Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: listy-spod-rozy

O wiośnie w Dublinie

[25-29.03.2019]

Czasem jest tak, że wszystko się układa. Na przykład na służbowy wyjazd do Dublina ktoś przekręca pokrętło temperatury i kiedy ruszam z szarego Poznania, gdzie na lotnisku marzną mi paluszki, w Irlandii robi się tydzień Prawdziwej Wiosny. Słonko, bezwietrznie, kilkanaście stopni, kwiecie kwitnie, a i trawa zieleńsza. Owszem, raczej wzdychałam tęsknie zza biurowej szyby do świata na zewnątrz, ale pojeździłam sobie DART-em w jedną i w drugę stronę (mentalnie walcząc ze sobą, żeby wsiadać jednak na innym peronie niż podpowiadała mi prawostronna logika), przeszłam się molo w Dun Laoghaire (o wschodzie słońca![1]) i policzyłam kolorowe drzwi w niskich domkach pomiędzy DL i Sandycove, tęsknie spoglądając na Maritime Museum (i inne okolice). Z intensywnej wycieczki do Limerick zostały mi powidoki zielonych pól, na których wypasają się kudłate i mniej kudłate krówki, biegają radosne koniki oraz malowniczo rozsypują się owce.

Blackrock, widok na Dun Laoghaire Latarnia na East Pier, Dun Laoghaire / Wschód słońca / Gazebo (tamże) Blackrock, stacja DART (moja ulubiona) Drzwi i puby Drzwi, chyba gdzieś pod Sandycove DART na zewnątrz / DART w środku Wschód słońca, molo w Dun Laoghaire Restauracja hotelowa / Śniadanie Widok z molo na port, ta wieża to Muzeum Morskie (nie kościół) Zachód słońca / Marina w Dun Laoghaire Marina Liffey po wschodzie słońca

Restauracje:

[1] Nie było to AŻ takie wyrzeczenie, bo i tak źle sypiam na wyjazdach oraz w Irlandii jest o godzinę wcześniej, więc poranek o 6 rano tam to jak u nas o 7. Bez dramatu. I uniknęłam jetlaga, bo zaraz po powrocie była zmiana czasu.

GALERIA ZDJĘĆ. Poprzednio: o DART (chociaż według niektórych to nie metro) i Dun Laoghaire oraz kilka panoramek tamże.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 29, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 2 komentarze - Skomentuj


O wiośnie w Dublinie

[25-29.03.2019]

Czasem jest tak, że wszystko się układa. Na przykład na służbowy wyjazd do Dublina ktoś przekręca pokrętło temperatury i kiedy ruszam z szarego Poznania, gdzie na lotnisku marzną mi paluszki, w Irlandii robi się tydzień Prawdziwej Wiosny. Słonko, bezwietrznie, kilkanaście stopni, kwiecie kwitnie, a i trawa zieleńsza. Owszem, raczej wzdychałam tęsknie zza biurowej szyby do świata na zewnątrz, ale pojeździłam sobie DART-em w jedną i w drugę stronę (mentalnie walcząc ze sobą, żeby wsiadać jednak na innym peronie niż podpowiadała mi prawostronna logika), przeszłam się molo w Dun Laoghaire (o wschodzie słońca![1]) i policzyłam kolorowe drzwi w niskich domkach pomiędzy DL i Sandycove, tęsknie spoglądając na Maritime Museum (i inne okolice). Z intensywnej wycieczki do Limerick zostały mi powidoki zielonych pól, na których wypasają się kudłate i mniej kudłate krówki, biegają radosne koniki oraz malowniczo rozsypują się owce.

Blackrock, widok na Dun Laoghaire Latarnia na East Pier, Dun Laoghaire / Wschód słońca / Gazebo (tamże) Blackrock, stacja DART (moja ulubiona) Drzwi i puby Drzwi, chyba gdzieś pod Sandycove DART na zewnątrz / DART w środku Wschód słońca, molo w Dun Laoghaire Restauracja hotelowa / Śniadanie Widok z molo na port, ta wieża to Muzeum Morskie (nie kościół) Zachód słońca / Marina w Dun Laoghaire Marina Liffey po wschodzie słońca

Restauracje:

[1] Nie było to AŻ takie wyrzeczenie, bo i tak źle sypiam na wyjazdach oraz w Irlandii jest o godzinę wcześniej, więc poranek o 6 rano tam to jak u nas o 7. Bez dramatu. I uniknęłam jetlaga, bo zaraz po powrocie była zmiana czasu.

GALERIA ZDJĘĆ. Poprzednio: o DART (chociaż według niektórych to nie metro) i Dun Laoghaire oraz kilka panoramek tamże.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 29, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 2 komentarze - Skomentuj


Śladami Manrique'a (3)

Nie ukrywam, że zaplanowałam głównie odpoczynek. Leniwe Costa Teguise zdecydowanie temu sprzyjało (o czym w ostatnim odcinku), ale żeby się wyspa nie zmarnowała, wybieraliśmy opcje krótkoterminowe i niewyczerpujące. Odwiedzenie Mirador del Haría pozwala na przejechanie przez piękną dolinę Haría z miasteczkiem o takiejż nazwie, tu i ówdzie można się zatrzymać. Nie zdziwi Was zapewne to, że w miasteczku mieszkał Manrique; tu można zwiedzić drugi z jego domów-muzeów, podobno zawiera bardziej osobiste rzeczy niż siedziba fundacji w Tahiche (podobno, bo wycieczka była bardziej zainteresowana kawą i lodami). Za miasteczkiem Haría, na drodze LZ-10, teoretycznie można znaleźć punkt widokowy (darmowy, tym razem). Teoretycznie, bo w miejscu oznaczonym jako Mirador jest w 2019 tylko droga i rozbabrana budowa; szczęśliwie kilkaset metrów i dwa ostre zakręty dalej jest restauracja Los Helechos z parkingiem i widokiem na sielską Dolinę Haría (w gratisie podeszczowe chmurki). To był jedyny dzień, kiedy zmarzłam z gołymi nogami (bo deszcz i wysokość).

O tym, czemu Jardín de Cactus jest unikalny, można przeczytać w notce sprzed 5 lat. Wprawdzie miałam poczucie, że jak już raz widziałam, to nie chcę ponownie, ale oczywiście dało się to łatwo wyprostować, bo to przemiłe miejsce. Robiłam dwa podejścia - jednego dnia wtem okazało się, że po burzy padła infrastruktura, nie działały bankomaty i płatność kartą (nie wiem czemu gotówka jakoś się mnie nie trzyma, nawet na takie okazje), dopiero drugiego udało się przejść przez kasę. W środku budyneczki zaprojektowane przez tego Bobka, zwłaszcza urocze są wolnostojące toalety i oświetlenie w kawiarni. Można kupić kaktus, aloes[1] i zjeść hamburgera z kaktusem.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Otóż jak wiadomo, Kanary aloesem stoją i wszędzie można kupić pudełka z grubą sadzonką. Problem w tym, że sadzonka okazuje się być zwyczajnie odciętą gałązką, która - pozostawiona na dłużej - zwyczajnie zwiędnie. Warto sprawdzać, czy sadzonka ma doniczkę i korzeń, a nie tylko kartonik.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 28, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 1 komentarz - Skomentuj


Śladami Manrique'a (3)

Nie ukrywam, że zaplanowałam głównie odpoczynek. Leniwe Costa Teguise zdecydowanie temu sprzyjało (o czym w ostatnim odcinku), ale żeby się wyspa nie zmarnowała, wybieraliśmy opcje krótkoterminowe i niewyczerpujące. Odwiedzenie Mirador del Haría pozwala na przejechanie przez piękną dolinę Haría z miasteczkiem o takiejż nazwie, tu i ówdzie można się zatrzymać. Nie zdziwi Was zapewne to, że w miasteczku mieszkał Manrique; tu można zwiedzić drugi z jego domów-muzeów, podobno zawiera bardziej osobiste rzeczy niż siedziba fundacji w Tahiche (podobno, bo wycieczka była bardziej zainteresowana kawą i lodami). Za miasteczkiem Haría, na drodze LZ-10, teoretycznie można znaleźć punkt widokowy (darmowy, tym razem). Teoretycznie, bo w miejscu oznaczonym jako Mirador jest w 2019 tylko droga i rozbabrana budowa; szczęśliwie kilkaset metrów i dwa ostre zakręty dalej jest restauracja Los Helechos z parkingiem i widokiem na sielską Dolinę Haría (w gratisie podeszczowe chmurki). To był jedyny dzień, kiedy zmarzłam z gołymi nogami (bo deszcz i wysokość).

O tym, czemu Jardín de Cactus jest unikalny, można przeczytać w notce sprzed 5 lat. Wprawdzie miałam poczucie, że jak już raz widziałam, to nie chcę ponownie, ale oczywiście dało się to łatwo wyprostować, bo to przemiłe miejsce. Robiłam dwa podejścia - jednego dnia wtem okazało się, że po burzy padła infrastruktura, nie działały bankomaty i płatność kartą (nie wiem czemu gotówka jakoś się mnie nie trzyma, nawet na takie okazje), dopiero drugiego udało się przejść przez kasę. W środku budyneczki zaprojektowane przez tego Bobka, zwłaszcza urocze są wolnostojące toalety i oświetlenie w kawiarni. Można kupić kaktus, aloes[1] i zjeść hamburgera z kaktusem.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Otóż jak wiadomo, Kanary aloesem stoją i wszędzie można kupić pudełka z grubą sadzonką. Problem w tym, że sadzonka okazuje się być zwyczajnie odciętą gałązką, która - pozostawiona na dłużej - zwyczajnie zwiędnie. Warto sprawdzać, czy sadzonka ma doniczkę i korzeń, a nie tylko kartonik.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 28, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 1 komentarz - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Chobienice

[23-24.02.2019]

Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.

SPA z zewnątrz / Basen o poranku SPA z boku (hotel wygląda podobnie) Basen wieczorem / Hall SPA Koń z bliży / Stajnia Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł) Dokładny adres / Wolter Pałac Mielżyńskich Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal Park Oficyna w zespole pałacowym / W drodze

Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.

W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).

Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem

Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.

[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Chobienice

[23-24.02.2019]

Ponieważ już miesiąc minął od powrotu z ciepłego, zabrałam rodzinę do SPA. “Ostoja” to kompleks wypoczynkowy w Chobienicach (przekręcanych przez Majuta na Szubienice) za Wolsztynem, gdzie w post-pegeerowskich budynkach i pozostałościach po minionej epoce można przenocować w hotelu, zjeść w restauracji, wymoczyć się w basenach, ogrzać w kilku rodzajach saun oraz - jak kto lubi - pojeździć konno. W cenie noclegu jest śniadanie i dostęp do strefy saunowo-basenowej, za pozostałe atrakcje (konie i zabiegi estetyczno-relaksujące) trzeba dopłacić i niezależnie umówić. W efekcie spędziłam z rodziną pół soboty i pół niedzieli w basenie, młodzież jeździła na holenderskim Wolterze (zachwyt), TŻ poszedł na masaż (poleca), a ja zafundowałam sobie zabieg na twarz pt. Złoto Ostoi (spoko, ale trochę #samaniewiem[1]). Oprócz basenu można na spacer, akurat i nie było za zimno, i słonko było przyzwoite; tuż obok są malownicze ruinki pałacu Mielżyńskich.

SPA z zewnątrz / Basen o poranku SPA z boku (hotel wygląda podobnie) Basen wieczorem / Hall SPA Koń z bliży / Stajnia Nie tylko konie (były jagniątka, pies i osioł) Dokładny adres / Wolter Pałac Mielżyńskich Pałac Mielżyńskich / Barokowy kościół opodal Park Oficyna w zespole pałacowym / W drodze

Strona hotelu/SPA i GALERIA ZDJĘĆ.

W drodze do SPA zatrzymaliśmy się na obiad w Wolsztynie, gdzie jedzenie przepyszne i karta ciekawa. W jedną stronę się udało (placki ziemniaczane ze szpinakiem, fetą i owocami granatu), w drugą niestety nie. Jak kucharz w “Zielonej Prowansji” jest klasy europejskiej, tak obsługa mocno nie; po wejściu do lokalu witają gościa puste spojrzenia, można usiąść, można wziąć sobie menu, ale obsługa się niespecjalnie interesuje. W niedzielę przy połowie pustych stolików i kilku minutach czekania na kelnera TŻ poszedł po menu, żeby dowiedzieć się, że “kuchnia jest zajęta” i na posiłek będziemy czekać 1,5 godziny. Łapana przypadkiem pizzeria Bella Toscana to raczej tzw. akceptowalne minimum, a nie celowy wybór (chociaż dostaliśmy krem brokułowy gratis, od szefa kuchni).

Wnętrza / Placki ziemniaczane z łososiem, fetą i szpinakiem

Wolsztyn poprzednio: maj i sierpień 2014.

[1] #samaniewiem, bo koszt takiej przyjemności jest spory, w trakcie jest miło, ale efektów jakoś specjalnie nie widzę. Dzień-dwa czuję, że skóra nie jest sucha (czytaj: czuję, jakby była posmarowana tłuszczem), po czym wszystko wraca do stanu wcześniejszego. Owszem, ten jedyny raz, kiedy zobaczyłam spektakularny efekt kuracji kosmetycznej, był po użyciu Effaclaru La Roche-Posay, po którym zeszła mi płatami cała twarz i jak już się odremontowałam, to przez jakiś czas potem miałam jedyny raz w życiu cerę jak niemowlę. Effaclaru więc nie polecam, zabiegi na twarz w “Ostoi” - nie zniechęcam, ale następnym razem też pójdę na masaż.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela luty 24, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Lanzarote południowe i centralne

[12-19.01.2019]

Timanfaya to sztandarowa atrakcja Lanzarote - park narodowy, w którym można znaleźć czarno-rdzawe marsjańskie żużlowo-lawowe górki, okazjonalnie urozmaicone gorącą wodą termalną. Wjazd do parku jest biletowany, można dotrzeć na parking przy Mancha Blanca (restauracja, pokazy geotermalne), ale ewentualną resztę wycieczki spędza się w autokarze, który robi rundkę po niedostępnej okolicy i wraca. Cholera, no nie chce mi się jeździć autokarem, z którego można robić zdjęcia szybko przemykającego krajobrazu przez szybkę, zamiast tego pojechaliśmy ponownie pokazać młodzieży wielbłąda z bliska, jak w 2014. Może za trzecim razem się zmotywuję.

La Geria za to nieustająco mnie zachwyca. Skrzętnie poukładane w zatoczki kawałki żużlu, w zagłębieniach winorośl i tak po horyzont, idealna geometria. Optymalna trasa (z Costa Teguise na wybrzeże zachodnie) wiedzie od miasteczka Uga do Masdache. Zatrzymaliśmy się w tej samej bodedze co 5 lat temu, Antonio Suarez (Calle de la Geria 17, Yaiza).

Mieszkaliśmy w Costa Teguise, turystycznej miejscowości blisko Arrecife; absurdalnie przypominała mi rodzinne miasto latem. Niewielki ruch, sporo zieleni, sporo niedramatycznie drogich restauracji, blisko do plaży (nie żeby w moim rodzinnym mieście była plaża, nie wspominając o szerokiej ofercie restauracyjnej w latach 80., ale odłóżmy na bok szczegóły, zostając przy uczuciach). Bardzo polubiłam hotel Mansion Nazaret - drewniane balkony i tarasy, dwa ogrzewane baseny (i trzeci nieogrzewany), ponad 7 kotów-rezydentów (wprawdzie obsługa mówiła o trzech, ale halo - samych czarnych naliczyłam cztery różne, oczywiście mogły być dochodzące). Wadą mogły być wszechobecne schody bez wind, natomiast realnie przeszkadzał mi dźwięk jakiegoś aregatu, który codziennie poza niedzielą włączał się ok. 6:30 rano i buczał do wieczora. Przyjechaliśmy późno, bo samolot wyleciał spóźniony, a akcja na lotnisku w Warszawie[1] nie pomogła; w pokoju czekała na nas kolacja i butelka wina. Co rano obsługa przynosiła świeże bułeczki do pokoi. Spędziłam na Lanzarote najprzyjemniejsze chyba poranki, patrząc z tarasu na wschody słońca i słuchając gruchania sierpówek.

Hotel Mansion Nazaret Lokalesi Ocean (okolice plaży El Jabillo) Plaża Las Cucharas Pueblo Marinero, brama targowiska projektu CM Plaża Las Cucharas Uliczka / Juguetes de Erjos / Sangria w El Patio

GALERIA ZDJĘĆ.

Restauracje i sklepy:

  • La Hacienda & Cesar, Calle las Olas 6, dwie z zestawu czterech restauracji tych samych właścicieli, meksykańska i włoska, otwarte również w porze sjesty.
  • Big Bobs, Avenida Islas Canarias, amerykańskie burgery i frytki.
  • Masala Lounge, Av. del Jablillo 13, restauracja hinduska.
  • El Patio, Plaza Pueblo Marinero 16, restauracja włoska.
  • Crazy Loop, Paseo Maritimo 1, sklep z odzieżą i dodatkami, który nie jest a) markową sieciówką (te można znaleźć w sklepach konsorcjum Grube), b) chińszczyzną (wszędzie indziej).

[1] Long story short, lecieliśmy czarterem Enter Air z Poznania z międzylądowaniem w Warszawie. W Warszawie część pasażerów wysiadła, pozostałych poproszono o zebranie wszystkiego podręcznego (pod groźbą wysadzenia pozostawionego bagażu jako niebezpiecznego) i nakazano wsiąść do autobusu, który miał zabrać pasażerów do hali transferowej. Tyle że nie zabrał. Ponad 30 minut w ciężkiej odzieży (zimny styczeń), z bagażami, dziećmi, wózkami i co ino spędziliśmy na płycie w gęstniejącej atmosferze źle wentylowanego autobusu, po czym autobus przejechał 5 (pięć!) metrów i wystawił wszystkich pod schody samolotu, gdzie czekała uśmiechnięta załoga, udająca, że nic nie zaszło. Czy linia Enter Air chociaż przeprosiła? Ależ oczywiście, że nie. Z Berlina będę latać, obraziłam się na czartery.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 19, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Lanzarote południowe i centralne

[12-19.01.2019]

Timanfaya to sztandarowa atrakcja Lanzarote - park narodowy, w którym można znaleźć czarno-rdzawe marsjańskie żużlowo-lawowe górki, okazjonalnie urozmaicone gorącą wodą termalną. Wjazd do parku jest biletowany, można dotrzeć na parking przy Mancha Blanca (restauracja, pokazy geotermalne), ale ewentualną resztę wycieczki spędza się w autokarze, który robi rundkę po niedostępnej okolicy i wraca. Cholera, no nie chce mi się jeździć autokarem, z którego można robić zdjęcia szybko przemykającego krajobrazu przez szybkę, zamiast tego pojechaliśmy ponownie pokazać młodzieży wielbłąda z bliska, jak w 2014. Może za trzecim razem się zmotywuję.

La Geria za to nieustająco mnie zachwyca. Skrzętnie poukładane w zatoczki kawałki żużlu, w zagłębieniach winorośl i tak po horyzont, idealna geometria. Optymalna trasa (z Costa Teguise na wybrzeże zachodnie) wiedzie od miasteczka Uga do Masdache. Zatrzymaliśmy się w tej samej bodedze co 5 lat temu, Antonio Suarez (Calle de la Geria 17, Yaiza).

Mieszkaliśmy w Costa Teguise, turystycznej miejscowości blisko Arrecife; absurdalnie przypominała mi rodzinne miasto latem. Niewielki ruch, sporo zieleni, sporo niedramatycznie drogich restauracji, blisko do plaży (nie żeby w moim rodzinnym mieście była plaża, nie wspominając o szerokiej ofercie restauracyjnej w latach 80., ale odłóżmy na bok szczegóły, zostając przy uczuciach). Bardzo polubiłam hotel Mansion Nazaret - drewniane balkony i tarasy, dwa ogrzewane baseny (i trzeci nieogrzewany), ponad 7 kotów-rezydentów (wprawdzie obsługa mówiła o trzech, ale halo - samych czarnych naliczyłam cztery różne, oczywiście mogły być dochodzące). Wadą mogły być wszechobecne schody bez wind, natomiast realnie przeszkadzał mi dźwięk jakiegoś aregatu, który codziennie poza niedzielą włączał się ok. 6:30 rano i buczał do wieczora. Przyjechaliśmy późno, bo samolot wyleciał spóźniony, a akcja na lotnisku w Warszawie[1] nie pomogła; w pokoju czekała na nas kolacja i butelka wina. Co rano obsługa przynosiła świeże bułeczki do pokoi. Spędziłam na Lanzarote najprzyjemniejsze chyba poranki, patrząc z tarasu na wschody słońca i słuchając gruchania sierpówek.

Hotel Mansion Nazaret Lokalesi Ocean (okolice plaży El Jabillo) Plaża Las Cucharas Pueblo Marinero, brama targowiska projektu CM Plaża Las Cucharas Uliczka / Juguetes de Erjos / Sangria w El Patio

GALERIA ZDJĘĆ.

Restauracje i sklepy:

  • La Hacienda & Cesar, Calle las Olas 6, dwie z zestawu czterech restauracji tych samych właścicieli, meksykańska i włoska, otwarte również w porze sjesty.
  • Big Bobs, Avenida Islas Canarias, amerykańskie burgery i frytki.
  • Masala Lounge, Av. del Jablillo 13, restauracja hinduska.
  • El Patio, Plaza Pueblo Marinero 16, restauracja włoska.
  • Crazy Loop, Paseo Maritimo 1, sklep z odzieżą i dodatkami, który nie jest a) markową sieciówką (te można znaleźć w sklepach konsorcjum Grube), b) chińszczyzną (wszędzie indziej).

[1] Long story short, lecieliśmy czarterem Enter Air z Poznania z międzylądowaniem w Warszawie. W Warszawie część pasażerów wysiadła, pozostałych poproszono o zebranie wszystkiego podręcznego (pod groźbą wysadzenia pozostawionego bagażu jako niebezpiecznego) i nakazano wsiąść do autobusu, który miał zabrać pasażerów do hali transferowej. Tyle że nie zabrał. Ponad 30 minut w ciężkiej odzieży (zimny styczeń), z bagażami, dziećmi, wózkami i co ino spędziliśmy na płycie w gęstniejącej atmosferze źle wentylowanego autobusu, po czym autobus przejechał 5 (pięć!) metrów i wystawił wszystkich pod schody samolotu, gdzie czekała uśmiechnięta załoga, udająca, że nic nie zaszło. Czy linia Enter Air chociaż przeprosiła? Ależ oczywiście, że nie. Z Berlina będę latać, obraziłam się na czartery.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 19, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Śladami Manrique'a (2)

[15-17.01.2019]

Casa Museo Del Campesino mieści się w zasadzie na środku wyspy, w miejscowości Mozaga koło San Bartolome. Manrique zaprojektował skansen, oczywiście bogato używając lokalnego żużlu, w którym - poza monumentalną restauracją w skale - mieszczą się sklepiki i sale warsztatowe, pokazujące lokalne wyroby i rękodzieło: wino, kanaryjskie salsy i przetwory, kozie sery, kapelusze, batiki czy hafty. Można (odpłatnie) wziąć udział w warsztatach, na miejscu jest też podobno niezła restauracja. Podobno, bo na mnie całość zrobiła wrażenie pułapki na turystów, więc na lancz wybraliśmy się do leżącej opodal miejscowości Tao (i już wiem, że nie jestem wielką fanką kalmarów, w przeciwieństwie do mojo verde i świeżego pieczywa). Znak szczególny - monumentalna rzeźba przy rondzie.

Skansen Pomnik przy rondzie / Sklep z winami Sala w jaskini Lokalne jarzyny / Charakterystyczne schody Cesara M. Widoczki w okolicy Kalmar z grilla / Winorośl / Mojo rojo i verde Branding samochodu, projekt Cesara M.

Mirador del Río jest - ze względu na biletowanie w ramach obiektów pod opieką Fundacji Cesara Manrique'a - często kuźniarowany przez turystów, bo wystarczy podjechać na parking pod budynkiem i mieć taki sam widok. Otóż nie do końca, bo sam trzypoziomowy budynek na szczycie klifu jest wart zobaczenia, a przy okazji można wypić kawę czy zjeść coś słodkiego w restauracji na pierwszym poziomie. Na drugim poziomie jest sklepik z pamiątkami, a na trzecim taras widokowy z widokiem 360 stopni na okolicę (stamtąd nagrywałam story na insta, które rozśmieszyło moją córkę, ale na szczęście się nie zachowało, kto widział, ten wie, jaka jestem zabawna). Z tarasu przy restauracji i z wieżyczki można zobaczyć wijącą się drogę dojazdową oraz archipelag Chinijo; na największą z nich, La Graciosę, można dopłynąć promem z leżącej opodal miejscowości Orzola. Ubolewam, że na Graciosę mi się nie chciało aż tak, ale zdecydowanie ten wyjazd był w opcji bardziej leniwej niż zawsze.

Restauracje w drodze:

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 17, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Śladami Manrique'a (2)

[15-17.01.2019]

Casa Museo Del Campesino mieści się w zasadzie na środku wyspy, w miejscowości Mozaga koło San Bartolome. Manrique zaprojektował skansen, oczywiście bogato używając lokalnego żużlu, w którym - poza monumentalną restauracją w skale - mieszczą się sklepiki i sale warsztatowe, pokazujące lokalne wyroby i rękodzieło: wino, kanaryjskie salsy i przetwory, kozie sery, kapelusze, batiki czy hafty. Można (odpłatnie) wziąć udział w warsztatach, na miejscu jest też podobno niezła restauracja. Podobno, bo na mnie całość zrobiła wrażenie pułapki na turystów, więc na lancz wybraliśmy się do leżącej opodal miejscowości Tao (i już wiem, że nie jestem wielką fanką kalmarów, w przeciwieństwie do mojo verde i świeżego pieczywa). Znak szczególny - monumentalna rzeźba przy rondzie.

Skansen Pomnik przy rondzie / Sklep z winami Sala w jaskini Lokalne jarzyny / Charakterystyczne schody Cesara M. Widoczki w okolicy Kalmar z grilla / Winorośl / Mojo rojo i verde Branding samochodu, projekt Cesara M.

Mirador del Río jest - ze względu na biletowanie w ramach obiektów pod opieką Fundacji Cesara Manrique'a - często kuźniarowany przez turystów, bo wystarczy podjechać na parking pod budynkiem i mieć taki sam widok. Otóż nie do końca, bo sam trzypoziomowy budynek na szczycie klifu jest wart zobaczenia, a przy okazji można wypić kawę czy zjeść coś słodkiego w restauracji na pierwszym poziomie. Na drugim poziomie jest sklepik z pamiątkami, a na trzecim taras widokowy z widokiem 360 stopni na okolicę (stamtąd nagrywałam story na insta, które rozśmieszyło moją córkę, ale na szczęście się nie zachowało, kto widział, ten wie, jaka jestem zabawna). Z tarasu przy restauracji i z wieżyczki można zobaczyć wijącą się drogę dojazdową oraz archipelag Chinijo; na największą z nich, La Graciosę, można dopłynąć promem z leżącej opodal miejscowości Orzola. Ubolewam, że na Graciosę mi się nie chciało aż tak, ale zdecydowanie ten wyjazd był w opcji bardziej leniwej niż zawsze.

Restauracje w drodze:

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 17, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj