Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Tag: san-francisco

Jeść czy nie jeść? Zdecydowanie jeść - Kalifornia

Oczywiście, że przede wszystkim lansik, ale jakby kto potrzebował kilku adresów, gdzie można przyzwoicie zjeść, to proszę bardzo.

San Francisco:

  • Stinking Rose - 325 Columbus Avenue, polecał ją znajomy Czech, Vasek. Z perspektywy - do ciepłej bułeczki wystarczy pasta z czosnku i pietruszki, pieczony czosnek to już za dużo. Więcej.
  • Crab House - Pier 39, na pięterku. Oprócz krabów mają też dużo innych smacznych rzeczy, aczkolwiek dla mnie killer crab z bułeczką i masełkiem czosnkowym to obowiązkowy punkt wizyty. Pier 41 i 39 to ogólnie fajne turystyczne miejsca ze sklepami, a sklep czekoladowy Ghirardelliego mają lepiej zaopatrzony niż w centrum.
  • Tad's Steak - 120 Powell Street, niedroga stekownia, dla mnie to kwintesencja kuchni amerykańskiej (w wersji domowej ekwiwalent makaronu z serem).
  • Lori's Diner - 149 Powell St, jedna z kilku dinersowych sieciówek, stylizowanych na lata 50., z szafami grającymi, połówkami samochodów na ścianie i klasycznie odzianymi kelnerami.
  • Pinecrest Diner - 401 Geary St, rasowy bar śniadaniowy 24h, z placuszkami, syropem klonowym, jajkami sunny side up, grzankami i słabą kawą z dolewkami.
  • Mel's Drive-In‎ - 801 Mission St - burgery, bardzo dobre chili con carne w filiżankach (w ogóle ideę zupki do wyboru w misce albo w filiżance uważam za bardzo zacny pomysł).
  • Pazzia Caffe Pizzeria‎ 337 3rd St - nieduża włoska restauracyjka z krótkim menu, dobre i dużo.

Okolice:

  • BarVino w Calistodze, 1457 Lincoln Ave. Głównie bar, można sobie popróbować różnych win, a oprócz tego zjeść coś niedużego. więcej [zamknięta - 2017]
  • The Brigantine w Del Mar, 3263 Camino Del Mar. Doskonałe ryby, bardzo dobre margarity. Wyższa półka, ale warto było.
  • Marie Callender's - 1750 Travis Blvd., Fairfield (i inne, acz nie w SF). O ich chlebie kukurydzianym pisałam tu, oprócz chleba jako przystawki dania główne, smacznie wyglądający bar sałatkowy, doskonałe zupy i domowe ciasta.
  • Village Kabob - 4902 Newport Ave, San Diego, mała grecka restauracja [zamknięta - 2017].
  • Sand Bar - 514 State Street, Santa Barbara. Przyszliśmy na małą przekąskę i drinka, wyszliśmy objedzeni jak prosięta. Doskonałe meksykańskie specjały, a do tego DUŻO (kiedy dostałam moją chyba tostadę na dużym talerzu, pokrywała ją wersjawarstwa sera, sałaty, sosów i naczos) [2023 - strona nieaktualna]
  • Sitar India Cuisine‎ - 1133 Pacific Ave, Santa Cruz. Za $9.95 all-you-can-eat z kuchni indyjskiej, bardzo dobry kurczak tandoori, zupa z soczewicy i fantastyczna raita.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 8, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 2 komentarze - Skomentuj


Jeść czy nie jeść? Zdecydowanie jeść - Kalifornia

Oczywiście, że przede wszystkim lansik, ale jakby kto potrzebował kilku adresów, gdzie można przyzwoicie zjeść, to proszę bardzo.

San Francisco:

  • Stinking Rose - 325 Columbus Avenue, polecał ją znajomy Czech, Vasek. Z perspektywy - do ciepłej bułeczki wystarczy pasta z czosnku i pietruszki, pieczony czosnek to już za dużo. Więcej.
  • Crab House - Pier 39, na pięterku. Oprócz krabów mają też dużo innych smacznych rzeczy, aczkolwiek dla mnie killer crab z bułeczką i masełkiem czosnkowym to obowiązkowy punkt wizyty. Pier 41 i 39 to ogólnie fajne turystyczne miejsca ze sklepami, a sklep czekoladowy Ghirardelliego mają lepiej zaopatrzony niż w centrum.
  • Tad's Steak - 120 Powell Street, niedroga stekownia, dla mnie to kwintesencja kuchni amerykańskiej (w wersji domowej ekwiwalent makaronu z serem).
  • Lori's Diner - 149 Powell St, jedna z kilku dinersowych sieciówek, stylizowanych na lata 50., z szafami grającymi, połówkami samochodów na ścianie i klasycznie odzianymi kelnerami.
  • Pinecrest Diner - 401 Geary St, rasowy bar śniadaniowy 24h, z placuszkami, syropem klonowym, jajkami sunny side up, grzankami i słabą kawą z dolewkami.
  • Mel's Drive-In‎ - 801 Mission St - burgery, bardzo dobre chili con carne w filiżankach (w ogóle ideę zupki do wyboru w misce albo w filiżance uważam za bardzo zacny pomysł).
  • Pazzia Caffe Pizzeria‎ 337 3rd St - nieduża włoska restauracyjka z krótkim menu, dobre i dużo.

Okolice:

  • BarVino w Calistodze, 1457 Lincoln Ave. Głównie bar, można sobie popróbować różnych win, a oprócz tego zjeść coś niedużego. więcej [zamknięta - 2017]
  • The Brigantine w Del Mar, 3263 Camino Del Mar. Doskonałe ryby, bardzo dobre margarity. Wyższa półka, ale warto było.
  • Marie Callender's - 1750 Travis Blvd., Fairfield (i inne, acz nie w SF). O ich chlebie kukurydzianym pisałam tu, oprócz chleba jako przystawki dania główne, smacznie wyglądający bar sałatkowy, doskonałe zupy i domowe ciasta.
  • Village Kabob - 4902 Newport Ave, San Diego, mała grecka restauracja [zamknięta - 2017].
  • Sand Bar - 514 State Street, Santa Barbara. Przyszliśmy na małą przekąskę i drinka, wyszliśmy objedzeni jak prosięta. Doskonałe meksykańskie specjały, a do tego DUŻO (kiedy dostałam moją chyba tostadę na dużym talerzu, pokrywała ją wersjawarstwa sera, sałaty, sosów i naczos) [2023 - strona nieaktualna]
  • Sitar India Cuisine‎ - 1133 Pacific Ave, Santa Cruz. Za $9.95 all-you-can-eat z kuchni indyjskiej, bardzo dobry kurczak tandoori, zupa z soczewicy i fantastyczna raita.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 8, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 2 komentarze - Skomentuj


Bez tytułu: 2008-09-17

Co druga osoba, odzywająca się do mnie z pięknej acz zimnej Polski, zniechęca mnie do powrotu. Bo zimno, bo szaro, bo brudno i niefajnie. Czy się dziwię? Ależ. Jeden z kalifornijskich kołorkerów TŻ przyleciał właśnie do Polski na wymianę handlową i chwilę później donosił, że "i miss california, number of people I've managed to get eye contact today in Poland: 4; people I managed to get a return smile from: 0". U nas, jak ktoś się uśmiecha, to albo czegoś od nas chce (poderwać/pieniędzy/jest ekshibicjonistą(*)), a jeśli pyta o drogę, to zawsze z zaaferowaną miną i bez uśmiechu, żeby było widać, że to ostateczność i jest zmuszony do kontaktu. A mnie się podoba, że mijani na ulicy ludzie mówią "Hi, nice shirt!", "Hello there, huge camera" czy "How's your day?". Sama jeszcze nie umiem, ale myślę, że to przychodzi po jakimś czasie mieszkania w miejscu, gdzie zwykle świeci słońce.

Przez ostatnie dwa tygodnie nie spotkałam się ze zirytowanymi czy nieprzyjemnymi ludźmi, w zasadzie jedynym mało sympatycznym człowiekiem był starszy pan, który napadł na mnie werbalnie w autobusie, że on widział, jak robię zdjęcia dziewczynie z psem i że to zabronione. Kiedy ktoś potrąca Cię na ulicy albo vice versa, słychać tylko "Przepraszam", a nie swojskie "Przyjechało bydło do miasta i się pcha" czy "Jak leziesz, ciemnoto". W sklepach zawsze Cię ktoś wita, nie czekając, aż wydukasz z siebie powitanie i emituje się z atencją, mimo że nie chcesz nic kupować. Tego mi trochę będzie brakować.

GALERIA ZDJĘĆ.

(*) Niepotrzebne skreślić.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 12 komentarzy - Skomentuj


Bez tytułu: 2008-09-17

Co druga osoba, odzywająca się do mnie z pięknej acz zimnej Polski, zniechęca mnie do powrotu. Bo zimno, bo szaro, bo brudno i niefajnie. Czy się dziwię? Ależ. Jeden z kalifornijskich kołorkerów TŻ przyleciał właśnie do Polski na wymianę handlową i chwilę później donosił, że "i miss california, number of people I've managed to get eye contact today in Poland: 4; people I managed to get a return smile from: 0". U nas, jak ktoś się uśmiecha, to albo czegoś od nas chce (poderwać/pieniędzy/jest ekshibicjonistą(*)), a jeśli pyta o drogę, to zawsze z zaaferowaną miną i bez uśmiechu, żeby było widać, że to ostateczność i jest zmuszony do kontaktu. A mnie się podoba, że mijani na ulicy ludzie mówią "Hi, nice shirt!", "Hello there, huge camera" czy "How's your day?". Sama jeszcze nie umiem, ale myślę, że to przychodzi po jakimś czasie mieszkania w miejscu, gdzie zwykle świeci słońce.

Przez ostatnie dwa tygodnie nie spotkałam się ze zirytowanymi czy nieprzyjemnymi ludźmi, w zasadzie jedynym mało sympatycznym człowiekiem był starszy pan, który napadł na mnie werbalnie w autobusie, że on widział, jak robię zdjęcia dziewczynie z psem i że to zabronione. Kiedy ktoś potrąca Cię na ulicy albo vice versa, słychać tylko "Przepraszam", a nie swojskie "Przyjechało bydło do miasta i się pcha" czy "Jak leziesz, ciemnoto". W sklepach zawsze Cię ktoś wita, nie czekając, aż wydukasz z siebie powitanie i emituje się z atencją, mimo że nie chcesz nic kupować. Tego mi trochę będzie brakować.

GALERIA ZDJĘĆ.

(*) Niepotrzebne skreślić.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 12 komentarzy - Skomentuj


Yet another day of summer

Czy już może wspominałam, że mam niesamowicie pojemne serduszko? Bo znowu się zakochałam, i to kilkukrotnie w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie słońce oświetla niekończące się krzewy winorośli, oplątane w równe rządki dookoła palików. Gdzie wzdłuż 35 milowej (na nasze - 50 kilometrowej) drogi znajduje się kilkaset winnic, kilkadziesiąt restauracji i rożnej klasy hotelików, zajazdów i chatek. Gdzie można przejechać drogą rowerową, zwiedzając każdą winnicę po kolei, a pod koniec dnia iść obok roweru, bo po kilkunastu małych kieliszeczkach "do spróbowania" to już zdolność do utrzymania równowagi nie ta. Gdzie w małych miasteczkach są sklepiki z ubraniami vintage z pierwszej ręki bądź nawet w stanie "mint". Gdzie w sklepikach z indiańską biżuterią można kupić za marne kilkaset dolarów coś urokliwego (tak, z takich sklepików wyprowadza mnie tylko myśl, ile muszę za te kilkaset dolarów odsiedzieć dupogodzin w pracy). Gdzie mogłabym zamieszkać na wczesnej emeryturze już za kilka lat, zbudować sobie domek i założyć winnicę obok Charlesa Kruga czy Sutter Home, a dookoła domu zapuścić całe stado kotów. I zapraszać znajomych, żeby pomagali osuszać piwniczkę. W zasadzie perspektywa zostania mhm-letnią alkoholiczką w Napa jest naprawdę kusząca. Posadziłabym szczep Zinfandel Primitivo, zrobiła deal z lokalnym wytwórcą serów, żeby mi dostarczał czegoś dobrze dojrzałego i wiele więcej mi nie trzeba (a i zimy łagodne).

Drugim miejscem, które od dzisiaj darzę uczuciem, jest sieć restauracji Marie Callender's[1]. Slow food domowej roboty, z doskonałymi ciastami i czymś, co mnie absolutnie zachwyciło - chleb kukurydziany, podawany z kremem maślanym jako czekadełko, delikatny jak keks, nieco słodkawy i bardzo puszysty. Wprawdzie miałam ambitny zamiar zamówić do kawy lemon meringue pie czy inny double lemon cake, ale poddałam się, zjadłam jeszcze kawałek chlebka, po czym uprzejma pani zapakowała mi resztę w pudełeczko na wynos (tsd, to żaden obciach tutaj, nawet we w miarę fancy restauracji kelner patrzy na niedojedzone resztki i zamiast się dopytywać, czy aby na pewno smakowało, proponuje pudełko albo torbę).

I last but not least. Do Calistogi[2] pojechaliśmy z dwóch powodów - po pierwsze prowadziła do niej droga stanowa 29, przy której znajdują się wyżej wspomniane winnice. Po drugie, w Internecie wyczytałam, że z powodu święta niepodległości Meksyku odbywa się tam fiesta, czyli tańce, hulanki i grillowane jedzenie oraz inne napitki. Oczywiście okazało się, że parku Katarzyna w GPS-ie nie umiała znaleźć, ale nic to - i bez fiesty okazało się, że maleńkie miasteczko (5 tys. mieszkańców) jest czarowne, ma mnóstwo knajpek i sklepików, a uśmiechnięci ludzie pokazują, gdzie co jest. Azjatycka sprzedawczyni kazała nam iść w dół uliczką i tak trafiliśmy na restaurację BarVino [2020 - link nieaktualny], gdzie dostałam to, co za mną chodziło przez pół dnia - wino i talerz lokalnych serów. W zasadzie danie jak danie, ale zestaw okazał się czymś, co będzie mi się śniło: ser z niebieska pleśnią, dojrzały camembert i pecorino, a do tego cienkie placki pieczone na miejscu, figi, orzechy pekan, miód w plastrze, lokalne oliwki z ziołami i suszone słodkie winogrona. Właścicielka podchodziła do nas co najmniej kilka razy z uprzejmym pytaniem, czy aby wszystko w porządku i czy nie chcemy może jeszcze wina czy innych dóbr. Chętnie zabiorę do domu.

Po tym wszystkim krótka wizyta w fabryce Jelly Belly zeszła do epizodu (najfajniejsze oczywiście były roboty pakujące i rozwożące żelki) zakupowego. Rundka po fabryce przyjemna, do bólu hurraoptymistycznie amerykańska (ale jak zauważył TŻ, ludzie są tu tak różni, że muszą mieć coś wspólnego i niech będzie to cześć dla flagi i Halloween).

GALERIA ZDJĘĆ - Napa i Calistoga oraz San Fracisco, okolice Union Square

[1] Nie ukrywam, że nieodmiennie bawi mnie wybieranie restauracji czy hotelów za pomocą funkcji "pokaż użyteczne miejsca" w GPS-ie. Nie zawsze się trafia, ale czasem pokazują się podczas słów "Dotarłeś do celu" bardzo sympatyczne miejsca.

[2] W Calistodze znajduje się też czynny gejzer, plujący wrzątkiem, ale - ponieważ w Ameryce nawet gejzery się nie przepracowują - był czynny do 18. Ogólnie - prawie wszystkie winnice czynne są maksymalnie do 18, a czasem do 16, więc na zaawansowane próbowanie najlepiej jechać znacznie wcześniej (i koniecznie z niepijącym kierowcą).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 16, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 1 komentarz - Skomentuj


Yet another day of summer

Czy już może wspominałam, że mam niesamowicie pojemne serduszko? Bo znowu się zakochałam, i to kilkukrotnie w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie słońce oświetla niekończące się krzewy winorośli, oplątane w równe rządki dookoła palików. Gdzie wzdłuż 35 milowej (na nasze - 50 kilometrowej) drogi znajduje się kilkaset winnic, kilkadziesiąt restauracji i rożnej klasy hotelików, zajazdów i chatek. Gdzie można przejechać drogą rowerową, zwiedzając każdą winnicę po kolei, a pod koniec dnia iść obok roweru, bo po kilkunastu małych kieliszeczkach "do spróbowania" to już zdolność do utrzymania równowagi nie ta. Gdzie w małych miasteczkach są sklepiki z ubraniami vintage z pierwszej ręki bądź nawet w stanie "mint". Gdzie w sklepikach z indiańską biżuterią można kupić za marne kilkaset dolarów coś urokliwego (tak, z takich sklepików wyprowadza mnie tylko myśl, ile muszę za te kilkaset dolarów odsiedzieć dupogodzin w pracy). Gdzie mogłabym zamieszkać na wczesnej emeryturze już za kilka lat, zbudować sobie domek i założyć winnicę obok Charlesa Kruga czy Sutter Home, a dookoła domu zapuścić całe stado kotów. I zapraszać znajomych, żeby pomagali osuszać piwniczkę. W zasadzie perspektywa zostania mhm-letnią alkoholiczką w Napa jest naprawdę kusząca. Posadziłabym szczep Zinfandel Primitivo, zrobiła deal z lokalnym wytwórcą serów, żeby mi dostarczał czegoś dobrze dojrzałego i wiele więcej mi nie trzeba (a i zimy łagodne).

Drugim miejscem, które od dzisiaj darzę uczuciem, jest sieć restauracji Marie Callender's[1]. Slow food domowej roboty, z doskonałymi ciastami i czymś, co mnie absolutnie zachwyciło - chleb kukurydziany, podawany z kremem maślanym jako czekadełko, delikatny jak keks, nieco słodkawy i bardzo puszysty. Wprawdzie miałam ambitny zamiar zamówić do kawy lemon meringue pie czy inny double lemon cake, ale poddałam się, zjadłam jeszcze kawałek chlebka, po czym uprzejma pani zapakowała mi resztę w pudełeczko na wynos (tsd, to żaden obciach tutaj, nawet we w miarę fancy restauracji kelner patrzy na niedojedzone resztki i zamiast się dopytywać, czy aby na pewno smakowało, proponuje pudełko albo torbę).

I last but not least. Do Calistogi[2] pojechaliśmy z dwóch powodów - po pierwsze prowadziła do niej droga stanowa 29, przy której znajdują się wyżej wspomniane winnice. Po drugie, w Internecie wyczytałam, że z powodu święta niepodległości Meksyku odbywa się tam fiesta, czyli tańce, hulanki i grillowane jedzenie oraz inne napitki. Oczywiście okazało się, że parku Katarzyna w GPS-ie nie umiała znaleźć, ale nic to - i bez fiesty okazało się, że maleńkie miasteczko (5 tys. mieszkańców) jest czarowne, ma mnóstwo knajpek i sklepików, a uśmiechnięci ludzie pokazują, gdzie co jest. Azjatycka sprzedawczyni kazała nam iść w dół uliczką i tak trafiliśmy na restaurację BarVino [2020 - link nieaktualny], gdzie dostałam to, co za mną chodziło przez pół dnia - wino i talerz lokalnych serów. W zasadzie danie jak danie, ale zestaw okazał się czymś, co będzie mi się śniło: ser z niebieska pleśnią, dojrzały camembert i pecorino, a do tego cienkie placki pieczone na miejscu, figi, orzechy pekan, miód w plastrze, lokalne oliwki z ziołami i suszone słodkie winogrona. Właścicielka podchodziła do nas co najmniej kilka razy z uprzejmym pytaniem, czy aby wszystko w porządku i czy nie chcemy może jeszcze wina czy innych dóbr. Chętnie zabiorę do domu.

Po tym wszystkim krótka wizyta w fabryce Jelly Belly zeszła do epizodu (najfajniejsze oczywiście były roboty pakujące i rozwożące żelki) zakupowego. Rundka po fabryce przyjemna, do bólu hurraoptymistycznie amerykańska (ale jak zauważył TŻ, ludzie są tu tak różni, że muszą mieć coś wspólnego i niech będzie to cześć dla flagi i Halloween).

GALERIA ZDJĘĆ - Napa i Calistoga oraz San Fracisco, okolice Union Square

[1] Nie ukrywam, że nieodmiennie bawi mnie wybieranie restauracji czy hotelów za pomocą funkcji "pokaż użyteczne miejsca" w GPS-ie. Nie zawsze się trafia, ale czasem pokazują się podczas słów "Dotarłeś do celu" bardzo sympatyczne miejsca.

[2] W Calistodze znajduje się też czynny gejzer, plujący wrzątkiem, ale - ponieważ w Ameryce nawet gejzery się nie przepracowują - był czynny do 18. Ogólnie - prawie wszystkie winnice czynne są maksymalnie do 18, a czasem do 16, więc na zaawansowane próbowanie najlepiej jechać znacznie wcześniej (i koniecznie z niepijącym kierowcą).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 16, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 1 komentarz - Skomentuj


Stinking Rose

Brzmi jak tytuł kiepskiego pornola, ale to bardzo przyzwoita (acz nieco specyficzna) restauracja. Mieści się na 325 Columbus Avenue, przecznicę za księgarnią City Lights Publishing, znaną głównie z tego, że czytywał tam swoje książki Kerouac (na głos publiczności, bo raczej nie po to, żeby sobie przypomnieć, co napisał). Restauracja jest specyficzna ze względu na specjalność - jej motto to "We Season Our Garlic with Food!", a chyba jedynymi podawanymi potrawami bez czosnku są napoje. W menu stoi, że miesięcznie zużywają ponad 3000 funtów czosnku i jestem w stanie w to uwierzyć.

Do świeżo pieczonego pieczywa dodawana jest pasta ze świeżego czosnku, roztartego z oliwą i pietruszką, a dla tych, co jednak się świeżego zapachu boją, jest Bagna Calda - ciepły pieczony słodki czosnek z oliwą i anchois (przyznam, że widok miseczki z kilkudziesięcioma ząbkami jest porażający). Nasz kelner wyglądał jak szczuplejszy Angelo Batista z "Dextera", a wnętrze to koszmar dla minimalisty - sufit obwieszony setkami butelek po chianti, a na ścianach setki czarno-białych zdjęć (ja cały czas jestem na rozdrożu między minimalizmem a przepychem i jednak na razie strona "dużo dużo ładnie" jeszcze wygrywa). Poza czosnkiem w słoikach, oliwą czosnkową i innymi przetworami z czosnku można dostać też koszulkę, więc BTDTGTT z prześlicznym napisem "Got garlic?" taką samą czcionką co thinkgeekowa koszulka z napisem "Got root?".

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 10, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 3 komentarze - Skomentuj


Stinking Rose

Brzmi jak tytuł kiepskiego pornola, ale to bardzo przyzwoita (acz nieco specyficzna) restauracja. Mieści się na 325 Columbus Avenue, przecznicę za księgarnią City Lights Publishing, znaną głównie z tego, że czytywał tam swoje książki Kerouac (na głos publiczności, bo raczej nie po to, żeby sobie przypomnieć, co napisał). Restauracja jest specyficzna ze względu na specjalność - jej motto to "We Season Our Garlic with Food!", a chyba jedynymi podawanymi potrawami bez czosnku są napoje. W menu stoi, że miesięcznie zużywają ponad 3000 funtów czosnku i jestem w stanie w to uwierzyć.

Do świeżo pieczonego pieczywa dodawana jest pasta ze świeżego czosnku, roztartego z oliwą i pietruszką, a dla tych, co jednak się świeżego zapachu boją, jest Bagna Calda - ciepły pieczony słodki czosnek z oliwą i anchois (przyznam, że widok miseczki z kilkudziesięcioma ząbkami jest porażający). Nasz kelner wyglądał jak szczuplejszy Angelo Batista z "Dextera", a wnętrze to koszmar dla minimalisty - sufit obwieszony setkami butelek po chianti, a na ścianach setki czarno-białych zdjęć (ja cały czas jestem na rozdrożu między minimalizmem a przepychem i jednak na razie strona "dużo dużo ładnie" jeszcze wygrywa). Poza czosnkiem w słoikach, oliwą czosnkową i innymi przetworami z czosnku można dostać też koszulkę, więc BTDTGTT z prześlicznym napisem "Got garlic?" taką samą czcionką co thinkgeekowa koszulka z napisem "Got root?".

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 10, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 3 komentarze - Skomentuj


Na polowanie, służbowo

Nie ukrywam, że uprawiam głównie turystykę spożywczą. Frustruję się, czytając na takim chocoblogu [2024 - link nieaktualny] o rzeczach, których w Polsce nie uświadczysz, a ponieważ raczej nie lubię się frustrować, poszłam sobie do lokalnego spożywczego poszukać czegoś ładnego. I wprawdzie biało-miętowych M&M-sów nie znalazłam, ale odkryłam M&Ms Premium, w sześciu smakach i kolorach (z miętowym na czele, a jakże). Nie ukrywam jednak, że wprawdzie ze słodyczy najbardziej lubię boczek (tutaj - beef jerki albo ostatnio odkryte Beef Steak Nuggets), ale w San Francisco są dwa miejsca, które każdy słodyczożerca musi odwiedzić.

Pierwszy to sklep firmowy z czekoladami Ghirardelli. Lubię wszystko z nimi związane - od eleganckiego opakowania, po gładką słodycz tego, co w środku. No, nie wszystko - przeraził mnie fakt istnienia czekolady gorzkiej 100% kakao, co jednak jest sporym overkillem jak dla mnie oraz - czym rozśmieszyłam pana rozdającego czekoladki w sklepie - podziękuję za czekoladę ze słonawym masłem orzechowym.

Jak widać, sezon na Halloween w pełni. Nie żeby to w czymś przeszkadzało, pomarańcz ładnym i ciepłym kolorem jest. Na marginesie - sklep firmowy na Stockton (naprzeciw Applestore'a) nie jest najlepiej wyposażonym sklepem. Znacznie fajniejszy wybór zabawnie pakowanych zestawów i pudełek jest w sklepie na Fisherman's Wharfie, do tego - mimo stricte turystycznej okolicy - wcale nie specjalnie droższy.

Drugą moją amerykańską mekką są żelki jelly-belly. Nie wiem, co mnie bardziej urzeka - smaki (najbardziej zaskakująco smaczny jest Buttered Popcorn) czy kolory - cała paleta, a do tego niektóre w ciapki. Ponieważ nie ma sklepu firmowego w San Francisco, będę musiała pojechać do fabryki w Fairfield, bo fasolki jelly belly w masie muszą robić imponujące wrażenie. Czyżbym zaczynała myśleć jak Willy Wonka?

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 9, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 2 komentarze - Skomentuj


Na polowanie, służbowo

Nie ukrywam, że uprawiam głównie turystykę spożywczą. Frustruję się, czytając na takim chocoblogu [2024 - link nieaktualny] o rzeczach, których w Polsce nie uświadczysz, a ponieważ raczej nie lubię się frustrować, poszłam sobie do lokalnego spożywczego poszukać czegoś ładnego. I wprawdzie biało-miętowych M&M-sów nie znalazłam, ale odkryłam M&Ms Premium, w sześciu smakach i kolorach (z miętowym na czele, a jakże). Nie ukrywam jednak, że wprawdzie ze słodyczy najbardziej lubię boczek (tutaj - beef jerki albo ostatnio odkryte Beef Steak Nuggets), ale w San Francisco są dwa miejsca, które każdy słodyczożerca musi odwiedzić.

Pierwszy to sklep firmowy z czekoladami Ghirardelli. Lubię wszystko z nimi związane - od eleganckiego opakowania, po gładką słodycz tego, co w środku. No, nie wszystko - przeraził mnie fakt istnienia czekolady gorzkiej 100% kakao, co jednak jest sporym overkillem jak dla mnie oraz - czym rozśmieszyłam pana rozdającego czekoladki w sklepie - podziękuję za czekoladę ze słonawym masłem orzechowym.

Jak widać, sezon na Halloween w pełni. Nie żeby to w czymś przeszkadzało, pomarańcz ładnym i ciepłym kolorem jest. Na marginesie - sklep firmowy na Stockton (naprzeciw Applestore'a) nie jest najlepiej wyposażonym sklepem. Znacznie fajniejszy wybór zabawnie pakowanych zestawów i pudełek jest w sklepie na Fisherman's Wharfie, do tego - mimo stricte turystycznej okolicy - wcale nie specjalnie droższy.

Drugą moją amerykańską mekką są żelki jelly-belly. Nie wiem, co mnie bardziej urzeka - smaki (najbardziej zaskakująco smaczny jest Buttered Popcorn) czy kolory - cała paleta, a do tego niektóre w ciapki. Ponieważ nie ma sklepu firmowego w San Francisco, będę musiała pojechać do fabryki w Fairfield, bo fasolki jelly belly w masie muszą robić imponujące wrażenie. Czyżbym zaczynała myśleć jak Willy Wonka?

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 9, 2008

Link bezpośredni - Tag: san-francisco - 2 komentarze - Skomentuj