Kategoria:
czytam
Stoneybridge to sielska, choć raczej uboga wioska w zachodniej Irlandii, której mieszkanka - dwudziestoletnia Chicky - poznaje Amerykanina Waltera i wbrew woli rodziny wyrusza z chłopakiem do Nowego Jorku. Sielanka kończy się po kilku miesiącach, kiedy Walterowi młoda Irlandka się nudzi i się z nią rozstaje. Dumna dziewczyna nie wraca z podkulonym ogonem do rodzinnej wsi, ale zostaje w Nowym Jorku, zatrudnia się jako pomoc w pensjonacie. Co jakiś czas odwiedza Irlandię, snując bajkę o małżeńskim szczęściu, niestety pewnego dnia dzieci jej siostry planują ją odwiedzić i mistyfikacja się wyda. Chicky ogłasza, że jej mąż zginął w wypadku i po odbyciu "żałoby" wraca do Stoneybridge z zaoszczędzonymi na ciężkiej pracy pieniędzmi ("spadkiem po mężu") i kupuje od ekscentrycznej starej panny piękny, choć zapuszczony dom tuż przy klifie. Planuje remont i otwarcie ekskluzywnego pensjonatu. Właściwa akcja książki opisuje przygotowania do otwarcia i pierwszy tydzień działania pensjonatu z perspektywy Chicki, jej siostrzeńca Riggera (którego praca w hotelu ratuje od wykolejenia się po chuligańskich epizodach) i ambitnej siostrzenicy Orli. Pozostałe rozdziały to historie życia 10 gości, którzy spędzili urlop w Kamiennym Domu po jego otwarciu: amerykański gwiazdor filmowy odkrywa, co w jego życiu jest najważniejsze, zgorzkniała staruszka wyjawia swój sekret, małżeństwo lekarzy ciężko doświadczone tragedią w pracy znajduje spokój, przyszłej narzeczonej udaje się znaleźć porozumienie z niesympatyczną teściową (chociaż wolałaby spędzić czas z ukochanym), młody Szwed decyduje się na zmianę drogi życiowej czy wreszcie małżeństwo, które wygrywa nocleg w hotelu zamiast wyprawy do Paryża, o której marzyli.
I jakkolwiek polecam książkę niezmiernie, bo to nadzwyczaj przyjemna i pogodna lektura, tak niestety miejscami osłabia mnie powierzchownością opisywanych wydarzeń. Najsprytniejszym wyjściem z sytuacji, kiedy porzucił kogoś chłopak, jest brnięcie latami w piramidalne kłamstwo ze zmyślaniem historii małżeńskich czy sfingowaniem jego śmierci. Sposobem na krnąbrnego nastolatka, którego poprawczak nie nauczył poszanowania prawa, jest odesłanie na prowincję i zatrudnienie przy remoncie. Wsparciem dla ambitnej dziewczyny, zainteresowanej komputerami i biznesem, jest nauczenie jej gotowania. Trauma przeżyta przez emerytowaną nauczycielkę, kiedy miała 11 lat, usprawiedliwia jej pogardliwe zachowanie wobec otoczenia. Muzyka w irlandzkim pubie budzi w duszy młodego biznesmena bunt przeciw materializmowi (i pracy korporacji ojca), więc po tygodniu w hotelu podejmuje decyzje życiowe, z którymi bujał się latami. Dodatkowo ze względu na to, że historie wszystkich zbiegają się w kulminację w postaci inauguracyjnego tygodnia w Kamiennym Domu, niektóre sytuacje są kilkukrotnie opisywane z różnych punktów widzenia, co nie jest odkrywcze, tylko dość nudne.
Inne tej autorki:
#69
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 17, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Teofila Słaboniowa mieszka na skraju wsi, samotnie (z kotem Mruczkiem[1]), bo pochowała męża i najstarszą córkę, a pozostałe dzieci wyjechały do miasta i bardzo rzadko pojawiają się niej. Dni upływają jej spokojnie, zajmuje się przydomowym inwentarzem, rzadko opuszcza gospodarstwo, chyba że do sklepu. Tak się dzieje w te dni, kiedy mieszkańców wsi nie atakują słowiańskie złe duchy - kimimory, południce czy wreszcie sam szatan. W materialistycznym światopoglądzie lat 80. (i już po przemianach, kapitalistycznych lat 90.) nie mieści się oczywiście istnienie istot nadprzyrodzonych, jedynie Stara Słaboniowa wie, co naprawdę jest przyczyną złych snów, zmęczenia, depresji, szaleństwa czy lubianego przez kościół opętania. Chciałam ją w pewnym momencie porównać do Wędrowycza, ale to krzywdzące dla Słaboniowej - to wyczerpana ciężkim życiem kobieta, z tajemnicą sprzed lat, pomagająca ludziom nie tylko w walce z siłami zła, ale i ze swoimi wadami (nie zawsze skutecznie), dodatkowo najczęściej pozostająca w cieniu i nie żądająca nagrody ani uznania, mimo że niektóre walki wygrywa swoim kosztem. Książka jest podzielona na samodzielne opowiadania, ale łączy je linia fabularna - opieka nad chrześniaczką Anetką, którą szatan sobie upatrzył na kochankę i matkę dziecka oraz stopniowe odkrywanie przeszłości Słaboniowej.
Od samej fabuły istotniejsza chyba jest refleksja autorki nad samotnością i przemijaniem. Wieś się wyludnia, pozostają starsi ludzie, którzy nie czują się pewnie wśród miejskiej nowoczesności, zapominane są tradycje. Młodzi wstydzą się swojego pochodzenia i unikają powrotu, czekając, aż ten świat wymrze albo dostosuje się do nich. Nie zgadzam się tu z tezą autorki, że to źle, jakkolwiek rozumiem jej smutek. Nie mam nostalgii związanej z wsią, wspomnień o mądrych, prostych ludziach, “soli ziemi” i zanikającym folklorze, ale chętnie przeczytam ciąg dalszy historii wioskowej babki, walczącej ze złym, zwłaszcza że kilka wątków nie pozostało rozwiązanych.
[1] Oczywiście końcowa scena z kotem wycisnęła mi łzy z oczu.
#68
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 16, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Rzecz się dzieje w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie, gdzie autorka zostaje zawieziona karetką (karetką lepiej niż starą taksówką, większy szacunek wśród współpacjentek). W karcie zapewne zapisano: 28 lat, pacjentka depresyjna, bezczynna, wycofana z relacji towarzyskich, przyjęta do szpitala psychiatrycznego z powodu pogarszania się stanu psychicznego i nadużywania leków. Cechuje ją postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi.
Szpital nie okazuje się miejscem, gdzie człowiek zdrowieje, raczej przechowalnią egzemplarzy wybrakowanych, kobiet (i kilku mężczyzn, przyklejonych do oddziału kobiecego z braku miejsca), którzy nie radzą sobie w społeczeństwie. Przypadkowo dobierane leki, lekarze z łapanki, świat marginesu, ale i tak lepiej niż na zewnątrz. "Może ich, ludzi, tam na zewnątrz nie ma? Mam nadzieję, że nie ma. Bo jeżeli na zewnątrz nie ma już ludzi, to mogę wracać choćby zaraz". Mimo niechęci pielęgniarek, więziennej atmosfery, podziału na my (górne piętro, pacjentki zdrowsze) i one (parter, pacjentki bardziej zaburzone), kradzieży i animozji, to wczasy, odpoczynek od przemocy ze strony ojców, wujków, mężów, matek, Kościoła, rachunków, eksmisji i chwilówek, od presji korporacji i własnych nierealistycznych oczekiwań.
Autorka sugeruje, że to książka-pamiętnik, częściowo autobiograficzna, ale może też być świadectwem całych pokoleń pensjonariuszek Kobierzyna. Fantastyczna, refleksyjna lektura. Jedna wada to objętość - w czytniku ok. 100 stron, na których czasem znajduje się akapit tekstu.
#67
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 10, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tytułowy Instytut to nazwa na domofonie w mieszkaniu, które Agnieszka odziedziczyła po babci. Remontuje je i zasiedla z grupą świeżo poznanych ludzi, kiedy po raz drugi odchodzi od obojętnego i toksycznego męża. Żyje jednak na pół gwizdka, bo czeka na moment, kiedy będzie w stanie sprowadzić do siebie 12-letnią córkę, odebraną jej przez rodzinę męża. To jest ten kawałek fabuły, który ujawnia się w reminiscencjach, przerywających właściwą akcję powieści - Agnieszka i sublokatorzy pewnego dnia, nie z własnej woli, zostają odcięci od świata; odkrywają to dość późno, bo odsypiali poimprezowego kaca. Ktoś zamknął kraty na klatce schodowej, pozbawił ich telefony komórkowe baterii, przeciął kable w windzie, a potem także przysłonił okna panelami. Zdezorientowani bohaterowie nie umieją znaleźć odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się stało i dlaczego ktoś zostawił kartkę z napisem "To moje mieszkanie". Narasta chaos, bezsilność prowadzi do agresji i konfliktów, ale panika pojawia się dopiero gdy odkrywają, że prześladowcy wchodzą bez ich wiedzy do mieszkania.
Tyle że ta warstwa horroru jest najmniej ciekawa tutaj, zwłaszcza w zestawieniu z zakończeniem (BAV, jvryxn, znfbńfxn betnavmnpwn memrfmnwąpn cół Cbyfxv v znwąpn an hfłhtnpu qehtvr cół, qyn xncelfh mnovwnwąpn yhqmv, cbavrjnż mnżlpmlyv fbovr bqmlfxnć nxheng gb zvrfmxnavr, cbqnebjnar cemrm Jvryxvrtb Mnłbżlpvryn onopr Ntavrfmxv, ójpmrfarw żbavr). To, co czyta się doskonale, to wspomnienia Agnieszki o nieudanym związku, trudnym macierzyństwie i próbie wyjścia i odzyskania siebie.
Inne tego autora tutaj.
#66
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 6, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Pyszna, bogata w szczegóły biografia Zofii Stryjeńskiej, w dużej mierze oparta o pamiętniki tej ostatniej; nie tylko pędzel miała dziewczyna sprawny, ze słowami również sobie doskonale radziła. Miejscami zabawna, tym bardziej, że Zocha była raczej ironistką i miała do siebie duży dystans, ale raczej posępna, bo życie artystki było raczej nieszczęśliwe i niespełnione. Była kobietą pełną pasji - kiedy malowała, oddawała się temu całą duszą, żeby studiować na prestiżowej wiedeńskiej uczelni dla artystów, przebrała się za mężczyznę i przez rok skutecznie ukrywała swoją płeć przed profesorami i studentami. Kiedy się zakochiwała, to bez granic. Pierwszy mąż – jej wielka miłość i ojciec jej trojga dzieci – wysłał ją do psychiatryka (dwukrotnie!), mimo rozwodu kochała go (lub wspomnienie o nim) do samej śmierci. Drugi mąż, uroczy bon-vivant, zaraził ją kiłą; odkryła to przypadkiem dopiero po latach, kosztowało ją to wieczne problemy ze wzrokiem. Przeżyła nieudany romans z Arkadym Fiedlerem. Na to nałożyła się wojna, podczas której straciła kontakt z dziećmi i ze względu na powojenne przemiany, została zmuszona do emigracji.
Ale największym dramatem Stryjeńskiej była miłość do malowania. Dramatem, bo żeby malować, musiała zrezygnować z mieszkania z dziećmi (z przyczyn finansowych i logistycznych dzieci mieszkały w Krakowie z teściami i mężem, malarka nie ukrywała też, że zwyczajnie musiała wybrać i wybrała sztukę) oraz malowała coraz mniej z pasji, a coraz więcej, żeby się utrzymać. Wiecznie w spirali długów, ukrywająca się przed wierzycielami, sprzedająca za bezcen kolejne obrazy, malująca chałturki, żeby mieć na wykupienie futra z lombardu i na bilet na pociąg do Krakowa, żeby spędzić czas z rodziną i dziećmi, absurdalnie była jedną z popularniejszych i wysoko cenionych malarek II Rzeczpospolitej, nagradzana (choć raczej prestiżem i kolejnymi zamówieniami, a nie finansowo) i ceniona.
#65
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 5, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Lata 50. XX wieku. Szeryf federalny, Teddy (Edward) Daniels wraz z nowym partenerem, szeryfem Chuckiem Aulem, płyną na Shutter Island - wyspę, na której przetrzymywani są niebezpieczni, psychicznie chorzy przestępcy. Mają odkryć, w jaki sposób mogła zniknąć jedna z więźniarek/pacjentek, morderczyni trójki swoich dzieci. Personel więzienia/szpitala jest niby przyjazny, ale im więcej zadają pytań, tym bardziej otoczenie staje się wrogo nastawione i ewidentnie widać, że skrywają jakąś tajemnicę. Dziwna i klaustrofobiczna atmosfera na wyspie wpływa na Danielsa, odżywają w jego głowie traumy z drugiej wojny światowej, wspomnienia śmierci dwubiegunowej żony, która zginęła w pożarze wznieconym przez tajemniczego piromana, Andrew Laeddisa. Kiedy okazuje się, że szeryf usłyszał od jednego z pacjentów o tym, że Laeddis przebywa na wyspie, sytuacja zamiast się wyjaśniać, zaczyna się coraz bardziej gmatwać, Daniels musi sobie zadać pytanie z jakiego powodu przyjechał do szpitala: znaleźć zaginioną pacjentkę czy może po to, aby rozliczyć się ze swoimi własnymi demonami. Dokłada się do tego katastrofalny huragan pustoszący wyspę, zaszyfrowane wiadomości, zaginięcie Aule'a, nie wiadomo skąd odnaleziona pacjentka (która jednak może być podstawiona) i wreszcie plotka o latarni morskiej, w której prawdopodobnie prowadzone są niebezpieczne eksperymenty nad farmakologicznym i operacyjnym zarządzaniem agresją; to wszystko doprowadza coraz bardziej chorego szeryfa na kraj zdrowia psychicznego.
I tu w tej powieści twist fabularny jest, jak najbardziej, chociaż najpierw miałam okazję obejrzeć film, za drugim razem zwrot już nie zaskoczył. W wersji filmowej szeryfa Edwardsa gra Leonardo di Caprio.
#64
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 3, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Zima 1985, mała miejscowość w Kansas. Rodzina Dayów - matka i dwie córki - zostają brutalnie zamordowane, a mord nosi znamiona satanistycznego. Najmłodsza córka, 6-letnia Libby, cudem się ratuje, chociaż odmraża palce, kryjąc się całą noc poza domem. Najstarsze dziecko, 16-letni Ben, zostaje poszlakowo oskarżony o morderstwo i ląduje w więzieniu z wyrokiem dożywocia. Ocalała Libby dorasta w cieniu tragedii, przerzucana przez krewnych z domu do domu (również dlatego, że jest dzieckiem trudnym i niewdzięcznym). 25 lat później, kiedy kończą się pieniądze z darów, dorosła już dziewczyna odkrywa, że musi przemóc swoją niechęć do życiowej aktywności, żeby przeżyć. Decyduje się przyjąć propozycję Klubu Zbrodni, fanowskiej organizacji fascynującej się analizową śledztw znanych morderstw, której członkowie proponują jej - oczywiście za sowitym wynagrodzeniem - przeprowadzanie rozmów z rodziną i zaangażowanymi osobami w celu odkrycia, czy jej skazany brat jest naprawdę winny. To pierwszy od 25 lat kontakt Libby z bratem, przede wszystkim dlatego, że to zeznania Libby - twierdzącej, że zza drzwi słyszała głos brata, podczas gdy ten twierdził, że nie było go w momencie mordu w domu - prawdopodobnie przysłużyły się do wyroku. Jest to również pierwszy moment, kiedy świadomie zaczyna analizować wydarzenia sprzed lat i ich wpływ na to, jaką jest dziś osobą.
Narracja prowadzona jest trójwątkowo: śledztwo prowadzone (niechętnie) przez Libby współcześnie przeplata się z zapisem wydarzeń z 1985 roku z perspektywy Patty Day, samotnej matki czwórki dzieci, walczącej o utrzymanie zadłużonej farmy oraz z perspektywy Bena, zbuntowanego 16-latka, któremu doskwiera bieda w domu i ostracyzm rówieśników, spowodowany tym, że jest źle ubrany i "inny"[1].
Jak pozostałe książki Flynn, jest to lektura nadzwyczaj wciągająca, mimo że dość przewidywalna (dość szybko zgadłam część rozwiązania zagadki, ale drobne smaczki autorka ukrywała do samego końca). Jak pozostałe książki, ta również została zekranizowana (z Charlize Theron w roli dorosłej Libby i Christiną Hendricks w roli Patty), chociaż ekranizacja podobno jest taka sobie. Oglądaliście może?
[1] Mam generalnie problem z traktowaniem poważnie "satanizmu", objawiającego się egzaltacją podczas słuchania Iron Maiden "666 the Number of the Beast" czy AC/DC "Highway to Hell".
Inne tej autorki tutaj.
#63
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 30, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Na fali tęsknoty po obejrzeniu 6. sezonu "Orange is the New Black" sięgnęłam po książkę. Niestety, muszę rozczarować - jeśli liczycie na klimat serialu, to w książce go absolutnie nie ma. "Dziewczyny z Danbury" to dość statyczny, pozbawiony dramy zapis 13 miesięcy, które autorka spędziła w więzieniu po tym, jak prawie 10 lat wcześniej wplątała się w przemyt narkotyków i prania pieniędzy za sprawą dziewczyny, z którą wtedy była w związku. W przeciwieństwie do filmowej Piper, autorka jest osobą znacznie łatwiejszą w kontakcie niż Chapman i mniej skupioną na sobie. Bliżej jej charakterem do serialowej Alex, odcina się od więziennych konfliktów, chociaż oczywiście przyłącza się do jednej z grup, na które więzienie jest podzielone. W przeciwieństwie do serialowego Lichfield, w Danbury nie ma fali, nowa osoba jest witana przez komitet powitalny, pozwalający na orientację w nowym miejscu, zaopatrzenie w podstawowe przedmioty i ostrzegający przed niebezpieczeństwem (np. skutkującym izolatką lub wpakowaniem się w wojnę). W przeciwieństwie do serialu, Piper ma ogromne wsparcie ze strony ówczesnego narzeczonego (który w serialu zawija się na wieść o tym, że jego dziewczyna jest lesbijką i sypia ze swoją eks) i przyjaciół. Wątek Alex, w książce noszącej imię Nora, jest zupełnie inny - panie spotykają się epizodycznie podczas przygotowań do procesu w kiepskich warunkach placówki przejściowej; nie ma burzliwej sinusoidy i zakazanej miłości pod prysznicami.
Oprócz wątków osobistych książka pokazuje obraz kobiecego więzienia oraz biznesowo-polityczne tło masowego rozwoju systemu penitencjarnego w USA, nastawionego na izolację więźniów bez żadnej opcji na resocjalizację (plus stanowiącego przedsięwzięcie biznesowe, w interesie którego jest wydłużanie wyroków i ciągły napływ więźniów). Socjologicznie interesujące.
#62
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 29, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
To nie jest tak, że uparłam się, żeby obśmiewać klasykę, samo wychodzi. Na swoje usprawiedliwienie mam, że kilkanaście minut przed końcem lotu skończyła się Allende i chwyciłam pierwszą znaną rzecz, którą miałam na kindlu (a potem prawie godzinę czekałam na walizki).
16-letni Holden Caufield został właśnie wyrzucony z kolejnej szkoły. Przyjął ten fakt z ulgą, bo doprowadził do tej sytuacji z rozmysłem - nienawidził szkoły, nauczycieli (poza jednym) i w zasadzie wszystkich kolegów. Po burzliwym wieczorze w internacie, zakończonym bójką ze współlokatorem, który umówił się z jego dawną znajomą (i zasugerował, że się z nią przespał), Holden ucieka do nowego Jorku, żeby na kilka dni “poczuć życie”, zanim wróci z podkulonym ogonem do domu i zbierze od rodziców należną awanturę. W Nowym Jorku młodzieniec między innymi marznie (bo w internacie okradziono go z ciepłego palta i rękawiczek), upija się, próbuje skorzystać z usług prostytutki, ale w ostatniej chwili rezygnuje, po czym zostaje okradziony i pobity, umawia się z dziewczyną, która jednak go zaczyna irytować, więc spotkanie kończy się awanturą. Odwiedza jedynego, sensownego nauczyciela z jednej z poprzednich szkół, niestety mężczyzna robi wrażenie zainteresowanego nim fizycznie, co Holdena obrzydza. Zmęczony, zziębnięty i bez pieniędzy wraca do domu, spotkać się z młodszą ukochaną siostrą Phoebe i podzielić się z nią planami Wielkiej Ucieczki do prostego świata, gdzie nie ma hipokryzji, pozerstwa i żenady świata dorosłych. Phoebe celnie punktuje brata, że za jego problemy nie jest odpowiedzialne otoczenie, co powoduje, że nastolatek jednak nie wsiada w autobus i zostaje drwalem na prerii, tylko po przemyśleniu widzi jasne strony szkoły, z której uciekł.
Niestety jest to jedna z tych książek, gdzie bohatera się nawet jeśli nie nienawidzi, to przynajmniej z poczuciem zażenowania obserwuje się jego zachowanie. Caufield nie szczędzi czytelnikowi swoich przemyśleń na temat obserwowanego z perspektywy nastolatka świata dorosłych, którego to obrzydza i uważa, że on będzie inny. Gloryfikuje dziecinną “uczciwość” wspominając wielokrotnie swojego zmarłego brata Alika i opisując radosną żywiołowość siostry Phoebe (żyjącej). Podobną irytację czułam, czytając “BwZ” w czasach licealnych, więc to nie do końca jest kwestia tego, że #jestemstaraimamzazłe. Tyle że jest wiele książek pokazujących w bardziej strawny sposób postrzeganie świata dorosłych przez dzieci, bez nadęcia, egzaltacji i pogardy wynikającej z niezrozumienia.
#61
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 24, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Zachwalana jako jedna z najlepszych książek 2014, wzbudziła we mnie podobne odczucia kolejne zbiorki opowiadań noblistki Munro (opowiadania Moore określane są nawet jako Munro z poczuciem humoru Monty Pythona[1]) - zabraklo dla 8 opowiadań wspólnego mianownika, a każde z nich zakończyło się, zanim poczułam jakąś emocję.
Rozwiedziony Żyd rozpoczyna nowy związek, bo nie chce zaakceptować faktu, że z pierwszą żona i dzieckiem wyczerpał już limit szczęścia w życiu. Jego wybranka, jakkolwiek bardzo atrakcyjna i chętna na łóżko, ma nastoletniego syna; problemem jest ewidentnie niezdrowy, bardzo fizyczny stosunek matki do nastolatka oraz to, że kobieta jest, oględnie mówiąc, niezrównoważona.
Kobieta planuje odwiedziny ciężko chorej koleżanki, Robin, w szpitalu, ale stwierdza, że tego dnia jest za późno. Następnego dnia dowiaduje się o śmierci Robin, jest jej smutno, ale wtedy koleżanki zabierają ją na pożegnalny sabat do domu zmarłej, podczas którego pojawia się duch Robin.
Żona z pozwu rozwodowego dowiaduje się, że mąż jej nie kocha. Decyduje się jednak pojechać z nim i z dziećmi na opłaconą wcześniej wycieczkę na Karaiby, mimo że niedługo-eks-mąż planował zabrać swoją nową flamę. Wyjątkowo, jest tu nawet jakaś anegdotyczna pointa.
Pisarz z żoną na wydawanym przez czasopismo bankiecie rozmawia ze sponsorką, ale rozmowa - o literaturze i polityce - się nie klei.
Podstarzała wokalistka rockowa, która nie odniosła sukcesu i żyje w niesatysfakcjonującym związku, zaprzyjaźnia się ze staruszkiem, mieszkającym opodal.
Rozwiedziona para odwiedza chorego psychicznie nastoletniego syna w szpitalu, ale mąż nie chce z nią zostać, tylko wraca do nowej rodziny.
Kobieta spotyka się na szybkim lanczu ze znajomym, który jest szpiegiem. Znajomy wpada jak po ogień, jest zbyt roztrzęsiony, żeby coś zjeść, po czym wsiada do taksówki i odjeżdża. Dodatkowo krótka retrospekcja jednego z ich spotkań.
Po śmierci Michaela Jacksona, dorosła kobieta z swoją córką jedzie na ślub dawnej niani córki w plener. Na ślubie muzyką zajmuje się były mąż panny młodej (gra piosenki MJ). W trakcie imprezy wjeżdża grupa motocyklistów raczej z wrogimi zamiarami, ale okazuje się, że pomylili adres.
#60
[1] Ja tego poczucia humoru nie znalazłam. Owszem, bohaterowie bywają gorzko-ironiczni jak intelektualiści u Allena czy Rotha, natomiast nie jest to książka humorystyczna.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 22, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj