Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: 2007

Dzien 1 - leje

Podczas ostatniego lotu (Hong Kong - Taipei), byłam już tak zmęczona, że w zasadzie mało co rejestrowałam. Lot był spóźniony (z bliżej niejasnych przyczyn technicznych), była opcja, że się nie odbędzie, więc gonili nas z jednej kolejki (właściwej, do abordażu) do drugiej (znacznie dłuższej, do rozdysponowania nas na inne loty, również za niezłe kilka godzin). Lot się jednak odbył, bez wizyty na stacji benzynowej, co przychodziło nam na myśl parę razy. Chińskie stewardesy ładniutkie, ale jednak nie ufam, jak się uśmiechają. wybór w kwestii jedzenia był prawie jak w Aeroflocie - "tak" albo "nie". Mięsko zawierało dziwne grzybki, ciasteczko i soczek były jadalne.

Potem odbębniliśmy tworzenie wiz na miejscu (da się, urzędnik mało natarczywy, tylko zastanawiał się, po co chcemy zostać już po konferencji i jakoś dziwnie patrzył, że "tourist"), immigration officerkę (mimo zakazu wwożenia jedzenia I. przewiózł polskie kanapki z serem, bez konsekwencji, chociaż ja już tych kanapek bym nie jadła). Pierwszy kontakt z Tajwanem - fala potwornego, mokrego upału na twarz. Niby człowiek się przyzwyczaja, ale przyzwyczajenie znika po pierwszym wejściu w strefę klimatyzowaną (na szczęście prawie każda knajpa i sklep mają).

Niestety, lokalesi mają polską metodę na kontakty z cudzoziemcami - mówią głośno po swojemu, powtarzając parę razy. Niestety, takież panienki wystawili do witania uczestników Wikimanii - po zadaniu pytania panienki patrzą na siebie, uroczo chichoczą zasłaniając usta i kręcą głowami, że nie rozumieją. Kazali jechać autobusem, zaznaczyli na planie, gdzie kierowca ma nas wysadzić i to by było na tyle. W praniu wyszło, ze autobus z lotniska jedzie godzinę jakimiś ohydnymi suburbiami (jak na razie Taipei nie zachwyca - syf, syf, blaszane baraki obwieszone reklamami, znaki drogowe obrazkowe, brud i bieda), chłopaki się pospali, kierowca pół drogi darł się do komórki, bo z kimś rozmawiał bardzo ekspresyjnie, byłam zmęczona jak kot. Wreszcie się gdzieś zatrzymaliśmy i kierowca zaczął głośno krzyczeć, co przykuło naszą uwagę. Nie upieram się, że znajomość języków jest im potrzebna, bo sygnałami dźwiękowymi i na machanego dają radę, ale jednak się czuje ciut nieswojo. Taksówkarze też nie mówią lengłidżem, ale działa pokazanie im karteczki z adresem w obrazkach (nie byłam w stanie obsłużyć jechania metrem, ale taksówki kosztują grosze).

Wieczorem poszliśmy do chińskiej knajpy z szefem eloya, który jest nieco obeznany, bo ma żonę Chinkę. Knajpa potwornie niepozorna, ot - lada z surowymi rybami, małżami i innymi paskudztwami. W środku okazało się, że żarcie robią dobre (oczywiście nie wszystko - zupa małżowa taka sobie, krewetki maja oczka) - coś w cieście ze smażoną w głębokim tłuszczu bazylia, co się maczało w takim burym proszku ("it's spice") i było oszałamiająco dobre, kaczka pieczona, pokrojona w plasterki z tłuszczem z pieczenia, warzywa (stawiam, ze pak choi, ale pewna nie jestem).

