Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: moje-miasto

W marznącym śniegu

Jak co czwartek, szłam nieco inną drogą. To nie był pierwszy czwartek od odkrycia, że Agnieszka[1] już tutaj nie mieszka, ale dopiero dzisiaj, kiedy tak brnęłam w śnieżnej zadymce, która na mnie się roztapiała, dotarło do mnie, że zniknęła jedna z absurdalnych zalet tej drogi. Chodziłam nią nie tylko dlatego, że między blokami (a nie wzdłuż dwupasmówki koło stadionu) i że jeden przystanek mniej tramwajem, ale po części dlatego, że po drodze był koci paśnik, gdzie czasem kłębiły się i wygrzewały na słońcu puchate burasy, a po części, że zawsze miałam nadzieję na przypadkowe spotkanie Agnieszki. Że zobaczę ją w alejce, zamacha do mnie, podejdę, wymienimy kilka ciepłych zdań i rozejdziemy się każda w swoją stronę. Przypadkowe spotkanie, które nic nie zmieni, ale zostawi cieplejsze poczucie, że świat jest całkiem miłym miejscem. Paradoksalnie, smutno mi dziś było głównie z tego powodu, że idąc tą drogą nie będę już mieć nadziei na spotkanie, a nie dlatego, że od dawna rozglądałam się na darmo.

[1] Agnieszka ma na imię inaczej, ale to mi pasowało do melodii.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 19, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ciągle zimno

Wczoraj pierwszy raz od tygodnia widziałam słońce (i to tylko dlatego, że na chwilę wyjechałam z Polski). Było ciepło, pachniało wiosną i było JASNO. Dzisiaj, żeby się nie przyzwyczajać, było buro, syfnie i ohydnie. Kef namówił mnie na Gołębnik na Wielkiej, a właściwie w bramie między Wielką a Wodną. Gołębnik przyzwoitą kawiarnią jest, acz to bardzo ekstraordynaryjny pomysł, żeby w niedzielę nie karmić ludzi niczym sensownym, tylko dawać kawę i ciastka. Za to brama jest naprawdę pięknym miejscem, zwłaszcza jak na górze jest coś więcej niż szare chmurzyska.

Poznań zresztą, nawet pluszastą zimą, to miłe miejsce. Fascynuje mnie, że można mieszkać w Poznaniu kilka-kilkanaście lat, ba! nawet można urodzić się w Poznaniu i nie znać miasta. Nie znać i dalej poruszać się po trójkącie dom-praca-szkoła. Nie, nie fascynuje. Przeraża. Nie rozumiem i nie chcę zrozumieć. W Arsenale, który może jest i brzydki jak kupa, ale ma pełną dziwnych książek księgarnię, znalazłam piękny album "Secesja w Poznaniu" Skuratowicza. Mnóstwo zdjęć kamienic i willi na Jeżycach, Grunwaldzie i Łazarzu, detali architektonicznych i kawałek historii miasta z okresu, kiedy było czymś więcej niż jednym z polskich miast z zapasami fachowców do wynajęcia. Bardzo piękny album (można pokazać niemieckojęzycznym fanom Poznania, bo treść jest również w skompresowanej wersji niemieckiej). W zasadzie część moich zdjęć mogłabym opatrzyć podpisami z albumu. TŻ znalazł równie wesołą książkę - "Kryminalną historię Poznania" Pleskaczyńskiego i Specyała, również ze zdjęciami, acz niekoniecznie utrzymanymi w okolicach architektonicznych (tak, są gołe panie).

Poza tym chciałabym się zdrzemnąć i obudzić wiosną. Męczy mnie zima i wprowadza w depresję.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 9, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 6 komentarzy - Skomentuj


Jeżyce

Przed pracą pojechałam do banku, żeby odzyskać dostęp do konta. Mission failed, albowiem najbliższy bank czynny od 10. Ale ja nie o tym. Idę na przystanek, lokalizuję brak biletu, wchodzę do śmierdzącego przeraźliwie sklepiku spożywczego w piwnicy. Wygrzebuję monety, żeby kupić bilet. Za mną przebiera w prasie szmatławej starsza, chudziutka, siwowłosa pani. "Co, Faktu już nie ma?! A tak się spieszyłam. Bo pani kochana, ja najbardziej lubię ten po weekendzie, bo jest najwięcej wypadków. No ale jak nie ma, to pani kochana daj mi dwie paczki Poznańskich".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 3, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


Powozownia

Zdarzają się czasem okazje do świętowania, więc kilka dni temu[1] wracając z pracy wstąpiliśmy do Powozowni, bo po drodze (wracamy zwykle przez Poznań-Wolę, która jest znacznie bardziej przejezdna niż Niestachowska, knajpa jest w ramach hipodromu na Woli przy Lutyckiej). Bardzo fajne wnętrze, zwłaszcza pewnie latem - duże okna, taras, roślinki. Akurat trafiliśmy na pierwszy dzień po świąteczno-sylwestrowym okresie zamknięcia, nie było cielęciny i mleka (a w karcie mają grzane mleko z miodem), były za to steki. Bardzo dobre, lepsze niż w Rodeo Drive (chociaż nie takie jak w "Piano Barze", który chyba na rynku poznańskim najbardziej wymiata, niestety również ceną). Bardzo sympatyczny właściciel, miłe miejsce na większą rodzinną imprezę, ale raczej nie na cotygodniową kolację.

[1] Mam strasznego mentalnego delaya. Ze wszystkim. Te kilka dni temu nagle zrobiło się ponad tygodniem. Zapadam w sen zimowy ze wszystkim...

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 17, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 2 komentarze - Skomentuj


Znowu śniło mi się, że...

... wiem, tak rozpoczynające się teksty powinny być celnym kopem wrzucane do kosza. Ale jak raz moja podświadomość w sposób czytelny daje mi do zrozumienia, że aparat powinnam nosić i przy pogodzie, bo jak inaczej interpretować kolejny sen o tym, że jestem w przeraźliwie malowniczym miejscu (dzisiaj były to mieszane ruiny postindustrialne we włosko-nowoorleańskim mieście, za to z polskojęzyczną lodziarnią[1]) i NIE MAM APARATU (który to aparat mi zniszczyli wcześniej we śnie źli ludzie, bo uciekałam). I co? I już się sprawdziło. Wyszłam dziś z matecznika na obrzeżach miasta na spotkanie do drugiej siedziby firmy w sercu Jeżyc i szłam potem do samochodu H. przez tak piękne miejsca, dodatkowo oświetlone zimowym słońcem, że karta pamięci się sama w kieszeni łamała. Jeżyce to miejsce wielkiej urody i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej.

Obiecuję, że za dwa tygodnie zacznę pakowanie od aparatu i nowej karty (oraz zapasowej).

PS Tylko w Poznaniu dobrze wychowane gołębie przechodzą przez pasy.

[1] Hańba temu, co sobie coś złego pomyślał.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 13, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 7 komentarzy - Skomentuj


Szaro, buro, kostropato

Za każdym razem, kiedy przechodzę koło Starego Marycha, myślę o dziadku. Dziadka nie ma już od kilkunastu lat, ale był takim kujawskim Marychem, z rowerem, teczką i kaszkietem. Jeździł rowerem na działkę i do pracy, w teczce przywoził mi czasem przedziwne rzeczy - wyobrażacie sobie, co w erze szarawego papieru kolorowego, który się sam z siebie nie przyklejał, a jak się chlapnęło wodą czy klejem, to się ohydnie odbarwiał, znaczyła ogromna sterta naklejek na przetwory owocowo-warzywne, również zagraniczne? Wytłaczane zagraniczne maliny, ogórki z zadzierzyście zakręconym wąsem (czy był już wtedy Krakus? pamiętam liternictwo i granatowy nagłówek Krakusa), zielony groszek, truskawki wielkości dziecięcej dłoni. I kisił najlepszą na świecie kapustę. Ech. Myślę o nim i mam nadzieję, że przychodzi czasem do niego kot Hera.

Przeszłam się też dzisiaj mimo zimna i ogólnej szarości przez kawałek miasta, częściowo ze znajomą Szwedką, której pokazywałam, co w Poznaniu ładne. Niestety, wstydziłam się przez cały czas, bo mimo że kamieniczki na Ratajczaka czy Taczaka są prześliczne, w bramach klimatyczne zakamarki i śmietnikoty, a w sklepach świąteczna gorączka, to widać odpryskującą farbę, nieremontowane od kilkudziesięciu lat fronty, czuć subtelny zapaszek uryny i na chodnik lepiej patrzeć, żeby nie wejść w zdeponowany siarczyście psi (sądząc z rozmiarów, był to chyba dog olbrzymi) odchód... Smuteczek.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 19, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 7 komentarzy - Skomentuj


Grudzień

W Empiku tłumy. Z jednej strony to dość wzmacniające, że tyle ludzi czyta kupuje prezenty na święta - a jest co, bo wyroiło albumów (nowa Nigella dla pań, a dla panów kloc, którym można ogłuszyć - kronika kalendarza Pirelli), wznowień ("Don Camillo i jego trzódka") czy wydawnictw dla pokemonów ("694 najlepszych statusów GG", #wtf!). Z drugiej - każdy ma furię w oczach, ustawioną trajektorię, szuka tych książek po trupach, depcząc i potrącając. Mam czasem wrażenie, że wystarczyłoby, żeby sprzedawać okładki, na wagę. Kilo ziemniaków, pętko zwyczajnej i 1,5 kilo albumu w czerwonej złoconej okładce ze smokiem.

W "U mnie czy u Ciebie" obsługa dalej przeraźliwie ślamazarna, ale karmią dalej dobrze. Przy stoliku obok resztki szczytu klimatycznego w postaci trojga starszych Azjatów, jedzących, tak, żurek.

I zimno. I szaro. Mam zimową depresję. Kolejną w tym roku. I kota-bulimika. Znowu. Mać jego pręgata. I dużo się dzieje. Za dużo. Mogło by się trochę przestać dziać.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 13, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


On a verge of indecision

Czasem budynek Fabryki przypomina mi L-wymiarową bibliotekę z książek Pratchetta. Idę z czwartego piętra na trzecie, nagle okazuje się, że jestem na piątym. Zjeżdżam windą na trzecie, czytam e-mail z informacją, że jest coś dla mnie na piątym. Wracam do windy, tym razem schodzę schodami. Co gorsza zawartość mojej głowy przechodzi swobodnie z jednego wymiaru w drugi, myśli zakręcają za czwartym regałem, niektóre po drodze chowają się w uchylonej książce, nie wszystkie więc docierają do drzwi oznaczonych jako EXIT. Czy dziwi mnie zatem, że przy okazji wyjmowania segregatorów z czasopismami znalazłam w pudełku po dawno zarzuconym koncie w banku węgierskie, słowackie i europejskie walory w banknotach i monetach, które co najmniej dwa, a nawet może i trzy lata temu sprzątnęłam tam skrzętnie w jakimś mało zrozumiałym teraz dla mnie celu. Odpowiadając na zadane na początku tego długiego zdania pytanie - nie, nie dziwi mnie.

W niedzielę pojechaliśmy w dzikie ostępy na Maltę i mimo moich obaw, że wilki, bagna, ognie św. Elma i duchy-zjawy-upiory, znaleźliśmy hindusko-tajską restaurację Taj India. Karmią tak dobrze, że nie przeszkadza szpitalny wystrój późno-PRL-owskiego ośrodka sportowego, wyzierający spod narzuconych na ściany indyjskich chust, makatek i dywanów. Może te prosektoryjne kafle to taki sam zabieg estetyczny co basen wymurowany na środku restauracji w hotelu Rzymskim, jednakowoż chciałam zauważyć, że nie wyszedł chyba tak, jak miał wyjść.

Malta ze spuszczoną wodą to smutny widok. Nawet po ciemku.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 9, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Nie irytuje mnie konsumpcja

A nawet wręcz przeciwnie. Nie mam problemu z tłumami w sklepach, anglojęzycznymi trzema piosenkami świątecznymi na krzyż (chociaż pewnie zapętlonego w kółko "Jingle bells" bym nie przeżyła w zdrowiu psychicznym), choinkami stojącymi od połowy listopada, światełkami, słomianymi szkaradkami, wstążeczkami na literalnie wszystkim, zaczynając od mydła, na kiełbasie kończąc. Bardzo ucieszyły mnie stoiska z grzanym winem na Rynku - ja wiem, że to wino jest podłe i ratuje je tylko to, że jest korzenne i gorące, ale to jeden z tych dobrych pomysłów, które powinny stawać się nową świecką tradycją. "Jak w Pradze" - pomyślałam, czując zapach grzańca, po czym wpadłam na B., z którym byłam w Pradze dwa tygodnie temu.

Dla mnie - osoby bezreligijnej - te kolorowe światła, ubieranie całego miasta w kolorowe bombki, pakowanie sera, pudełek z butami i wina w kolorowy papier to są święta. Zamiast szaroburych ulic, pokrytych błotem i z szybko zapadającym zmierzchem, jest polska fiesta - wprawdzie nie umiemy (my, naród) świętować latem, ale całkiem nieźle idzie nam zimą. Lubię. Czuję przez to mniejszy niedosyt, że prawdziwe święta, rozpoczynające się po zakupach w Wigilię, błyskawicznie kończą się dwa dni później. W zasadzie, patrząc na wszystkie zwyczaje związane ze świętami, to jest tylko Wigilia z całą metafizyczno-pogańsko-gospodarską oprawą - 12 potrawami na następny rok (o których dużo mówi to, że są raz na rok), siankiem, opłatkiem i mówiącymi zwierzętami. Jestem miejska, zwierzęta mówią do mnie codziennie, barszcz, pierogi z kapustą i grzybami i dobrą rybę (która nie jest karpiem) mogę jeść przez cały rok. Prezenty lubię też przez cały rok (czy już kupiłam? No ależ skąd).

Lanczyk w Ptasim Radiu - nie zmieniło się po remoncie. Zdradziłam serowe grzanki z orzechami i winogronami z sałatką brie/camembert/sałata/winogrona/gruszki/pomarańcze. Skończyła im się herbata Paris, na usprawiedliwienie, że "nigdzie nie można jej dostać", odpowiedziałam cynicznie w myślach, że można, przecież stoi u mnie na półce. Na Rynku stragany, tłumy ludzi i Festiwal Rzeźby Lodowej. Cieknącej rzeźby lodowej, bo temperatura kilka stopni powyżej zera.

Z okazji kolejnych zwycięstw na drodze do Dobra w pracy TŻ, spędziliśmy wczoraj wieczór w pubie Brogans. Nie przepadam za pubami - lubię jeść, a nie pić, nie cierpię przekrzykiwać hałasu i śmierdzieć przeraźliwie papierosami, ale pub dostał dodatkowe punkty lansu za podziemia - kilkanaście sal, połączonych labiryntem korytarzyków, po których się idzie, idzie, idzie... i kiełkuje w głowie poczucie, że się jest już w okolicy wschodniej granicy. Bill opowiadał barwną historię o tym, jak usiłował usmażyć pancakes w Polsce i jak przerosły go zakupy składników, mimo że "prosek do pieszenia" i "maslanka" miał wynotowane ze słownika (Amerykanina niesamowicie dziwi, że mamy maślankę w woreczkach, bo przecież jak się chce tylko trochę, to jak to potem postawić w lodówce?!), po czym poprosił o przepis na żurek po wyrażeniu niesamowitej uciechy z faktu, że ta dość cienka - jak dla mnie - zupka to bomba kaloryczna, bo mąka, kiełbasy, jajka (ech, te ichnie fakultety - jakby wychowali się na kuchni z golonką, schabowym, rosole i bigosie, to by żurek oceniali jako potrawę dietetyczną). W życiu nie robiłam, ale że Matkopolkowy przepis [http://mattkapolka.blox.pl - link nieaktywny] brzmi tak, jak trzeba, przetłumaczyłam, opatrzyłam przypisami dla nienatywa, po czym obiektywnie uznałam, że nie wróżę sukcesu procesowi fermentacji w słonecznej Kalifornii. Ale - jak uda mi się kupić mąkę żytnią - ambitnie spróbuję sama.

Bursza całkiem-całkiem, spożywa (a żeby odpowiednie rzeczy dać słowo - żre, więc odejmuję jej od dzioba, żeby się nie przeżarła do wypęku), nie emituje przodem, a dzisiaj rano wdała się z szarszą w ochoczą bójkę, więc sytuację uznaję za stabilną. Dzięki za fluida. To było wyjątkowo paskudne szczepienie.

Czy robi ktoś czas w pigułkach?

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 7, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 9 komentarzy - Skomentuj


Z prasy

Ponieważ muszę podejmować decyzje, których nie lubię, to na razie siedzę i nie myślę.

Za to prasę przejrzałam. W Przekroju ujęła mnie notka, że pomysłowy więzień wysłał się z niemieckiego więzienia za pomocą Fed-exu, pakując się do przesyłki. W Gazecie dla odmiany wzruszyła mnie historyjka o Belgach, którzy wynajęli na Konferencję Klimatyczną willę w Poznaniu i byli przeraźliwie zdziwieni, że mieszkańcy willi wyprowadzili się na ten czas (żeby zrobić im miejsce), bo spodziewali się całodobowej obsługi.

Ponieważ zbliżają się święta, szukam prezentów. Znalazłam mnóstwo. Dla siebie.

EDIT: Na okoliczność prezentów dla siebie polecam chce.to [nieaktualne 2017].

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek listopad 28, 2008

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj