Kategoria:
czytam
Zanim wyszli "Niewidoczni akademicy", zatęskniłam do Pratchetta i wylosowałam sobie z półki "Wyprawę wiedźm" (ale, jak widać, priorytety się zmieniły i "Wyprawa" poczekała, aż skończę "Akademików"). Jestem taką podróżniczką jak Niania Ogg - wysyłam
pocztówki, uważam, że za pomocą machania rękami, mówienia głośniej oraz klepania
wachlarzem po ręku i mówienia "le sir" mogę załatwić wszystko, a turyści to tacy ludzie specjalnej troski, nad którymi czuwa parasol opatrzności. Za to szczególnie lubię "Wyprawę".
Lubię rozpoznawać u Pratchetta kalki naszej rzeczywistości. Genoa to Nowy Orlean, z Mardi Grass, voodoo, czarnoskórą kucharką panią Gogol z nieodłącznym magicznym czarnym kogutem Legbą, alejgatorami na bagnach i zombiem Saturdayem. Wioska z
wampirem, co nie wytrzymał starcia z kotem Greebo - Transylwania. Miasteczko z ziołowym likierem i wyścigami byków - Katalonia. Taka formuła "świat w kilka dni". Na Dysku możliwe, u nas trochę trudne.
A cała wyprawa, która się zaczyna od tego, że Magrat dziedziczy funkcję wróżki i
czarodziejską różdżkę oraz ma udać się sama, bez Niani i Babci do Genoi - typowa głowologia. Wiadomo, że jak się czegoś zakaże wiedźmom, to są znacznie chętniejsze niż gdyby im coś nakazać. Do tej pory kocur Niani - Greebo, słodki, mały pieszczoch ze śmierdzącym futrem i bez oka - był postacią mocno przypodłogową i drugoplanową. Tutaj - zyskuje ludzką postać i ma sporo rozrywki. Ja też. Sceny z Greebo są urrrocze. I z Casanundą, drugim najlepszym kochankiem na Dysku.
Inne tego autora tutaj.
#18
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 8, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Czekałam na tę książkę i może dlatego poczułam rozczarowanie lekturą. Zbyt dużo słów, za mało za słowami, forma nad treścią przy tak w zasadzie braku widocznej formy. A przy tym to bardzo dobra książka o psychologii tłumu (doceniam mimo całkowitego braku zainteresowania piłką kopaną). W Ankh Morpork w piłkę (a w zasadzie w drewnianą kulę) grają wszyscy, a ci, co nie grają, to przynajmniej kibicują drużynie ze swojej dzielnicy. Piłka jest taka bardziej krwawa i nikt za bardzo nie pamięta, o co chodziło, ale ważne, że wszyscy noszą szaliki, tłoczą się i jedzą podłe zapiekanki i czasem zobaczą jakieś kopnięcie. Tymczasem na Niewidocznym Uniwersytecie Myślak Stibbons odkrywa, że jeśli Uniwersytet nie powoła drużyny i nie zagra meczu, straci dotację, dzięki której magowie mogą kilkanaście razy na dobę spożywać pyszne, wielodaniowe przekąski. Patrycjusz Vetinari również przychyla się do opinii, że piłkę trzeba wreszcie ucywilizować i skodyfikować.
Ale jak zwykle to, co najważniejsze, dzieje się w kuluarach. Ściekacz świec - nadzwyczaj elokwentny i niebezpiecznie inteligentny Nutt - okazuje się doskonale wiedzieć, jak sprawić, żeby drużyna Uniwersytetu wygrała. Glenda, szefowa nocnej kuchni, ma cięty język i silne poczucie sprawiedliwości. Juliet jest niebłyskotliwa, ale za to piękna. A Trevor Likely - świetnie kopie metalową puszkę.
Lubię sceny starć między nadrektorem Ridcullym a nadrektorem nowego uniwersytetu w Miedziczole (do niedawna dziekanem), subtelną grę, jaką prowadzi patrycjusz ze wszystkimi, pozwalając im myśleć, że dyktują mu, co ma robić. Zaimponował mi sekretarz Drumknott, wyjaśniający, że sam kupuje swoje spinacze. Rozbawiła mnie Glenda na pokazie krasnoludzkiej haute couture. I, co mnie zdziwiło, bardzo wciągnęło mnie sprawozdanie z meczu, jaki Niewidoczny Uniwersytet stoczył z przedstawicielami miasta Ankh Morpork. Nie jest to moja ulubiona książka, ale ma dużo fajnych scen.
Inne tego autora tutaj.
#17
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 30, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Był kiedyś taki dowcip, w którym spotyka się aktor z autorem. Aktor złośliwie pyta: "Słyszałem, że wydałeś książkę. Kto ci ją napisał?". Autor ripostuje: "O, ktoś ci ją przeczytał?". Ethan Hawke jest aktorem, ale takim bardziej intelektualnym, bo pisuje. Niestety, nie jest to klasa "Przed zachodem/wschodem słońca", ale czuć, że książka powstała do ekranizacji (niespełnionej). Christie i Jimmy rozstali się, kiedy Christie odkryła, że jest w ciąży i uznała, że Jimmy nie nadaje się na ojca. Jimmy jest innego zdania i przekonuje Christie, żeby wzięli ślub. Para nieustająco się kłóci i po kolei przepracowuje traumy - Jimmy śmierć ojca, Christie - odejście matki. I tak sobie jadą starym Chevroletem Novą przez Stany i według notki na okładce dojrzewają do tego, żeby przestać być egoistycznymi dupkami, a zacząć być rodziną. Niestety, autor notki twierdzi też, że książka jest "oszałamiająco zabawna"[1], co równie mija się z prawdą jak to dojrzewanie wewnętrzne bohaterów. Niespecjalnie jestem zachwycona, książkę czytałam z przerwami dobre kilka miesięcy i skończyłam głównie dlatego, że akurat była pod ręką, jak usypiałam dziecko.
[1] To już kolejny raz, kiedy na okładce ponurej i miejscami tragicznej książki czytam, że jest "zabawna" czy "komiczna". Czy autorom notek płacą więcej, jak walną taką bzdurę bez czytania?
#16
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 8, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Komisarz Konrad Sejer z jednego miejsca zbrodni (brutalnego morderstwa starszej kobiety na wsi) wchodzi przypadkiem w miejsce napadu na bank chwilę przed napadem. Ale wychodzi, więc o tym, że jest napad, dowiaduje się za późno. Napadalec obrabowuje bank i bierze zakładnika, który przypadkiem okazuje się być zbiegłym pacjentem zakładu psychiatrycznego, widzianym przez świadka, otyłego chłopca z domu dla trudnej młodzieży, na miejscu wspomnianego wcześniej morderstwa. Komisarz wchodzi w świat urojeń dwudziestokilkuletniego Errkiego, żeby wyśledzić, czy rzeczywiście obydwa przestępstwa się łączą. Poznaje przy tym panią psycholog i okazuje się, że wraz z odejściem żony jego życie się nie zakończyło. Śledztwo jest marginalne, oś książki to zetknięcie się trzech osób - niezbyt błyskotliwego Morgana, który napadł na bank, schizoidalnego Errkiego, który zostaje zakładnikiem i przypadkowego świadka- 12-letniego Kennicka, chłopca, którego matka oddała do domu wychowawczego.
Jak w innych książkach Fossum, wyjaśnienie tajemnicy zbrodni nie przynosi nic dobrego.
Inne książki tej autorki tutaj.
#15
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 8, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Nowelki o tym, jak absorbujące są dzieci, poskładane w pamiętnik matki najpierw dwojga, potem czworga dzieci na amerykańskiej prowincji. Trochę wzruszające, trochę urocze, trochę bardziej irytujące i nieco ramotkowate.
Miało być zabawnie, ale rzadko śmiałam się, czytając. Zupełnie nie wiem, czemu. Może dlatego, że strasznie irytują mnie historie o ludziach, którzy sobie z niczym nie radzą? Nie są w stanie zarządzać budżetem czy nie umieją ugotować obiadu (nawet biorąc poprawkę na to, że to humoreski - podobnie irytowali mnie rodzice Mikołajka). Zmroziła mnie jadąca do porodu narratorka, zapalająca papierosa[1] w taksówce (nawet biorąc poprawkę na to, że były to lata 50.), dzieci wożone bez fotelików[2] czy karmione tylko budyniem czekoladowym.
Mimo tych wszystkich okropności, książka jest ciepła, miła i kojąca. Dzieci (poza tym, że okropne) są pomysłowe, inteligentne i z bogatą wyobraźnią. Rodzice tolerancyjni, opiekuńczy i traktujący szarańczę z dużą dozą szacunku. Drugoplanowo parę celnych obserwacji amerykańskiej rzeczywistości sprzed kilkudziesięciu lat.
[1] Życie dołożyło cyniczną pointę do tego - autorka umarła na atak serca w wieku lat 48, uzależniona od papierosów, amfetaminy, alkoholu i czekolady, ze znaczną nadwagą.
[2] Jakże inaczej potoczyłyby się losy rodziny TS Garpa, gdyby mały Walt był bezpiecznie przypięty w foteliku...
Inne tej autorki:
#14
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 3, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Komisarz Martin Beck zamiast urlopu z rodziną wybrał tajną misję zleconą przez Ministerstwo - odszukanie zaginionego na Węgrzech[1] (wtedy za Żelazną Kurtyną) dziennikarza. Trochę się pogrzał w węgierskim letnim słońcu, trochę pochlapał w wodzie termalnej, popływał statkiem po Dunaju, odrzucił propozycję nimfomanki, a na końcu wydedukował na podstawie niewielkiej liczby tropów, kto zabił.
[1] A ja już myślałam, że błyskotliwie złapię autora okładki na pomyłce, bo rozpoznałam na zdjęciu Basztę Rybacką.
Inne tych autorów: tu.
#13
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 25, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Świetnie się czytało, ale na końcu zostałam z rozczarowaniem, głupią miną i takim trochę poczuciem oszukania. 20-kilkuletnia gotka Bethany zaczyna korespondować ze swoim współpracownikiem z marketu papierniczego, 43-letnim rozwiedzionym i zaniedbanym Rogerem. Okazuje się, że oboje przeżyli w życiu sporo tragedii i mimo wszystkiego, co ich dzieli, zaprzyjaźniają się. Roger pisze też powieść, "Jezioro Rękawicze" i dzieli się kolejnymi rozdziałami najpierw z Bethany, potem też z jej matką, znajomą ze szkoły. Niestety, tutaj wchodzi modna intertekstualność - Roger w swojej powieści opisuje dwóch pisarzy, z których jeden zaczyna pisać o życiu Rogera i pracy w markecie papierniczym. Bethany też chodziła na kursy pisania, na kursach tworzyła kolejne wersje historii "Jak to jest być grzanką smarowaną masłem, przedstaw z punktu widzenia grzanki", które niestety również pojawiają się w książce. Ostatecznie z fajnej książki o nietypowo realizowanej przyjaźni pokręconych ludzi wychodzą zagnieżdżające się światy fikcji i realności. Za zakończenie dst plus.
Inne tego autora tu.
#12
Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 17, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Trochę pretensjonalny tytuł, a chodziło o to, że nocą mordowani byli ludzie związani ze skarbem odkrytym na dawnych Ziemiach Odzyskanych - najpierw młody doktorant historii gospodarczej, potem bogaty prywaciarz i równie bogaty starszy mężczyzna o nieustalonych dochodach. Prowadzący śledztwo są sympatyczni, podczas prac czasem sobie docinają, głównie pod kątem palenia, co w latach 70. było czynnością towarzysko właściwą, a nawet mile widzianą:
Podporucznik wszedł do gabinetu i chowając za plecami ogromne, kopcące cygaro, przepisowo stuknął obcasami.
- Zupełnie nie rozumiem, jak ty możesz palić takie świństwo - rzucił Ambroziak.
- Melduję, że to jest znacznie lepsze niż te wasze papierosy. Mogę cię poczęstować.
- Truj się sam - powiedział i ze zmiętej paczki wyłuskał ostatniego ekstramocnego.
- Na zdrowie - mruknął Gawlik podając porucznikowi ogień.
Podał dziewczynie paczkę carmenów, które nosił przy sobie na wypadek, gdyby któryś z jego rozmówców nie tolerował ekstramocnych.
A ponieważ kryminały, jak już wspomniałam, miały za zadanie również uczyć, autor sprzedał trochę przysłów i cytatów z wieszcza:
Major Aleksander Batorski z wydziału kryminalnego Komendy Stołecznej MO miał słabość do ludowych porzekadeł. (...) Bo ja, jak wiesz - Batorski zwrócił się bezpośrednio dla Gawlika - jestem człowiekiem, jak to się mówi, starej daty. "Czucie i wiara silniej mówią do mnie, niż mędrca szkiełko i oko".
Ale nie tylko przysłowia są mądrością narodów; jakby ktoś szukał, to można znaleźć i cenny namiar na potencjalną podrywkę:
- Czy kiedy był pan na kawie na Placu Trzech Krzyży, zauważył pan kogoś, kto pana, być może, obserwował?
- Nie, ale wychodząc z kawiarni spostrzegłem kilku mężczyzn. Podobno w tej okolicy spotykają się panowie o niezdrowych skłonnościach.
#11
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota marzec 6, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Skuszona kryminałem z Los Angeles, sięgnęłam, skoro to hollywoodzki klasyk. I ja to chyba pecha mam, bo co biorę amerykańską klasykę, to wtopa. Nawet biorąc poprawkę, że książka jest z lat 30., to i tak nie wiem, gdzie znajduje się sedno. Tod, Młody grafik pracuje przy filmach jako scenograf, a po godzinach tworzy dzieło pt. "Pożar w Los Angeles". Na obrazie umieszcza poznanych ludzi - piękną, afektowaną Faye, w której się kocha, jej ojca - chorego komika Harry'ego, kowboja Earle'a (który się kocha w Faye), Meksykanina Miguela (który jw.) i zeschizowanego Homera Simpsona (który jw.). Faye prowadzi się luźno, ale woli obdarzać swoimi wdziękami tych, co mogą jej zasponsorować karierę w filmie, dlatego Tod niespecjalnie ma szanse. Więc snuje się za Faye, patrzy, jak obmacuje ją Earle i Miguel, potem jak Faye doprowadza Homera do upadku, a na końcu ginie w tłumie gapiów. I tak czytałam, czytałam i nagły finał mnie rozczarował. Jestem impregnowana na alegorie, aluzje i przenośnie, nie chwyciło.
#10
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 1, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Nawet lubię ten rozjazd między serialowym a książkowym Dexterem w kwestii fabularnej. Nie ma la Guerty, jest sierżant Doakes, a Debra i dzieci Rity wiedzą o mrocznej stronie brata. Mniej lubię narrację książkową, bo słabsza niż w filmie - fragmenty personalizujące "Mrocznego Pasażera", opisujące go jako odrębną istotę, korzystającą tylko z ciała sprawnego specjalisty od krwi, są niestrawne. Na miejscu zbrodni, gdzie policja znajduje dwa spalone ciała bez głów, z głowy Dextera znika Mroczny Pasażer, pozostawiając go bezbronnego jak niemowlę. Przez całą książkę, w przerwach między przygotowaniami do ślubu z Ritą, uczeniem jej dzieci, żeby nie zostały złapane i prywatnym śledztwem, Dexter szuka w internecie, gdzie też to jego sprawne i mordercze alter ego mogło pójść.
Inne tego autora tutaj.
#9
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 20, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj