Nigdy nie lubiłam wyznaczania cezur za pomocą momentów nieznaczących jak Sylwester i Nowy Rok, koniec miesiąca czy wreszcie bilans roku księgowego. Dla mnie świat zmienia się zgodnie z porami roku. Zwłaszcza czuję to jesienią, kiedy zmiana jest najmocniejsza. Słońce daje jeszcze trochę nadziei, są ciepłe dni, trawa i liście bywają zielone, chociaż nie tą soczystą zielonością majową, ale dni są krótkie i trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić zachodu słońca, bo wieczór przychodzi znienacka. I "Oh by the way" Floydów, które właśnie słyszę, też jest takie złoto-melancholijno-jesienne.
Teraz też pewną cezurę wprowadza moja córka. Rok temu była, jak to ślicznie napisała If. [coreczko.blox.pl - link nieaktywny], mała jak kasztanek i leżała spokojnie w wózku, kiedy obwoziłam ją po wioskowych uliczkach. Dzisiaj wyrywa się z chusty do każdego widzianego zza ogrodzenia psa, sygnałem dźwiękowym oznajmia, że zauważyła każdą latarnię czy znak drogowy, dotyka roślin i płotów, a uwolniona z moich objęć (które coraz częściej oznaczają ograniczenie wolności, protest) pomyka z szeroko rozłożonymi rękami na podbój świata. Przyznam, że po kolejnym przeraźliwym proteście, kolejnym kamyku wyjętym z ust czy brudnym papierku przemycanym w celu spożywczym, myślę z rozrzewnieniem o poprzedniej jesieni, kiedy wystarczało jej, że jestem i opowiadam świat. Teraz jej gwałtowny apetyt na poznawanie często mnie przerasta. Nie zdążyłam tak jak ona dorosnąć do tego momentu chyba jeszcze.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 24, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Maja -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Lubię Amy Tan, bo umieszcza akcję swoich książek w San Francisco. Niestety, po względnie przyjemnym, obyczajowym początku historii Ruth, czterdziestokilkuletniej redaktorki-pisarki, pomagającej pisać innym autorom poradniki, walczącej o utrzymanie związku i opiekującej się coraz bardziej niesprawną psychicznie matką, wchodzi dygresja z przeszłości, taka na pół książki, gdzie akcja przenosi się do Chin sprzed drugiej wojny światowej, duchów, zwaśnionych rodzin i archeologów. Trochę mało SF jak dla mnie, za dużo pamiętnikowej azjatyckiej obyczajówki.
Inne tej autorki tu.
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 23, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2010
- 2 komentarze
- Skomentuj
Lubię Amy Tan, bo umieszcza akcję swoich książek w San Francisco. Niestety, po względnie przyjemnym, obyczajowym początku historii Ruth, czterdziestokilkuletniej redaktorki-pisarki, pomagającej pisać innym autorom poradniki, walczącej o utrzymanie związku i opiekującej się coraz bardziej niesprawną psychicznie matką, wchodzi dygresja z przeszłości, taka na pół książki, gdzie akcja przenosi się do Chin sprzed drugiej wojny światowej, duchów, zwaśnionych rodzin i archeologów. Trochę mało SF jak dla mnie, za dużo pamiętnikowej azjatyckiej obyczajówki.
Inne tej autorki tu.
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 23, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2010
- 2 komentarze
- Skomentuj
Lubię Amy Tan, bo umieszcza akcję swoich książek w San Francisco. Niestety, po względnie przyjemnym, obyczajowym początku historii Ruth, czterdziestokilkuletniej redaktorki-pisarki, pomagającej pisać innym autorom poradniki, walczącej o utrzymanie związku i opiekującej się coraz bardziej niesprawną psychicznie matką, wchodzi dygresja z przeszłości, taka na pół książki, gdzie akcja przenosi się do Chin sprzed drugiej wojny światowej, duchów, zwaśnionych rodzin i archeologów. Trochę mało SF jak dla mnie, za dużo pamiętnikowej azjatyckiej obyczajówki.
Inne tej autorki tu.
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 23, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Brakowało mi takiego poranka od dawna. Żeby wstać, wykąpać się, przejrzeć pobieżnie pocztę i RSS-y, zrobić makijaż, powybrzydzać nad bluzką i dopiero zobaczyć, że reszta domowników życzy sobie zacząć dzień. Potem słońce, kawa z "Merkurego" wprawdzie na wynos, ale gorąca i smaczna, trochę pochwał, zakupy na Rynku Jeżyckim i smaczny cytat, prawie jak z "Madagaskaru 2":
"- Szanowny panie - przemówił - (...) ponieważ konieczność podejmowania decyzji zawsze mnie przeraża (...), pragniemy zdać się od tej chwili na pana i podporządkować się pańskiej woli. Obieramy pana naszym wodzem.
Filimario wzruszył się.
- Doskonale - powiedział bardzo zadowolony. Zawsze lepiej popełniać omyłki pod rozkazami jednego człowieka, bez dyskusji, niż żeby każdy mylił się na własną rękę, tracąc czas i energię na puste słowa.
Wiecie, skąd to?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Z głowy, czyli z niczego -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Brakowało mi takiego poranka od dawna. Żeby wstać, wykąpać się, przejrzeć pobieżnie pocztę i RSS-y, zrobić makijaż, powybrzydzać nad bluzką i dopiero zobaczyć, że reszta domowników życzy sobie zacząć dzień. Potem słońce, kawa z "Merkurego" wprawdzie na wynos, ale gorąca i smaczna, trochę pochwał, zakupy na Rynku Jeżyckim i smaczny cytat, prawie jak z "Madagaskaru 2":
"- Szanowny panie - przemówił - (...) ponieważ konieczność podejmowania decyzji zawsze mnie przeraża (...), pragniemy zdać się od tej chwili na pana i podporządkować się pańskiej woli. Obieramy pana naszym wodzem.
Filimario wzruszył się.
- Doskonale - powiedział bardzo zadowolony. Zawsze lepiej popełniać omyłki pod rozkazami jednego człowieka, bez dyskusji, niż żeby każdy mylił się na własną rękę, tracąc czas i energię na puste słowa.
Wiecie, skąd to?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Z głowy, czyli z niczego -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Brakowało mi takiego poranka od dawna. Żeby wstać, wykąpać się, przejrzeć pobieżnie pocztę i RSS-y, zrobić makijaż, powybrzydzać nad bluzką i dopiero zobaczyć, że reszta domowników życzy sobie zacząć dzień. Potem słońce, kawa z "Merkurego" wprawdzie na wynos, ale gorąca i smaczna, trochę pochwał, zakupy na Rynku Jeżyckim i smaczny cytat, prawie jak z "Madagaskaru 2":
"- Szanowny panie - przemówił - (...) ponieważ konieczność podejmowania decyzji zawsze mnie przeraża (...), pragniemy zdać się od tej chwili na pana i podporządkować się pańskiej woli. Obieramy pana naszym wodzem.
Filimario wzruszył się.
- Doskonale - powiedział bardzo zadowolony. Zawsze lepiej popełniać omyłki pod rozkazami jednego człowieka, bez dyskusji, niż żeby każdy mylił się na własną rękę, tracąc czas i energię na puste słowa.
Wiecie, skąd to?
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nie wiem, jak to po polsku krótko. Ale pani M. podczas chyba 8 spotkań nauczyła mnie jeździć. Dobrze się czuję za kierownicą, nie boję się, po mieście pewnie sama jeszcze bym nie pojechała, ale poza miastem - myślę, że już. Silnik dziś zgasł mi raz (na placu manewrowym więcej, ale wiadomo). I wprawdzie ciągle jeszcze słyszę: "Pani Natalio, no kto wchodzi w zakręt z 40 km na liczniku, przepraszam, pani Małgosiu, ale z kilometrów nie spuszczę" czy "ten łuk to jak pijana żmija, ale niech będzie, w końcu tym razem nie rozjechała pani słupka, pani Małgosiu", ale myślę, że za 1,5 godziny jazd (i kilka w czasie czekania na termin) pójdę złożyć ten papier do WORD-u, że chcę egzamin. Ale to tylko dzięki pani M.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje prawo jazdy -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Nie wiem, jak to po polsku krótko. Ale pani M. podczas chyba 8 spotkań nauczyła mnie jeździć. Dobrze się czuję za kierownicą, nie boję się, po mieście pewnie sama jeszcze bym nie pojechała, ale poza miastem - myślę, że już. Silnik dziś zgasł mi raz (na placu manewrowym więcej, ale wiadomo). I wprawdzie ciągle jeszcze słyszę: "Pani Natalio, no kto wchodzi w zakręt z 40 km na liczniku, przepraszam, pani Małgosiu, ale z kilometrów nie spuszczę" czy "ten łuk to jak pijana żmija, ale niech będzie, w końcu tym razem nie rozjechała pani słupka, pani Małgosiu", ale myślę, że za 1,5 godziny jazd (i kilka w czasie czekania na termin) pójdę złożyć ten papier do WORD-u, że chcę egzamin. Ale to tylko dzięki pani M.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje prawo jazdy -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Nie wiem, jak to po polsku krótko. Ale pani M. podczas chyba 8 spotkań nauczyła mnie jeździć. Dobrze się czuję za kierownicą, nie boję się, po mieście pewnie sama jeszcze bym nie pojechała, ale poza miastem - myślę, że już. Silnik dziś zgasł mi raz (na placu manewrowym więcej, ale wiadomo). I wprawdzie ciągle jeszcze słyszę: "Pani Natalio, no kto wchodzi w zakręt z 40 km na liczniku, przepraszam, pani Małgosiu, ale z kilometrów nie spuszczę" czy "ten łuk to jak pijana żmija, ale niech będzie, w końcu tym razem nie rozjechała pani słupka, pani Małgosiu", ale myślę, że za 1,5 godziny jazd (i kilka w czasie czekania na termin) pójdę złożyć ten papier do WORD-u, że chcę egzamin. Ale to tylko dzięki pani M.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 22, 2010
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj