Let's dance
Put on your red shoes and dance the blues.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Put on your red shoes and dance the blues.
Ciepły leniwy film o ludziach, którzy szukają miłości. Takich zwykłych, zupełnie ze sobą niezwiązanych, których ścieżki się ze sobą splatają w seriach przypadków. Dwie nastolatki drażnią się ze starszym mężczyzną, który ewidentnie ma na nie ochotę. Ojciec dwóch synów, Richard, który rozstał się z żoną, spotyka Christine - po godzinach artystkę, a w godzinach - taksówkarkę wożącą starszych ludzi. Christine chce pokazać swoją twórczość światu w lokalnej galerii, ale napotyka niechęć od strony kustoszek. Starszy syn Richarda wchodzi w bliższy kontakt z nastolatkami, które chcą na nim przetrenować swoje umiejętności łóżkowe. Młodszy, kilkulatek, rozpoczyna erotyczną rozmowę z nieznajomą/-ym na internetowym czacie. Finał filmu splata losy wszystkich ze sobą tak, jak mógłby to zrobić w przereklamowanej i zbyt wysoko jak dla mnie ocenianej Magnolii (a do tego bez obciachowej piosenki, gdzie wszyscy tańczą w deszczu żab).
Ciepły leniwy film o ludziach, którzy szukają miłości. Takich zwykłych, zupełnie ze sobą niezwiązanych, których ścieżki się ze sobą splatają w seriach przypadków. Dwie nastolatki drażnią się ze starszym mężczyzną, który ewidentnie ma na nie ochotę. Ojciec dwóch synów, Richard, który rozstał się z żoną, spotyka Christine - po godzinach artystkę, a w godzinach - taksówkarkę wożącą starszych ludzi. Christine chce pokazać swoją twórczość światu w lokalnej galerii, ale napotyka niechęć od strony kustoszek. Starszy syn Richarda wchodzi w bliższy kontakt z nastolatkami, które chcą na nim przetrenować swoje umiejętności łóżkowe. Młodszy, kilkulatek, rozpoczyna erotyczną rozmowę z nieznajomą/-ym na internetowym czacie. Finał filmu splata losy wszystkich ze sobą tak, jak mógłby to zrobić w przereklamowanej i zbyt wysoko jak dla mnie ocenianej Magnolii (a do tego bez obciachowej piosenki, gdzie wszyscy tańczą w deszczu żab).
Wiało jak nie wiem co, ale szczelne zawinięcie w chustę oraz gruby kaptur pozwoliły iść nam dziś po najlepsze gołąbki w Poznaniu. Boczna droga, lasek z iglakami i kwitnącymi drzewami owocowymi, w końcu powrót do cywilizacji i domy z pięknymi ogrodami. Tym razem Maj nie usnął w drodze do, objaśniłam więc, co to są gołąbki i się tylko tak nazywają, budząc chyba pewien entuzjazm u panów proweniencji budowlanej, spożywających w głębi gołębianego baraczku. Przed baraczkiem, zaraz obok kartki głoszącej, że "Prosimy nie karmić kota", pożywiał się śliczny czarno-biały dachowiec z niesamowitymi mitenkami na przednich łapach - całe łapy czarne, a tylko paluszki białe, z łagodnymi owalami dookoła każdego palca (niestety, ze względu na brak chwytnego ogona, nie mam nic do pokazania, a szkoda). Ponieważ zostały mi jeszcze jakieś drobne, poszłyśmy do mojej ulubionej warzywnej budy opodal, gdzie - jak przystało na zieleninowego profana - zapytałam, co to za fajna mierzwa zieleni i dowiedziałam się, że szpinak. Sympatyczny pan chciał mi tę mierzwę opylić w całości, ale wyjawiłam, że ja szpinaku to niespecjalnie, ale córce bym trochę ugotowała i co pan na to. Pan na to bez problemu wygarnął z wora odpowiednio mniejszą porcję i powiedział, że normalnie to by nie dzielił na mniejsze, ale dla dziecka...
Wracałyśmy w podmuchach coraz to silniejszego wiatru, jedna Majowa ręka na moim obojczyku, druga na ramieniu. Żeby się dziecku nie nudziło, zaczęłam śpiewać durne rymowanki o tym, że poprzez lasy, poprzez bory, maszerują sobie stwory czy że przez ugory i choinki pokwikując biegną świnki, kiedy zorientowałam się, że mały cieplutki Maj od jakiegoś czasu już drzemie przytulony policzkiem do mojego mostka, posapując czasem. Borem, lasem.
Wiało jak nie wiem co, ale szczelne zawinięcie w chustę oraz gruby kaptur pozwoliły iść nam dziś po najlepsze gołąbki w Poznaniu. Boczna droga, lasek z iglakami i kwitnącymi drzewami owocowymi, w końcu powrót do cywilizacji i domy z pięknymi ogrodami. Tym razem Maj nie usnął w drodze do, objaśniłam więc, co to są gołąbki i się tylko tak nazywają, budząc chyba pewien entuzjazm u panów proweniencji budowlanej, spożywających w głębi gołębianego baraczku. Przed baraczkiem, zaraz obok kartki głoszącej, że "Prosimy nie karmić kota", pożywiał się śliczny czarno-biały dachowiec z niesamowitymi mitenkami na przednich łapach - całe łapy czarne, a tylko paluszki białe, z łagodnymi owalami dookoła każdego palca (niestety, ze względu na brak chwytnego ogona, nie mam nic do pokazania, a szkoda). Ponieważ zostały mi jeszcze jakieś drobne, poszłyśmy do mojej ulubionej warzywnej budy opodal, gdzie - jak przystało na zieleninowego profana - zapytałam, co to za fajna mierzwa zieleni i dowiedziałam się, że szpinak. Sympatyczny pan chciał mi tę mierzwę opylić w całości, ale wyjawiłam, że ja szpinaku to niespecjalnie, ale córce bym trochę ugotowała i co pan na to. Pan na to bez problemu wygarnął z wora odpowiednio mniejszą porcję i powiedział, że normalnie to by nie dzielił na mniejsze, ale dla dziecka...
Wracałyśmy w podmuchach coraz to silniejszego wiatru, jedna Majowa ręka na moim obojczyku, druga na ramieniu. Żeby się dziecku nie nudziło, zaczęłam śpiewać durne rymowanki o tym, że poprzez lasy, poprzez bory, maszerują sobie stwory czy że przez ugory i choinki pokwikując biegną świnki, kiedy zorientowałam się, że mały cieplutki Maj od jakiegoś czasu już drzemie przytulony policzkiem do mojego mostka, posapując czasem. Borem, lasem.
Przedziwny, bardzo Gilliamowy film. Jeliza-Rose ma 9 lat, bogatą wyobraźnię i rodziców narkomanów. Najpierw przedawkowuje matka, potem ojciec, ale nie przeszkadza to dziewczynce żyć w świecie swojej wyobraźni, wprowadzając w ten świat elementy realności - zwłoki ojca, główki lalek na czubkach swoich palców, złowieszczą sąsiadkę i jej niepełnosprawnego intelektualnie syna. Bardzo piękne, ciepłe, złocisto-jesienne obrazy i niepokojąca, zupełnie nieprzystająca do niespełna 10-letniej dziewczynki treść - dużo zabawy odbieraniem dorosłego przez dziecko. Dużo nawiązań do książkowej "Alicji w Krainie Czarów", sporo makabry i nasycenia nierealnością. Podobało mi się, ale rozbolała mnie głowa.
Przedziwny, bardzo Gilliamowy film. Jeliza-Rose ma 9 lat, bogatą wyobraźnię i rodziców narkomanów. Najpierw przedawkowuje matka, potem ojciec, ale nie przeszkadza to dziewczynce żyć w świecie swojej wyobraźni, wprowadzając w ten świat elementy realności - zwłoki ojca, główki lalek na czubkach swoich palców, złowieszczą sąsiadkę i jej niepełnosprawnego intelektualnie syna. Bardzo piękne, ciepłe, złocisto-jesienne obrazy i niepokojąca, zupełnie nieprzystająca do niespełna 10-letniej dziewczynki treść - dużo zabawy odbieraniem dorosłego przez dziecko. Dużo nawiązań do książkowej "Alicji w Krainie Czarów", sporo makabry i nasycenia nierealnością. Podobało mi się, ale rozbolała mnie głowa.
Cały czas mam to wzięte nie wiadomo skąd przekonanie, że kiedyś kupię jedną z willi na Sołaczu. Rzut beretem od parku, kilka kroków od Francuskiego Łącznika. Z wiewiórkami bywającymi w ogrodzie i niedzielnymi spacerowiczami zaglądającymi z ciekawością w moje okna.
I kto powiedział, że nie da się wiewiórki 50-tką?

Cały czas mam to wzięte nie wiadomo skąd przekonanie, że kiedyś kupię jedną z willi na Sołaczu. Rzut beretem od parku, kilka kroków od Francuskiego Łącznika. Z wiewiórkami bywającymi w ogrodzie i niedzielnymi spacerowiczami zaglądającymi z ciekawością w moje okna.
I kto powiedział, że nie da się wiewiórki 50-tką?

Zamotałam się z dzieckiem w chustę i poszłam do sklepu. Dziecko z mamą w chuście budzi bardzo pozytywne emocje. Mama kupująca butelkę piwa i płacąca drobniakami - niekoniecznie.
PS No przecież nie będę tłumaczyć pani w sklepie, że to do pysznego gulaszu.