Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: listy-spod-rozy

Berlin, dzień 4

50 metrów od ziemi. Fajnie było do momentu, kiedy mój wagonik zatrzymał się akurat w zenicie, żeby wypuścić tych, co w nadirze. I usłyszałam wiatr. WIATR. Wiatr, co bujał. I duł. I wiał. Sooo not cool. Raz do roku wytrzymam.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 22, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 4 komentarze - Skomentuj


Berlin, dzień 3

Pierwszy raz o królikach wspomniał sympatyczny pan w windzie, w porannym small-talku. Że nie spodziewał się w Berlinie. Tymczasem spora populacja królików, zamieszkująca pod berlińskim murem, na ziemi niczyjej, dalej zasiedla okolice Muru Berlińskiego i nawet jest o tym polski film. Potem króliki widziała moja H., a dopiero dziś, wracając po spacerze z mżawce do Bramy Brandenburskiej[1] i z powrotem, zobaczyłam i ja. I Maj. Maj zachwycony, planował już wyprawę po świeżą marchewkę, żeby króliki tą marchewką zbawić do pogłaskania.

A wcześniej dałam się wielokrotnie oszukać. Najbardziej dojmujące było oszustwo o dźwięcznej nazwie Hexenhause, polegające na tym, że się siadało na nieruchomej ławce, a dookoła, w osi poziomej, obracał się dom. Sufit nagle był pod stopami albo ławka przechylała się na podłogę, co groziło wypadnięciem. Tyle że nie. Przezorni Niemcy wyposażyli nawet ławkę w panic button (albo proponowali zamknąć oczy). Że niby iluzja. Po tym te wszystkie drobne oszustewka, że jak się kręci bączkiem z czarno-białymi paskami, to nagle pojawiają się kręgi czerwone, zielone i granatowe albo że mały odważnik wydaje się lżejszy od dużego, tyle że nie, były do zaakceptowania. Całe Science Museum Spectrum to miejsce głośnych okrzyków radości, że po raz kolejny udało się mózg oszukać. Albo mózgowi oszukać człowieka.

[1] Unter den Linden dalej rozkopana. Pierwszy raz szłam tamtędy w 2007 roku i od tamten pory nic się nie zmieniło. No, wtedy pod Bramą nie było manifestacji ukraińskiej, a dziś i owszem.

Adresy:
Do Muzeum Techniki i Centrum Nauki Spectrum można wejść na jednym bilecie (dzieci do lat 6 nie płacą), ale obydwie instytucje mieszczą się w innych budynkach. Spectrum mieści się przy Möckernstraße 26, Muzeum - tuż obok, przy Trebbiner Straße 9.
Obiad: wprawdzie pojechaliśmy szukać pożywienia na Unter den Linden, ale wróciliśmy do świetnej greckiej restauracji przy Tempelhofer Ufer 12. Taverna Athene serwuje ouzo w ramach aperitifu, dla młodzieży błękitny sok chyba z granatów.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 21, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Berlin, dzień 2

Dwa lata temu w trakcie poprzedniej wizyty groziłam aresztem domowym do momentu opanowania całek; teraz było o niebo lepiej. Udało nam się przejść przez całe akwarium, chociaż oczywiście metodą ruchów chaotycznych i dość szybko (za to niektóre miejsca po trzy razy). Zdecydowanie warto. Cudowne akwaria z meduzami, krokodyl wystający nieco nad wodę, mrówki z systemem rurociągów obiegających salę, pająki z łapkami wielkości małych kotków (i pająki, i łapki), płaszczki robiące selfie.

GALERIA ZDJĘĆ.

KaDeWe jest przerażająco wielkie, ale da się nabyć obuwie zastępcze i skarpetki, jak nagle wpadnie się w gradową burzę.

U-bahn zachwycał po poranku, zwłaszcza że część trasy U2 prowadzi po powierzchni, wieczorem na jarmark przy Kościele Pamięci dojechaliśmy autobusem piętrowym. Da się wyczyścić od środka calutką zaparowaną przednią szybę, nawet jak się ma bardzo małe łapki. Gedächtniskirche robi oszałamiające wrażenie - częściowo zrujnowany, otoczony witrażowymi wieżami, z krzyżem - jak doczytałam - zrobionym z metalu ze zniszczonej katedry w Coventry. Ładna metafora.

EDIT: Adresy:
Zoo Aquarium, Budapester Str. 32. Do Akwarium można wejść niezależnie (bez wchodzenia do Zoo), ale można i w ramach wizyty w Zoo, ze zniżką na bilet. Dzieci do lat 5 nie płacą za bilet.

KaDeWe, Tauentzienstraße 21-24, tuż obok stacji Wittenbergplatz.

Jarmark przy Gedächtniskirche (przy Breitscheidplatz)

Obiad: Trattoria Sotto Sopra, Friedrichstr. 209 [2021 - zamknięte]

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 20, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Berlin, dzień 1

Do niedawna miałam domyślnie jeden język zagraniczny - angielski. Oczywiście w krajach nie należących do eks-Imperium Brytyjskiego wspinałam się na wyżyny lingwistyczne, próbując lokalnie i myląc co drugie słowo z angielskim. Teraz dodatkowo doszedł mi hiszpański, którego uczę się wypierając angielski jako naturalną reakcję, kiedy ktoś mówi do mnie nie po polsku. Więc zamiast ja, natuerlich czy innych danke schoen oczywiście wydobywam z siebie gromkie si i gracias!

Światełka. Choinki, gwiazdy, lampki. Mikołaje, sanie, renifery. Wracamy z jarmarku, trzymam przeraźliwie lepką od waty cukrowej łapkę. Podoba Ci się Berlin? Podskok. Bardzo, jestem zachwycona. Tylko dlacego wsyscy mówią w innym języku?


(Gendanmenmarkt, wstęp - 1 euro)

Kolacja: Maredo - steki, tradycyjny Wiener Schnitzel, bar sałatkowy. Friedrichstraße 68, tuż przy jarmarku na Gendanmenmarkt.

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 19, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 1 komentarz - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Dziewicza Góra

[18.10.2014]

Do tej pory Dziewicza Góra była dla mnie memem z pewnego fabrycznego nawracającego żartu, kiedy jeden kolega, nastawiony poznawczo, proponował drugiemu koledze, nastawionemu znacznie mniej, że zabierze go na rower właśnie na tę górę, przy czym drugi kolega wyrażał absolutne obrzydzenie. Teraz już nie, bo - korzystając z ostatnich podobno promieni słońca (które wprawdzie wyszły dopiero jak kończyliśmy obiad, ale zawsze) - poszłam w plener z rodziną. W Czerwonaku skręca się przy znaku, a potem już prosto na parking. Najpierw się wspina na górkę. Niby niewiele, jakieś 100 metrów w górę, ale po wąskiej ścieżynie. Wspinaczka była przerywana, albowiem Majut, obdarzony przez TŻ-a lornetką po dziadku i latarką co jakiś czas kazał się zatrzymywać, lustrował okolicę, nadawał sygnały świetlne, sprawdzając, czy nie ma wilków, po czym pozwalał iść dalej. Wieża. 172 schody w górę, 172 schody w dół[1], przezornie nie patrzyłam pod nogi oraz starałam się nie wychylać za barierkę. Niestety, rzadka mgła oraz gęsta krata na górze, więc widoki były, ale takie bardziej do podomyślania się, a nie że podane wprost.

Więzy pilnuje współczesny latarnik od 10 do 18, ma batoniki i może zrobić kawę/herbatę dla spragnionego wędrowca za umiarkowaną opłatą (oraz odpowie na sms-a, czy można wejść na wieżę, bo jak mgła/deszcz, to się nie wchodzi). Można też wypić coś i zjeść doskonałe ciasta albo coś konkretniejszego w Dziewiczej Bazie u stóp ścieżki. Przytulne, ciepłe miejsce, sporo się tam dzieje również dla dzieci, sądząc po rękodziele rozsianym po okolicy, nie tylko dla dzieci. Aktualnie można obejrzeć wystawę zdjęć Włodzimierza Puchalskiego, np. z takim uroczym gryzoniem). Oraz zrobić ognisko i piknik.




Wejście na wieżę kosztuje 5 zł/dorosły, 3 zł/dziecko powyżej 3 lat. Nie ma windy.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Moje łydki.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 20, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 1 komentarz - Skomentuj


Wielkopolska w weekend - Dziekanowice i Ostrów Lednicki

[21.09.2014]

Ponieważ jeszcze dopadły mnie powidoki po #oktawie urodzin Majuta, a konkretnie w przedszkolu musiały się odbić oficjalne, choć opóźnione urodziny, zamiast pisać produkowałam z TŻ-em filcowe potworki z możliwością zapinania na zatrzask dla całej czeredy przedszkolnej (oraz ciasto ze śliwkami, już bez zatrzasków). Nauczyłam się przy tym, że koperta jest na planie kwadratu, a puchate ogonki jednak lepiej przyszyć niż przyklejać, za to filc-filc się skleja dość przyzwoicie. Ale ja nie o tym, tylko o Pierwszych Piastach Protoplastach.

Kompleks dookoła jeziora jest bardzo rozbudowany - w Dziekanowicach znajduje się Wielkopolski Park Etnograficzny, gdzie na sporej przestrzeni można wybiegać nieletnią (tym razem z przyjaciółką w podobnym wieku, co oznacza dwa razy więcej biegania). Wprawdzie ostatnio hasłem sztandarowym jest fraza "nuda, nuda, nuda", ale w skansenie były wiatraki (typu koźlak), które służyły do radosnego obiegania i wspinania się po schodkach, ślimaki ("ja chcę wziąć go do domu" - wyemitowała starsza H., co nie wzbudziło radości jej rodziców), kołyski i łóżka w ładnie wyposażonych domach z różnych epok (na które z kolei atak przypuszczała młodsza H., lat niespełna dwa), kozy i owce (wiadomka) oraz studnia. Studnia okazała się hitem - wprawdzie starsza H. wydawała okolicznościowe piski przy zaglądaniu do studni, że wpadnie i się boi, ale mimo to obie kilkakrotnie kazały dokonywać pobrania wody wiadrem w celu rytualnego wylania. Nie wiem, jakim cudem były w miarę suche. A, i kot był, ale nietowarzyski. Na terenie jest restauracyjka, można herbatę, żurek, pyrę z gzikiem i chyba niezłą - sądząc z reakcji współjedzących - lokalną smażoną rybę.

Kawałek dalej, w stronę Ostrowa Lednickiego znajduje się barak z zabytkowymi artefaktami, ale ominęliśmy go, bo najpierw chcieliśmy zdążyć na jeżdżący co pół godziny prom, a potem byliśmy głodni (i nawet bez łgarstwa, się zjadło nawet nieco pomidorówki i kotlet). Prom na Ostrów płynie dosłownie przez kilkaset metrów, co uspokoiło fobię TŻ-a, że jakby co, to dopłynie wpław). Sam Ostrów jest do obejścia w przewidziane pół godziny - trochę kamiennych ruinek, kilka domków, dużo zieleni i parę przeraźliwych rzeźb z metaloplastyki. Nie ma specjalnie poczucia, że się obcuje z duchem przodków, ale to miłe miejsce na wczesnojesienny spacer.


Aktualne ceny (dzieci do lat 7 - darmo) tu, podobnie godziny otwarcia - w tym roku do końca października z nieco okrojonymi godzinami. Oprócz tego są jeszcze dwa obiekty nieco dalej od jeziora - gród w Gieczu i gród w Grzybowie, ale to na następny raz. Bo, jak wspomniałam, wybiegane dziecko było głodne.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 25, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 2 komentarze - Skomentuj


#Korfu, Agios Stefanos [2]

Jakbym drugi raz wybierała lokalizację na Korfu, to bym się jednak zastanowiła. Wszystkie drogi na wyspie są zrealizowane w strategicznym modelu gwiazdy i prowadzą tu do Kerkyry (stolicy), stąd odpływają promy, większość statków wycieczkowych, a jak się chce jechać do większości miejsc na wyspie, to raczej się niezłą drogą jedzie do centrum, a potem odbija na inne miejscowości. Czasem da się przejechać wzdłuż któregoś wybrzeża, ale drogi niegłówne są, ekhm, raczej wąskie (na dwa osły) i zdecydowanie kręte. Nawet jak zerkniecie na mapę i stwierdzicie, że odległości są żadne, to takie 5 km pokonywane za pomocą 40 zakrętów drogą tuż nad przepaścią, na której wymijają się powoli i uprzejmie (bo tylko tak się da) autokary, z ruchem wahadłowym w jeszcze węższych miejscowościach, nie oszałamia tempem. Wybrałam leżący na zachodnim brzegu wyspy Agios Stefanos (Świętego Stefana) ze względu na ładną, piaszczystą plażę i zachody słońca. Pod tym względem jest to miejsce idealne, natomiast przy planowaniu zwiedzania wyspy zdecydowanie czasowo opłacałoby się centrum (okolice Kerkyry - Gouvia czy Kassiopi). Pensjonacik Andy's Apartaments był czysty, przestronny (trzy pomieszczenia plus łazieneczka[1] i taras), miał własny basen i stado lokalnych kotów (co wystarczyło do zrobienia wakacji Majutowi), ale mieścił się na górze miejscowości. Widoki przepiękne, tuż pod hotelem gaik oliwny, natomiast podchodzenie pod górę z wodą mineralną już mniej czarowne.

Fajną sprawą są baseny w większości restauracji - wstęp wolny, wypada kupić chociaż wodę i można się kąpać. Śniadania dość nudne - do wyboru English breakfast (kiełbaska, jajko, fasolka, pieczarki, pomidor z tostami) albo kontynentalne (jogurt + miód, płatki na mleku, tosty, dżem), czasem omlety i sandwicze, za to lancze/obiady/kolacje - świetne. Świeże ryby, mięso z grilla, lokalne przekąski, ceny dość przyzwoite[2]. Moje typy:

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Niestety, poddaszowa i z nieogrodzonym prysznicem na środku, więc każda kąpiel oznaczała zalewanie łazienki.

[2] Jedynym miejscem, gdzie ceny były wzięte z sufitu, był podły barek na lotnisku. Jestem w stanie zaakceptować wiele, ale nie 12-14 euro za porcję jedzenia z podgrzewacza lub mrożonki odgrzanej w mikrofali.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 4, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Quo vadis, Korfu?

Zanim detalicznie dojdę do tego, jak powrót do domu potrafi człowiekowi zmienić podejście, opowiem Wam o papierze toaletowym. Dawno temu, dziewczęciem chłonnym podróżowania będąc, czytałam z wielką przyjemnością ten tom Autobiografii Chmielewskiej, w której opisywała wyjazd do Taorminy i jego dobroczynne dla człowieka skutki. Oraz weszła w temat wrzucania papieru toaletowego do kosza na śmieci, ponieważ utylizacja klasyczna, jak to się w reszcie cywilizowanego świata odbywa, podobno zatyka kanalizację. Minęło lat kilkadziesiąt (w stosunku do wakacji Chmielewskiej, nie postarzam się aż tak) i co ja paczę w każdej greckiej toalecie? Ja paczę ogłoszenie, często zalaminowane, żeby papier toaletowy *po zużyciu* wrzucać do kosza na śmieci. Nie do sedesu. Ludzie, XXI wiek. Kanalizacja to łyka, a jak nie łyka, to się kupuje spiralę w markecie i się odtyka, nie ma filozofii.

Zmyliło mnie to, że poza przedziwnym i nikt mi nie powie, że bardziej higienicznym, sposobem ogarnięcia logiki fizjologii, wszystko było idealne - pogoda, jedzenie, plaże, sklepy. Wszystko. Ale po wizycie na korfijskim(?) lotnisku zmieniłam zdanie. To nie kanalizacja jest problemem Greków, ale jakakolwiek logistyka. W pierwszej chwili TŻ lansował teorię, że ten burdel, który właśnie oglądamy (prawie nie przesuwające się kolejki do odprawy, odprawa za pomocą papierowej listy, przekazywanej leniwie między trzema stanowiskami, losowe wychodzenie odprawiających bez słowa i nie wiadomo jak długo oraz zajmujący cały środek sali tłum do kontroli bezpieczeństwa[1]) to efekt spiętrzenia lotów, ale potem, kiedy siedzieliśmy w coraz bardziej dusznej i ciasnej sali w oczekiwaniu na jakąkolwiek informację, czy lecimy, o której i czy nasz samolot w ogóle ląduje, dotarło do nas, że to norma. O 16 pojawiła się pierwsza informacja o tym, że samolot do Gdańska o 13 robi kolejne podejście do lądowania, ale raczej wróci do Aten. Naszego samolotu nie było nawet na wyświetlaczach, post factum już kolega mi wyjaśnił, że Poznań pojawiał się jako Cologne/Bonn; o tym, że idziemy do bramki 4, TŻ dowiedział się tylko dlatego, że stał pod głośnikiem. W samolocie, który wystartował 2 godziny po czasie, wymyśliłam, jaki jest tego powód - przez całe greckie wakacje był upał, prawie bezchmurne niebo i ciepła woda. A Polsce tymczasem padało, 13 stopni i jesień. Dzięki wczorajszej burzy i zmarnowaniu pół dnia na lotnisku przyjazd do szarawego Poznania jawił się jako największa nagroda tego wyjazdu.

Żartuję. Nawet największy bałagan na lotnisku nie zepsuł mi Korfu. Korfu jest mega.

[1] Srsly, pan celnik zaangażował się w dokładne sprawdzenie mojego aparatu fotograficznego. Dwa razy przejechał nim przez komorę, włączył, zajrzał w menu. Przecież mogłabym nim kogoś zabić, jakby nie wykonywał dobrze swojej pracy.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 3, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj


Albania, Saranda

... czyli o tym, że jednak było jechać do Butrintu. Albowiem w Butrincie są podobno piękne wykopaliska na miarę Pompejów, tylko może mozaiki pochowane. Ale mając w perspektywie 4 godziny mendzenia, że jest gorąco, nogi bolą, pić, kiedy się kąpiemy, ja chcę już do hotelu itp., wybraliśmy opcję plaża w Sarandzie. Więc - jeśli ktoś Wam powiedział, że w Grecji jest brudno i byle jak, to nie był w Albanii. Plaża publiczna, jakkolwiek piękna wzrokowo, z błękitną, przezroczystą wodą, składa się z kamieni (wytrzymam, chociaż bose stopy oznaczają na zmianę syczenie z gorąca albo ze stanięcia na ostrych krawędziach) oraz z niedopałków, śmieci i pestek słonecznika. Bo połowa pali, druga połowa (nieletnia) łuska i rzuca, a śmiecą równo wszyscy. Miasto-kurort Saranda składa się głównie z hoteli-wieżowców, stosunkowo nowych, prawie zupełnie bez innych budynków, tuż przy plaży. Z rzadka zdarza się restauracja, a większość boleśnie przypomina Mielno '82. Więc jeśli marzycie o nostalgicznej podróży do PRL-u i FWP - Albania to zapewni. Wiem, jestem uprzedzona tylko dlatego, bo nie spotkałam żadnego kota (TŻ mówi, że je zjedli, ale jednak mam nadzieję, że nie). Pozytywy - lokalna waluta - leki - są naprawdę ładne (zwłaszcza monety), a Majut pozyskał pocztówkę w sklepiku ("it's a gift for kid").

PS Za oknem opcja niemiecka ma wieczór grecki. Lokalesi grają i śpiewają, turyści klaszczą i wznoszą okrzyki. Irytujące czasem cykady i okazjonalny wrzask sierpniowanej kotki (tutaj sezon chyba dalej w pełni) zdają się muzyką dla uszu.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 1 komentarz - Skomentuj


Albania, Saranda [2]

[31.08.2014]

Żeby popłynąć do Albanii, wystarczy okazać dowód osobisty (co dość zirytowało jednego z uczestników wycieczki, który machał paszportem, że jakto, że dowód osobowy wystarczy?!) i już można wejść do strefy wolnocłowej w porcie w Kerkyrze. Szału nie ma, perfumy, papierosy, wypiteczności i silna nadreprezentacja Monster High. Do Sarandy płynie się niecałą godzinę, tym razem również - jak na Paxos - Ioanian Cruises. Cena zależy od organizatora, w Rainbow Tours to było ok. 25 euro od łebka (dziecko mniej) plus obowiązkowe 10 euro opłaty portowej.

GALERIA ZDJĘĆ.

To już ostatni odcinek powakacyjny, mogę ewentualnie jeszcze pomarudzić, że chciałabym spędzić dwa dni więcej w samej Kerkyrze, a na wyspie objechać kilka miejsc, których nie widziałam. Może kiedyś.

PS W Albanii zrozumiałam, o co *mogło* (bo o co chodziło, to jednak się nie podejmuję oceniać) chodzić Kydryńskiemu Juniorowi, kiedy zachwycał się niestosownie erotyczną głębią sarnich oczu egzotycznych dziewczynek. Przy huśtawce zobaczyliśmy może 8-latkę, szczupłą, długonogą, czarnowłosą, w samych spodenkach. Tak piękną, że chciałabym przez najbliższe 10 lat patrzeć, jak dorasta.

PSS Oraz starsze dziewczę, handlujące bransoletkami na deptaku, usłyszawszy, że mówimy po polsku, wyskandowało dla nas pean pochwalny na cześć Lewandowskiego i wzniosło jakiś piłkarski okrzyk. Potęga Europy w piłce nożnej, te sprawy.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Listy spod róży - - 0 komentarzy - Skomentuj