Kategoria:
moje-miasto
... ale jak wspominałam, nie mam ręki do roślin (a konkretnie do konewki, bo w przeciwieństwie do żywiny nie upomina się, jak jest głodna), a i szpital, i trzy tygodnie popasu ekipy remontującej 1 (słownie: jeden!) balkon piętro wyżej, po której pobycie pozostał kurz, gruz, brud, śmierdząca szmata malowniczo wetknięta między szczebelki barierki i niedopałki papierosów niezbyt roślinności pomogło. Zazdroszczę balkonów, na których coś żyje. Od dawna mam w głowie scenkę, widzianą pewnego letniego wieczoru kilka lat temu - para starszych ludzi, siedzących na ślicznym, głębokim balkonie, pełnym kwiatów i patrzących razem w tym samym kierunku. Takiego balkonu sobie życzę.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 10, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przejeżdżałam i przechodziłam wielokrotnie obok, widziałam stary zrujnowany budynek z brzydkiej zaniedbanej cegły, częściowo otynkowany na szaro. Z boku (od Niegolewskich) było lepiej, bo i klimatyczny szyld przychodni przyszpitalnej...

... i nietypowa (zarówno jak na architekturę dzielnicy, jak i na okolicę szpitala) kaplica.
Na szpitalu tablica, że przedtem zamiast leczenia w budynku zajmowano się wyrafinowanymi sposobami dbania o zdrowie tkanki narodu za pomocą przesłuchań.
Ale ostatecznie przekonały mnie okna. Ktoś zadbał o to, żeby w plastikowe ramy wstawić piękne, nierówne szyby, przez które można oglądać zaniedbany (ale przez krzywizny szyb tego nie widać) ogród wewnętrzny. Nie trzeba malować akwareli, szyby załamują światło i wygładzają faktury tego, co za oknem, dając miękki efekt irracjonalności. Siedziałam przy tych oknach przez ostatni tydzień w sumie ładnych kilkanaście godzin. To, co za oknami, było dobre.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Obudziłam się w nocy. Leżałam i słuchałam, jak kot Burszyk przewraca się z boku na bok (robi to z takim charakterystycznym westchnienio-stęknięciem), jak cykają świerszcze i wreszcie jak z daleka słychać przejeżdżający pociąg. Bardzo lubię ten dźwięk, jest na tyle daleko, że nie jest inwazyjny, a zawsze daje mi takie miłe poczucie zadowolenia z faktu, że jedzie gdzieś w świat, a ja jestem w moim ciepłym łóżku, otoczona kotami i aktualnie pomarańczową pościelą z satyny.
Wywąchałam ostatnio podczas leniwego spaceru kolejne miejsce, gdzie karmią śniadaniami.
W Republice Róż na placu Kolegiackim mają specjalną salę śniadaniową, bo restauracjo-kawiarnia jest czynna całodziennie, ale do godziny 12 (wcześnie, ale lepsze to niż nic). Śniadań mnóstwo - i najprostszych typu jajecznica z trzech do bardziej skomplikowanych zestawów dla dwojga z różnymi cudami. Wzruszyła mnie pozycja "Śniadanie królowej", rozpoczynające się od ginu z tonikiem, ale mimo wzruszenia i wskazówek pokazujących dobrze po jedenastej (ależ oczywiście, że TŻ ma zegarek ze wskazówkami) wybraliśmy urocze "Umówiłem się z nią na 9.00" (twarożek, wędlina, jajka, dżemik, kawa bądź herbata i warzywa dla dwojga).
Dla mniej odpornych graficznie - Fabryka Róż jest bardzo konsekwentna wzorniczo i jak ktoś nie daje rady usiąść w pastelowo-kwiecistym otoczeniu, to może się przenieść do ciemnej piwnicy. Tamże, tylko po schodkach w dół. Ja specjalnie obrzydliwa nie jestem, cenię konsekwencję, zwłaszcza że do ładnego wnętrza dobrana jest też ładna porcelana - niebieska i różowa seria Churchill Willow (Rosa i Blue). Porcelanową fetyszystką nie jestem, ale lubię pić herbatę z ładnej filiżanki.
W kwestii robotników na rusztowaniu - czas rozciągliwy jest. Postawili w ubiegłą środę, mieli rozebrać po dwóch dniach, czyli w poniedziałek(!). W poniedziałek przyjechali dość późno i na oko z solidnym kacem, rusztowanie zostawili, we wtorek nikt się nie pojawił, w środę i czwartek straciłam już poczucie sensu odkurzania balkonu, dzisiaj nikt się nie pojawił, a rusztowanie jak stoi, tak stoi. Czekam na kolejny poniedziałek. Wszakże nie mówili, który. Fękju, gudbaj.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 21, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
... więc żeby nie było, to w Poznaniu też zdarzają się imprezy, na które koniecznie trzeba pójść. I można narzekać, że polskie festiwale jedzenia są przaśne (bo są, co zrobić, taką w większości mamy kulturę jedzeniową), że przeraźliwie urągają higienie (ja na ten przykład jednak boję się kupować wędzonej rybki, wędlin czy nawet serów z niechłodzonych straganów, leżących cały dzień w upale i wąchanych przez setki przechodniów), że główna celebryta zaproszona na poznański rynek to Pierwszy Blagier Rzeczypospolitej, ale i tak jest to wielki krok naprzód (i nie chodzi mi o to, że stoimy nad przepaścią).
Sery korycińskie, sery owcze, mnóstwo wyrobów z miodu i ziół (od klasycznego w słoiku, na piwie i kosmetykach kończąc), gliniane i wiklinowe naczynia, lokalne wędliny, trochę przetworów z warzyw i owoców (może w piątek było więcej, wczoraj dość marnie - ten teren mnie trochę rozczarował, bo jednak kilka firmowo opakowanych słoików z sałatkami warzywnymi to biedne takie jest; wiem, że nie mamy oliwek, ale są piękne owoce i warzywa, z których można cuda robić), pieczywo, smalec i kiszone ogórki. Rok temu było biedniej, bardziej jarmarcznie, w tym roku o wiele lepiej i bardziej spożywczo. Szczególnie ujął mnie namiot hotelu Andersia, serwującego swoje potrawy ze srebrzystych podgrzewaczy przez kelnerów w strojach odświętnych, ale nie wiedzieć czemu i tak TŻ ustawił się w kolejce do straganu obok, gdzie kiełbaski z grilla serwowała kawiarnio-restauracja Pod pretekstem.
Dla tych, co nie zdążyli - jeszcze dzisiaj można festiwal znaleźć na poznańskim Rynku.
EDIT: I za osobistą zniewagę uważam, że młody człowiek robiący bańkowo-mydlane cuda z pomocą wiadra i dwóch kijów ze sznurkiem przestał te cuda robić, jak zbliżyłam się z aparatem. Mam żal i jedno kiepskie zdjęcie.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 16, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Zawsze faza schyłkowa lata zaczynała mi się w dzień urodzin (nie, to jeszcze nie dziś, ale dziękuję). W tym roku jakoś wszystko szybciej się dzieje. Wczoraj zauważyłam, że już dojrzała jarzębina. Kiedyś oznaczało to, że trzeba iść do szkoły, teraz już tylko, że dni są coraz krótsze, wieczory zimniejsze, a lenistwo letnich dni zaczyna być zastępowane jesienną kampanią o kolejny słoik przetworów (nie że ja przetwarzam, bo ja z tych pracowitych inaczej, skrzętnie zjadam efekty pracy innych). W tym roku mam dodatkowo ogromne poczucie schyłkowości, zmiany epok i przejścia ze znanego Dziś do mało znanego Jutro.
Snułam się leniwie po uliczkach Suchego Lasu, po głowie chodził mi nucony zmęczonym głosem Lindy tekst "Filandii" Świetlików. Się zmienia. Przemija. Przechodzi. To ostatnie takie lato. Bo jesień idzie i nie ma na to rady.
PS Zjadłabym sobie tych małych żółtych śliweczek. Czemuż ach czemuż rosną przy ruchliwych ulicach, a nie leżą w koszach na straganach?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 14, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 8 komentarzy
- Skomentuj
W słońcu zawsze lepiej widać. Coraz więcej kolorowych kamienic. Nieśmiało pojawiają się mini-ogródki przed restauracjami. I chodniki jakby równiejsze (chociaż może to efekt tego, że z obuwia mam do wyboru sandałki na rzepy). A między budynkami Arsenału kremowy biustonosz z wiszącym talibem.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
A przynajmniej bym chciała. Bo na razie poza pięknymi kamienicami, których tylko mały procent jest odremontowany, na Jeżycach wiele nie ma. Zaniedbane podwórka, osypujące się ślady po prosperity secesyjnych kamienic; łatwiej powiedzieć, czemu nie ma - brakuje małych, klimatycznych restauracji (trochę honor ratują pseudo-cukiernie przy rynku Jeżyckim, ale jednak odczuwam ubóstwo rozwiązania polegającego na wstawieniu trzech stolików do sklepu cukierniczego, nawet bez udawania, że lokalik ma ambicję wystawić stoliki na chodnik), zadbanych ogródków, jakiejś wizji całości pozwalającej przyprowadzać hordy turystów (nie tylko tych zainteresowanych trasą jeżycjadową).
Są za to leniwe koty na parapetach i w trawie, hordy gołębi, lokalny folklor (wczoraj w postaci sympatycznej starszej pani, która zagadnęła naburmuszonego kilkulatka, odymającego się na młodą solarowoblond matkę, przez co sprowokowała rodzicielkę do ochrzanienia nieletniego, że ma nie reagować na zaczepki obcych na ulicy i jak nie przestanie, to mu wtłucze klapkiem na gołą, pozostawiając starszą panią w niejakiej konsternacji), małe przedziwne sklepiki (w których jednak można kupić pasującą do czarnego czajnika z Flo cukierniczkę, bo teraz podobno cukierniczki są nietrendi i się sypie cukier w miskę) czy wreszcie rynek Jeżycki, kopalnię mieczyków w piętnastu kolorach, warzyw i owoców, starych harlequinów czy biustonoszy w jedynym słusznym rozmiarze 75B made in China, przymierzanych na bluzkę. I sklep mięsny Prosiaczek z nabiałem od Cystersów, serem korycińskim i pasztetami domowej roboty.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 30, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Był taki film, którego wprawdzie nie oglądałam, ale tytuł zapadł mi w pamięć - "Rok niebezpiecznego życia". Od dawna przedkładam krótko nad długodystansowość, powolną turystykę kulinarną nad adrenalinę, pośpiech i odhaczanie zabytków z listy. Bo z jednej strony nie ma się co spieszyć, a z drugiej słyszę nieuchronny szelest piasku przesypującego się w klepsydrze. Dlatego tygodnie zaawansowanej aktywności lubię zamiast zasuszoną lawendą przekładać snuciem bez patrzenia na zegarek. Ostatnio snułam się (wedle sugestii W.) po Ciechocińskiej.
Z jednej strony zachwyt, bo to sielankowe miejsce w zasięgu autobusu (nic to, że idea ławek na niektórych bardziej dzikich przystankach nie mieści się MPK w głowie) - psy biegające po ogródkach, owady unoszące się nad kwitnącymi przy płotach kwiatami, kurki w przydomowej zagrodzie prawie w centrum miasta, prawie że mi brakowało wystającej zza węgła ciekawie zerkającej kozy, pożerającej leniwie wyrzucony wydruk scenariusza i cicho sugerującej, że książka jednak była lepsza. Z drugiej przerażenie, bo nie za wielka działka w tej okolicy kosztuje marne 800-900k zł (ależ oczywiście, że bez domu). W Adsense na jednym z blogów zebrałam w ciągu dwóch lat $91. To nie kupię.
GALERIA ZDJĘĆ.
Tapetę za to bym chętnie (bo akcja z sufitem została zakończona sukcesem, to i się rozbestwiłam). Po obejrzeniu jednego z odcinków dekoratorni zapadłam jaskrawokolorowe meksykańskie pasy. Od paru dni węszę w internecie i nic podobnego w licznych sklepach pieczołowicie wygrzebanych pod odsianiu tapet komputerowych nie znajduję (kilka mniej fajnych typów mam, ale żaden do mnie nie przemawia). Chciałam jak sahib przez przeglądarkę, ale coś czuję, że pojadę w rajd po sklepach naziemnych jak zwierzę. A mówili, że XXI wiek i społeczeństwo zinternetyzowane. Anybody?
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek lipiec 27, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Mała uliczka na Podolanach, biegnąca obok bardziej znanej Strzeszyńskiej. Przez kilkaset metrów przecznic, dzielących jedną od drugiej, zmienia się wiele. Z brzydkiej, postindustrialnej, z przeplatającymi się blaszakami hurtowni, przetwórnią ryb (prawie że w centrum Poznania, czy mnie to bawi? ależ), klockowatymi domkami z wiecznie zaśmieconymi ogrodami, z rzadka obsadzonej drzewami trasy autobusowej można szybko przejść do cienistej alei lipowo-kasztanowej, przy której też zdarzają się nieużytki, bunkrowate wiecznie niewykończone pustakowe wille z lat 70. czy aspirujące szeregowce, ale o wiele więcej ładnie zakomponowanych ogrodów z pieczołowicie wystrzyżoną trawą, różami koło furtki czy czereśniami zwieszającymi się nad płotem. Lubię bramę przy posesji 82/84 i za każdym razem cieszę się, że nikt nie wpadł na pomysł zastąpienia jej metaloplastyką i siatką w kwadratowe oczka. Podliczam wolne posesje i wyrażam w myślach ostrożną chęć zamieszkania na jednej z nich. Kiedyś.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 11, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Majowy bez i konwalie są miłe. Wczesnoczerwcowy jaśmin też. Ogród różany pachnie obłędnie. Ale to wszystko to nic w zestawieniu z kwitnącymi lipami. Żal mi alergików, dla których przejście lipową aleją musi być jedną z mniej przyjemnych chwil w życiu (dla odmiany alergicy mogą poczuć satysfakcję, bo mnie uczulają inne rzeczy). Bo ja sobie chwalę, że droga ze wsi na przystanek prowadzi (częściowo[1]) chodnikiem z czerwonego bruku z lipami dookoła. Mniej sobie chwalę, że podczas 10-minutowego spaceru obłażą człowieka takie małe obleśne robaczki, z których się trzeba nieledwie obskrobać, bo wprawdzie nie gryzą, ale są irytujące.
[1] Chodnik[2] ze wsi do Poznania to w ogóle fenomen. W 2001 roku wprowadziliśmy się na pustynię logistyczną, z przystanku szło się przez często błotniste bądź zapiaszczające po kolana pobocze (tak, nosiłam obuwie zmienne do pracy, bo to, w czym przeszłam na przystanek, nie rokowało). Podążaliśmy grzecznie dwa (lub więcej) razy dziennie, robiąc zakłady, czy prędzej kupimy samochód, czy pojawi się oświetlenie i chodnik. Long story short, samochód wygrał. Latarnie posadzili chyba w 2006 roku, a chodnik zbudowali chyba pod koniec 2007 roku. Nic to, że latarnie świecą na drogę, a nie na chodnik (a jedną zaplanowali na środku wprawdzie piaszczystej, ale jednak ewidentnie drogi wyjazdowej, bo tak im z odległości w metrach pasowało), nic to, że w okolicach przejazdu kolejowego ktoś mądry inaczej z PKP walnął stalowe przegrody, żeby piesze bydło nie szło z boku po torach, tylko wchodziło na jezdnię pod jadące (a czasem chlapiące wodą z kałuż) samochody, nic to, że w związku z okolicznościami przyrody chodnik przemieszcza się co najmniej trzy razy z jednej strony na drugą. Ale jest. I to częściowo za pieniądze z Unii.
[2] W zasadzie to chodnik i ścieżka rowerowa jednocześnie.
EDIT: Policzyłam zakręty - pierwszy jest na wysokości osiedla (za przejazdem przechodzimy z prawej na lewą, bo po lewej są domy), w stronę Poznania. Następnie z lewej na prawą przechodzimy, bo zaczyna się mostek nad rowem, a potem ponownie z prawej na lewą, żeby suchą nogą dojść do lokalnego hotelu. Jak ktoś się wybiera do salonu Peugeota czy sklepu z płytkami (bo wylotówka na Koszalin znana jest z tego, że można na niej albo kupić dowolny samochód, albo zbudować i umeblować dom, nawet z basenem), to już zakopuje się w piasek po drugiej stronie. Opcja, że chodniki mogą być po obu stronach drogi, jednak przerosła.
W ramach dodatku jeszcze jeden zakręt - ścieżka znika koło kościoła (no bo kto widział), po czym pojawia się na wysokości zagłębia handlowo-biedronkowego po prawej, żeby kilkadziesiąt metrów dalej przeskoczyć na lewo.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 6 komentarzy
- Skomentuj