jest głównie w produkcji bimbru i jego spożyciu. Babcia Bronia, niegdysiejsza dziedziczka z okolic Wilna, ma znaczenie tylko w okolicy pojawiania się renty, nie ma już tego szacunku, gdy była suflerką w teatrze. Jest też wuj Roman, lokalny lowelas i dystrybutor mienia, znany jednak głównie z częstych pobytów w areszcie. Absurdalnie, Miśka patrzy na świat z pogodą mimo wszystkich niedostatków. Za swój dom uważa rosnący na podwórku kasztan i ma poczucie, że wszystkie patrzące na nią z pogardą dzieci z lepszego podwórka mają tak naprawdę gorzej od niej. Potem, już w czasach licealnych, odkrywa nieco zapuszczony, ale rajsko kolorowy ogród emerytowanego strażaka, pana Sybiduszki, gdzie spędza leniwe popołudnia się z innym społecznym wyrzutkiem, Krzysiem, artystą w zniszczonych butach. Kiedy odjeżdża tytułowym niebieskim autobusem na studia do wielkiego miasta, to właśnie za tym ogrodem (i - na czym się niespodziewanie łapie - Krzysiem) tęskni najbardziej.

Książka składa się z trzech części - dzieciństwa, studiów (z bogatym tłem okresu przemian, chociaż wielka polityka pojawia się tylko aluzyjnie) i wreszcie dorosłości. Miśka widzi dużo, ale potrafi tak przefiltrować przez pryzmat swojej pogody ducha nawet tragiczne wydarzenia, że nie jest to opowieść ponura. Mimo że Kosmowską znam od lat - czytałam “Niebieski autobus” jeszcze na studiach, a było to Naprawdę Dawno, w zamierzchłych czasach przedblogowych, nie mogę powstrzymać się od porównań do Dziuni, chociaż książki są podobne - ta sama epoka, podobne koleje losu, różnią się jednak właśnie tym pozytywnym spojrzeniem na świat. Oczywiście nie jest tak, że Miśka nie widzi złych rzeczy, ale umie się od nich odciąć i odbić, jej obserwacje często są ironiczne, zwłaszcza kiedy przestaje być dzieckiem i wierzyć w Mikołaja (a i wtedy poznaje oczy wujka Romana i czuje zapach bimbru). Dzięki temu opowieść o miasteczku, do którego dociera niebieski autobus, nie jest ani lukrowana (a Miśka nie przypomina rzewnej Pollyanny), ani nie uderza w miękkie za mocno, mimo że nie jest wyprana z emocji.

Inne książki tej autorki tu.

#16

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 9, 2021

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2021 - 2 komentarze - Skomentuj