Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: maja

#Korfu, Paxos & Antipaxos

Miał być relaks. Kiedy tak patrzę na rozkład dnia (wstać o 7:00, 7:30 autobus, 9:30 łódź, zwiedzanie błękitnych grot, kąpiel przy Antipaxos i obiad/kąpiel w Paxos, powrót 21:00), to niespecjalnie odpoczęłam. Ale. Jak się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie Majuta i TŻ (Maj ma różowe kółko). Taka lagunka, rozumiecie. Greckie karaiby.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 30, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 1 komentarz - Skomentuj


#Korfu, Achilleion[2]

[29.08.2014]

Cesarzowa Sissi, zwana oficjalnie Elżbietą Bawarską, nie była specjalnie szczęśliwa. Jako nastolatka wyszła niespodziewanie za mąż za Cesarza Niemiec, Franciszka Józefa; niby chciała, ale życie na dworze okazało się dla niej trudne. Dlatego uciekała - na Maderę, do Anglii, Francji czy wreszcie na Korfu, gdzie przeniosła się na dłużej po samobójczej śmierci jedynego syna. Stąd, między innymi, powtarzający się motyw Achillesa, obecny w jednym z najczęściej odwiedzanych zabytków na Korfu. Achilleion (Achilleon, Achilion) tuż obok wsi Gastouri, jak to u Greków, dojazd do zabytku nie jest jakoś specjalnie celebrowany (choć należycie oznaczony), pełne autokary turystów jadą prawie że przez podwórka z praniem, szopki i miejsca dość niewidowiskowe. Aż wtem. Zdarza się, że jest spiętrzenie i nagle pojawia się mnóstwo turystów, bo to obowiązkowy punkt na trasie tzw. objazdów, warto chwilę poczekać, po półgodzinie znikają, bo jadą do następnego zabytku. Wstęp: 7 euro (dorosły), 5-latka nie płaciła.

Czytałam o ciężkiej, neoklasycystycznej niemieckiej architekturze z elementami klasycznymi, ale to zdecydowanie nie oddaje uroku pałacu. Nie jest duży - kilkanaście sal, piękna klatka schodowa prowadząca z parteru na drugie piętro, skąd wychodzi się na taras z widokiem na kontynentalną Grecję, ozdobiony figurami Muz. Maj zafascynował się Muzami o tyle, że odkrywał u siebie kolejne talenty, ale prawdziwy zachwyt wzbudził w niej Hermes. Nie wiem, czy bardziej zachwycały ją skrzydełka przy kostkach, czy fakt, że był patronem cwaniaków i oszustów. Ale jak to, mamo?! Dookoła pałacu park, nieduży, częściowo zamknięty, ale przez lokalizację na zboczu góry, robi niesamowite wrażenie wielopoziomowością. Miłe miejsce, żeby się zgubić. Jak się człowiek nie zgubi, to przy wyjściu jest kawiarnia.


(nie ma turystów, są turyści)

Niezmiernie mnie ubawił przydrożny, tak jak u nas w drodze na Zachód, skład z figurami. Zdecydowanie wyglądał, jakby właśnie stąd pochodził asortyment w Achilleionie.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


#Korfu, Gouvia, Agios Ioannis

[29.08.2014]

Ponieważ nie samą kulturą grecką człowiek żyje, do Agios Ioannis pojechaliśmy w celu wymoczenia Majuta w nieco chlorowanej wodzie aquaparku (Aqualand, ceny na mają na stronie www, po 15 nieco taniej). Nie mam zdjęć, bo trochę słaba jeszcze pomigrenowo byłam, więc czytałam w cieniu leżaka. W samym Agios Ioannis nie ma w zasadzie nic, celowaliśmy w polecaną restaurację Spiros & Vasilis [2018 - link nieaktualny], ale była czynna od 18, a wymoczony w wodzie człowiek zdradza jednak chęć jedzenia teraz już, pojechaliśmy więc do Gouvii.

Gouvia ma prześliczną plażę, kamienistą, ale z fantastyczną wodą w zatoczce. Przejrzyście błękitną, bez fal, za to ze zmienną temperaturą wody - ciepła, ciepła, aaaa, nagle zimna, ciepła. Po zatoczce pływały też kaczki i gęsi, co jakiś czas emitując zapotrzebowanie na bułkę. W Gouvii jest też marina, ale taka typowo robocza oraz resztki poweneckie w postaci ruin. Na kolację trafiliśmy do restauracji na głównej ulicy, "9 muses". Może i kuchnia nie tak wykwintna jak w planowanym S&W, ale kelnerki szczerze zachwycały się Majutem i bardzo się angażowały w umilenie jej posiłku.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 29, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


#Korfu, Agios Stefanos [1]

Umiem już "efcharisto" (przez skojarzenie z eucharystią, oczywiste) oraz "kalinichta", bo że o poranku "kailmera" to wiadomo. A cy się nie zgubimy? - pyta Maj. Nie zgubimy się, przynajmniej tutaj, bo miejscowość jest zrobiona na planie schodzącej w dół serpentyny, więc albo się schodzi, albo - wręcz przeciwnie - wraca pod górę. Mieszkamy prawie na samej górze, rzeźba łydek gratis. Największym problemem jest, który basen wybrać i czy na plaży przejechać się motorówką. Oliwki, tzatziki, cykady i ogromne motyle. Dziecko me nawiązuje kontakt mimo bariery językowej, wczoraj lansował się tuż obok mały Wasilij, od którego Maj się prawie że oganiał, z praktyką wydymając wargi i emitując nad jego głową "Mamo, on się strasnie popisuje". Może lubi długonogie blondynki, nie wiem.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa sierpień 27, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


5 lat

#Oktawę urodzin zakończyliśmy dziś o poranku, kiedy to poinformowana, że właśnie dziś, ze znudzeniem odpowiedziała: "Ale ja już nie chcę". Za późno, 5 lat na pokładzie i to się nie zmieni.

113 cm kociej empatii. Wiezienie kota do weterynarza wyzwala w niej pokłady czułości i opiekuńczości. Nie bój się kotku, ja się tobą zaopiekuję. Najlepsza przyjaciółka pierdołowatej Koki, wielbicielka wszystkich psów i kotów, nawet na widok największego paskudztwa z futrem emituje zachwyt.

Ten rok to przede wszystkim nauka - samodzielne huśtanie nawet na stojąco, jazda na rowerze najpierw z bocznymi kółkami, a teraz już prawie bez dodatkowych kółek. Biega, nie chodzi. A jeśli nie biega - skacze.

Elokwentna i sprawna lingwistycznie. Wprawdzie nie mówi jeszcze sz, cz i dz, ale delikatne r już jest gdzieś pomiędzy l a dźwięcznym r. Natomiast nie kręci ją słowo pisane, woli liczyć.

Na zmianę pyta "ale sobie nic nie złamałam?!" lub "ale się nie otrułam?!" przy najlżejszym dotknięciu.

"Jestem pięknym kotem, wies?". Jesteś, mała.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 26, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 6 komentarzy - Skomentuj


O amonitach właściwie, czyli CK[1] Zamek

[5.08.2014]

Wyasygnowałam całe 5 zł, dokonawszy z wyprzedzeniem rezerwacji[2] i zabrałam córkę moją do Zamku Cesarskiego. Po kawie i ciasteczku w Świetlicy (II piętro pod kopułą, zdecydowanie remont wyszedł Zamkowi na plus) młodzież zjechała po ogromnym nadmuchiwanym krokodylu, sięgającym prawie że kawiarni, dostała poduszkę do siedzenia i - ponieważ chwilę wcześniej zobaczyła koleżankę z przedszkola idącą w inne miejsce - jak kot na spacerze niechętnie powlokła się za przewodniczką. Trasa jest dla dzieci - w każdej sali można usiąść i posłuchać, treść jest dopasowana do wieku - o windach, cesarzach, prądzie i o tym, czy do Zamku dało się wjechać samochodem. Nie żeby młodzież szczególnie doceniała, albowiem zajmowała się jojczeniem, że już chce wyjść, ale parę drobiazgów - szukanie na marmurowej posadzce amonitów, schodów i mozajek na suficie, zbroje jeżdżące na robotach - sprawiało, że jednak była to jakaś przyjemność dla niezbyt dorosłej dziewczyny (dla rocznej dziewczynki, jej matki i reszty wycieczki mniej, albowiem roczniak ma mały attention span, a spore możliwości wokalne). Szczegóły typu, że Zamek zbudował sobie Cesarz Wilhelm II, ale w nim niespecjalnie bywał, a w kaplicy przygotowano gabinet dla Hitlera, który na szczęście nie zaszczycił, pewnie się nie zachowają, ale nie szkodzi.

Oprócz wtorkowych tur z przewodnikiem można przejechać się przez zamkowe pokoje na niewielkiej kolejce w ramach wystawy "Zrób sobie wakacje" (7/5 zł od osoby).

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] CK, bo Centrum Kultury. Zamek jest tylko Cesarski, żaden król nie występuje.

[2] Bez rezerwacji można pocałować klamkę, albowiem bilety się rozchodzą. Warto dzwonić do Zamku i zamawiać. Następne tury w kolejne wtorki sierpnia: 12.08, 19.08 i 26.08. Informacja tu.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek sierpień 7, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 5 komentarzy - Skomentuj



Wielkopolska w weekend - Koszuty, Zaniemyśl, Śrem

Dworek w Koszutach dorzuciłam do trasy ot, tak, bo był w okolicy. I bardzo się cieszę, że to zrobiłam, bo wizyta w Muzeum Ziemi Średzkiej zachwyciła nawet Majuta (i, jak się okazało, głównym powodem do radości nie był zabytkowym fortepian marki Bechstein z 1905, tylko prosta drewniana zabawka z kominiarzem schodzącym po drabinie). Muzeum jest kameralne, w środku dobrze zachowane wyposażenie dworku z początku wieku (również do poziomu nocnika pod łóżkiem, chociaż nie jest to - jak u Bator - nocnik Napoleona). Dookoła uroczy park, w parku gazebo i służbówka z kuchnią, gdzie służba gotowała państwu posiłki, a potem rączo pomykała z tacami do dworu, żeby nie wystygło. Dodatkowy plus - przemiła pani oprowadza po placówce, a na werandzie spotkaliśmy starszego pana z piękną seterką, Nelą, nieco pomoczoną jeszcze po kąpieli w stawie. Obiecaliśmy, że wrócimy za rok, żeby zobaczyć, jak 8-miesięczna aktualne Nela podrośnie.

W leżącej opodal Słupi Wielkiej też jest dworek, ale wykorzystany nieturystycznie - można obejrzeć z zewnątrz Stację Doświadczalną Oceny Odmian (roślin uprawnych) i przejść się po parku.

Natomiast absolutną porażką okazała się zachwalana we wszelkich przewodnikach impreza plenerowa pt. Zaniemyskie Bitwy Morskie. Nie spodziewałam się morza, oczywiście, bo moja wiara w słowo pisane jednak nie jest aż taka wielka. Na miejscu okazało się, że wstęp 10 zł od łebka pozwala na wysłuchanie koncertu nieco spierzchniętych gwiazd estrady oraz przeraźliwie nagłośnionego wodzireja, organizującego konkursy dla dzieci. Jedynym elementem "pirackim" był plastikowy statek przy scenie. Nie było okrętów, łódek, bitwy, niczego, nawet dostęp do jeziora i plaży był zablokowany, bo "zakaz kąpieli". Następnym razem, kiedy pojadę do Zaniemyśla, upewnię się, że chociaż można znowu popłynąć na Wyspę Edwarda (miała być dostępna jakoś w 2011, 2012, 2013, a teraz już nawet dat nie obiecują).

Planowaliśmy też wizytę w pobliskim dworku w Mechlinie, gdzie mieści się stadnina, ale niestety nie dodzwoniłam się, żeby się upewnić, że ktoś nam otworzy. Więc zamiast tego pojechaliśmy do Śremu na obiad. Też było miło.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela lipiec 27, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 0 komentarzy - Skomentuj


Merry Green England

Dziewczyna na lotnisku użaliła się przyjaciółce, że następnym razem nie bierze aparatu, bo już drugi raz wraca, a karta pusta. Otóż ja tak nie mam, a nawet wręcz przeciwnie. Więc dziś bez zdjęć. Ale będą.

Hotel wybierałam po powierzchni. Maj jest stworzeniem ekspansywnym i każdy, kto przebywał z nim w jednym pomieszczeniu dłużej niż kwadrans, może potwierdzić, że wybór pokoju o powierzchni 9 metrów kwadratowych to droga do pewnej frustracji, nawet na trzy dni. Znalazłam etniczny B&B w Ealing (etniczny, bo prowadzony przez Hindusów, a sprzątany m. in. przez Polkę), tuż obok kościoła baptystów. Miłe miejsce, śniadań nie próbowaliśmy, bo poszliśmy w lokalną turystykę kulinarną[1], łóżka wygodne, ale. Wielokrotnie budziłam się w nocy, ale nie dlatego, że co chwila nad głową leciał lądujący na pobliskim Heathrow samolot, o nie. Dlatego, że jakiś przeklęty opierzony bydlak zaczynał nad ranem śpiewać. Wtedy ktoś z nas zwlekał się zamykać okno, bo ptaszę urocze darło się tak, jakby ktoś do ucha przystawiał głośnik. Owszem, pięknie. Ale na litość - nie o wschodzie słońca. Złożyłam skargę do menedżmentu.

Wprawdzie celowo ominęliśmy cały Londyn (nie widziałam ani jednego zabytku, true story), ale zależało mi na przejażdżką metrem. Maj zakochał się za to w piętrowych autobusach. W efekcie w ramach przygód kupiliśmy najtańsze oyster cardy i pokręciliśmy się po dzielni. A dzielnia - zarówna ta, w której mieszkaliśmy (Ealing) i śniadaniowo-zakupowa (Chiswick) - prześliczne. Małe domki, wąskie, pełne sklepów i barów ulice, rowery, dzieci, psy i samochody jadące nie po tej stronie[2]. Wprawdzie prawie nic nie kupiłam poza kubkiem ze Starbucksa i ukochaną książką z dzieciństwa, Panem Paddingtonem (ale na litość, jeśli ulubiona herbata Elżbiety jest produkowana w Swarzędzu?!), ale następnym razem, obiecuję, idę w rajd po charity stores.

Maj nieco narzekał, bo nie było placów zabaw, ale kiedy pozyskał w Windsorze pluszowego pieska rasy corgi, rozpoczął nową piękną przyjaźń na całe życie. Oczywiście kluczowym punktem wyjazdu okazała się wizyta u mieszkającej opodal M., która utrzymuje na stanie trzy koty. Wprawdzie koty na widok Maja podały tyły i raczej ustawiły się strategicznie pod kanapą, to jednak zachwyt pozostał.

Nastawiłam się na angielską pogodę. Przeciwdeszczowe kurtki, odzież na zmianę, zapasowe buty. Tymczasem trafiliśmy cudem właśnie na te trzy dni lata - 25 stopni, gorące słońce, pełna zapachów zieleń w ogrodach. Po czym wróciliśmy do Polski, gdzie lało. Tyle o przesądach pogodowych.

Polubiłam się z Albionem. Wrócę. Mam kilka pomysłów na następne wyjazdy.

[1] Maj czasem coś jadł, nawet. Ale i tak głównie pozyskiwał zainteresowanie obsługi - był przytulany i noszony przez kelnerki, dostawał lizaki, a w jednej restauracji wykrochmaloną serwetkę w kształcie stożka, z której korzystał do zapewniania psom nakryć głowy. Oczywiście dyskusyjna jest demoralizująca obecność frytek przy prawie wszystkim, zostaliśmy zaskoczeni porcją frytek przy niby niewinnym omlecie o poranku.

[2] Jestem miętusem, nie odważyłam się jeździć po lewej. Ale ani nawigacja, ani oznaczenia ruchu nie pomagają. Ronda bywają wielkości talerza (true story, wystające na 5 cm kółko na asfalcie), a na znakach są pieczołowicie opisane jako wieloboczne łamańce, przypominające np. rozwiązany krawat. Ronda.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 23, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 2 komentarze - Skomentuj


Hampton Court

[21.06.2014]

Trzej panowie w łódce (nie licząc psa) odwiedzili pałac i ogrody w Hampton Court podczas wycieczki w dół Tamizy. Labirynt, na który mieli poświęcić kwadrans, zajął im nieco więcej (patrz tu, tu i tu). Z Majem konsekwentnie szłyśmy w prawo i labirynt zajął nam raptem minut kilka, ale niektórzy z naszej trzyosobowej wycieczki się WTEM zgubili, widać nie znali sposobu Jerome K. Jerome'a z przypisu (dwa razy w prawo, a potem zawsze w lewo). I jak przed wejściem tak sobie z lekceważeniem o konstrukcji pomyślałam, tak w środku miałam kilka dość przerażających myśli (zwłaszcza spotęgowanych przez ludzi mijających mnie w panice kilkukrotnie), że będę wołać dozorcę w celu uwolnienia. Don't underestimate the power of kupa krzaków.

Świetne miejsce na letni piknik - w kawiarni można kupić prowiant, można też zabrać ze sobą - są stoliki, ławki i cudownie miękka trawa, po której (poza ogrodami formalnymi) można chodzić. W zamku nieco skromniej niż w Windsorze, chociaż może dlatego, że trasa wiedzie raczej przez kuchnię i dziedzińce niż przez salony. Na dziedzińcu z ogrodem król Henryk VIII z którąś z kolei żoną (raczej żywą, więc odpadają te zdekapitowane), w ogrodzie figurki zwierząt z proporczykami. I jak rozumiem byka, lwa czy nawet smoka, tak jaguar w kolorowe kropki wydaje mi się pewnym nadużyciem ziołowych dekoktów.

Ulotka dla turystów jest również po polsku, nieco chropawa ("zobaczyć najstarszy i największy winorośl ma on ponad 230 lat"). Ale jest. Hampton należy do stowarzyszenia HRP i jeśli się chce więcej razy w ciągu roku ogladać Tower of London, Hampton Court, Banqueting House w Whitehall, Kensington Palace, Kew Palace czy Hillsborough Castle, to zdecydowanie warto kupić kartę członkowską. W przypałacowym parku odbywa się sporo wydarzeń - 8-13 lipca w Hampton Court można odwiedzić Flower Show, zaś 23-25 sierpnia będzie się odbywać GoodFood Festival. Książkę "Trzech panów w łódce" można dostać w e-booku darmo w virtualo.pl (niestety bez przypisów). Jedyna trudność ze znalezieniem parkingu jest taka, że jest za parkową bramą, a nie - jak w Windsorze - poza terenem pałacu. Trochę nam zajęło, zanim to odkryliśmy.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 21, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Maja - - 5 komentarzy - Skomentuj