Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: ogladam

Don't Trust the Bitch In Apartment 23

Ponieważ niebawem napiszę o przeuroczym serialu o sublokatorach, który koniecznie trzeba, dzisiaj o takim, co wprawdzie jest o sublokatorach, ale niekoniecznie warto. June, wielkooka naiwna blondynka, przyjeżdża do nowego Jorku z Indiany, bo ma obiecaną świetną pracę, ogromne mieszkanie i czeka na nią narzeczony. Świetna praca zamyka się pierwszego dnia, bo okazuje się, że jest piramidą finansową, mieszkanie zostaje zajęte w ramach upadłości firmy, a narzeczony nie jest aż tak bardzo zakochany. June wprowadza się jako sublokatorka do ślicznej Chloe, która zajmuje się głównie imprezami oraz przyjaźni się z Jamesem Van Der Beekiem, grającym siebie. Chloe ma taką zasadę, że chętnie przyjmuje każdą sublokatorkę, po czym ją okrada (sypia z narzeczonym, oszukuje itp.). A tu niespodzianka - mimo zwykłego zachowania Chloe, June się z nią zaprzyjaźnia.

I naprawdę jest potencjał, niestety serial jest przeraźliwie słaby. Śliczna Kristen Ritten nie rekompensuje nietypowej urody Dreamy Walker i jej mimiki; jakkolwiek nie wymagam hollywoodzkiej urody od każdego, tak patrzenie na June zwyczajnie mnie męczy. Zdarzają się śmieszne epizody, natomiast większość jest płaska, przewidywalna (Chloe robi coś złego, ale wychodzi to June na dobre, w tle kręci się Van Der Beek i wygląda jak z castingu) i po trzecim-czwartym odcinku nudna.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek kwiecień 10, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


(500) Days of Summer

Taka niby zwykła historia o tym, że przeznaczenie potrafi połączyć zupełnie niespodziewanie dwie osoby, ale nie do końca. Tom poznaje Summer, zakochuje się od pierwszego wejrzenia, wie, że to właśnie ta. Problem w tym, że Summer twierdzi, że nie chce być niczyją dziewczyną i - jakkolwiek miło jest spacerować za rękę i leżeć wspólnie w łóżku - to nie chce się angażować. Nielinearna historia, w której narrator przenosi widza między dniem 1, 260 czy 488 związku Toma i Summer, aż do nietypowego dla romantycznej komedii finału, jest pastelowa, czasem przerysowana, obudowana rozmowami z przyjaciółmi Toma i jego młodszą, chociaż czasem nieco realniejszą, siostrą. Graficznie film przypominał mi Przypadek Harolda Cricka, z dobudowaną do fabuły warstwą prezentacji. W tle nietypowe, niehollywoodzkie Los Angeles, pokazane z perspektywy aspirującego architekta. I urocza, wielkooka Zoey Deschanel, przez co przez cały film miałam wizje rodem z "New Girl".

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 28, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


True Detective

Dwóch detektywów - Hart (Harrelson) i Cohle (McConaughey) - rozwiązują sprawę dziwnego morderstwa rytualnego w Luizjanie. Prostytutka zostaje znaleziona martwa, przywiązana do drzewa, do głowy ma przywiązane rogi jelenia, ozdobiona jest kwiatami. Okazuje się, że takich zbrodni było o wiele więcej, niektóre do czasu śledztwa nie zgłoszone i nie wykryte.

Kolejny serial, który ucierpiał na tzw. doskonałej opinii. Zaczęłam oglądać z zachwytem, dwa pierwsze odcinki są świetne - dialogi panów cięte, tło rodzinne i historia świetnie zarysowane, po czym okazało się, że o tym jest cały serial. O dialogach. 8 odcinków gadania, filozofii, reminiscencji, obietnic, że będzie Trzecie Twin Peaks, Drugie Forbrydelsen, niestety obietnic nie dotrzymanych. Rozwiązanie akcji jest co najmniej rozczarowujące, a już na pewno dość niechlujne.

Co mi się podobało: obrazy; akcja dzieje się w 1995, 2002 i 2012 - każdy czas jest filmowany inaczej. Postaci detektywów, którzy zmieniają się w czasie kolejnych odsłon nie tylko wizualnie. Sposób prowadzenia śledztwa z wpuszczaniem widza i przesłuchujących obu detektywów w 2012 agentów w ślepe uliczki. Niestety, mimo potencjału, nie sprawia to, że serial jest świetny. Bo nie jest. Tyle dobrze, że każdy sezon ma być - jak American Horror Story - o czymś innym, bo wleczenie takich recurring motives przez kilka sezonów byłoby przerażające.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 16, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Plebs

Da się zrobić serial, będący połączeniem IT Crowd i nostalgicznej serii komediowej typu Carry On, tym razem dziejący się w Rzymie. Dodatkowo da się go zrobić tak, że jest śmieszny, politycznie niepoprawny i o pożyciu intymnym, a dodatkowo nieco o pracy korporacji. I genderze. Da się, bo zrobili go Brytyjczycy. W "Plebsie" zakochałam się od pierwszej sceny, a już kolejne odcinki - o próbach umówienia się przez zakażonego opryszczką genitaliów z lekarką, o nieszczęśliwie zakochanym gladiatorze czy zapraszaniu na orgię - utwierdziły mnie w przekonaniu, że chcę kolejny sezon (bo na razie jest marne 6 odcinków pierwszego), a najlepiej dziesięć.

Dwóch młodzieńców - Marcus i Stylax - mieszka w ponurej norze w Rzymie, jeden pracuje jako kopiarka, drugi jako niszczarka papirusów (na specjalną uwagę zasługuje zdeprawowana erotycznie szefowa Flavia oraz Dystrybutor Wody). Marcus ma cynicznego niewolnika z problemem motywacyjnym, Grumia, który czasem się przydaje, a czasem niekoniecznie, ale w razie czego zawsze może zmieść psią kupę z chodnika. W każdym odcinku chodzi o to, żeby zaprzyjaźnić się intymnie - Marcus usiłuje poderwać śliczną sąsiadkę z Brytanii, a Stylax - kogokolwiek. Nawet jak ma chorobę weneryczną. Świetne i bardzo odświeżające.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 27, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 1 komentarz - Skomentuj


Closer

(Nie, nie ten "Closer" o emocjonalnych popaprańcach, co się snują między Londynem i Nowym Jorkiem i nie wiedzą, czego chcą, tylko - po polsku - "Komisarz Brenda Johnson").

Brenda z Georgii, z miękkim, prześlicznym akcentem, zupełnie nie zna realiów Los Angeles, ale ma jedną cenną umiejętność (poza wkurzaniem ludzi) - rozwiązuje sprawy. Nawet jeśli rozwiązanie jest niepolityczne oraz bardziej niesprawiedliwe niż sama zbrodnia. Na początku tylko sierżant Gabriel wspiera, cały zespół traktuje ją jako dopust boży, ale szybko każdy - nawet piszący anonimowe skargi na nią Flynn - zaczynają cenić jej pracę. Sprawy różnią się oczywiście ciężarem gatunkowym - niektóre są dość zabawne, niektóre zostawiają po odcinku z poczucie przerażającej niesprawiedliwości. Dodatkowo przez kilka sezonów trwa (dość nudny) proces o prowadzenie śledztwa niezgodnie z procedurami.

To nie drogówka - nie ma łapówek, kontaktów z damami nieustalonej proweniencji (chociaż na pogrzebie jednego z emerytowanych gliniarzy z trumny wypada naga blondynka, a Provenza jest rekrutowany do zabicia męża fertycznej blondyny w zamian za obietnicę romansu). W zasadzie rozwiązywanie przestępstwa polega na niemaniu (maniu nie) nakazu, wyłączeniu kamer w pokoju przesłuchań lub - ale to już ostateczność - pobiciu podejrzanego pedofila (ale kto by mu nie wtłukł). W każdej sprawie trzeba lawirować, bo ciężko być policjantem w świecie, gdzie nieustająco ścierają się strefy wpływów FBI, CIA i Homeland Security.

Sama Brenda ma mnóstwo problemów ze sobą - usiłuje przestać podjadać, zwłaszcza kiedy pojawiają się kłopoty zdrowotne. Mimo że ma 40 na karku, na przykład panicznie boi się, co powiedzą rodzice, mieszkający w Atlancie, chowa więc na okoliczność przyjazdu matki swojego chłopaka, pracującego w FBI. Wątek obyczajowy (ślub, potencjalne dziecko, menopauza) gdzieś tam się kręci w tle, ale przyznam, że dla mnie największą zaletą było obserwowanie w akcji duetu dwóch popaprańców - Flynna i Provenzy (granego przez G. W. Baileya, którego kocham od czasów Akademii Policyjnej). Do Brendy można się z czasem przyzwyczaić albo zacząć jej serdecznie nie lubić, natomiast wszyscy pracownicy wydziału Poważnych Przestępstw z Naczelnikiem Popem i ekscentrycznym patologiem-gejem na czele są barwną ekipą specjalistów.

7 sezonów, ale poziom nie spada (poza odcinkami z procesem sądowym). Teraz zaczynam offspring - "Major Crimes".

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 22, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Oz wielki i potężny

Za rekomendację miałam osobę Zacha Braffa, którego uwielbiam w każdym projekcie (nawet w roli pyskatej małpy). I nie rozczarowałam się. Ślicznie kolorowa (choć nie do końca, ale o tym za moment) i uroczo cyniczna historia o tym, skąd w Krainie Oz wziął się balon, czarnoksiężnik, dwie złe wiedźmy i jedna dobra. Oskar (James Franco), dość pechowy iluzjonista, ucieka balonem z cyrku przed kłopotami (związanymi z nadmiernym zainteresowaniem płcią piękną, również zamężną), wpada w tornado i ląduje w krainie Oz. Napotkana wiedźma bierze go za przepowiadanego króla, który zjednoczy królestwo. Oskar z kolei, zamiast wypełniać przepowiednię, bierze wiedźmę na całonocne tańce (film dla dzieci, jednak), bo bardziej go interesują swawole (i złoto w skarbcu szmaragdowego królestwa). To samo robi z drugą wiedźmą, po czym udaje się do trzeciej, potencjalnie złej, żeby ją pokonać. Zła nie dość, że okazuje się dobra, to jeszcze ładna, więc historia się powtarza, dotychczasowe wiedźmy wpadają w irytację. Okazuje się, że wprawdzie kuglarz nie dysponuje prawdziwą magią, ale jego umiejętności i sztuczki wystarczają do wygrywania kolejnych bitew o królestwo. Gorzej z lojalnością.

Film jest prequelem najbardziej znanej ekranizacji "Czarnoksiężnika z Oz" z 1939 i jest podobnie skomponowany - sceny dziejące się w świecie "realnym" są nakręcone w sepii, Oz jest intensywnie kolorowy. Nie wiem, czy da się podłożyć "Dark Side of the Moon" tak jak pod film z 1939 roku, ale warto spróbować.

Niestety, nie załapaliśmy się na kino, a Majut bez dubbingu/lektora nie. Szkoda, bo zdecydowanie się nadaje.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 18, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 1 komentarz - Skomentuj


Lego - Przygoda

Najpierw o tym, że Majut nie był zachwycony. Samym filmem owszem - bo klockowe krajobrazy świetne (woda z przezroczystych klocków, wybuchy, strzały i płomienie z fluoryzujących patyków i dedykowanych klocków), akcja na najprostszym poziomie do ogarnięcia przez czterolatka, ale niespecjalnie łapała żarty i mocno oprotestowała zakończenie. Mimo że "dobrze się skończyło", w czym ją trzeba było zapewniać od 3/4 filmu.

Ja też, przyznam, niespecjalnie klockowe przygody pokochałam. W warstwie wizualnej - fantastyczne, odwołania do pop-kultury (matrixowy think-tank, Gwiezdne Wojny, Batman, Green Lantern czy Władca Pierścieni) - zgrabne, dialogi - całkiem, całkiem, a łezka nostalgii obowiązkowo pociekła mi na widok błękitnego ludzika kosmonauty (miałam!) z pękniętym hełmem (też mi pękł!) i startym logo z Saturnem (też mi się starło!). Ale oglądanie mnie raczej irytowało. Może zniechęciła mnie klisza na kliszy w scenariuszu (from zero to hero, typowy ludzik Emmet przypadkiem okazuje się wybranym, który ma uratować lego-świat przed złym Lordem Biznesem i jego klej-maszyną). Może za głośna i zbyt "nastoletnia" (czy ja to napisałam?! #jestemstaraimamzazłe?!) muzyka? Może miałkość pointy? Nie wiem. W każdym razie - ładne, miejscami zabawne, ale nie w moim top100 filmów dla dzieci.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek luty 17, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Gra Endera

Moim największym zarzutem do ekranizacji "Gry" jest to, że film się nie broni jako samodzielny twór. Owszem, fan kultowy obejrzy, pewnie nawet i z przyjemnością, przypadkowy przechodzień może sięgnie po książkę. Ale zupełnie nie widzę, że sięgam po "Grę" po raz kolejny i jeszcze jeden. Owszem, jest śliczna - sala treningowa, Mazer Rakham, pejzaże, sceny walk; wszystko to eye-candy. Ale scenariusz jest za ubogi - brakuje całego tła politycznego i religijnego, konfliktu na Ziemi z zarysowanymi makiawelicznie rolami Locke'a i Demostenesa. Brakuje gry logicznej - są dwie czy trzy sceny wyjęte z kontekstu, które służą tylko do roli strzelby wypalającej w ostatnim akcie. Brakuje tego rozdarcia w pułkowniku Graffie, który kocha Endera jak własne dziecko i cierpi, kiedy musi mu zadawać kolejne ciosy, które mają wyprowadzić go na dowódcę; Harrison Ford już nie jest sprytnym Hanem Solo/Indianą Jonesem, tylko trepem z miedzianym czołem, a dołożenie politycznie poprawnej major Anderson - meh. Dzieci w Szkole Bojowej - za stare, zbyt nijakie, zbyt powierzchowne. I tu jest mój podstawowy zarzut - ładne, ale za płytko wszystko pokazane.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 14, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 8 komentarzy - Skomentuj


Robaczki z zaginionej doliny

Otóż, jak wspomniałam na facebooku, zabrałam dziecko pierwszy raz do kina. Z różnych przyczyn, przeważnie związanych z rodzinną dezorganizacją, wcześniej jakoś nie było okazji. W każdym razie, ponieważ wszyscy kochamy Minuscule - przepięknie filmowane na prawdziwych łąkach i lasach historie o animowanych owadach (dostępne na DVD na amazonie, o czym można się przekonać oglądając spory wybór na youtube) - poszliśmy na tytułowe "Robaczki". Zdziwiło mnie, że dubbing, ale może film pełnometrażowy rządzi się innymi prawami niż krótki metraż. Wprawdzie miałam poczucie, że narracja Dziadka Biedronka (Grabowski) i wnuka Bzykusia (rezolutny młodzian z wyjątkowo niezłą, jak na film polski, dykcją) niespecjalnie rozwija to, co pokazywały obłędnie zanimowane obrazki, ale potraktowałam to jako dobrodziejstwo inwentarza, czasem nawet podśmiewając się z Czerwonych czy kleptomanki Pajęczycy. Dopiero wpis na blogu Mateusza Skutnika sprawił, że opadło mi wszystko. Zapłaciłam cenę DVD za to, że ktoś wymyślił, że film składający się ze świetnych scen, doskonałej animacji, efektów dźwiękowych i muzyki się NIE SPRZEDA, więc okleił go narracyjnym dialogiem od czapy. Owszem, dziecku to w niczym nie przeszkodziło, ale jeśli chcecie mieć pojęcie, co jest nie tak, zobaczcie niemiecką Różową Panterę. To ta klasa zniszczenia zamysłu autorów.

Kupię oryginalne francuskie DVD/Blue Raya, ale nie dam zarobić grosza dystrybutorowi w PL.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 20, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 10 komentarzy - Skomentuj


Świąteczne #4morons

Przy okazji nowego roku lubię, jak jest dużo światełek - wybuchów, strzelanin i efektów. W tym roku dzięki długim weekendom i strategicznie pobranemu urlopowi miałam dużo czasu na filmy o fabule nieskomplikowanej, ale szybkiej bądź - odwrotnie - fabule bardzo skomplikowanej, ale też szybkiej. I tak:

Snatch - jeśli argument, że w filmie gra Statham, nie jest decydujący, to jest też doskonała, skomplikowana intryga, pościgi samochodowe (He's a natural, ain't you Tyrone?), doskonała ścieżka dźwiękowa (najwięcej pieniędzy poszło na opłacenie tantiem dla Madonny), aktorzy z pierwszej ligi (Farina, del Toro czy Pitt) i mnóstwo zbiegów okoliczności. Uwielbiam frazę - "Yes, London. You know: fish, chips, cup 'o tea, bad food, worse weather, Mary fucking Poppins... LONDON", "Anything to declare? Yeah. Don't go to England" czy wreszcie: "No, Tommy. There's a gun in your trousers. What's a gun doing in your trousers? It's for protection. Protection from what? Zee Germans?". I cygański akcent Brada Pitta. Wszystko uwielbiam. A, o czym jest? O diamentach, psach, napadzie na kantor oraz o ludziach, którzy nie widzą różnicy między napisem REPLICA a DESERT EAGLE .50.

Lock, stock and two smoking barrels - wcale nie słabszy od Snatcha, nawet powiedziałabym, że pod względem karkołomności skomplikowania intrygi jest lepszy. Widać jeszcze dłużyzny przy kręceniu, ale - halo - to pierwszy film, którego KAŻDY może pozazdrościć. Czterech łebskich gości chce skręcić szybką kasę na pokerze, ale zostają zrobieni w balona, a dodatkowo za zwłokę będą tracić po palcu. Nie jest to fajna opcja, więc postanawiają pozyskać walizeczkę funtów od innych cwaniaczków. W trakcie pozyskiwania pada wiele strzałów (tylko niekoniecznie z zabytkowej broni), tryska sporo krwi, wiele środków płatniczych przechodzi z ręki do ręki. Niekoniecznie w takiej kolejności, w jakiej sobie poszczególni uczestnicy układanki wyobrażali. Taki twist podwójnie zakręcony. A, wspominałam, że jest Statham?

Expendables - zacznę od tego, że jest Statham. A oprócz nieco cały worek idoli epoki zjechanego, wielokrotnie przegrywanego VHS - Sylvester Stallone, Arnold Schwarzenegger, Dolf Lundgren, Jet Lee, Eric Roberts czy Mickey Rourke. Panowie są najemnikami i wynajmują się do czegokolwiek, byle zyskownego. Oczywiście w ramach swojej, czasem specyficznej, etyki. Nie jest to film do wielokrotnego oglądania, jak poprzednie, ale zawiera niezbędną dawkę absurdu typu zraszanie paliwem pomostu, a następnie podpalanie go przez człowieka zwisającego z dziobu lecącego samolotu w celu uzyskania malowniczego wybuchu. Oraz garść uroczych żartów, jakimi raczą się nieco podstarzali i pokryci zmarszczkami bohaterowie.

Iron Man 3 - tak, wiem, nie pojawia się Statham, ale dla Roberta Downeya Jr-a robię zawsze wyjątek. To film o tym, że samozakładająca się zbroja to wynalazek na miarę krojonego chleba oraz że lepiej nie żartować sobie kosztem ambitnych nerdów z wadą zgryzu. Zgryz sobie z wiekiem poprawią, ale uraza pozostaje. Zły człowiek, Mandaryn, powoduje zamachy terrorystyczne za pomocą wybuchów, co irytuje prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz w domu Tony'ego Starka, co irytuje tego ostatniego, bo nie dość, że mu porywa małżonkę, to jeszcze wysadza posesję w powietrze. Ponieważ nie ma dostępu do kompletnej zbroi, buduje sobie nową z ziemniaka i kilku nakrętek, a następnie idzie ratować świat. W międzyczasie dokonuje przechwycenia Air Force One oraz pasażerów luzem i odkrywa tajemnicę porywczych ludzi świecących w ciemnościach. Oczywiście, potem żyją długo i szczęśliwie, a ja nieustająco uwielbiam niezobowiązującą elegancję RDJ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 2, 2014

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj