Kategoria:
fotografia
Zawsze mnie ujmowała idea tzw. domu pracy twórczej. Że pracownik naukowy płci dowolnej zostawia dom, rodzinę, pracę nietwórczą i wyjeżdża w okoliczności przyrody, żeby tam powstało jakieś dzieło, czego śladem będzie np. dopisek na zakończonej książce "Poznań - Obrzycko, 1973 r.". I ktoś, na przykład ja, po latach czyta (czy z obowiązku, czy z przyjemności) i myśli - co takiego ważnego w tym, powiedzmy, Obrzycku było, że warto było o tym wspominać? Odpowiadając sobie na to pytanie, w faktycznie istniejącym Obrzycku jest ładnie. Duży, piękny park, wyjątkowo dobrze zachowany pałac (w którym dodatkowo ktoś dokłada pracy i teraz, bo na schodach z tyłu jest zamontowana winda dla wózków), kwiatki i motylki, a głębi parku rzeczka i żaby, tyle że trzeba być tym mitycznym pracownikiem twórczym, żeby dostać herbaty czy zjeść śniadanie w stołówce. Chyba że się jest lokalnym czarnym kotem ("nie ić, kokka!"). I trzeba mieć siódmy zmysł odnajdywania obiektu bez nawigacji, albowiem po co oznaczyć, którędy do pałacu, przecież jak kto mieszka, to wie, a jak kto nie mieszka, to na co mu to. Nie ma tego złego, zdobywam kolejne skille w jeździe leśną dróżką, zawracaniu na pięć czy sześć i odpytywaniu sympatycznego pana, co to w rowerowym koszyku wiezie jamnika, czy aby na pewno ta droga dokądś prowadzi (nie prowadziła).
Szczególną sympatią darzę tę panoramkę, bo ciekawszego efektu bym nie uzyskała, nawet gdybym chciała.
Rzutem oka zza płotu, pałac Twardowskich w Kobylnikach [2023 - link nieaktualny]. I jak w Obrzycku infrastruktura na ciekawego turystę, co akurat przejeżdżał i chętny coś by[1], nie jest przygotowana, tak tu pełen wypas, tyle że - jak widać - wypas zastawiony pod wesele, które się zarezerwowało i zablokowało zasoby.
[1] I nieustająco fascynuje mnie model biznesowy takiej restauracji Rycerskiej w Szamotułach, która jest otwarta w tygodniu do 21, a w weekendy pieczołowicie się zamyka o 18. Bo przecież po 18 się nie je. Co miało tę zaletę, że zjadłam świetny obiad we Wzgórzu Toskanii w Przeźmierowie, które słusznie ma trzy gwiazdki, bardzo sympatycznego właściciela (który wśród kieliszków, porcelany, białych obrusów i storczykowych dekoracji wyciąga malowanki i kredki dla młodszego gościa, a przy tym opowiada o swoich winach[2]). I jak wolę lokale bez krochmalu, złoceń i drewnianych mebli na wysoki połysk, tak i jedzenie było przyzwoite cenowo, a przy tym naprawdę dobre, i uśmiechy obsługi mówiły, że biorą na poważnie i takich, co - nieco przykurzeni - wracają z wycieczki i chcą niesolonych frytek i kredki.
[2] I tak, ma wina z winnicy Ference'a Máté, bo skąd nazwa, prawda.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 18, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Tak to jest, że kiedy zaczynam nabierać pewności siebie, okazuje się, że tak naprawdę mało umiem. I mimo że wjechałam na 5. piętro parkingu w Starym Browarze (bez sensu, bo i tak z parkingu nie da się zrobić zdjęć, bo nikt nie pomyślał i w ponad dwumetrowym murze nie ma otworków widokowych), to zdaję sobie sprawę, że jestem dalej słabym, chociaż coraz pewniejszym, kierowcą.
Podobnie z dziewczyną. Z dnia na dzień rośnie porozumienie. Dugi butko i duzia pika pomagają wydajnie na codzienne konwersacje, ale kiedy przychodzi do nieumiejętności zrozumienia sygnalizowania, że coś jest źle, to wątpię we wszystko, do czego doszliśmy przez ostatnie dwa lata. I, co mnie cieszy, jestem (jeszcze) w stanie opanować moją irytację, kiedy dwuletnia dama, poproszona o wybór bluzki, odwraca się do mnie ostentacyjnie tyłem i z uśmieszkiem grzebie w skrzyni z zabawkami, udając, że mnie nie słyszy, tak prawie do załamania doprowadzają mnie sytuacje, kiedy widzę, że coś się zadziało nie tak, a nie umiem wytłumaczyć, co się stało i że się zaraz naprawi albo za chwilę będzie lepiej.
I zostaje mi robienie małych gestów, żeby było przyjemniej. Tacka w świnki czy misie, baloniki, książka o kotach, dwie garście kasztanów (bez specjalnego szału) czy akrylowe kryształki[1] świecące w promieniach już jesiennego słońca (i umówmy się, że te kropki na szybie to taki wyrafinowany bokeh, a nie że brudne okno, dobrze?).
[1] Taki lifehack[2] z salonu gadżetów BRW. Tanie jak barszcz, różnokolorowe, wadą jest to, że tylko z 1/4 ma dziurki, reszta nadaje się do rozrzucania.
[2] W Pepco z kolei są tanie jak barszcz filcowe podkładki, wycinane w liście. Można pociąć i z jednej podkładki dostaje się dwadzieścia równo wycinanych laserem liści do naklejania gdziekolwiek czy zrobienia drzewa na lekcję zpt (czy jak to się teraz nazywa). Wychodzi taniej niż zakup grubego filcu i samodzielne wycinanie.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 15, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 11 komentarzy
- Skomentuj
W cieniu kościoła św. Franciszka Serafickiego *na Rynku Bernardyńskim* co sobotę (od dziś) odbywa się bazar żywności ekologicznej. Na straganach to, co zwykle, tyle że bez oprysków, za to z przetworami, serami zagrodowymi i - podobno - bo dziś nie znalazłam, wędlinami i rybami. Okolica urocza, chociaż ciasna, ale pomysł świetny. Do tego traktor, ludyczne tańce i śpiewy, moja ulubiona szkoła jogi, rodzice z dziećmi, stragany ozdobione zbożem i kwiatami, sielanka. Kupuję więc, ogarnięta jesienną chętką na kolor pomarańczowy, kawałek pięknej, soczystej dyni Bambino (z którą wprawdzie jeszcze nie wiem, co zrobię, ale myślę o towarzystwie fety i kardamonu). Pani ze straganu kroi dynię, chociaż oczywiście wolałabym zabrać wielką kulę ze sobą i jak w tytułowej piosence z True Blood, zrobić z nią jakieś niegrzeczne rzeczy. I nagle wyrasta obok opalony acz podstarzały Ewangelista, który jadowitym tonem poszczekującego ratlerka zaczyna punktować, że kilogram dyni kosztuje tyle i tyle, że taka dynia to i z 10 kilo waży, że on 40 lat miał gospodarstwo, to się zna, i że ludzie to głupie, że tu przychodzą i kupują, na chleb nie mają, a przychodzą i głupi są, że kupują, co to niby eko, a przecież - TO SIĘ NIE OPŁACA. Mimo wyjaśnienia, że skoro on jeden jest mądry i przecież może nie kupować, poszczekiwał dalej, po czym przeniósł się oszczekiwać inne stragany. I jak chętnie bym mu przyznała rację, bo eko-towary są droższe niż nie eko, tak naprawdę miejsce na wprowadzanie swojej ekonomii sobie wybrał wyjątkowo niefartowne, bo towarzystwo dookoła bazarowe to raczej ludzie od new-age, wegetarianie i nosiciele chustowi, niezainteresowani tym, żeby chleb był jak najtańszy, ale żeby w środku miał to, co mieć powinien i nic więcej.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Nie wiedzieć czemu, latawiec, na którym się staje, nie lata.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 6, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Raptem 30 km od Poznania, tuż przed Szamotułami, tak zupełnie pośrodku niczego (ale można dojechać pociągiem[1]) jest sobie dawny folwark rodziny von Hantelmanów w Baborówku. I oprócz stadniny, pałacyku i parku z zabytkowymi drzewami oraz furtki pośrodku niczego ma komary. Moja wina, mogłam dzisiaj kupić odstraszacz komarów, a nie tłuc się i rodzinę po elementach anatomii, powodując drżenie aparatu, bo jednak ciężko się robi zdjęcia, klepiąc się jednocześnie w kark. Pałac oferuje wyszynk tylko dla gości hotelowych, więc z atrakcji są konie opodal (i komary). I - akurat o tej porze roku - najpiękniejsze, ciepłe, złote popołudniowe światło.
Wprawdzie mieliśmy jechać do Obrzycka, ale nie wyszło (za to popatrzyłam sobie na bardzo ładne Szamotuły), więc ostatecznie dojechaliśmy do Gryszczeniówki. I naprawdę nie warto dawać się mamić gdziekolwiek reklamą, że jakaś tam restauracja serwuje cheeseburgera z serem i frytki, tylko jechać na certyfikowane pierogi (ale ruskie lepsze niż z kapustą) i domowy sok porzeczkowy, pogłaskać wielkiego, puchatego alaskana i dwa miłe koty - rudego Rudego[2] i czarnego Czarnego. Dodatkowe punkty daję za czekadełka - chleb, smalec ze skwarkami, domowej roboty wędzone wędliny i kiszonego.
I pełną półkę słoików z owocami (umiałam się powstrzymać i wzięłam tylko cztery). W niektórych sklepach w Poznaniu (np. w Prosiaczku przy rynku Jeżyckim albo na rynku w Suchym Lesie) można gryszczeniówkowe przetwory - soki, dżemy i kompoty - kupić.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Albo pobłądzić samochodem. O, chyba właśnie minęliśmy. Zawrotka. A jednak nie. Zawrotka. O, teraz to na pewno to. Zawrotka. Patrzą na nas ludzie, zdziwieni, chyba to nie tu, bo by byli przyzwyczajeni do zagubionych. Przejedźmy przez tory, kto by stawiał pałacyk przy samych torach. A jednak. Podobno da się dojechać prościej, Lutycką. Ale i tak było miło, bo obrazki za oknem nader.
[2] Na szczęście były dwa krzesełka dla nieletnich, bo jedno zajął Rudy i szkoda go było z krzesła eksmitować.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 4, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 4 komentarze
- Skomentuj
I nagle 680 km na liczniku (ale ja niedużo jeżdżę, do pracy i z powrotem; albo z dzieckiem na playdate czy TŻ z imprezy przywieźć). Sama nie wiem, czemu dziś zamiast do pracy nie skręciłam w prawo i nie pojechałam gdzieś za Kiekrz, gdzie zielono i ładnie pachnie.
Zaczęłam myśleć o jeżdżeniu, tak półświadomie, z tyłu głowy, że chcę wsiąść i pojechać. I że samo jechanie lepsze niż dojechanie i wysiadanie. I że napiłabym się dobrej herbaty w pracy, bo służbowa podła. Dzisiaj na tyle mocno myślałam, że dopijając resztkę zimnej kawy czułam smak dobrego earl greya. But I digress. Lubię mój samochód. I jeszcze w nic nie wjechałam. Ani nikt we mnie. Więc sytuacja win-win.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 3, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Król-Słońce jesieni (wiedzieliście, że nastawianie się twarzą do słońca nazywa się fototropizmem dodatnim?).
A potem opadają płatki, zostaje gęsto upakowana tarcza nasionek, które pod koniec każdego lata, w promieniach zachodzącego słońca niemal hipnotycznie wyskubywałam, wyskubuję i dziś pokazałam Majowi, jak się wyskubuje. Teraz mam brudne paznokcie, bo - jakoś niezaskakująco - posmakowało i "mama, jecie!". Pani prośba jest dla mnie przyjemnością, madame, nawet kosztem utraty nieskazitelności manicure.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 1, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Są w Nowym Jorku takie kamienice w kształcie trójkąta i ja je bardzo lubię; możliwe, że to jeden z powodów, dla których ciągle myślę o Nowym Jorku (kamienice i Woody Allen). I jedna taka była w Poznaniu na rogu Ogrodowej i Krysiewicza, niestety - już nie ma. Dzisiaj przechodząc mimo patrzyłam, jak w obłokach pyłu, spłukiwanych wodą, znika to, co z kamienicy zostało. Smuteczek.


GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 1, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Dzisiejsza pogoda pokazuje, że słuszną ideą było łapanie lata, gdy jeszcze było. Teraz wychodzi słońce - ciepło, a nawet bardzo ciepło. Zachodzi za chmurę - zimno. Na tyle, że zaczęłam myśleć o ażurowych pończochach. Ktoś skosił łany koniczyny i zamiast chmury motyli pęta się jeden smutny biały motyl. Nie pada, więc nie ma zalewu ślimaków; dodatkowo ten smutny fakt objaśnił na szczęście nie rozumiejącemu jeszcze dziecku pan gospodarz domu, który pokazał, gdzie było pryskane i gdzie kiedyś było gniazdo ślimaków. Trochę smutne, bo co komu ślimaki przeszkadzają?
Ale ja nie o tym. Wracając z Rydzyny chciałam zerknąć na jeszcze jakiś pałacyk po drodze. Padło na Racot, co było jednak wyborem takim sobie, z dwóch powodów. Młodzież niby wyspana i w normalnych warunkach niemożliwa do zagonienia w pościel nawet za pomocą kija czy przekupstwa, na dystansie 30 km okopała się na foteliku i mimo szeroko zakrojonych akcji (rozpinanie pantofla, łaskotanie w łydkę i irytowanie komunikatami słownymi) usnęła 2 km przed celem. Po czym na miejscu się okazało, że i owszem, pałac jest, ale mizerny taki, w środku hotel i średnio dostępna z ulicy restauracja (a do tego nie mieli kawy na wynos, więc), a do tego z niby-parkiem, ale też takim smutnym trochę. Więc po rundce dookoła trawnika zawróciliśmy. Pewnie jak się wynajmuje na ślub, to fajniej, ale tak normalnie to raczej w dolnej strefie stanów średnich.


Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 30, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Pakamera. Tortownia. Dawno już zaorany, a jednak gdzieś na serwerze zamurowanym w ścianie dalej działający dawny intranet firmowy. Facebook nie, bo złośliwie wyłączyłam i nagle nie mam na wallu zalewu życzeń z poczucia, że trzeba, skoro jest informacja.
Mój ulubiony sms ze słowami kluczowymi "stara+dupa". I maile już nie z automatu.
Wczoraj 36 róż. Kot czarno-biały zeżarł jedną czerwoną.
Mam trochę poczucie, że odsunęłam się i swoje urodziny oddaję walkowerem na korzyść tych wcześniejszych o dwa dni, ale bardziej od prezentów i życzeń cieszy mnie jej zachwyt basenem z kwiatami, balonikami, dmuchaniem świeczki (dzisiaj się udało, a ja co? a ja mam dwa nieostre zdjęcia, bo jestem ciapa) i obserwowaniem, jak czerwone lampiony lecą w górę, w samo niebo. Za rok zrobię girlandy, jeszcze więcej baloników, lepszy tort (niż ten mój, bo babciowy od sąsiadki był nader) i prezenty z kokardką. I może wreszcie zaplanuję tę wystawę fotografii?
PS Oczywiście, że mam 29 lat, a wyglądam na mniej.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 29, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 11 komentarzy
- Skomentuj