Tag:
2017
Rok 1917. Młody pomocnik, David Martin, redakcyjny z ambicjami pisarskimi dostaje szansę na publikację w gazecie. O dziwo mu wychodzi, dostaje stałą kolumnę za sprawą swojego protektora, właściciela gazety Pedra Vidala, budząc przy tym nienawiść całej redakcji. Kiedy już ma dość, odchodzi, wynajmuje przedziwnie zapuszczony dom, remontuje go[1] i zaczyna pisać popularną literaturę pod pseudonimem, marząc o wydaniu czegoś pod własnym nazwiskiem. Otrzymuje nagle intratną propozycję[2] od tajemniczego nieznajomego, który za sporym wynagrodzeniem chce napisania dzieła o nowym porządku religijnym[3], które porwie tłumy. Przeszkody znikają - wiążący go kontraktem wydawcy giną w tajemniczym pożarze, ukochana Christina decyduje się wyjść za mąż za bogatego Vidala, książka napisana pod własnym nazwiskiem nie przynosi mu sławy, w zasadzie nie ma powodu, żeby nie wziąć łatwych pieniędzy za rok pracy. Tylko Davida nagle ogarnia strach (nie wspominając o dramatycznej depresji po stracie ukochanej), bo sporo wydarzeń jest trudno wytłumaczalnych. Podobnie jak w "Cieniu wiatru", David zbiera drużynę - sprytną i ironiczną asystentkę Isabellę, księgarza Sempere (dziadka Daniela) wraz z przyjacielem donem Gustavo i emerytowanego policjanta po przejściach. Niestety, tuż za nim jest nieufna policja, tym bardziej podejrzewająca Davida, im więcej się trupów ściele dookoła.
Tutaj rzeczywiście pojawia się w jakimś stopniu realizm magiczny - niektórych wydarzeń nie da się wyjaśnić na gruncie logiki, sam bohater ma tak ogromne poczucie nierealności, że nie potrafi oddzielić czasem jawy od snu. Wiem, że to książka o książkach, o czytaniu i pisaniu, ułudzie, ale czasem to trochę przeszkadza, bo jednak po pierwszym tomie chciałam zgrabnego, logicznego wyjaśnienia intrygi, które jednak nie do końca zostaje zaserwowane. Zamiast tego jest alegoria, a ja słaba w alegorie jestem.
[1] Na litość, jak Wam ekipa budowlana, z miarką w oku i w garści dla pewności, mówi, że jest coś nie tak z wymiarami, bo pomieszczenie powinno być dwa razy większe niż jest, to naprawdę warto się nad tym pochylić, a nie zastanawiać się latami nad smrodkiem wionącym ze stojącej przy ścianie szafy.
[2] Oraz operację usuwającą guza na mózgu oraz inicjację erotyczną w prezencie, kto by się nie oparł.
[3] Nie wiem, jak Wy, ale ja się w zasadzie od razu domyśliłam, co z tego wyjdzie (Zrva Xnzcs).
Inne tego autora.
#36
Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 31, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Rok 1917. Młody pomocnik, David Martin, redakcyjny z ambicjami pisarskimi dostaje szansę na publikację w gazecie. O dziwo mu wychodzi, dostaje stałą kolumnę za sprawą swojego protektora, właściciela gazety Pedra Vidala, budząc przy tym nienawiść całej redakcji. Kiedy już ma dość, odchodzi, wynajmuje przedziwnie zapuszczony dom, remontuje go[1] i zaczyna pisać popularną literaturę pod pseudonimem, marząc o wydaniu czegoś pod własnym nazwiskiem. Otrzymuje nagle intratną propozycję[2] od tajemniczego nieznajomego, który za sporym wynagrodzeniem chce napisania dzieła o nowym porządku religijnym[3], które porwie tłumy. Przeszkody znikają - wiążący go kontraktem wydawcy giną w tajemniczym pożarze, ukochana Christina decyduje się wyjść za mąż za bogatego Vidala, książka napisana pod własnym nazwiskiem nie przynosi mu sławy, w zasadzie nie ma powodu, żeby nie wziąć łatwych pieniędzy za rok pracy. Tylko Davida nagle ogarnia strach (nie wspominając o dramatycznej depresji po stracie ukochanej), bo sporo wydarzeń jest trudno wytłumaczalnych. Podobnie jak w "Cieniu wiatru", David zbiera drużynę - sprytną i ironiczną asystentkę Isabellę, księgarza Sempere (dziadka Daniela) wraz z przyjacielem donem Gustavo i emerytowanego policjanta po przejściach. Niestety, tuż za nim jest nieufna policja, tym bardziej podejrzewająca Davida, im więcej się trupów ściele dookoła.
Tutaj rzeczywiście pojawia się w jakimś stopniu realizm magiczny - niektórych wydarzeń nie da się wyjaśnić na gruncie logiki, sam bohater ma tak ogromne poczucie nierealności, że nie potrafi oddzielić czasem jawy od snu. Wiem, że to książka o książkach, o czytaniu i pisaniu, ułudzie, ale czasem to trochę przeszkadza, bo jednak po pierwszym tomie chciałam zgrabnego, logicznego wyjaśnienia intrygi, które jednak nie do końca zostaje zaserwowane. Zamiast tego jest alegoria, a ja słaba w alegorie jestem.
[1] Na litość, jak Wam ekipa budowlana, z miarką w oku i w garści dla pewności, mówi, że jest coś nie tak z wymiarami, bo pomieszczenie powinno być dwa razy większe niż jest, to naprawdę warto się nad tym pochylić, a nie zastanawiać się latami nad smrodkiem wionącym ze stojącej przy ścianie szafy.
[2] Oraz operację usuwającą guza na mózgu oraz inicjację erotyczną w prezencie, kto by się nie oparł.
[3] Nie wiem, jak Wy, ale ja się w zasadzie od razu domyśliłam, co z tego wyjdzie (Zrva Xnzcs).
Inne tego autora.
#36
Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 31, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ulubiony sposobem TŻ-a na zwiedzanie jest użycie samochodu: dojechać do punktu A - popaczać - dojechać do punktu B - popaczać i tak do końca trasy, a wieczorem wrócić do domu, do własnego łóżka, z czym się zgadzam w pełnej rozciągłości, bo własne łóżko #najlepiej. W Pradze to bardzo ciężko zastosować, bo w zasadzie wszystko jest koło siebie i nie opłaca się zapuszczać silnika, nie wspominając o znalezieniu miejsca do parkowania. Dlatego lepiej piechotą oraz komunikacją miejską. Ale o tym w następnym (ostatnim!) odcinku z obrazkami z Pragi, dziś o wycieczce lokalnej do Leszna na lody, gdzie najzupełniej da się samochodem, a potem wrócić.
Punkt A - Trzebaw. Chciałam zobaczyć XIX-wieczny dwór, przed którym zbiegają się trzy zabytkowe aleje kasztanowców, posadzone w I poł. XIX w., jedne z najstarszych w Wielkopolsce. Dwór niestety jest ogrodzony walącym się murem, ale nie zdecydowałam się na pójście w szkodę, żeby nie dawać dziecku precedensu[1]. Aleja kasztanowa za to urokliwa nader, aczkolwiek trudno fotografowalna (wiem, złemu tancerzowi itd.).
Punkt B - Jarogniewice. Tutaj chciałam zabytkowy zespół pałacowo-folwarczny z końca XVIII i XIX wieku, z klasycystycznym pałacem i parkiem z XVIII wieku, ale obiekt - wprawdzie widoczny i zadbany - okazał się Ośrodkiem Pomocy Społecznej i jednak w niedzielne popołudnie głupio dzwonić do drzwi i napierać na zwiedzanie.

Punkt C - Leszno. Lody w polecanych Delicjach (Stary Rynek 32) nie rozczarowały, podobnie zawieszone nad dochodzącą do rynku uliczką parasolki. Jeśli uważacie, że Leszno to tylko przelotówka na Wrocław, zmieńcie zdanie. Niespodziewane odkrycie - podwórze dookoła kościoła parafialnego pw. Świętego Krzyża (plac Jana Metziga 21B).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] I tak już, #złąmatką będąc, pokazałam, jak wejść na cudzą klatkę schodową.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 28, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ulubiony sposobem TŻ-a na zwiedzanie jest użycie samochodu: dojechać do punktu A - popaczać - dojechać do punktu B - popaczać i tak do końca trasy, a wieczorem wrócić do domu, do własnego łóżka, z czym się zgadzam w pełnej rozciągłości, bo własne łóżko #najlepiej. W Pradze to bardzo ciężko zastosować, bo w zasadzie wszystko jest koło siebie i nie opłaca się zapuszczać silnika, nie wspominając o znalezieniu miejsca do parkowania. Dlatego lepiej piechotą oraz komunikacją miejską. Ale o tym w następnym (ostatnim!) odcinku z obrazkami z Pragi, dziś o wycieczce lokalnej do Leszna na lody, gdzie najzupełniej da się samochodem, a potem wrócić.
Punkt A - Trzebaw. Chciałam zobaczyć XIX-wieczny dwór, przed którym zbiegają się trzy zabytkowe aleje kasztanowców, posadzone w I poł. XIX w., jedne z najstarszych w Wielkopolsce. Dwór niestety jest ogrodzony walącym się murem, ale nie zdecydowałam się na pójście w szkodę, żeby nie dawać dziecku precedensu[1]. Aleja kasztanowa za to urokliwa nader, aczkolwiek trudno fotografowalna (wiem, złemu tancerzowi itd.).
Punkt B - Jarogniewice. Tutaj chciałam zabytkowy zespół pałacowo-folwarczny z końca XVIII i XIX wieku, z klasycystycznym pałacem i parkiem z XVIII wieku, ale obiekt - wprawdzie widoczny i zadbany - okazał się Ośrodkiem Pomocy Społecznej i jednak w niedzielne popołudnie głupio dzwonić do drzwi i napierać na zwiedzanie.

Punkt C - Leszno. Lody w polecanych Delicjach (Stary Rynek 32) nie rozczarowały, podobnie zawieszone nad dochodzącą do rynku uliczką parasolki. Jeśli uważacie, że Leszno to tylko przelotówka na Wrocław, zmieńcie zdanie. Niespodziewane odkrycie - podwórze dookoła kościoła parafialnego pw. Świętego Krzyża (plac Jana Metziga 21B).
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] I tak już, #złąmatką będąc, pokazałam, jak wejść na cudzą klatkę schodową.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 28, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wieniczka jedzie z walizeczką z Moskwy do Pietuszek, do ukochanej z długim warkoczem i 3-letniego synka, który ostatnio chorował. W walizeczce wiezie cukierki "Bławatek" dla damy i orzechy dla synka. Problem w tym, że mimo wczesnej pory męczy go kac, z baru na dworcu Kurskim go wyrzucili (i do tego nie mieli kseresu), a że podróż przed nim długa, zaopatruje się więc za ostatnie pieniądze w szeroki asortyment alkoholi. Żeby przetrwać, bo w Pietuszkach upojony będzie szczęściem i miłością. Kolejne stacje rozdzielają monolog Wieni - historię o aniołach i diabłach w jego głowie, wyjaśnienie palącej kwestii harmonogramów, które spowodowały wyrzucenie go z pracy, dialogi ze spotkanymi współpodróżnymi i na bieżąco aktualizowany stan wypitki.
Słucha się (w wykonaniu Romana Wilhelmie) i czyta (bo miałam wrażenie, że audiobook jednak miał jakieś skróty albo parokrotnie się zamyśliłam i przeleciało mi mimo uszu) jak fantastyczną powieść sensacyjną. Na dworzec Kurski w lewo, prosto czy w prawo? Dojedzie? Nie dojedzie? Będzie czekała na peronie o 11? Będzie w Pietuszkach jaśmin i zapach kwiatów?
#35/#7
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 28, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wieniczka jedzie z walizeczką z Moskwy do Pietuszek, do ukochanej z długim warkoczem i 3-letniego synka, który ostatnio chorował. W walizeczce wiezie cukierki "Bławatek" dla damy i orzechy dla synka. Problem w tym, że mimo wczesnej pory męczy go kac, z baru na dworcu Kurskim go wyrzucili (i do tego nie mieli kseresu), a że podróż przed nim długa, zaopatruje się więc za ostatnie pieniądze w szeroki asortyment alkoholi. Żeby przetrwać, bo w Pietuszkach upojony będzie szczęściem i miłością. Kolejne stacje rozdzielają monolog Wieni - historię o aniołach i diabłach w jego głowie, wyjaśnienie palącej kwestii harmonogramów, które spowodowały wyrzucenie go z pracy, dialogi ze spotkanymi współpodróżnymi i na bieżąco aktualizowany stan wypitki.
Słucha się (w wykonaniu Romana Wilhelmie) i czyta (bo miałam wrażenie, że audiobook jednak miał jakieś skróty albo parokrotnie się zamyśliłam i przeleciało mi mimo uszu) jak fantastyczną powieść sensacyjną. Na dworzec Kurski w lewo, prosto czy w prawo? Dojedzie? Nie dojedzie? Będzie czekała na peronie o 11? Będzie w Pietuszkach jaśmin i zapach kwiatów?
#35/#7
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 28, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 2 komentarze
- Skomentuj
Lata 60., angielska prowincja. Wprawdzie głównym bohaterem jest 8/9-letni Gaylord[1], który z właściwą temu wiekowi ciekawością studiuje zachowanie dorosłych w różnych sytuacjach, ale historie Malpassa są zdecydowanie dla starszych. "Od siódmej rano" to opowieść o kilku miesiącach z życia Pentecostów - seniora Johna, emerytowanego adwokata, który udaje martwe zwierzę, kiedy o tytułowej siódmej rano jest budzący przez spontanicznego i głośnego wnuka Gaylorda, jego synu, pisarzu Jocelynie, wraz z małżonką May wychowujących prostolinijnego, acz wnikliwie obserwującego świat syna. Akcja osnuta jest głównie wokół zabiegów starszej siostry Jocelyna, Rose, która usilnie chce się wydać za mąż za kolegę z pracy, gburowatego i ewidentnie nią niezainteresowanego Robertsona, w czym przeszkadza cała rodzina, a zwłaszcza młodsza i ładniejsza siostra Becky. Na drugim planie Gaylord w wyniku zabawy z Willem, chłopcem z sąsiedztwa (z niepełnosprawnością intelektualną) wplątuje się w dziwną sytuację, która może się dla niego zakończyć śmiercią[2].
W "Fortynbras uciekł" clou zamieszania nie wprowadza bynajmniej tytułowa mysz Fortynbras (która ucieka), ale powódź, ku uciesze Gaylorda zatapiająca okolice domu Pentecostów. Wbrew woli, ale z szeroko pojętej grzeczności i przyzwoitości goszczą sąsiadkę, pretensjonalną panią Darling, której dom zalało, a niedługo później również jej pomoc domową, rezolutną panią Twigg[3] i Rufusa, siostrzeńca pani Darling, podróżnika z Afryki. Dziadek Pentecost błyskawicznie się w pani Darling zakochuje, co nie budzi uciechy w Jocelynie i May (a tym bardziej w Gaylordzie, bo pani Darling wszystkich beszta i ma tzw. trudny charakter), zaś Rufus zakochuje się w pani Twigg, co z kolei nie budzi entuzjazmu pani Darling (a tym bardziej Gaylorda, który sam chciałby się z panią Twigg ożenić, kiedy dorośnie). Dużo ironicznych dialogów, trochę humoru sytuacyjnego, brytyjska powściągliwość i opadajace wody powodzi; to lżejsza historia niż "Od siódmej rano".
Chronologia mi niestety nie pasuje. W napisanym później "Fortynbrasie", chronologicznie wcześniejszym, rodzina Pentecostów składa się z dziadka, Jocelyna z May i 9-letniego Gaylorda, ciotecznej babki, dwóch sióstr Jocelyna - Grace i Rose (a w finale umiera cioteczna babka, obie siostry wychodzą za mąż, a May rodzi córeczkę). Z kolei we wcześniej napisanej "Od siódmej rano" Gaylord ma 8 lat, a po ciotecznej babce i dwóch wtedy niezamężnych siostrach Jocelyna nikt nie wspomina, mimo że na logikę powinny razem z nimi mieszkać.
[1] Jestem prosta, ale za każdym razem, kiedy pada jego imię, nie mogę wstrzymać chichotu.
[2] To jest ten kawałek, który się odbiera zupełnie inaczej, kiedy się jest rodzicem.
[3] Porządna, starsza już wdowa. Po trzydziestce.
Inne tego autora:
#33-34/#6
Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 24, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 4 komentarze
- Skomentuj
Lata 60., angielska prowincja. Wprawdzie głównym bohaterem jest 8/9-letni Gaylord[1], który z właściwą temu wiekowi ciekawością studiuje zachowanie dorosłych w różnych sytuacjach, ale historie Malpassa są zdecydowanie dla starszych. "Od siódmej rano" to opowieść o kilku miesiącach z życia Pentecostów - seniora Johna, emerytowanego adwokata, który udaje martwe zwierzę, kiedy o tytułowej siódmej rano jest budzący przez spontanicznego i głośnego wnuka Gaylorda, jego synu, pisarzu Jocelynie, wraz z małżonką May wychowujących prostolinijnego, acz wnikliwie obserwującego świat syna. Akcja osnuta jest głównie wokół zabiegów starszej siostry Jocelyna, Rose, która usilnie chce się wydać za mąż za kolegę z pracy, gburowatego i ewidentnie nią niezainteresowanego Robertsona, w czym przeszkadza cała rodzina, a zwłaszcza młodsza i ładniejsza siostra Becky. Na drugim planie Gaylord w wyniku zabawy z Willem, chłopcem z sąsiedztwa (z niepełnosprawnością intelektualną) wplątuje się w dziwną sytuację, która może się dla niego zakończyć śmiercią[2].
W "Fortynbras uciekł" clou zamieszania nie wprowadza bynajmniej tytułowa mysz Fortynbras (która ucieka), ale powódź, ku uciesze Gaylorda zatapiająca okolice domu Pentecostów. Wbrew woli, ale z szeroko pojętej grzeczności i przyzwoitości goszczą sąsiadkę, pretensjonalną panią Darling, której dom zalało, a niedługo później również jej pomoc domową, rezolutną panią Twigg[3] i Rufusa, siostrzeńca pani Darling, podróżnika z Afryki. Dziadek Pentecost błyskawicznie się w pani Darling zakochuje, co nie budzi uciechy w Jocelynie i May (a tym bardziej w Gaylordzie, bo pani Darling wszystkich beszta i ma tzw. trudny charakter), zaś Rufus zakochuje się w pani Twigg, co z kolei nie budzi entuzjazmu pani Darling (a tym bardziej Gaylorda, który sam chciałby się z panią Twigg ożenić, kiedy dorośnie). Dużo ironicznych dialogów, trochę humoru sytuacyjnego, brytyjska powściągliwość i opadajace wody powodzi; to lżejsza historia niż "Od siódmej rano".
Chronologia mi niestety nie pasuje. W napisanym później "Fortynbrasie", chronologicznie wcześniejszym, rodzina Pentecostów składa się z dziadka, Jocelyna z May i 9-letniego Gaylorda, ciotecznej babki, dwóch sióstr Jocelyna - Grace i Rose (a w finale umiera cioteczna babka, obie siostry wychodzą za mąż, a May rodzi córeczkę). Z kolei we wcześniej napisanej "Od siódmej rano" Gaylord ma 8 lat, a po ciotecznej babce i dwóch wtedy niezamężnych siostrach Jocelyna nikt nie wspomina, mimo że na logikę powinny razem z nimi mieszkać.
[1] Jestem prosta, ale za każdym razem, kiedy pada jego imię, nie mogę wstrzymać chichotu.
[2] To jest ten kawałek, który się odbiera zupełnie inaczej, kiedy się jest rodzicem.
[3] Porządna, starsza już wdowa. Po trzydziestce.
Inne tego autora:
#33-34/#6
Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 24, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 4 komentarze
- Skomentuj
Poprzedni tomik autora otwierała historia o poszukiwaniu dobrze zaprojektowanej urny na prochy zmarłego ojca; ta książka to hołd złożony matce po jej śmierci. Trudno tę prozę zakwalifikować - czy jest to biografia, przeplatana opisem rzeczy pozostałych po człowieku wychowanym w PRL-u, żyjącym w cieniu Holokaustu, czy opowieść o umieraniu i o tym, jak nagle zmienia się desygnat wszystkich rzeczy, kiedy ich właściciel odejdzie. Przeczytałam ją już dwa razy, omijając wzrokiem uwierającą okładkę (tak, tak właśnie wygląda, zdjęcie jest dobrze przycięte). Trudno nie czytać osobiście, mimo że matka autora była dla mnie obca; Wicha poruszył we mnie struny mojej własnej biografii, wspomnień i odejść moich bliskich. Rozglądam się dookoła, na rzeczy, które przez kilkadziesiąt lat świadomie i nieświadomie zgromadziłam i mimo że nie planuję własnego pogrzebu, myślę, co z nimi, gdyby coś.
Inne tego autora.
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 20, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Poprzedni tomik autora otwierała historia o poszukiwaniu dobrze zaprojektowanej urny na prochy zmarłego ojca; ta książka to hołd złożony matce po jej śmierci. Trudno tę prozę zakwalifikować - czy jest to biografia, przeplatana opisem rzeczy pozostałych po człowieku wychowanym w PRL-u, żyjącym w cieniu Holokaustu, czy opowieść o umieraniu i o tym, jak nagle zmienia się desygnat wszystkich rzeczy, kiedy ich właściciel odejdzie. Przeczytałam ją już dwa razy, omijając wzrokiem uwierającą okładkę (tak, tak właśnie wygląda, zdjęcie jest dobrze przycięte). Trudno nie czytać osobiście, mimo że matka autora była dla mnie obca; Wicha poruszył we mnie struny mojej własnej biografii, wspomnień i odejść moich bliskich. Rozglądam się dookoła, na rzeczy, które przez kilkadziesiąt lat świadomie i nieświadomie zgromadziłam i mimo że nie planuję własnego pogrzebu, myślę, co z nimi, gdyby coś.
Inne tego autora.
#32
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 20, 2017
Link bezpośredni -
Tag:
2017
- 0 komentarzy
- Skomentuj