Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: fotografia

Asyż

[23.08.2019]

Asyż od innych miasteczek różni się kolorem - starówka jest w kolorze kremowego różu. Poza tym, jeśli nie liczyć nieco odmiennego od innych asortymentu sklepów z pamiątkami (od bransoletek z symbolem Św. Franciszka po pełne umundurowanie kościelne), nie różni się od innych miasteczek na wzgórzu. Spędziłam w nim miłe popołudnie, również za sprawą cukierni Gran Caffè (Corso Giuseppe Mazzini, 16A), gdzie Majut dostał pyszne ciasto czekoladowe, które okazało się absolutnie bogatym ganaszem (i które jedliśmy następne trzy dni, a o cenie obiecałam sobie nie wspominać, ale jak pani za ladą wypisuje na kartce cyfry i pokazuje, czy aby na pewno zdajemy sobie sprawę z kosztu, to jednak czasem warto się zastanowić, mogliśmy wziąć jedną porcję na trzy osoby).

Nawet jak niekoniecznie mi w stronę religii, tak kościoły w Asyżu zmiatają z nóg. Niestety, o wstydliwie poukrywanych tabliczkach z zakazem jakiegokolwiek fotografowania przypomina skwapliwie (i po włosku, ale z natężeniem zrozumiałym i nie dla autochtonów) ochrona obiektu. W Bazylice Św. Franciszka zrobiłam jedno zdjęcie, nieco więcej w kościele św. Rufina, gdzie z kolei od aparatu gorszy był mój dekolt, który nakazano przykryć mi granatowym poliestrem.

Parkowaliśmy na parkingu Porta Nuova, którego część jest bezpłatna (ale zwykle zapchana pod korek), a część płatna (ale niedrogo); na starówkę wjeżdża się ruchomymi schodami. Ruchome schody fajne same w sobie.

Widok z murów Asyżu Asyż z daleka / Ruchome schody z parkingu Asyż z bliska Arkady przy bazylice Św. Franciszka / Wnętrze W odcieniach różu Bazylika Św. Franciszka Dawna świątynia Minerwy z zewnątrz / Wnętrze Dolny taras bazyliki Asortyment pamiątkowy / Zejście do bazyliki

Catspotting: 2.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 23, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


Cesenatico / San Marino

[22.08.2019]

Ponieważ Majut oprotestował pływanie w jeziorze Trazymeńskim (mętne i zobaczył zdechłą rybę), wybraliśmy się nad morze. Początkowo myślałam o Rimini, ale skończyło się na Cesenatico opodal (chyba mniej zatłoczonym). Jeśli chodzi tylko o plażę, to jak najbardziej, natomiast miasteczko na pierwszy rzut oka (może mylny, w końcu tylko na obiad i kąpiel) wygląda na typowo wakacyjne, hotele, dmuchańce przy plaży i parasole po horyzont. Zachęceni informacją, że Bagno Barrio jest wysoko notowane na Tripadvisorze, pojechaliśmy tamże. Otóż poszczególne plażki (tak szerokości 50 metrów) niespecjalnie się od siebie czymkolwiek różnią, wszędzie parasole, prysznic, kawiarnia; owszem, w Barrio są zagródki dla ludzi z psami, ale ponieważ nie mamy psa, to wartości dodanej brak. Woda cieplejsza od powietrza, brak fal, bo falochron, muszelki i gładki piasek.

Cesenatico, plaża W drodze do San Marino

Catspotting: 0. Makarony i kotlet w Ristorante Kursalino, Viale Trento 42, Cesenatico.

San Marino, oględnie biorąc, okazało się niewypałem. Absurdalnie niewygodna, kręta droga jako jedyna pozwala na dojazd (więc to nie jest tak, że wracając jest bliżej, bo trzeba i tak wrócić na wybrzeże), miasto składa się ze schodów i spiralnych ulic w górę i w dół, z czym google sobie niespecjalnie radzi. Jeśli szukacie luksusowych towarów z wielkimi nazwami, to jest to miejsce dla Was. My pokrążyliśmy po uliczkach w ciemniejące od chmur popołudnie (miało nie padać!), coraz bardziej rozczarowani ofertą cukierni, bo lokalne ciasta to raczej tylko kruche z dżemem albo desery w postaci owocowych musów (a młodzież zamawiała czekoladowe), wreszcie w drodze do podobno najlepszych delikatesów rozpadała się ulewa. Delikatesy, oględnie biorąc, okazały się być oszkloną winiarnią ze sporym wyborem win i przetworów w ozdobionych wstążeczkami słoikach i kilkoma lokalnymi serami i wędlinami za grube euro, raczej miejscem do przysiądnięcia i zdegustowania niż do zakupów transportowanych 1600 kilometrów dalej. Na plus - widoki przepiękne, na całą okoliczną dolinę, chociaż pewnie piękniejsze w słoneczny dzień. Jest zamek, ale rodzina odmówiła wspinania się, albowiem zamek jest na samiuśkiej górze. Podsumowując - nowy kraj zaliczony, ale nie jest to miejsce must-have.

Jako że na starówkę podobno nie można wjeżdżać (czemu zaprzeczały liczne samochody, również z rejestracjami IT i DE, więc nie tylko mieszkańcy), parkowaliśmy na jednym z parkingów buforowych (konkretnie P8 przy Via Piana), skąd można schodami albo windą na starówkę. Kwitek parkingowy dostaliśmy od dżentelmena, który zastukał nam w szybkę i podał opłacony na 3 godziny bilet, tłumacząc, że my z Polski, a jemu się nie przyda, bo wyjeżdża. Dziękuję! Wprawdzie planowałam przy okazji płacenia za parking rozmienić banknot w parkingowym automacie, bo San Marino ma własne euro, ale mogłam to zrobić i tak.

Policjant przy głównej bramie Dookoła murów / Sklepik z gadżetami / Jedne z licznych schodów Dolina Emilia-Romania Wzgórze San Marino / Pomnik pamięci dzieci zamordowanych w 2004 roku w Biesłanie Widok z murów na dolinę / Droga do zamku La Rocca o Guaita Gdzieś w drodze, Toskania

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 22, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 2 komentarze - Skomentuj


Cortona

[21.08.2019]

Wydawało mi się, że wszystkie średniowieczne miasteczka wyglądają jak Montepulciano, ale szybko to zweryfikowałam. Cortona[1], zbudowana na stoku wysokiego wzgórza w dolinie Val di Chiana, jest rozłożysta i robi ogromne wrażenie z zewnątrz. Jak w innych miasteczkach, zaparkować można bezpiecznie poza murami, tutaj są dostępne parkingi przy ulicy Via Cesare Battisti (płatne w parkomacie i warto zapłacić, bo kilka osób zdziwiło się, znajdując uprzejme listy za wycieraczką); z parkingu można podejść długą, spiralną drogą albo wjechać ruchomymi schodami. Od wewnątrz większych różnic nie ma - wąskie i strome uliczki, sztandary, restauracje i lodziarnie, a z murów niesamowity widok na okolicę, włączając w to jezioro Trazymeńskie, o którym niebawem.

Catspotting: 0 (ale wszędzie ludzie z psami). Ponieważ, dostosowując się do włoskiego trybu dnia, obiad nauczyliśmy się jadać w okolicach 14, w Cortonie jedliśmy tylko lody. I bez względu na cenę, a rozpiętość bywa spora (od 2 do 5 euro za porcję), nie da się zamówić małych lodów. Nawet te piccolo były dwukrotnie większe niż poznańska porcja (zwykle 60-70g) i nawet Majut czasem nie dawał im rady.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Jeśli kojarzycie nazwę tego miasteczka, to zapewne z cyklu książek Frances Mayes, rozpoczynającego się od "Pod słońcem Toskanii".

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 21, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


Montepulciano

[20.08.2019]

Do Montepulciano nie wybrałam się dlatego, że kręcono tam “Zmierzch - Księżyc w nowiu” albo “Angielskiego pacjenta”, bardziej dlatego, że “Pod słońcem Toskanii” (choć autorka pierwowzoru książkowego mieszkała pod Cortoną, o której później). Jak wiele innych w okolicy, niewielkie Montepulciano położone jest na wzgórzu, w przepięknej toskańskiej scenerii. Jest małe i kameralne, akurat na leniwe popołudnie. Zaparkować można przy ulicy Via dell’Oriolo, otaczającej mury, bo w samym centrum parkować mogą tylko mieszkańcy (a przynajmniej nie byłam w stanie określić, gdzie mogłabym wjechać i zaparkować na legalu). Mimo niechęci rodziny do wspinania się, weszliśmy na wieżę w Palazzo Comunale (ratuszu miejskim) przy Piazza Grande; pomogło nieco, że na wieżę dało się wjechać windą, nic to, że raptem na drugie piętro, a po przejściu przez zupełnie niewyględne archiwum miejskie i tak trzeba było się wdrapać po wąskich schodach. Widoki - jak widać na zdjęciach poniżej.

Catspotting: 2. Jedliśmy w restauracji Pozzo di Pulcinella (Piazza Michelozzo 7); Majut był zachwycony stekiem z kością, najlepszy obiad podczas całego wyjazdu.

Przewodniki wyliczają optymalne trasy dojazdu z najładniejszymi widokami, ale tam wszędzie jest ślicznie. Jechałam przez miejscowość o dźwięcznej nazwie Pozzuolo, trafiając na pola słoneczników, winnicę czy wzgórza obsadzone cyprysami. Nie wypada nie polecić.

Pole słoneczników[1] / Toskania Winnica gdzieś pod Montepulciano Roślin / Widok z murów Uliczka z flagami / Dzwon na wieży ratusza / Drzwi Lokales / Widok na Torre di Pulcinella

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Co ciekawe, wszystkie odwrócone tyłem do słońca. Fototropizm, you do it wrong.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 20, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 1 komentarz - Skomentuj


W drodze (1)

[18-19.08.2019]

Słowem wstępu - zwykle docieraliśmy na wakacje samolotem. Bo jednak szybciej, chociaż z ograniczeniami (a to walizki trzeba ważyć, czegoś nie wolno do podręcznego, wodę za 9 zł trzeba kupić na lotnisku, a na samym końcu lądujemy na wyspie, co sprawia, że TŻ czuje się niepewnie, bo wpław jakby co nie wrócimy), a na miejscu i tak samochód. Tym razem idea była taka, żeby zapakować samochód po korek, wziąć rowery i nie spiesząc się ruszyć w Europę. Rowery odpuściłam, bo jednak 1600 km z rowerami na dachu to jest wyzwanie (a poza tym gospodyni obiecywała, że są na miejscu; nie kłamała, tylko jest jakby za ciepło na jazdę na rowerze, ale o tym w następnych odcinkach).

Etap pierwszy podróży - Poznań-Ingolstadt szybko mnie naprostował. Teoretycznie według Google Maps miało być to 7 godzin spokojnej jazdy, z czego 515 km autostradą. I tak było do polskiej granicy, gdzie okazało się, że latem AD 2019 niemieckie autostrady składają się z mega korka. Przy samej granicy straciliśmy godzinę, kolejna rozeszła się na zwężenia i korki wzdłuż trasy i krótki postój na obiad w niemiecko-amerykańskim dinnersie w Linthe. W efekcie do Ingolstadt, miasteczka z pięknym ryneczkiem, kolebki Iluminatów Bawarskich, dobiliśmy o 21:00. Z całego zwiedzania została nam sauna w hotelu (świetna, aczkolwiek Majut po minucie stwierdził, że wychodzimy) oraz lokalny Saturn, albowiem w momencie wsiadania do samochodu padł mi telefon. Tak znienacka, na oko sprzętowo, co pozbawiło mnie jako kierownika wycieczki dostępu do informacji, o którą się co chwila dopytywała wycieczka (Daleko jeszcze? A ile od zjazdu do autostrady? A czy w hotelu jest wifi?).

Etap drugi to kontynuacja walki przez niemieckie korki, już ze świadomością, że jednak trzeba się pospieszyć, bo łatwo nie będzie. Winietkę na Austrię można było kupić na wielu stacjach na autostradzie, więc nie było się co stresować, że przez internet się czeka 18 dni na aktywację (srsly!). Sama Austria (pierwszy raz!) zmiotła mnie z nóg. Jedzie się nie za szybko, bo górki i wszyscy uczciwie jadą limitem, za to widoki takie, że chyba w skali dotychczas widzianych miejsc daję 9.5 (przy czym nie pamiętam, co ma 10). Zamki w absurdalnych miejscach na skałach, pasemka mgły na zielonych górkach, puchate beżowe krówki, tu rzeczka, tam pociąg. Pełna obaw wjechałam do Włoch na Autostradę Słońca, ale wyszło, że jak już Włosi ogarnęli, że lewy pas szybko i raczej do wyprzedzania, a nie że oba pasy jadą tak samo wolno, że to jedna z lepszych i przepustowych autostrad (chociaż czasem jakości ekspresówki). Cena autostrady z tych grubszych (w okolicach 40 euro), dodatkowo dopadła nas włoskach sjesta, gdy okazało się, że nawet na autostradzie (bo zjeżdżać do jakiejś restauracji tym bardziej nie ma sensu) w ciągu dnia wydawane jest pieczywo i słodkie, z zamkniętą sekcją obiadową. Long story short, do docelowego Castigliano del Lago dobiliśmy już po zmroku.

Wiatraki! / Dinners w drodze (Niemcy) Niemieckie pobocza Widok z hotelu w Ingolstadt / Kratownica w kształcie kozy Tęczowa chmurka Winnica / Tablice z atrakcjami i rude krówki Austria, górki Jeden z kilkudziesięciu tuneli / Przydrożna architektura

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ (również z powrotu).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 19, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 4 komentarze - Skomentuj


W Rogalinie bez (większych) zmian

[11.08.2019]

Podobnie jak trzy lata wcześniej, przeszliśmy przez galerię obrazów (za szybko, ale młodzież nie jest wielbicielką sztuki), ogród (za szybko, bo gorąco i nogi-mnie-bolą) i pałac (tempo dyktował audio-przewodnik, więc w miarę). Zmieniło się to, że można już płacić w kasie kartą, a rogalińska biblioteka jest już zapełniona książkami i wygląda jeszcze bardziej olśniewająco. Fotograficznie podobnie jak poprzednio, ale tym razem skupiłam się na oknach. Wyginając się w dziwnych pozycjach, bo dodatkową zasadą podczas zwiedzania jest “podłoga to lawa” - nie można zejść z chodnika i dotknąć parkietu, zmotywowałam jedną z kustoszek do wyciągnięcia telefonu i robienia zdjęć. Eksponatom, nie mnie.

GALERIA ZDJĘĆ oraz poprzednie notki: 2015 * 2013 (październik) * 2013 (maj) * 2012 * 2010 * 2008.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 11, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


Lato w mieście

[5.08.2019]

Lato w tym roku upalne, warto wchodzić w klimatyzowane wnętrza. Tym bardziej, że wystawa projektów i grafik Ryszarda Kai to coś, czego zdecydowanie nie chciałam przepuścić. Znałam przede wszystkim plakaty z serii Polska, jest ich cała sala i w masie robią ogromne wrażenie (nie, nie umiem wybrać na przykład trzech-czterech, bo tyle miejsca mam na przedpokoju na sztukę #problemypierwszegoswiata), nie znałam natomiast obrazów i grafik (świetna seria o Alojzym(?[1]) i wszystkiego, co związane z pracą Kai jako scenografa i kostiumografa. Szkice i rysunki pokazujące proces projektowania są niesamowite. Ale największe chyba wrażenie zrobiła na mnie Ta Szafa (zajrzyj do galerii, link poniżej). Wystawa jest dostępna w Starym Browarze do 30 września. Można z dzieckiem, aczkolwiek jest szansa, że trzeba będzie tłumaczyć, czemu ten pędzel wygląda jak okolice intymne (tu albo tam).

[1] Oczywiście pójdę jeszcze raz i sprawdzę, raz obejrzeć to za mało.

GALERIA ZDJĘĆ

Przy okazji tego, że dziecko wyjechane było do dziadków, mogłam wreszcie pójść do restauracji bez frytek i kotleta w panierze, czyli do Dymu na Wildzie. Krótkie menu - przystawki (dosko pyra z gzikiem), zupy, kilka dań głównych (raczej mięsne) i tapasy. Z tyłu ogródek, w którym czułam się jak w Berlinie. Fantastyczne miejsce na letni wieczór.

Adres: Górna Wilda 95, strona.

Z młodzieżą już wybraliśmy się do PaniStek (PaniSteku?). Pop-artowe wnętrze, idealne do portretów (mogę okazać na tzw. priv portret Majuta), w menu głównie wołowina i nieco dodatków. Fajnym wynalazkiem jest stek dla pań (filet mignon, z tego co wiem, nie jest tylko dla pań), z dodatków spodobały mi się frytki z batatów. Wada - czas oczekiwania, za każdym razem, kiedy restaurację odwiedzaliśmy. Przygotowanie steku to jedna z krótszych czynności w kuchni, absolutnie nie rozumiem oczekiwania prawie pełnej godziny od zamówienia (z czekadełkiem, ale i tak) w sytuacji, kiedy byliśmy jedynymi klientami (niedziela, 16:30).

Adres: Kwiatowa 2, strona.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 5, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


O chłodzie gotyckich kościołów

[20.07.2019]

W ramach akcji Zabytek Otwarty na Trakcie Królewsko-Cesarskim, w letnie sobotnie popołudnie można było obejrzeć z przewodnikiem wnętrza kościoła i klasztoru Jezuitów na Szewskiej. Będąc trollem sakralnym, wielokrotnie przewracałam oczami, słuchając dość koturnowej przemowy przewodnika, który streszczając obiektywnie imponującą, bo ponad 750-letnią obecność zakonu najpierw Dominikanów, potem Jezuitów w Poznaniu, całkiem poważnie mówił o wierze w rzeczy absurdalne typu rozścielanie płaszcza na wzburzonych wodach, żeby mogła suchą nogą przejść armia. Młodzież wprawdzie strzygła uszami, słysząc o paleniu książek przez Inkwizycję (a z tonu przewodnika można było wywnioskować, że tak wtedy było i było to dobre), ale ogólnie była raczej nastawiona na plac zabaw i lody, nie zostaliśmy więc na koncert organowy i zwiedzanie otoczenia kościoła. Nie musicie czekać na kolejną edycję akcji, kościół jest otwarty, można go zwiedzać i bez przewodnika, chociaż pewnie nie da się wejść w każdy zakamarek.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 20, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że czasem fajnie iść do szpitala

[19.07.2019]

Kiedy okazuje się, że zstępna jest sprawna, ale niekoniecznie symetryczna, co jakiś czas trzeba wykonać zdjęcie rentgenowskie. Lekarz tym razem wysłał nas do Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego im. Wiktora Degi (w XIX wieku zwanym Zakładem Sacré-Coeur), gdzie robią na tzw. długiej kliszy oraz 24h/7, więc odpada konieczność zrywania się z pracy w dziwnych godzinach. Ponieważ szpital składa się z wielu budynków, rozrzuconych na sporym terenie, nie ma w zasadzie żadnej nawigacji. W budynku D jest Centralna Gipsownia. Przy wejściu do innego budynku wisiała tabliczka “izba przyjęć”, więc było zamknięte i nie było śladu człowieka. Już myślałam, że cały personel zeżarły zombie, ale okazało się, że od samego początku trzeba było iść do pięknej neogotyckiej wieżyczki, do której ciągnęło mnie od lat. Po rejestracji odesłano nas na pięterko najpiękniejszą klatką schodową w Poznaniu, gdzie moja rodzina ze zdziwieniem stwierdziła, że chyba coś mi jest, skoro najpierw chcę znaleźć gabinet, a za aparat nie chwytam. Duh. Say no more, aparatu nie miałam, bo do takich wnętrz telefon lepiej.
modernistyczna rotundka z Centralną Gipsownią Wieżyczka / Klatka schodowa w wieżyczce Ja w dół patrzę Kolory i faktury Miejsce dla tych, co nie do końca wierzą w medycynę

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek lipiec 19, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 2 komentarze - Skomentuj


Poznań Pride 2019

Podobno 13 tysięcy ludzi przeszło ulicami Poznania pod tęczową flagą, uśmiechając się i emitując dobry vibe. Cały przekrój - nastolatki, młodzi ludzie, rodzice z dziećmi, czasem ktoś z psem, starsi (szczególnie wzruszały mnie panie z transparentami “Chodź, mama przytuli”, absolutnie nie wyobrażam sobie, że można nie chcieć tulić własnego dziecka za to, co czuje i jakie jest). Przyszłam z mężem i dzieckiem, bez strachu, chociaż paradę otaczała policja, a raczej właśnie dlatego, bo to nie w kolorowym tłumie była agresja, a na zewnątrz, co policja swoją obecnością stopowała.

Poza pozytywnymi wrażeniami, wróciłam też z garścią obserwacji socjologicznych i pytań, a zdziwienie wzrosło mi jeszcze po krótkiej lekturze komentarzy pod kolorowymi zdjęciami, na których nie było genitaliów i obscenicznych gestów[1]. Kieruję je niejako w przestrzeń, bo nie spodziewam się, że czytają mnie odpowiedni odbiorcy. Panowie, bo wśród przeciwników marszu widziałam głownie panów 20-30, umundurowanych w granat (w tym barwy klubowe), czerń i szarość, czasem zamaskowanych, czy możecie mi wyjaśnić…

... skąd w Was taka agresja w stosunku do ludzi, z którymi w większości przypadków nie macie szans się zetknąć? Nie zabierają Wam najczęściej pracy, nie współzawodniczycie o kobiety, ba, nie wierzę też, że realnie macie poczucie zagrożenia, że ktoś się z Wami zbytnio spoufali erotycznie. Czemu drażni Was, co inni robią ze swoim życiem, skoro absolutnie to Was nie dotyczy[2]?

... skąd ten ton fałszywej troski (“trochę mi was żal”), fałszywej, bo nie wierzę w nią, widząc w Waszych rękach petardy, jajka i butelki lub zaciśnięte pięści? Nie nawrócicie nikogo biciem na jedyną słuszną drogę “Chłopak i dziewczyna normalna rodzina”. Nie wierzę w Waszą troskę o biedne dzieci, wystawione na #złygender, który - zapewne nie uwierzycie - daje im narzędzia pozwalające na zbudowanie silnej osobowości i ochronę przed przemocą, falą i prześladowaniem ze względu na potencjalną inność.

... kto Was tak srodze oszukał, wciskając bzdurne dane, którymi się podpieracie, zrównując homoseksualizm z pedofilią i inny parafiliami?

... czemu, jak dzielny ziomek już nie pracujący w Ikei, wybieracie z pism swoich proroków tylko te wyimki, które mówią o krwi, zemście i karze? Czemu nie wczytacie się w ewangelie, kochaj swego bliźniego i nastaw drugi policzek?

... naprawdę nie drży Wam serce, kiedy zamykacie drzwi przed swoim dzieckiem, bo zachowuje się inaczej niż przewiduje w zasadzie niezdefiniowany kanon? Bo sąsiedzi? Bo Watykan odległy o ponad 1000 kilometrów? Bo jak twardą miłością przywołacie do porządku, to ich będzie królestwo niebieskie?

Serio, nie znam odpowiedzi.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Tak, mogę być niemiarodajna, bo absolutnie nie boli mnie w estetykę mężczyzna w szpilkach (najwyżej współczuję, bo chodzenie po bruku to nie lada wyzwanie i buty się niszczą), w pełnym makijażu czy z włosami widocznymi na dekolcie sukienki. Jeśli ktoś ma traumę na widok kogoś tak ubranego (jak ta anegdotyczna kuzynka, co zobaczyła mężczyznę w rajstopach i od soboty się modli), to jednak świadczy o braku wewnątrzsterowności. A z tym ciężko się żyje.

[2] W drodze na Paradę minął mnie starszy pan na rowerze, jadący w przeciwną stronę niż kolorowy marsz, nagrzany wkurzeniem i krzyczący do przechodniów “Tam już się zaczynają gwałcić!”. Otóż nie. Ani nikt panu gwałtem nie groził, ani nie odbywały się żadne rzeczy, których ludzie hetero nie robią bez zgorszenia na mieście (całują się, trzymają za ręce, obejmują). Skłaniam się ku wnioskowi, że są ludzie z zaburzeniami postrzegania i tylko specjalista może tu pomóc.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 8, 2019

Link bezpośredni - Kategoria: Fotografia+ - - 3 komentarze - Skomentuj