Nocne markety są niesamowite - na małej powierzchni, w uliczce mieści się kilkaset (jak nie więcej) straganów ze wszystkim - Dior, markowe buty, jakieś śmierdzące smażeniny onnastick, ciuchy, kosmetyki, majtki, skarpetki, pani w rękawiczkach z Castoramy (takich izolacyjnych, malowanych farba) przygotowująca świeże owoce w kawałkach, każdy kawałek zapakowany w torebeczkę, pan zachęcający do masażu stóp, zapewne w zaułkach panowie proponują też inne usługi. Zmierzch zapada wcześnie - kolo 18:30-19:00 i bynajmniej nie robi się chłodniej...

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 1, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 2 komentarze - Skomentuj


Dzien 1 - leje

Podczas ostatniego lotu (Hong Kong - Taipei), byłam już tak zmęczona, że w zasadzie mało co rejestrowałam. Lot był spóźniony (z bliżej niejasnych przyczyn technicznych), była opcja, że się nie odbędzie, więc gonili nas z jednej kolejki (właściwej, do abordażu) do drugiej (znacznie dłuższej, do rozdysponowania nas na inne loty, również za niezłe kilka godzin). Lot się jednak odbył, bez wizyty na stacji benzynowej, co przychodziło nam na myśl parę razy. Chińskie stewardesy ładniutkie, ale jednak nie ufam, jak się uśmiechają. wybór w kwestii jedzenia był prawie jak w Aeroflocie - "tak" albo "nie". Mięsko zawierało dziwne grzybki, ciasteczko i soczek były jadalne.

Potem odbębniliśmy tworzenie wiz na miejscu (da się, urzędnik mało natarczywy, tylko zastanawiał się, po co chcemy zostać już po konferencji i jakoś dziwnie patrzył, że "tourist"), immigration officerkę (mimo zakazu wwożenia jedzenia I. przewiózł polskie kanapki z serem, bez konsekwencji, chociaż ja już tych kanapek bym nie jadła). Pierwszy kontakt z Tajwanem - fala potwornego, mokrego upału na twarz. Niby człowiek się przyzwyczaja, ale przyzwyczajenie znika po pierwszym wejściu w strefę klimatyzowaną (na szczęście prawie każda knajpa i sklep mają).

Niestety, lokalesi mają polską metodę na kontakty z cudzoziemcami - mówią głośno po swojemu, powtarzając parę razy. Niestety, takież panienki wystawili do witania uczestników Wikimanii - po zadaniu pytania panienki patrzą na siebie, uroczo chichoczą zasłaniając usta i kręcą głowami, że nie rozumieją. Kazali jechać autobusem, zaznaczyli na planie, gdzie kierowca ma nas wysadzić i to by było na tyle. W praniu wyszło, ze autobus z lotniska jedzie godzinę jakimiś ohydnymi suburbiami (jak na razie Taipei nie zachwyca - syf, syf, blaszane baraki obwieszone reklamami, znaki drogowe obrazkowe, brud i bieda), chłopaki się pospali, kierowca pół drogi darł się do komórki, bo z kimś rozmawiał bardzo ekspresyjnie, byłam zmęczona jak kot. Wreszcie się gdzieś zatrzymaliśmy i kierowca zaczął głośno krzyczeć, co przykuło naszą uwagę. Nie upieram się, że znajomość języków jest im potrzebna, bo sygnałami dźwiękowymi i na machanego dają radę, ale jednak się czuje ciut nieswojo. Taksówkarze też nie mówią lengłidżem, ale działa pokazanie im karteczki z adresem w obrazkach (nie byłam w stanie obsłużyć jechania metrem, ale taksówki kosztują grosze).

Wieczorem poszliśmy do chińskiej knajpy z szefem eloya, który jest nieco obeznany, bo ma żonę Chinkę. Knajpa potwornie niepozorna, ot - lada z surowymi rybami, małżami i innymi paskudztwami. W środku okazało się, że żarcie robią dobre (oczywiście nie wszystko - zupa małżowa taka sobie, krewetki maja oczka) - coś w cieście ze smażoną w głębokim tłuszczu bazylia, co się maczało w takim burym proszku ("it's spice") i było oszałamiająco dobre, kaczka pieczona, pokrojona w plasterki z tłuszczem z pieczenia, warzywa (stawiam, ze pak choi, ale pewna nie jestem).

Nocne markety są niesamowite - na małej powierzchni, w uliczce mieści się kilkaset (jak nie więcej) straganów ze wszystkim - Dior, markowe buty, jakieś śmierdzące smażeniny onnastick, ciuchy, kosmetyki, majtki, skarpetki, pani w rękawiczkach z Castoramy (takich izolacyjnych, malowanych farba) przygotowująca świeże owoce w kawałkach, każdy kawałek zapakowany w torebeczkę, pan zachęcający do masażu stóp, zapewne w zaułkach panowie proponują też inne usługi. Zmierzch zapada wcześnie - kolo 18:30-19:00 i bynajmniej nie robi się chłodniej...

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 1, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 2 komentarze - Skomentuj


Lotniskowo-samolotowo

Warszawa Okęcie - Amsterdam Schiphol: 1,5 h, KLM, samolot miał na imię "Marco Polo". Leniwie, bez przygód, dali dobre kanapeczki z łososiem i twarożkiem i mniej dobre z mozzarellą i pomidorem, a do kawy ciasteczko z karmelem (bardzo dobre). Warto brać na pokład skarpetki (fluffy z antypoślizgami sa dwaplusdobre) i coś na ramiona, bo na krótkich lotach nie dają kocyka. Warto tez pamiętać o restrykcjach przewozu kosmetyków - wywalają wszystko powyżej 100 ml.

Schiphol. Estetycznie takie sobie, ale strefa zakupowa robi wrażenie - z powrotem będziemy siedzieć tam 4h, wiec mam chytry plan zabrać wielka torbę goodies i wyczyścić limit na kredytówce. Sery holenderskie, cebulki tulipanów, słodycze (wspomniane ciasteczka z karmelem), kalendarze z depresyjnym tulipanem (c siwa). Kompletnie nie zajarzyłam ożywienia wśród celników, pan przed bramką puszcza do mnie oczko i pyta, czy mam w podręcznym bagażu "weap". Y? Weap? Weapon? No, of course not. "But you have these (i pokazuje na wysokości swojego biustu), I won't touch you". Hm. Za bramka typowy aryjski SS-manski Holender rzuca "Naughty, naughty. But I won't touch you, it must be spontaneuos, you're too open". Dopiero w tym momencie dotarło, ze czynią niezawoalowane aluzje do mojej koszulki z napisem "I'm naughty girl, spank me!"...

Amsterdam Schiphol - Hong Kong International Airport: 11h, KLM, samolot miał na imię "City of Calgary" (na pasie stoi KLM-owy The Flying Dutchman). OMFG, zatuczyli mnie. Herbatka/kawa z solonymi migdałami. Soczki i drineczki. Obiad (chinese style, kurczak z kluseczkami, sałatka warzywno-owocowa z kokosem, kurczak z makaronem sojowym, ciasteczko). Soczki i drineczki. Herbatka. Soczki. Duty free (nie wiem, skąd wyjęli te ceny - dezajnerskie metalowe solniczko-pieprzniczki za jedyne 90 euro). Soczki. Herbatka. Zupka chińska! (autentyczny tajski kubek zawierający noodles, pobudzający informatyków do działania - oczywiście dali do niego pałeczki, steward na moja (i kolegi) nieśmiałą prośbę o widelec wyśmiał nas rozgłośnie, stwierdzając, że jedziemy do Hongkongu i najwyższy czas nauczyć się pomykać patyczkami, bo umrzemy z głodu. To będą ciężkie dwa tygodnie... Planujemy potajemny zakup widelca i noszenie w kieszeni). Drineczki. Śniadanko z gorącą bułeczką z serkiem, jogurtem, owocami i ciasteczkiem. Herbatka. Licznik kilogramów: +3. Poza jedzeniem lot również nudny (ciut potrzęsło, ale bez rewelacji), niestety nudna oferta filmowa - The Shooter bardzo smętny i przewidywalny (Mark Walhberg i jego szotgan kontra reszta USA). Music and Lyrics - odpadłam na scenie z tańczącym Hugh Grantem. Skusiłam się na Blades of Glory tylko dlatego, ze gra tam Jenna Fisher (Pam Beesley z The Office), ale nie było warto. Wbrew trailerowi targetem nie są geje, za to nudny. Śmieszne momenty raczej żenują.

Hong Kong - lotnisko (czas +6h). Zalogowaliśmy się do Transfer Lounge, za jedyne $40 od łebka można free wifi, prysznic, masaż, śniadanko czy się zdrzemnąć. Useful info - warto brać ze sobą majtki i koszulkę na zmianę do bagażu podręcznego. Prysznic pomaga, ale śmierdzące ciuchy niezbyt fajne. Lotnisko klimatyzowane, na zewnątrz 31 celsjuszów.

PS Fotki będą. Głównie z lotnisk i okna samolotu. Na razie ;-)

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 31, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 1 komentarz - Skomentuj


Lotniskowo-samolotowo

Warszawa Okęcie - Amsterdam Schiphol: 1,5 h, KLM, samolot miał na imię "Marco Polo". Leniwie, bez przygód, dali dobre kanapeczki z łososiem i twarożkiem i mniej dobre z mozzarellą i pomidorem, a do kawy ciasteczko z karmelem (bardzo dobre). Warto brać na pokład skarpetki (fluffy z antypoślizgami sa dwaplusdobre) i coś na ramiona, bo na krótkich lotach nie dają kocyka. Warto tez pamiętać o restrykcjach przewozu kosmetyków - wywalają wszystko powyżej 100 ml.

Schiphol. Estetycznie takie sobie, ale strefa zakupowa robi wrażenie - z powrotem będziemy siedzieć tam 4h, wiec mam chytry plan zabrać wielka torbę goodies i wyczyścić limit na kredytówce. Sery holenderskie, cebulki tulipanów, słodycze (wspomniane ciasteczka z karmelem), kalendarze z depresyjnym tulipanem (c siwa). Kompletnie nie zajarzyłam ożywienia wśród celników, pan przed bramką puszcza do mnie oczko i pyta, czy mam w podręcznym bagażu "weap". Y? Weap? Weapon? No, of course not. "But you have these (i pokazuje na wysokości swojego biustu), I won't touch you". Hm. Za bramka typowy aryjski SS-manski Holender rzuca "Naughty, naughty. But I won't touch you, it must be spontaneuos, you're too open". Dopiero w tym momencie dotarło, ze czynią niezawoalowane aluzje do mojej koszulki z napisem "I'm naughty girl, spank me!"...

Amsterdam Schiphol - Hong Kong International Airport: 11h, KLM, samolot miał na imię "City of Calgary" (na pasie stoi KLM-owy The Flying Dutchman). OMFG, zatuczyli mnie. Herbatka/kawa z solonymi migdałami. Soczki i drineczki. Obiad (chinese style, kurczak z kluseczkami, sałatka warzywno-owocowa z kokosem, kurczak z makaronem sojowym, ciasteczko). Soczki i drineczki. Herbatka. Soczki. Duty free (nie wiem, skąd wyjęli te ceny - dezajnerskie metalowe solniczko-pieprzniczki za jedyne 90 euro). Soczki. Herbatka. Zupka chińska! (autentyczny tajski kubek zawierający noodles, pobudzający informatyków do działania - oczywiście dali do niego pałeczki, steward na moja (i kolegi) nieśmiałą prośbę o widelec wyśmiał nas rozgłośnie, stwierdzając, że jedziemy do Hongkongu i najwyższy czas nauczyć się pomykać patyczkami, bo umrzemy z głodu. To będą ciężkie dwa tygodnie... Planujemy potajemny zakup widelca i noszenie w kieszeni). Drineczki. Śniadanko z gorącą bułeczką z serkiem, jogurtem, owocami i ciasteczkiem. Herbatka. Licznik kilogramów: +3. Poza jedzeniem lot również nudny (ciut potrzęsło, ale bez rewelacji), niestety nudna oferta filmowa - The Shooter bardzo smętny i przewidywalny (Mark Walhberg i jego szotgan kontra reszta USA). Music and Lyrics - odpadłam na scenie z tańczącym Hugh Grantem. Skusiłam się na Blades of Glory tylko dlatego, ze gra tam Jenna Fisher (Pam Beesley z The Office), ale nie było warto. Wbrew trailerowi targetem nie są geje, za to nudny. Śmieszne momenty raczej żenują.

Hong Kong - lotnisko (czas +6h). Zalogowaliśmy się do Transfer Lounge, za jedyne $40 od łebka można free wifi, prysznic, masaż, śniadanko czy się zdrzemnąć. Useful info - warto brać ze sobą majtki i koszulkę na zmianę do bagażu podręcznego. Prysznic pomaga, ale śmierdzące ciuchy niezbyt fajne. Lotnisko klimatyzowane, na zewnątrz 31 celsjuszów.

PS Fotki będą. Głównie z lotnisk i okna samolotu. Na razie ;-)

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek lipiec 31, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 1 komentarz - Skomentuj


Georges Simenon - Maigret i starsza pani

W kryminałach Simenona ciężko mi się skupić na akcji, ale mam wrażenie, że taki sam problem ma komisarz Maigret, którego najbardziej fascynuje obserwacja zachowań ludzkich i szeroko pojęte spożycie. Maigret przyjeżdża do małego nadmorskiego kurortu, zaproszony jednocześnie przez starszą panią, której służąca wypiła truciznę przeznaczoną dla chlebodawczyni oraz jej pasierba, parajacego się polityką. I, jak już wspominałam, głównie pije - a to 20-letni calvados w willi przemiłej starszej pani, a to domowy (jeszcze niezbyt dojrzały) jabłecznik w domu zamordowanej służącej, a to inne napitki w knajpach, bo tam się przeważnie spotyka z podejrzanymi i świadkami. Największym problemem wydaje się być to, że na przystawkę w hotelowej restauracji nie dostanie muli. Ale - jak to w kryminałach - mimo niechętnego i niezbyt aktywnego stosunku do wyjaśnienia sprawy, udaje mu się przestępcę znaleźć.

Inne tego autora tu, inne z tej serii.

#42

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 23, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj


Georges Simenon - Maigret i starsza pani

W kryminałach Simenona ciężko mi się skupić na akcji, ale mam wrażenie, że taki sam problem ma komisarz Maigret, którego najbardziej fascynuje obserwacja zachowań ludzkich i szeroko pojęte spożycie. Maigret przyjeżdża do małego nadmorskiego kurortu, zaproszony jednocześnie przez starszą panią, której służąca wypiła truciznę przeznaczoną dla chlebodawczyni oraz jej pasierba, parajacego się polityką. I, jak już wspominałam, głównie pije - a to 20-letni calvados w willi przemiłej starszej pani, a to domowy (jeszcze niezbyt dojrzały) jabłecznik w domu zamordowanej służącej, a to inne napitki w knajpach, bo tam się przeważnie spotyka z podejrzanymi i świadkami. Największym problemem wydaje się być to, że na przystawkę w hotelowej restauracji nie dostanie muli. Ale - jak to w kryminałach - mimo niechętnego i niezbyt aktywnego stosunku do wyjaśnienia sprawy, udaje mu się przestępcę znaleźć.

Inne tego autora tu, inne z tej serii.

#42

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 23, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj


Henning Mankell - O krok

Nieustająco dobrze mi się czyta. Lubię skandynawską melancholię, a zwłaszcza narzekającego na życie komisarza Wallandera, który w tym tomie walczy z samotnością, cukrzycą i zdrowiem, podejrzeniami w stosunku do zabitego kolegi-policjanta i przestępcą, który zabija szczęśliwych ludzi w noc świętojańską.

Inne tego autora tutaj.

#41

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 23, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj


Henning Mankell - O krok

Nieustająco dobrze mi się czyta. Lubię skandynawską melancholię, a zwłaszcza narzekającego na życie komisarza Wallandera, który w tym tomie walczy z samotnością, cukrzycą i zdrowiem, podejrzeniami w stosunku do zabitego kolegi-policjanta i przestępcą, który zabija szczęśliwych ludzi w noc świętojańską.

Inne tego autora tutaj.

#41

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 23, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Bond - Miś zwany Paddington

Wszyscy pewnie znają Misia Paddingtona. Jeśli nie - warto, bez względu na wiek, nadrobić. Miś pojawił się pewnego mglistego dnia w Londynie po tym, jak przypłynął na gapę statkiem z Peru ze słoikiem po marmoladzie. Oczywiście tylko w Anglii znajdzie się przemiła rodzina, która przygarnie czteroletniego niedźwiadka z dworca, bo wygląda wzruszająco. Wzruszający ma też talent do przygód - zalewania łazienki, łagodnych przypadków podpalenia, popełniania zaskakujacych omyłek i smarowania wszystkiego miodem i marmoladą. Przy okazji bardzo łatwo pozyskuje przyjaciół - uwielbiają go zarówno państwo Brown, którzy go zaprosili do swojego domu, pani Bird, gospodyni (mimo iż przysparza jej mnóstwo sprzątania i czasem problemów) i inni mieszkańcy dzielnicy, w której mieści się ulica Windsor Garden. Nie lubią go tylko ludzie niesympatyczni, np. skąpy sąsiad, pan Curry.

Do Paddingtona wróciłam przypadkiem, bo okazało się, że poza trzema książeczkami wydanymi w latach 70., pojawiły się nowe:

  • Miś zwany Paddington
  • Jeszcze o Paddingtonie
  • Paddington daje sobie radę
  • Nowe przygody Paddingtona
  • Paddington i bożonarodzeniowa niespodzianka
  • Paddington przy pracy
  • Paddington w opałach
  • Paddington wyrusza do miasta
  • Paddington za granicą

#38-40

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 16, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj


Michael Bond - Miś zwany Paddington

Wszyscy pewnie znają Misia Paddingtona. Jeśli nie - warto, bez względu na wiek, nadrobić. Miś pojawił się pewnego mglistego dnia w Londynie po tym, jak przypłynął na gapę statkiem z Peru ze słoikiem po marmoladzie. Oczywiście tylko w Anglii znajdzie się przemiła rodzina, która przygarnie czteroletniego niedźwiadka z dworca, bo wygląda wzruszająco. Wzruszający ma też talent do przygód - zalewania łazienki, łagodnych przypadków podpalenia, popełniania zaskakujacych omyłek i smarowania wszystkiego miodem i marmoladą. Przy okazji bardzo łatwo pozyskuje przyjaciół - uwielbiają go zarówno państwo Brown, którzy go zaprosili do swojego domu, pani Bird, gospodyni (mimo iż przysparza jej mnóstwo sprzątania i czasem problemów) i inni mieszkańcy dzielnicy, w której mieści się ulica Windsor Garden. Nie lubią go tylko ludzie niesympatyczni, np. skąpy sąsiad, pan Curry.

Do Paddingtona wróciłam przypadkiem, bo okazało się, że poza trzema książeczkami wydanymi w latach 70., pojawiły się nowe:

  • Miś zwany Paddington
  • Jeszcze o Paddingtonie
  • Paddington daje sobie radę
  • Nowe przygody Paddingtona
  • Paddington i bożonarodzeniowa niespodzianka
  • Paddington przy pracy
  • Paddington w opałach
  • Paddington wyrusza do miasta
  • Paddington za granicą

#38-40

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 16, 2007

Link bezpośredni - Tag: 2007 - 0 komentarzy - Skomentuj