Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Hot in Cleveland

Uroczy serialik komediowy z trzema paniami w wieku okołobalzakowskim: Victorii - aktorce serialowej, Joy - kosmetyczce specjalizującej się w wyskubywaniu brwi celebrytom oraz Melanie - świeżej rozwódce, autorce jednego, acz bardzo poczytnego, poradnika. Panie z Los Angeles przypadkiem lądują awaryjnie w Cleveland, gdzie - jak się okazuje - kobieta nie będąca 20-latką z blond grzywą i oszałamiającym biustem ma powodzenie wśród mężczyzn nie będących całkowitymi ofiarami losu. Melanie wynajmuje piękny dom tamże, jak się okazuje z dobrodziejstwem inwentarza - 80-letnią cyniczną i ironiczną Elką Ostrovski, pochodzenia, a jakże, polskiego. I tak sobie panie randkują, rozmawiają, rozmawiają, rozmawiają i jeszcze raz rozmawiają, rozwiązując mniej lub bardziej absurdalne problemy. Bardzo miły, dowcipny i sympatycznym zaczątek serii (12 odcinków). Świeżutki (z 2010), ale realizowany w stylu seriali z lat 80., co dodaje takiego przewrotnego wdzięku aluzjom do najświeższych wydarzeń czy aluzji do innych seriali.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 3, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 1 komentarz - Skomentuj


Money, money, money

Nienawidzę zawodzić. A przez pazernego sprzedawcę z Allegra, który po trzech dniach milczenia oznajmił, że wprawdzie sanki miały być od zaraz, ale będą za 10 dni (nie precyzując, od kiedy liczy i czy chodzi o normalne, czy robocze), mogę dziecko powozić w miednicy. Więc zamiast opowieści o tym, jak to poszłam z dzieckiem na sanki, pokażę[1] produkt zastępczy z czasów, kiedy ludzie sprzedawali to, co mieli, a nie to, co mieli mieć (a że był to rok chyba 1989, to mieli niewiele). Czytałam sobie wtedy uroczy kryminał Grodzickiego o mordercy na statku, posługującym się trucizną i szczurami z ładowni. Pojawiała się tam urocza młoda kobieta, zdaje się o imieniu Janet, podzwaniająca bransoletką zrobioną z obiegowych monet. Byłam dziewczęciem przedsiębiorczym i zgromadziłam małe stadko monet[2] (a łatwo nie było, bo jak wspomniałam, był rok 1989) i z pomocą taty, który wywiercił w monetach otworki, zrobiłam sobie przeraźliwie brzęczące cudo, którym irytowałam nauczycieli w szkole, bo miałam fantazję nie zdejmować. A teraz, 21 lat później, nie chce mi się iść do sklepu po sanki.

[1] Tak sobie ponownie zużytkuję zdjęcia zrobione na potrzeby serwisu z ładnymi rzeczami.

[2] To zabawne, jak na takim drobiazgu widać upływ czasu. Mam monety z krajów, których nie ma (10 dinarów z Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii na przykład), monety z krajów, w których jest już euro (zamiast na przykład półfranków francuskich, belgijskich centów czy austriackich groszy) czy monety, które i dziś są egzotyczne (faliste egipskie 5 millemes). Teraz mogłabym zrobić bransoletkę z eurocentów z poszczególnych krajów. Chyba dorzucę współczesną monetkę jednogroszową, bo za kolejne 21 lat może już ich nie być, tak jak nie ma starej jednogroszówki, którą uznałam za zbyt oczywistą, żeby nosić na nadgarstku.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 2, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Money, money, money

Nienawidzę zawodzić. A przez pazernego sprzedawcę z Allegra, który po trzech dniach milczenia oznajmił, że wprawdzie sanki miały być od zaraz, ale będą za 10 dni (nie precyzując, od kiedy liczy i czy chodzi o normalne, czy robocze), mogę dziecko powozić w miednicy. Więc zamiast opowieści o tym, jak to poszłam z dzieckiem na sanki, pokażę[1] produkt zastępczy z czasów, kiedy ludzie sprzedawali to, co mieli, a nie to, co mieli mieć (a że był to rok chyba 1989, to mieli niewiele). Czytałam sobie wtedy uroczy kryminał Grodzickiego o mordercy na statku, posługującym się trucizną i szczurami z ładowni. Pojawiała się tam urocza młoda kobieta, zdaje się o imieniu Janet, podzwaniająca bransoletką zrobioną z obiegowych monet. Byłam dziewczęciem przedsiębiorczym i zgromadziłam małe stadko monet[2] (a łatwo nie było, bo jak wspomniałam, był rok 1989) i z pomocą taty, który wywiercił w monetach otworki, zrobiłam sobie przeraźliwie brzęczące cudo, którym irytowałam nauczycieli w szkole, bo miałam fantazję nie zdejmować. A teraz, 21 lat później, nie chce mi się iść do sklepu po sanki.

[1] Tak sobie ponownie zużytkuję zdjęcia zrobione na potrzeby serwisu z ładnymi rzeczami.

[2] To zabawne, jak na takim drobiazgu widać upływ czasu. Mam monety z krajów, których nie ma (10 dinarów z Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii na przykład), monety z krajów, w których jest już euro (zamiast na przykład półfranków francuskich, belgijskich centów czy austriackich groszy) czy monety, które i dziś są egzotyczne (faliste egipskie 5 millemes). Teraz mogłabym zrobić bransoletkę z eurocentów z poszczególnych krajów. Chyba dorzucę współczesną monetkę jednogroszową, bo za kolejne 21 lat może już ich nie być, tak jak nie ma starej jednogroszówki, którą uznałam za zbyt oczywistą, żeby nosić na nadgarstku.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 2, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 7 komentarzy - Skomentuj


Jak wykryłam w sobie lokalną patriotkę

Jadę z Majem windą, dosiada się pani w wieku słusznym oraz dwóch panów, z czego jeden z siwą brodą. Pani objaśnia Majowi, że pan wygląda jak Mikołaj i że przyniesie niedługo prezenty. Zupełnie nie wiem sama, skąd wyrwało mi się "Tylko że pani wie, tu jest Wielkopolska, tu prezenty przynosi Gwiazdor". Pani zachichotała, wyraziła aprobatę, po czym po wyjściu z windy wzięła mnie na stronę i szepnęła, że Gwiazdor Gwiazdorem, ale niedługo mi dziecko przyniesie 6. grudnia wyczyszczone buty i mogę twierdzić, że Mikołaja nie ma, ale prezent się będzie należał.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jak wykryłam w sobie lokalną patriotkę

Jadę z Majem windą, dosiada się pani w wieku słusznym oraz dwóch panów, z czego jeden z siwą brodą. Pani objaśnia Majowi, że pan wygląda jak Mikołaj i że przyniesie niedługo prezenty. Zupełnie nie wiem sama, skąd wyrwało mi się "Tylko że pani wie, tu jest Wielkopolska, tu prezenty przynosi Gwiazdor". Pani zachichotała, wyraziła aprobatę, po czym po wyjściu z windy wzięła mnie na stronę i szepnęła, że Gwiazdor Gwiazdorem, ale niedługo mi dziecko przyniesie 6. grudnia wyczyszczone buty i mogę twierdzić, że Mikołaja nie ma, ale prezent się będzie należał.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 8 komentarzy - Skomentuj


Złuda

Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Złuda

Przez zmierzch zapadający w porze obiadu mam poczucie przemieszczania się po świecie nocą, mimo że jest w okolicach 18, czyli jakby nie było środek popołudnia. Sklepy otwarte, przez ulicę przechodzą piesi, tramwaje iskrzą i dzwonią na zakrętach. Powietrze pachnie mrozem. Piernikowa latte i maślane ciasteczka z imbirowym lukrem to taki prezent dla mnie samej już prawie świąteczny, zwłaszcza że z sali obok w Sweet Surrender dobiegało głośne "Jingle Bells". A potem musiałam przejść 500 metrów i zmarzłam jak nie wiem, przewiał mnie lodowaty, zacinający śniegiem wiatr. Nie lubię. I nawet historyjki o tym, że Hobbit to taki przedwstęp do "Władcy pierścieni", bo tam wszystko wyjaśniają oraz gdzie można pojechać na taką wiejską imprezę, ale fajną, bo nie dostaje się po ryju, mnie nie cieszą.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 30, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto, Projekt Jeżyce - - 5 komentarzy - Skomentuj


O mnie: Jestem mamą

Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.

Teraz podziwiam.

Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...

I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.

Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 29, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


O mnie: Jestem mamą

Kiedyś przechodziłam na tą informacją w portalach do porządku dziennego, ewentualnie pochichotawszy czasem.

Teraz podziwiam.

Bo ta deklaracja oznacza: jestem niewyspana (zwykle; tak, wiem, moje dziecko sypia do 9 albo i dłużej), obiegłam mieszkanie piętnaście razy podczas ubierania się (i nie tylko się) na 20-minutowy spacer, jem śniadanie i piję kawę w czasie drzemki dziecka, właśnie wdepnęłam na klocek z ostrymi krawędziami, mam plamy na czystych przed chwilą jeszcze spodniach, odkurzałam dziś mieszkanie i już nie widać, nie jestem w stanie odgruzować kuchennego stołu...

I miałam jeszcze tak długo, ale jakoś od dwóch dni czuję się niesamowicie zen przez śnieg za oknem. Hipnoza? Wspomnienie dzieciństwa, spędzanego w ciepłym domu? Więc zamiast marudzić zerknę tylko, czy Maj dalej śpi z wypiętą pupą (śpi) i pstryknę następną planszę Bejeweled Blitz.

Ale na portalach nie będę wpisywać, że jestem mamą. Co mi mają inni zazdrościć.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek listopad 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 8 komentarzy - Skomentuj


Dla pamięci

Nianię zatrudniłam po to, żeby chodzić raz w tygodniu na jogę. W praktyce okazało się, że w ciągu miesiąca poszłam na jedne zajęcia. Raz wypadł 11.11, zajęć nie było, życie. Drugi raz poinformowała, że ma wywiadówkę w szkole, w której zastępuje przez 1,5 miesiąca nauczycielkę. Tylko poinformowała, nie że przeprosiła, że wyjątkowo, że coś. Jestem kretynkosobą wyrozumiałą, nic nie powiedziałam. W ostatni czwartek od godziny 15 usiłowałam potwierdzić, że przyjedzie przed 17, żebym mogła zamówić na 17 taksówkę i bez stresu dojechać na zajęcia. Z luzackich sms-ów dowiedziałam się o 16:15, że "jest na radzie", o 16:50, że "jedzie taxi", a kiedy wreszcie odebrała telefon o 17:15, radośnie wychichotała, że stoi w korku jakieś 5 km ode mnie i może będzie za 20 minut. Zważywszy, że zajęcia zaczynają się o 17:45, taksówka dojeżdża w jakieś 30 minut przy dobrych wiatrach, a dziecka samego w domu nie zostawię, doznałam rozległego wkurwu i zawróciłam pannę do domu. I jak żal mi zmarnowanych dwóch miesięcy na przysposabianie dziewczyny, tak nie widzę już tego, że opiekuje się Mają. Od czwartku nie padło żadne "przepraszam, nawaliłam, może jeszcze jedna szansa", tylko jojczenie na facebooku, że "och, niech ten zły tydzień się skończy".

Tak dla pamięci lista obsuw, jakby jednak przeprosiła:

  • w piątek przyjechała 20 minut po 11 zamiast o 11, jakbym nie przewidywała, spóźniłabym się na egzamin,
  • w poniedziałek przyjechała 40 minut po umówionej godzinie, bo "nie przyjechał autobus", zero informacji; nie spieszyłam się, ale czekałam na nią w połowie przygotowana do wyjścia; po tym prosiłam o punktualny przyjazd w czwartek,
  • w czwartek - efekt jak wyżej.

Szlag mnie trafia, ale chyba za dużo szczęścia byłoby z trafieniem na sensowną opiekunkę na wejściu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 28, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj