Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: listy-spod-rozy

Praga - Josefov

Jakbym miała wybrać subiektywny must have dla Pragi, to właśnie byłaby to dzielnica żydowska z zespołem sześciu synagog w odległości spacerowej i najstarszym żydowskim cmentarzem. Nie obejrzałam całości w ramach tzw. kompromisu wycieczkowego, bo - umówmy się - tylko ja doznaję długotrwałej egzaltacji w obiektach architektury, a reszta wycieczki wolałabym przejść do kolejnych punktów jak kawa, lody i wycieczka statkiem (do tego dojdziemy w następnych odcinkach).

Cmentarz, po czesku gardłowo zwany hřbitovem, to cichy[2], klimatyczny zakątek, dyskretnie odgrodzony murami od reszty świata. Ciasno ułożone, czasem nawet w kilkunasty warstwach, nagrobki są czasem oznakowane, niestety TŻ-owi nie udało się zlokalizować tego podobno należącego do rabbiego Jehudy Löwe ben Becalela, mitycznego twórcy praskiego golema (i strażnika skarbu z "Pana Samochodzika i tajemnicy tajemnic").

Reszta zdjęć pochodzi z synagogi Pinkasa, gdzie na ścianach wypisano 77 297 imion czeskich i morawskich Żydów, którzy zginęli w Holocauście; Hiszpańskiej, niesamowicie zdobionej w stylu mauretańskim i Klausowej, ze stiukowym sklepieniem.

Wstęp jest płatny - najtańsza opcja obejmuje w ramach jednego biletu zwiedzanie cmentarza i synagog; bilet rodzinny 2+2 to 750 koron (ok. 120 zł). Panowie dodatkowo powinni za 5 koron (niecałą złotówkę) kupić jednorazową jarmułkę[1].

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] A panie mogą pożyczyć spinki do włosów, żeby toto się na głowie trzymało, bo wiatr zwiewa.

[2] Okazuje się, że miałam szczęście, bo na cmentarzu było prawie pusto - poza nami było w porywach kilkanaście cichych osób. Dwa autokary głośnej młodzieży w ramach wycieczki zorganizowanej potrafią to zmienić w kilka chwil.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 1, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


W górę i w dół albo o zwiedzaniu na piechotę

W licznych komentarzach padają często pytania o to, w jaki sposób wybieram rzeczy do obejrzenia (oczywiście kłamię, nie ma prawie żadnych komentarzy, #foch). W Pradze, jak wspominałam dwie notki temu, to nietrudne, bo co krok to coś fajnego. Mieszkaliśmy na Małej Stranie, gdzie nie dość, że albo z górki, albo pod górkę, to nie można parkować samochodu, więc nawet wyprawa do samochodu prowadziła przez kilka zabytków. Poniżej moja przybliżona trasa po głównych zabytkach Pragi (oczywiście z pewnymi mentalnymi skrótami - na Vaclavskem Namesti i przy Ratuszu staromiejskim z Orlojem byliśmy dzień wcześniej, w ogrodzie przy Pałacu Czernińskim dzień później, zaś do Lorety w końcu nie weszliśmy).

Pałac Czerniński i ogród przy pałacu, przy Loretanskem Namesti/Hradcanskem Namesti. Wejście do ogrodu bezpłatne, miejsce ciche i wyjątkowo jak na Pragę niezatłoczone. Tuż obok Loreta - zespół zabudowań sakralnych, miejsce pielgrzymek i zwykle punkt startowy wycieczek po Hradczanach. Ciężko się było wstrzelić w godzinach otwarcia, żeby nie było tłumu, więc się nie wstrzeliliśmy. Niedaleko jest też klasztor Klasztor na Strahovie (Strahovské nádvoří 1/132) - historia o tym, czemu nie udało nam się wejść do środka, jest typowa: wycieczka zafiksowała się na śniadaniu, a w okolicy wszystkie punkty były, oględnie mówiąc, niewystarczające, więc jak już dotarliśmy do śniadania przy wtórze jęków niektórych uczestników, nie wiedzieć czemu szczególnie tych, którzy zwykle żyją powietrzem i są absolutnie niegłodni, to się nikomu nie chciało wracać pod górę (bo klasztor na górce), żeby zobaczyć obłędnie piękne sale i bibliotekę (powiedzcie, czemuż ach czemuż ulegam?).

Następnym punktem miała być rzeźba Davida Černego Trabant/Quo vadis - można ją znaleźć na dziedzińcu ambasady niemieckiej (Vlašská 347/19), która to ambasada 1 maja była zamknięta. Życie. Na szczęście święto pracy nie obowiązywało ani na Velkopřevorském náměstí, gdzie od lat jest najpiękniej kolorowo i tłumnie, a za każdym razem inaczej.

Podobnie na Kampie - tłumy ludzi wśród pachnących bzów i kwitnących kasztanów, co niestety oznaczało, że trzeba było cudu, żeby zobaczyć "Crawling babies" Černego (U Sovových mlýnů 2) bez wspinających się na nie nastolatków, często w dość niewyrafinowanych pozycjach (bo serio, symulowana kopulacja z metalowymi niemowlętami nadnaturalnych rozmiarów, za to bez twarzy, to +10 punktów do lansu?).

Dalej typowo turystycznie - przez maksymalnie zatłoczony most Karola, przez podobnie zatłoczony, zwłaszcza o pelnej godzinie Ratusz staromiejski z Orlojem aż do reprezentacyjnych Vaclavskech Namesti doszliśmy do Dzielnicy Żydowskiej.

Z Dvořákovo nábřeží (przy wylocie ulicy Parizskej) popłynęliśmy w godzinny rejs po Wełtawie - najprostszy, malutkim stateczkiem; można wybrać rejsy dłuższe, z muzyką, przewodnikiem i kilkudaniowym obiadem. Statki zatrzymują się na Kampie, więc można zrobić pół rejsu albo skrócić sobie drogę, omijając mosty.

Na Małą Stranę wróciliśmy metrem na specjalne życzenie niżej podpisanej (oraz dlatego, że wszystkim doskwierały bolące stopy). Leniwie, pokonując niezliczone schody, z przystankiem na lody na Nerudovej, tęsknie patrząc za płot na Ogrody Wallensteina i w górę na zignorowane tym razem Hraczany, dobiliśmy do apartamentu.

Jeśli jeszcze nie macie dość, spora GALERIA ZDJĘĆ.

Garść adresów:

  • Il Balcone - kawiarnia, śniadania. ul. Karmelitska 27, Praga 1.
  • Nostress Cafe - kawiarnia. ul. V Kolkovne 9, Praga 1.
  • Rugantino - włoska pizza. ul. 4 Dusni, Praga 1.
  • Mayur - indyjska. ul. Stepanska 63, Praga 1.
  • Koh-i-noor Stationary - sklep firmowy, mnóstwo rodzajów kredek, pasteli i różnych materiałów do rysowania, asekuracyjnie wyszliśmy z żarówiastymi pastelami i glinką do lepienia; Nerudova 250/13, Praga 1.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 1, 2017

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 4 komentarze - Skomentuj


Praga: Zamek Troja & Ogród zoologiczny

Plany, jak zwykle, miałam ambitne: Zoo, przystanek w zamku Troja, potem Ogród Botaniczny oraz spacer po Winnicy Św. Klary. A potem jak zwykle - zaczęliśmy od zamku, gdzie wycieczka się jednak domagała zwierzątek, po czym tak w 1/3 Zoo okazało się, że minęły 3 godziny, bo wprawdzie wybiegi są spore, ale sprytnie pomyślane, można oglądać z wielu stron, a kilometry lecą. Dodatkowo, jak to w Pradze, rzecz się dzieje na stoku góry, więc jest albo pod górę albo z górki; w zasadzie na każdym poziomie jest fantastyczny widok na panoramę Pragi. Przemyślnie jest kilka ułatwień - "pociąg" przewożący z miejsca na miejsce (płatny dodatkowo, 30 koron) oraz wyciąg krzesełkowy, którym można podjechać dwie terasy z górę (25 koron), jak ktoś powściągnie strach przed wysokością (na przykład ja, bo reszta chciała wjechać, zjechać i wjechać jeszcze raz).

Ulubione miejsce: pawilon nocny, ze stadem galago skaczących w półmroku i latającymi wolno nietoperzami owocowymi. Wyszliśmy przez sklep z pamiątkami.

Dla tych, co czytali uważnie - nie wróciliśmy już do zamku, bo sztuka miała niższy priorytet niż głód (człowiek w porze obiadowej jest mocno drażliwy, a Zoo ma wprawdzie sporo punktów gastronomii, ale niespecjalnie polecam), ani nie doszliśmy do Ogrodu Botanicznego, czego - oczywiście poniewczasie - bardzo żałuję.

(jak się jedzie, to jest znacznie straszniej niż na zdjęciu)

GALERIA ZDJĘĆ.

Przydatne linki:

  • Zoo Praha - niestety, nie ma wersji polskiej. Wstęp - 200/150 koron (30/23 zł), są różne bilety łączone i rodzinne. Warto mieć gotówkę, najlepiej w monetach, bo w środku dodatkowo jest na co wydawać.
  • Zamek Troja - zamek, galeria sztuki.
  • Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 30, 2017

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


    What in Warsaw, stays in Warsaw

    [19-20.01/2017]

    Zaczęło się grubo, bo wiózł nas złotousty kierowca, który upodobał sobie office managerkę i w jej kierunku snuł piętrowe aluzje, sugerując, że w razie zimna ją rozgrzeje, bo on gorący chłopak, a ze zwierząt tylko długonogie łanie. Zupełnie nie rozumiem braku zainteresowania tej ostatniej (mam nadzieję, że pan złotousty nie czyta, a życzliwi nie powtórzą). Potem był kolor, bo wprawdzie przykaz przyszedł, że idziemy w Pantone, ale efektywnie pozostało na CMYK-u z wariacjami (pokażę, jak przyjdą zdjęcia ze ścianki, bo byłam i na ściance). Potem, jak już wszyscy się wylaszczyli należycie, zostaliśmy zawiezieni pod miejsce docelowe, które okazało się jednak mieć wejście od innej strony, przez co wesoły korowód (panie w subtelnych obcasikach, panowie przebrani za banana, milion dolarów lub wesołego husky, a na ziemi lód i pośniegowy syf, czujecie klimat) podążył na ślepo za przewodnikiem wzdłuż muru (drut kolczasty, nieużytek, hale produkcyjne, za chwilę miniemy granice rzeczywistości). Co jakiś czas jedna z osób w awangardzie cofała się, informując tych z tyłu, że to zła droga, co nie poprawiało morale. Ale w końcu, po dwóch latach, trzech miesiącach i półtora kwartału dalej było wejście.

    Co w środku, to w środku, wiadomo, spuśćmy zasłonę, dość, że do hotelu wróciłam uroczo po 2 w nocy, przez co mam już (ja, kobieta-burrito w kocyku) w pewnych kręgach sławę party-girl, co prowadzi dzikie życie, studolarówkami cygara odpala, a do hotelu wraca boso (ale w całych pończochach, pantofle - owszem - na progu hotelu już niosłam). Tak, między wierszami właśnie przemyciłam informację, że widziałam na żywo... tak, Dawida Podsiadło też, tyle że go nie rozpoznałam i nawet mi brew nie drgnęła, a chodziło mi o Barbarellę. Macie też tak, że czytacie kogoś przez niewymawiając ileś lat, wyrabiacie sobie jakiś obraz (jak już przejdziecie przez ten moment, że myślicie jak Dick o Lemie, że to nie może być jedna osoba, tylko cała komórka agencji literackiej), a potem na żywo okazuje się, że ABSOLUTNIE WSZYSTKO SIĘ ZGADZA, a na świecie nie ma sprawiedliwości, bo są ludzie piękni, młodzi, inteligentni, elokwentni, z którymi można od pierwszego spotkania wszystko. Nawet jajko na twardo zabrać do pociąg^W^Ww prezencie dla dziecka. A ja głupia nie wzięłam, ale na swoją obronę mam, że pociąg był bezprzedziałowy.

    W każdym razie już mnie nie bolą stopy, za to coś mnie łupie w lewym biodrze. W prawym nie, dziwne.

    Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 19, 2017

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


    Berlin, dzień przed

    Wyjątkowo trudno było mi usiąść do tej notki - dzień po powrocie z Berlina w mediach zawrzało, bo właśnie w Berlinie szaleniec wjechał w tłum takich jak ja, zwykłych ludzi, którzy z dzieckiem przyszli na karuzelę, popatrzeć na świąteczne stragany, wypić kubek grzanego wina czy zjeść garść gorących kasztanów i currywursta. Wprawdzie nie byłam akurat na tym jarmarku (ale dwa lata temu, razem z moją H. i owszem), a w momencie samego wypadku 250 km dalej, ale i tak poczułam, że to za blisko. Nie chcę rozważać konsekwencji takich akcji na szerszym poziomie ani uderzać w alarmistyczne tony, ale trudno mi teraz radośnie pisać o mieście pełnym świateł widocznym z diabelskiego młyna, złoceniach pałacu Charlottenburg, spacerze z prawdziwym robotem po Muzeum Techniki czy wacie cukrowej na jarmarku. Współczuję ludziom, którzy stracili bliskich, ale też smutno mi, bo tym trudniej będzie tym, którzy uciekają przed wojną, biedą i śmiercią do zasobnej Europy, znaleźć w niej miejsce.


    Jarmark przy Gendarmenmarkt


    Muzeum Techniki, robot ma na imię Tim (EN/DE)


    Pałac Charlottenburg

    Adresy:
    Pałac Charlottenburg - Spandauer Damm 10-24.
    Muzeum Techniki i Spectrum - Möckernstraße 26/Trebbiner Straße 9
    Gendarmenmarkt - przy pl. Gendarmenmarkt

    GALERIA ZDJEĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 19, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


    O greckich kotach

    [18-24.08.2016]

    Długołape, długonose, raczej szczupłe. Zwykle czyste i zadbane, czasem zdarza się poszarpane ucho, czasem niestety ewidentnie nie leczone infekcje oczu. W restauracjach, w hotelu, przy progach domów. Najwięcej spotkałam w Retymno (o którym w następnym, ostatnim, odcinku niebawem), po kilkunastu przestaliśmy liczyć.

    GALERIA ZDJĘĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 2, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


    Kruszwica

    W drodze do dziadków-bez-ogrodu (Maja rozróżnia dziadków i babcie lokalizacyjnie - są ci-z-ogrodem i ci-bez-ogrodu) wreszcie udało się zrobić pit-stop przy Mysiej Wieży. Wreszcie, bo mimo że kursujemy obok kilka razy do roku, to jakoś nigdy się nie składało. W sezonie jest tłumnie, bo i autokary, i przejażdżka statkiem po Gople, turystyczne pamiątki made in China, jesienią już spokojniej. Bilety w kiosku pod wieżą (6,5 zł dorosły, 5,5 zł nieletnia). W środku drewno, kamień, 102 schody[1], okolicznościowa wystawa zdjęć z plenerów "Starej baśni", zdjęć flory i fauny oraz tzw. sztuki naiwnej (zmutowane myszy nękają zażywnego acz spanikowanego Popiela z małżonką).

    Na szczycie widoki za miliony dolarów, mocno podkręcone fantazyjną kompozycją chmur.




    Wisienką na czubku był przejazd przez strefę estetycznego gore - Skibin, gdzie w ramach ludycznych obchodów (Codename Dożynki) na poboczu poustawiano figury ze słomy. Bolek, Lolek i Tola są z tego wszystkiego całkiem niezłe. Minionki, smurfy, gąsienica czy największy hit - chyba 4-metrowa ofoliowana butelka wódki z pijakami malowniczo upozowanymi u podstawy - mogą się przyśnić w nocy.

    [1] Ha, służbowa lokalizacja zapewnia mi codzienny trening - #pokawę mam 45 stopni w jedną stronę, a zdarza mi się schodzić do kuchni kilka razy dziennie. TŻ po wejściu i zejściu doznał zakwasów w łydkach.

    GALERIA ZDJĘĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 26, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 5 komentarzy - Skomentuj


    Zielona Góra i okolice

    [10.09.2016]

    Ostatni raz byłam w Zielonej Górze tak dawno, że ludzie tyle nie żyją. A do tego nocą - przyjechałam wieczorem, spędziłam pół nocy na geekowym spędzie (and all I got is a lousy photo), po czym o rześkim poranku wsiadłam do pociągu via Kostrzyn, żeby dojechać do teściów in spe. Tak, że Zielonej Góry w zasadzie nie widziałam. Temat wrócił przy okazji planowania wyjazdu służbowego, który wprawdzie się nie udał, ale ziarenko zasiał.

    I z tym zasianym ziarenkiem zabrałam rodzinę na zachód. TŻ zarządził przystanek przy Aragornie z Żelazobetonu - pomniku Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata w Świebodzinie. I słowo daję, ten pomnik nie jest taki zły. W innych okolicznościach powiedziałabym nawet, że całkiem estetyczny, a użyte materiały są elegancko przyszpachlowane. Ale na litość - kontekst; odżyły wszelkie zasłyszane żarty. Majestat nieco siada tuż obok reklamy kiełbasy i tanich ładowarek.


    Plan był taki - dla dorosłych winnice, dla młodzieży lunapark. Niestety, lunapark na zielonogórskim placu Bohaterów wypadał jako kolejny przystanek, więc winnice były nuuudne. Najpierw więc lunapark (i kawałek niesamowicie zatłoczonej Palmiarni), a o winnicach za chwilę.





    Winnica Mozów - przy winnicy jest agroturystyka, jak znalazł dla tych, co nadużyją podczas degustacji.



    Winnica Cantina - Majuta zachwyciła trzoda (samica bydła domowego[1], owce, koń i kucyk) oraz punkt widokowy z lornetką.






    Winnica Krucza - mimo doskonałego oznaczenia nie udało nam się do samej winnicy wejść - przejechaliśmy dookoła ogrodzonych sadzonek, wjechaliśmy z jednej strony w las, z drugiej w wieś. Może jak w książkach o Harrym Potterze trzeba w odpowiednim miejscu przejść przez płot?

    Winnica Julia - oprócz samej winnicy, malowniczo umieszczonej w wiosce (przedmieściach Zielonej Góry), jest malutkie muzeum miniatur. Młodzieży się podobało. Chyba najlepiej poopisywane szczepy winogron. Dwie butelki wina czekają na okazję.






    GALERIA ZDJĘĆ.

    [1] Dawniej zwana krową. Serio, całe życie żyłam w przekonaniu, że to zwierzę, co daje mleko to krowa, ale nie - to jest bydło domowe, z samicą zwaną krową.

    Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 10, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 2 komentarze - Skomentuj


    Chania

    [19.08.2016]

    Mam słabość do nadmorskich miasteczek - portu, mariny, obowiązkowo latarni morskiej, zapachu morskiej wody, nadbrzeżnych tawern, wąskich uliczek ze sklepikami i wygrzewającymi się kotami. Nieco mniejszą słabość mam do temperatury 35 stopni. W Chanię (wiem, że nazwa jest transkrypcją Χανιά, ale i tak ręka sama mi się rwie, żeby napisać "h") zanurzyliśmy się z entuzjazmem, który w zetknięciu z temperaturą nieco osłabł - po obiedzie w towarzystwie trzykolorowej kotki ("mamo, a jak już nie chcę kotlecika, to mogę dać kotku, bo on chętnie by skosztował?") doszliśmy do połowy drogi na latarnię morską i to ja byłam tą osobą, która zaproponowała, żeby jednak dać spokój.

    Maj jest wielkim fanem kościołów dowolnego wyznania, nie tylko dlatego, że tam chłodno, ale za cołaskę można kupić świeczkę i ją zapalić. Freski, złocenia, korytarzyki i pieczołowicie rzeźbione drzwi są miłym dodatkiem, ale zapalanie świeczek absolutnie wygrywa. Dla mnie numerem jeden była zabytkowa, chociaż ciągle używana, hala targowa z początku XX wieku z lokalnymi produktami (oliwki! figi! sery! zimna woda w plastikowej butelce!).

    Catspotting: 4

    Restauracja: Cafe Muses.

    GALERIA ZDJĘĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 26, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 3 komentarze - Skomentuj


    Agia Marina

    Zanim przejdę do zdjęć, garść szczegółów. Agia Marina to takie kreteńskie Mielno (jedno z kilkudziesięciu na północnym wybrzeżu). Wzdłuż głównej ulicy, pełnej sklepów, restauracji, salonów manicure i różnych elementów rozrywkowych jak wąsy odchodzą uliczki - na północ nad morze, na południe do dalej położonych hoteli. Tuż obok na zachód, jest bardziej lanserskie Platanias (już bardziej Międzyzdroje czy inny Sopot), z markami luksusowymi, klubami nocnymi, centrum handlowym i hotelami, w których wygarniturowani panowie grają Brahmsa. Obie miejscowości są 20 km do lotniska w Chani, jako baza wypadowa do zwiedzania zachodniej części wyspy - całkiem dobre.

    Mieszkaliśmy w małym rodzinnym hotelu (a w zasadzie aparthotelu) - Villa Thodorou; czysto, basen, z okna widok na plażę, kuchenka z lodówką (tego akurat nie polecam wrażliwym na dźwięki). Komarów nie było, pojawiły się za to mrówki, których jakoś nie pokochałam, ale przynajmniej miałam motywację do wczesnego wstawania. Fantastyczna plaża - czysta, drobniutki piasek, muszle, kamyczki, trochę regularnie sprzątanych wodorostów, turkusowa woda, delikatne fale. Maja jest stworzeniem wodnym, więc czas dzieliła między morze a basen, chociaż tym razem delikatnie falujące morze wygrywało.

    Kilka restauracji (adresów nie ma - wszystkie mieszczą się przy głównej ulicy Agias Marinas):

    • Kantina - najsympatyczniejsza śniadaniownia, oprócz tego burgery,
    • Kri-Kri - z widokiem na plażę i zejściem do wody, wysoko na liście Tripadvisora,
    • Terpsi - rodzinna restauracja, z właścicielką i synami, którzy radośnie wypijają z klientami po kieliszku raki przy okazji rachunku (i są bardzo weseli, co nie dziwi przy okazji wielu kieliszków); lody dla Mai wjechały z zapalonym zimnym ogniem, budząc ogromną radość. Darmowy deser, wspomniana raki jako digestif, dla młodzieży grenadyna z lodem,
    • Cafe Restaurant Real Greek - grecka klasyka [2020 - link nieaktualny].

    Przypadkiem znalazłam maleńki cmentarz. Tuż koło restauracji, na wzgórzu. Cały w bieli, każdy nagrobek ma sprytny schowek na środki czyszczące z tyłu i zamykaną, oszkloną gablotkę na zdjęcia i pamiątki od frontu.

    GALERIA ZDJĘĆ.

    Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 25, 2016

    Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj