Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: moje-miasto

Świętojańskie mydło i powidło

Kiełbaski z grilla, stare srebra, kiczowate akty, metalizowane baloniki. Hafty ludowe, swetry, biżuteria z kamyków, monety i wyroby z pszczelego wosku. Standardowy zestaw jarmarcznej tandety (z nieodłączną piłką z folii aluminiowej, owiniętą gumkami-recepturkami). Lubię się raz do roku przejść poznańskim Starym Rynkiem i popatrzeć.

Lubię też nowe restauracje. Nowe dla mnie, bo ukraińska Czerwona Kalina to już jakiś czas na rogu Kramarskiej i Żydowskiej kwitnie, tylko ja taka wczorajsza. W środku miło i konsekwentnie (i nie przeszkadza, że dekoracja ze sztucznych roślinek), menu zgrabne, a jedzenie dobre. I ceny nierynkowe.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 6, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


It's no secret we're close

Do Poznania przyjechałam w 1995 roku. W ciemno. Czerwiec (a może jeszcze maj? nie pamiętam), upał. Z dwoma podaniami na studia (moim i koleżanki, której imienia już nawet nie pamiętam) i mapą w ręku, na mapie zaznaczone dziekanaty Politechniki Poznańskiej (dla mnie) i Uniwersytetu Adama Mickiewicza (dla koleżanki). Przyjechałam, dokumenty rozniosłam, przeszłam przez Półwiejską, potem w górę Podgórną i Świętym Marcinem. Nie wiem, czy już wtedy poczułam bicie serca miasta, ale nie czułam się obca.

Potem łatwo wrosłam w miasto. Dziś bawi mnie to poczucie świeżej studentki, że wszystko jedno w jaki tramwaj wsiądę, i tak dojadę. Ba, bawi mnie jeszcze bardziej, że to działało. Wszędzie było blisko. Z akademików na Ratajach na Stary Rynek, z Cytadeli na Wilczy Młyn.

Mieszkałam w różnych miejscach, w różnych pracowałam. Lubiłam bardzo tę zmienność, która na krótkich dystansach pozwala mi żyć wzdłuż innych ulic. Okolice mostu Rocha z klasztorem i blaszakiem Politechniki, gdzie stał serwer arrakis; Rataje z bulwarami wzdłuż Warty, na których uczyłam się jeździć na rolkach; Malta z trasą spacerową, którą dwa razy w tygodniu pokonywałam w letnie studenckie wieczory; pawilon PCCS-ów w samym centrum, gdzie pisałam pracę inżynierską i marzyłam o fontannie pod Operą[1]; Wilda z Politechniką, gdzie pisałam pracę magisterską, a potem mieszkałam w kamienicy z meliną[2], kotami podwórzowymi i psiebiśniegami na Pamiątkowej; Łazarz, gdzie pracowałam w nieistniejącej już firmie po części należącej do nieistniejącego już imperium Wprostu[3]; Grunwald z miesięcznym epizodem w roli sekretarki, wstającej do pracy o 5:45; potem Jeżyce i Marcelin; do dentysty od kilku lat jeżdżę na Sołacz. Do tego część miejsc znam z racji prac TŻ-a[4]. Mieszkanie, w którym aktualnie mieszkamy, znalazłam idąc ulicą Libelta z receptami od studenckiego lekarza pierwszego kontaktu w przychodni na Niepodległości.

Lubię moje miasto. I lubię robić zdjęcia. I tak pomyślałam, że trochę mi się marnują na dysku i w dawno nie oglądanych albumach te, co to już je zrobiłam . To przewietrzę, nie?

Zapraszam. Tędy do http://py-ro-mantic.blogspot.com. Będzie więcej, mam nadzieję.

[1] Marzyłam, bo zawsze spieszyłam się do pracowni komputerowej. Nie że pracę pisać, tylko już wtedy byłam uzależniona od Internetu.

[2] Melina mieściła się w rogu podwórka, dawało się banknocik, a ktoś z okienka wydawał butelkę zatkaną gałgankiem. A którejś soboty, idąc na rynek Wildecki, widziałam kawałek konkursu "Kto wyżej nasika na bramę".

[3] Najpierw za rynkiem Łazarskim, potem na Śniadeckich. Poranny spacer przez park Wilsona był odświeżający.

[4] Taką na przykład uliczkę Zakręt, jedną z najładniejszych w Poznaniu.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 28, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dzień w mieście

"Made in India Expo" w Kupcu Poznańskim. Mam wrażenie, że coś więcej niż zwykły asortyment sklepu indyjskiego. I pewnie nikogo to nie zdziwi, że miękka jestem na widok opalizujących tkanin, sprzedawanych przez sympatycznego chłopaka z New Delhi ("it's nice weather here, back in New Delhi is 45 degrees!").

Ulewa przeczekana w Starym Browarze. Mieliśmy iść gdzie indziej, ale i tak było miło.

Golem i konwalie. Ktoś był na wystawie Cernego w Arsenale? Bo niżej podpisana zaspała i zapomniała.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 23, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 6 komentarzy - Skomentuj


Tatko tak robił, tatko tatki tak robił

Maj 2010. Idę sobie opłotkiem miasta, z tyłu za główniejszą ulicą. Domki, ogródki, psy, koty, ptaki, bez kwitnie, droga na Ostrołękę. Nagle z jednego z domów wychodzi starsza pani z garnkiem, przechodzi na drugą stronę pod płot, za którym bujnie szerzy się nieużytek i wylewa tamże zawartość wspomnianego garnka. Zgaduję, że pomyje. Maj 2010.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 22, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Tulipan overload

Myślałam, że nie ma takiej ilości tulipanów, żeby było za dużo. A jednak. Wystawa tulipanów w Palmiarni sprawiła, że po dwusetnym zdjęciu przestałam cieszyć się, że przede mną jeszcze kilkadziesiąt wazonów z bukietami. Wszystkie piękne, w obłędnych kolorach, gładkie i postrzępione, wysokie i niskie, wielokolorowe i monochromatyczne. Przytłoczył mnie nadmiar, a jednocześnie poczucie, że nawet w głowie i na zdjęciach nie zabiorę tego wszystkiego na stałe. Optymalnie byłoby dostawać co kilka dni nową wiązkę kolejnej odmiany, żeby ją obwąchać, podotykać, oswoić i patrzeć, jak więdnie (opcja, żeby posadzić sobie w ogrodzie i patrzeć jak rośnie, odpada z braku ogrodu i umiejętności ogrodniczych). Ciekawa obserwacja - niektóre z tulipanów pachniały jak czosnek.

GALERIA ZDJĘĆ

A sama Palmiarnia nieustająco mnie cieszy, bo za każdym razem znajduję coś innego.

GALERIA ZDJĘĆ

Scenki z kuluarów.

Scenka 1. Pani w szatni użaliła się nad Mają, która w drodze sprytnie pozbawiła się skarpet, że "przecież on zmarznie". Objaśniłam, że nie ma jak zmarznąć, skoro jest ponad 20 celsjuszy w cieniu, a w samej Palmiarni więcej. Pani niezrażona: "Ale nie dla niego!". Teraz już wiem, że dzieci otacza powietrze o innej temperaturze niż dorosłych.

Scenka 2. Pani w przeraźliwie czerwonych kozaczkach na przeraźliwie cienkich szpilkach wyciągnęła zapewne przynależne rodzinnie dziewczę z aparatem z jednej z sal i scenicznym szeptem nakazała jej, żeby robić zdjęcia zbiorowe, a nie każdemu oddzielnie.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 10, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Golem na Alejach Marcinkowskiego

Dziś o 18 odbyło uroczyste odsłonięcie pomnika Davida Černego "Golem". Na uroczystościach mi niespecjalnie zależy, więc pojechałam ciut wcześniej, żeby sobie obwąchać. I mnie się bardzo. Černego bardzo lubię, zwłaszcza za ostatni numer z Entropą, a Golem - okazuje się - jest bardziej poznański niż praski.

Dodatkowo w Galerii Arsenał do 16 maja jest do obejrzenia wystawa minirzeźb czeskiego rzeźbiarza - Malost [2021 - link nieaktualny]. Pójdziemy sobie niebawem, może nieletnia nic nie wyniesie.

Przy okazji sama siebie zadziwiłam niebłyskotliwością. Pomyliłam ulicę Mielżyńskiego z Masztalarską i na tej pierwszej od lat szukałam tablicy pamiątkowej poświęconej Romanowi Wilhelmiemu. Dopiero zupełnym przypadkiem po raz pierwszy przeszłam ostatnio Masztalarską i zguba się znalazła:

PS A lanczyk w Republice Róż nieodmiennie doskonały. Mają przyjemne półmiski narodowe (włoski, polski, hiszpański) z rozmaitymi dobrami; w polskim kiełbasa, oscypek, jajka na twardo, korniszony (kiszone byłyby lepsze), żurawiny, smalec ze skwarkami i szynka. I świetna minestrone. Dawno takiej dobrej nie jadłam.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 5, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 4 komentarze - Skomentuj


Przełącznik w Matriksie

Czasem tak jest, że idę tą samą drogą i widzę, że się zmieniło. Dziś, zamiast zwykłej ścieżki, prowadzącej do Starego Browaru (tak, w Starbucksie dalej spore kolejki), zobaczyłam nowy pomnik:

Co robi w Poznaniu Christopher Wren?

M. namówił mnie na La Ramblę [2019 - link nieaktualny] i rzeczywiście - to bardzo miłe, małe miejsce z tapasami i niesamowitym wyborem wina. Karta krótka, co sugeruje (a dzisiejszy obiad potwierdził), że wszystko świeże i dobre. Zaraz obok jest też miejsce, które zauroczyło mnie nazwą - Lavenda Cafe & Lunch, które będzie przystankiem następnym razem.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 2, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Ogród botaniczny

Nie mam wprawdzie genu rolniczego, w doniczkach (jak parokrotnie pisałam) udaje mi się wyhodować zielsko, a zimę od 9 lat przeżywa jedynie zabiedzony kawałek winobluszczu od teściowej, ale lubię kwiatki. Sama więc się sobie dziwię, że pierwszy raz do Ogrodu Botanicznego trafiłam dwa lata temu[1]. Ale od kiedy pojechałam, to wracam. Niby co roku to samo, ale wszystko się zmienia. I park, i my. Rok temu kołysałam w brzuchu małego człowieka, w tym roku mały człowiek oglądał świat z bezpiecznej wysokości ramion taty. Za rok będziemy trzymać małego człowieka za ręce i prowadzić po bezpiecznych ścieżkach[2]. I pewnie będą nowe, a przecież takie same, rośliny:

GALERIA ZDJĘĆ:

[1] Mogłam wcześniej, bo na pierwszym roku studiów na jednej imprezie głuszył mnie student wtedy jeszcze Akademii Rolniczej i zaproponował, że mnie oprowadzi poza sezonem. Na skutek pewnego zbiegu okoliczności przełożyłam spotkanie o tydzień i przejechałam w pewien poniedziałkowy poranek całe miasto tramwajem numer 1 tylko po to, żeby upewnić się, że nikt na mnie nie czeka. Nie zmartwiło mnie to specjalnie, bo nawet delikwenta nie pamiętałam. Po latach szkoda tylko, bo mogłam odwiedzać ogród co roku.

[2] Miało nie być rzewnie, ale wyszło jak zwykle.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela maj 2, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


Poznańska pyra

Gorąco popieram lokalny folklor, a pyra z gzikiem to jedna z moich ulubionych potraw, jakie przysposobiłam po przyjeździe do Poznania. Nie ma dwóch zdań - bistro Pyra Bar serwujące mnóstwo potraw z ziemniaka ze sztandarową pyrą wzbudziło mój entuzjazm, zwłaszcza że tanio (niebagatelna zaleta dla Poznaniaka), w centrum (na Strzeleckiej, rzut małym berecikiem od Kupca Poznańskiego) i mają wygodne kanapy, na których można się z nieletnią rozłożyć i, w trakcie podjadania pieczonego ziemniaka z sosem, nakarmić papką śliwkową. Zdjęć nie będzie, bo nie miałam aparatu.

Aparat mieli za to dwaj młodziankowie, których strasznie podochociło wejście emo-dzierlatek (dude, prawdziwe emo!). Emo-dzierlatki występowały w liczbie sztuk trzech, kładły się na siebie, myziały po rączkach i ogólnie stanowiły zapewne smaczny widok dla panów w plus minus komplementarnym wieku (nie ukrywam, że z TŻ-em pochichotaliśmy w kątku[1] i wróciliśmy do naszych ziemniaków). Panowie grzecznie zapytali, czy mogą dziewczętom strzelić fotkę. Dziewczęta zezwoliły, wykonały pewne przetasowania na kanapie, żeby lepiej się wyeksponować, młodziankowie fotki strzelili, po czym stwierdzili, że efekty sesji znajdą na demotywatory.pl.

[1] No jak można nie chichotać, jak emo-dziewczęta skończyły właśnie liceum, są minutę przed maturą, a chłopak jednej pił z dziewczynami z ASP i zaspał na coś tam. Po długiej dyskusji, czy warto być w takim związku, dziewczę oświadczyło z patosem: "A potem mi powiedział, że ja się za bardzo wszystkim przejmuję. I poczułam się jak gówno". Ciężko bym nastolatką, a zwłaszcza emo-nastolatką. To ja jeszcze sobie przemyślę, czy chcę, żeby moja córka była emo, czy co tam za 15 lat będzie kaczi i dżezi.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 1, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


Bąbelki! Moje bąbelki!

Nie wiem, kto był bardziej zachwycony - Maja, koty czy ja.

I tak trochę z poczucia obowiązku - Starbucks w Poznaniu. Mam kubeczek, misja zakończona. Wrócę, jak przewalą się te tłumy. Nie jestem zachwycona - miejsce ciasne, bardzo "przechodnie", nie nadaje się na zjedzenie spokojnego śniadania czy innego przekąskowego brunczyku. Wokół jest więcej miejsc, w których przyjemniej.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 29, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 6 komentarzy - Skomentuj