Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: fotografia

Ambiwalencja

Bo ja tak średnio lubię wiosnę. Bardzo długo trwa ta część błotna, zimna, szaro-brązowa i nijaka. Już się zdążę znudzić, zniechęcić, wkurzyć, jak spadnie okazjonalny śnieg, potem znowu znudzić, zmęczyć i rozczarować. Ale z drugiej strony nagle następuje takie *pac* (zupełnie jak w "W Dolinie Muminków", kiedy Mama Muminka wrzuciła do czarodziejskiego cylindra cebulki bylin i liście) i nagle wszędzie jest zielono i zupełnie dobrze. Tylko czemu nie może być zielono i miło bez tego okresu wcześniej? Ja i tak docenię, nie ma dwóch zdań. Tylko tulipany mi słabo rosną.

A ponieważ mam niedowład intelektualny na wielu polach, to się posłużę wyciągiem ze słów kluczowych:

  • nasadki na penisa co myslicie o tym
  • czy zelki są kaloryczne
  • goldengate cyce
  • jak wyglądają puchacze
  • kazala mi lizac brudne
  • napisy do filmu frywolna lola
  • starty i londowania
  • chinski bazar w pradze churt
  • coś jest sliczne w kilku zdaniach
  • jak nauczyć kota żeby przychodził na kolana [a jak namówić, żeby nie cały czas?!]
  • jakie som boeing
  • jak trzeba otworzyc budke z pieczonymi kurczakami
  • film jak robic gladzie na mokro
  • piosenki sprośne o rybach

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek kwiecień 17, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 10 komentarzy - Skomentuj


She looked good in ribbons

Her eyes were cobalt red / Her voice was cobalt blue
I see no purple light / Crashing out of you
So just walk on in / (flowers on the razor wire) / (walk on in)

Po zimowej ascezie odzieżowej, kiedy jedynym bardziej kolorowym elementem są dodatki, a reszta strategicznie zmierza do czerni, fioletu, fuksji czy wiśni, wiosną nie jestem w stanie powstrzymać drżenia karty w portfelu, kiedy wchodzę do kolejnego sklepu. Pewnie, kupuję i ascetyczny, czarno-srebrny naszyjnik i czarne pantofelki, ale do domu wracam z torbami pełnymi kolorów. Zupełnie nie przemawia do mnie argument, że mam tylko dwie nogi i kilkadziesiąt par butów to objaw pewnego rozpasania, bo czy są jakieś racjonalne argumenty (że "nie ma miejsca w domu" uznaję za całkowicie nieracjonalny; co, ja nie znajdę miejsca?!) przeciwko zakupowi lawendowych balerinek? Nie umiem oprzeć się, kiedy w Villi widzę koszulkę w gustowne paseczki czy pastelową żółto-różową tunikę, mówiącą "lato". Albo w M&S znajduję zielono-brązowo-złotą bluzkę w aksamitno-przezroczyste wzory, która patrzy na mnie z ogromnym wyczekiwaniem, a do tego jest już dwa razy przeceniona z kwoty absurdalnej do całkiem przyjemnej? Nie wspominając o Avanti, gdzie z wieszaka łypie na mnie wiosenna sukienka (wprawdzie granatowo-szara, ale w ładnie geometryczne wzorki). Od G. trafiła do mnie kobaltowo-turkusowo-czerwona[1] tunika, w którą mam ochotę się owinąć i tak siedzieć przez najbliższy miesiąc. Tylko co któreś rano nachodzi mnie taka smutna refleksja, że nie mam co na siebie włożyć. Szczęśliwie, nie każde. Ale i tak nachodzi mnie czasem myśl, że przydałaby mi się garderobiana (nawet wirtualna ;->), która by pamiętała, co i gdzie mam, dyskretnie sugerując, że dzisiaj jest dobry dzień na sukienkę w zielono-błękitne kwiaty.

[1] Która przy każdym spojrzeniu kojarzy mi się z "Ribbons" SOM, zupełnie nie wiem, czemu. Dużo piosenek kojarzy mi się z kolorami, zwłaszcza tymi, które miewam na sobie. Trochę niepraktyczne (bo wolałabym chyba zapamiętywać twarze), ale zabawne.

PS Obiecuję, że nie zrobię tutaj szafiarni. To się nosi, a nie pisze o.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota kwiecień 11, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 6 komentarzy - Skomentuj


Po co pojechałam do Berlina

No przecież nie służbowo na statek, to TŻ. Ja sobie pojechałam towarzysko załatwić kilka nie cierpiących zwłoki biznesów.

Przede wszystkim po to, żeby zwiedzić kulinarnie kilka nowych miejsc. Nie wstydzę się napisać, że uprawiam turystykę kulinarną i na wyjeździe wszystkie zdobyte kalorie liczą się połowicznie. Turek (na Am Köllnischen Park) smakuje uczciwie po turecku, nie skąpiąc warzywek, dolmadakii czy innych marynowanych papryczek. Niemiecki śniadaniowy zakątek na Akazienstrasse 28 oprócz miękkich kanap w niedziele[1] daje szwedzki[2] stół ze wszelakimi dobrymi goodies i książki w bookcrossingu (przeważnie niemieckie, ale da się coś po angielsku znaleźć).

Poza tym pojechałam po wiosnę. W zasadzie zamiast wiosny było takie trochę lato[3], ale nie będę narzekać. Wszystko kwitnie, pachnie, ptaszęta śpiewają, zwierzyna w zoo[4] co krok ma młode - a to słonię, to wydrzę czy inne pawianię, nie wspominając o małych alpaczkach czy innych ptaszętach.

I po miasto. Berlin jest dla mnie kwintesencją miejskości. Z pięknymi zakątkami, doskonale rozwiniętym metrem, którym jeździ się doskonale (aczkolwiek nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem ideę biletu 2-godzinnego "w jedną stronę"[5]), z sympatycznymi i kolorowymi ludźmi, których brakuje mi w Polsce. Z malowniczymi ryneczkami. Z pięknie odnowionymi kamienicami, połączonymi z nowoczesnymi domami, z niesamowicie zagospodarowanymi podwóreczkami. Powtarzam się, ale jakby nie ten język (moja niemczyzna jest przeraźliwie słaba i po dwóch słowach przełącza się automatycznie na angielski), to bym pojechała do Berlina mieszkać. Teraz już. W każdym razie każda wizyta w Berlinie to nowy miły zakątek, lista rzeczy, które chciałabym obejrzeć, rośnie.

Pojechałam też na zakupy, ale jakoś nie udało mi się ogarnąć faktu, że jakoś tak się składało, iż powroty z Berlina organizowaliśmy zwykle w sobotę bądź w poniedziałek. I dostałam na twarz pozamykane sklepy, co zapewne było w trosce o mnie, bo nie udało mi się wydać prawie żadnych pieniędzy. A chciałam! Naprawdę! Nie to nie.

[1] Bo w tygodniu dają śniadania z karty. Od 9 do 23. Uwielbiam miejsca, gdzie można bułeczkę z serkiem, tosta z marmoladą czy jajecznicę o dowolnej porze.

[2] J. (Holender) objaśnił mi, że bohater Muppetów, u nas i wśród reszty świata nazywany jest Swedish Chef, w Szwecji jest nazywany Polskim Kucharzem. Ke?

[3] No jakoś nie umiałam mentalnie przeskoczyć faktu, że półtora tygodnia temu sypał sążnisty śnieg i nie wzięłam ze sobą sandałków. Nierozważnie. W każdym razie w aptekach mówią po angielsku, a zmasakrowane paluszki da się obkleić plastrem dla dzieci. W zwierzątka.

[4] Zoo w Berlinie jest zoem wyczynowym, wielkim i rozległym. Po przejściu 2/3 mimo kilku przerw kondycyjnych, polegających na malowniczym zaleganiu na okolicznych ławeczkach, odpadła mi dupa i zwiedzanie akwarium i części zagródek odłożyłam na później.

[5] Zakładam, że dopóki zmieniam linie i nie wracam żadną, którą już jechałam, to jestem w prawie.

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ z Zoo i Berlina.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek kwiecień 6, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 10 komentarzy - Skomentuj


Robię listę

Powietrze pachnie czymś pomiędzy paloną kawą i ogniskiem. Temperatura kapryśna - wczoraj wymarzłam przez 7 minut czekania na kołorkera z samochodem, dzisiaj w zimowej kurtce spociłam się, idąc wolno przez łąkę do centrum handlowego. Jaśniej jest. Kwiaty na rynku Jeżyckim kosztują śmieszne pieniądze, a pączki żonkili rozwijają się w ciągu doby. Czekam na ten moment, kiedy nagle wysypią liście. Pręgacze spędzają pół dnia na balkonie, polując na wszystko, co znajdą (wczoraj przywlekły kawałek arbuza). Zaczęły się zachody słońca, takie jak lubię. Zaczynam robić plany na ten rok (no, trochę się lansuję, bo plany mam, nie mam za to twardych irysków).

Napisane przez Zuzanka w dniu środa kwiecień 1, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ekowiarnia

Autumn pytała w komentarzu o miejsce, gdzie można zjeść bezmlecznie i bezjajecznie. Ponieważ o żonę trzeba dbać, TŻ zaprowadził mnie dziś do Ekowiarni [2024 - zamknięta] na śniadanie.

Wprawdzie na ekologiczności najmniej mi zależało, ale śniadania są bardzo przyzwoite, a wnętrze ciekawe. W karcie oznaczone są składniki, mleko jest zastępowalne sojowym, ciasta bywają bez jajek. Nie ma dań obiadowych, są sałatki, kanapki (również na pieczywie bezglutenowym), ciasta, soki, koktajle, kawy, herbaty i wina. W sam raz na niedzielny poranek ze zmianą czasu, żeby się spokojnie obudzić, a potem wrócić do domu przez rynek Jeżycki z pączkami żonkili.

Knajpka jest zaraz przy kinie Apollo, w Pasażu. Na cieplejsze dni jest taras z widokiem na "Czerwone sombrero".

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 29, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj


Jak zostałam szpiegiem

W ramach wolnego dnia (który głównie spędziłam z kotami i laptopem w łóżku, gorąco polecam, nawet dentysta stwierdził, że wyglądam na wypoczętą i zadowoloną z życia) udałam się w świat w celu zakupu bielizny, albowiem kobieta musi mieć nowy biustonosz na wiosnę. Po drodze spotkałam kotka[2]. Nawiązała się między nami nić porozumienia, wprawdzie przez siatkę, ale zawsze. Kombinuję sobie, jak tu ładnie kotka sfotografować, kiedy z pobliskiej budki wygląda wściekła i czerwona gęba parkingowego ciecia i drze się na mnie, że mam przestać robić zdjęcia! Uprzejmie zapytałam, czemu. Bo co ja tu fotografuję! Kotka, proszę pana. Jasne, kotka, a tak naprawdę to mi chodzi o te samochody. Zirytowałam się nieco i objaśniłam, że musiałabym na głowę upaść, żeby marnować kartę na brudne i brzydkie kawałki blachy[1]. Pan jeszcze poflugał, wywieszony do połowy z budki, ja z kotem skończyłam sesję i odrzuciwszy wzgardliwie na plecy fuksjowy szal, udałam się na obiad.

[1] Są i takie samochody, na które nie szkoda karty. Ale ten był wyjątkowo byle jaki i brudny. Brudniejszy niż nasz.

[2] Ta końcóweczka ogona, coś pięknego i niedrogo.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 27, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 6 komentarzy - Skomentuj



Przykazanie 13

Będziesz wyprowadzać swojego Nikona na spacer, zwłaszcza jeśli jest słońce. Grzeczna jestem, to wyprowadzam, zwłaszcza że dziś pierwszy dzień wiosny.

Będąc młodą bloggerką, dawno, dawno temu pojechałam na wakacje do Budapesztu. Po jednej stronie Dunaju miasto, po drugiej górki. Znajomy, z którym jechaliśmy, zawinszował sobie, żebyśmy wybrali się przejść we wspomniane miejsce. Dodatkowo mieliśmy pojeździć różnego autoramentu komunikacją - metrem, autobusem i kolejką zębatą, co mi się okrutnie spodobało. Pojechaliśmy, wyszliśmy na takie fajne in the middle of nowhere, idziemy szlakiem turystycznym, po czym tak po 5 minutach (kiedy już mi się zaczęło pchać na usta delikatne "Papo Smerfie, daleko jeszcze") doszliśmy do tablicy z trasą. Na widok kilometrażu oflagowałam się i odmówiłam uprawiania dalszych wojaży, albowiem jestem przeraźliwie leniwa i wizja snucia się w górę i w dół mnie nie kręciła za bardzo. Znajomy jednak nalegał, zanęcając mnie wizją jeszcze jednej kolejki, która jeszcze bardziej mi się spodoba. Wlekłam się więc, narzekając i jojcząc wniebogłosy, bardziej dla przyzwoitości, bo to było jednak parę kilo temu, lato, piękne okoliczności przyrody i w zasadzie nie miałam lepszych planów na ten dzień. Dowlekliśmy się wreszcie do wspomnianej kolejki, okazała się być genialna, po czym dopiero w tym miejscu znajomy wyznał, że kolejka jeździ w co drugi poniedziałek i aż do zobaczenia rozkładu jazdy na końcu trasy nie był pewien, czy nie będziemy schodzić piechotą, a wolał mnie wcześniej nie irytować[1].

Bogata w takie doświadczenia nie poszłam analizować mapy w Śnieżycowym Jarze (a na kierunkowskazach przezornie nie było podane, ile ma rundka przez rezerwat), tylko twardo poszliśmy z TŻ oglądać wielkopolską roślinność. Jak na pierwszy dzień wiosny wiało przeraźliwie i odmarzały uszka, po kilometrze miałam dość, po drugim było lepiej, a potem było naprawdę w cholerę kwiatków (najpierw kilka>, potem kilkadziesiąt, a jak się popatrzyło w dal - miljony[3]).

Zima jest przerażająca, pozbawia energii życiowej. Przeszliśmy raptem kilka kilometrów (część pod górkę, pod górkę jest bardzo źle); więcej i bez takiego zmęczenia przeszłam w Buenos, ale w temperaturze przyjaźniejszej i w zdecydowanie lepszej przyodziewie (poproszę o zimową kurtkę ważącą tak do 20 deka, NAOW). Jakby nie poranna Weranda[2], padłabym w połowie drogi i to by było na tyle. A tak - napchana twarożkiem, ogóreczkiem i tuńczykiem - nie musiałam być ciągnięta za nóżkę jak Kubuś Puchatek. GALERIA ZDJĘĆ - bdb, z podziękowaniami dla Wonderwoman.

[1] W zasadzie to lubię budzić strach. I niepewność. Tak, bardzo lubię.

[2] Zdecydowanie śniadanie w Werandzie jest bardzo dobrym pomysłem, bo mimo kilometrów głodna się zaczęłam robić dopiero koło 20. Acz szlachetne zakończenie nóg dalej mnie boli.

[3] I całe stado Straży Leśnej, dbającej, żeby turyści nie tratowali, nie zrywali i nie żarli.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 22, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 5 komentarzy - Skomentuj



Wiosna, raz!

Może być na wynos. Przymieram malowniczo dzień w dzień za każdym razem, kiedy wyjrzę przez okno i zobaczę szeroko rozpościerającą się szarość. W pracy zwisam z krzesła jak mroczny łabędź (poza tymi chwilami, kiedy nie jestem mroczna). Od kolejnych tulipanów w domu nie robi się jaśniej, tulipany na balkonie nie kiełkują. Wiem, że jest bliżej niż dalej, ale tym bardziej się niecierpliwię.

Dlatego nie wstydzę się, że kupiłam sobie kolejną parę butów. Kto może przejść obojętnie obok zielonych pantofelków? Nie ja. Koty też nie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 4, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 10 komentarzy - Skomentuj