Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Dr Horrible's Sing-Along Blog

U Evvy na soupie [2021 - link nieaktualny] znalazłam teledysk, a za teledyskiem trafiłam na pyszny musical. Dr Horrible (Barney z "How I Met Your Mother") prowadzi poczytnego bloga. Jest zakochany w pannie, którą spotyka w pralni, ale boi się z nią porozmawiać. Do pralni chodzi prywatnie, a zawodowo aspiruje do mega-złoczyńcy, próbując wynaleźć jakąś sprytną broń masowego rażenia. Przeszkadza mu w tym superbohater - kapitan Hammer (Mal z "Firefly"/Rick Castle z "Castle"), który nie dość, że płaszczy Dra Horrible'a fizycznie, to jeszcze mentalnie, podbierając mu pannę. W tle przewija się współpracownik doktora, wiecznie wilgotny Moist (Wolowitz z "Big Bang Theory"). Surowość środków wyrazu z naddatkiem rekompensuje treść. Królowa wiadomo.

Kiedyś musical można było obejrzeć na stronie www, ale już nie. Bo po co.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 27, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Wsi spokojna, wsi zmoczona

Mimo niesamowitego słońca grzejącego w plecy nie można Promienistą przejść suchą nogą. Można kombinować, pchając wózek przez wodę, a samemu idąc brzegiem bajora, ale tam zwykle zalega warstwa lodu i można się radośnie wykopyrtnąć. Więc czasem lepiej przebrnąć przez wodę, ryzykując zamoczenie obuwia, ale za to unikając poślizgu.

Ale ja nie o tym. Leniwie przesuwałam się dziś z pojazdem i obserwowałam pieska-sukinsynka (u psów to chyba nie wyzwisko?). Nieduży, trójkolorowy łaciaty pseudo-terrier biegł przede mną od bramy do bramy i irytował siedzące za bramami psy, a kiedy już zabramowe psy dostawały piany na pysku, podsikiwał kolejny kawałek płotu i truchtał dalej z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Nie wiedzieć czemu nagle pomyślałam, że bardzo fajnie jest nie chodzić do pracy.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 26, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Wsi spokojna, wsi zmoczona

Mimo niesamowitego słońca grzejącego w plecy nie można Promienistą przejść suchą nogą. Można kombinować, pchając wózek przez wodę, a samemu idąc brzegiem bajora, ale tam zwykle zalega warstwa lodu i można się radośnie wykopyrtnąć. Więc czasem lepiej przebrnąć przez wodę, ryzykując zamoczenie obuwia, ale za to unikając poślizgu.

Ale ja nie o tym. Leniwie przesuwałam się dziś z pojazdem i obserwowałam pieska-sukinsynka (u psów to chyba nie wyzwisko?). Nieduży, trójkolorowy łaciaty pseudo-terrier biegł przede mną od bramy do bramy i irytował siedzące za bramami psy, a kiedy już zabramowe psy dostawały piany na pysku, podsikiwał kolejny kawałek płotu i truchtał dalej z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Nie wiedzieć czemu nagle pomyślałam, że bardzo fajnie jest nie chodzić do pracy.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 26, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 3 komentarze - Skomentuj


20 i 6

Za jakieś trzy godziny minie pół roku życia Mai. Pół roku to niedużo, ale dla niej to na razie całe, dziwne, nowe i zaskakujące życie. Ja też się dużo nauczyłam. O niej, ale bardziej o sobie. Przez większość czasu się odnajduję, gubię się już tylko znienacka.

PS Równe obcinanie małych paznokietków to ta część, w której się gubię.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 26, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


20 i 6

Za jakieś trzy godziny minie pół roku życia Mai. Pół roku to niedużo, ale dla niej to na razie całe, dziwne, nowe i zaskakujące życie. Ja też się dużo nauczyłam. O niej, ale bardziej o sobie. Przez większość czasu się odnajduję, gubię się już tylko znienacka.

PS Równe obcinanie małych paznokietków to ta część, w której się gubię.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek luty 26, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Maja - - 6 komentarzy - Skomentuj


National Geographic

Tak jak przy autostradzie najpiękniejsze widoki znajdują się tam, gdzie nie można się zatrzymać, tak najlepsze potencjalne zdjęcia można robić wtedy, kiedy się nie ma aparatu pod ręką. Chwilę przed siódmą, za oknem mleczna mgła, robi się jasno takim miękkim, gładkim światłem. Na parapecie zza błękitnych zasłon widać monochromatycznego w tym świetle Szarszyka, drzemiącego z dziobem opartym o pluszową multikolorową kostkę.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 25, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


National Geographic

Tak jak przy autostradzie najpiękniejsze widoki znajdują się tam, gdzie nie można się zatrzymać, tak najlepsze potencjalne zdjęcia można robić wtedy, kiedy się nie ma aparatu pod ręką. Chwilę przed siódmą, za oknem mleczna mgła, robi się jasno takim miękkim, gładkim światłem. Na parapecie zza błękitnych zasłon widać monochromatycznego w tym świetle Szarszyka, drzemiącego z dziobem opartym o pluszową multikolorową kostkę.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 25, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sweet Surrender

Czasem wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby znaleźć nowe miejsce. Czasem nowe miejsce sugeruje się samo. Za pomocą jednego komentarza i jednego maila trafiłam do urokliwej kawiarenki "Sweet Surrender", mieszczącej się w jednej z jeżyckich kamienic. Dużo bym dała, żeby w takiej kamienicy zamieszkać. Piękne, wysokie okna, wysokie sufity, przestrzeń, w której można oddychać.

Mam też słabość do kawiarnianej stylistyki - miękkich foteli (każdy inny), wygodnych kanap z poduszkami, półeczek, na których stoją modele starych samochodów, ścian, na których tłoczą się zdjęcia i obrazy. Takie kawiarnie pasują do każdego miasta i w każdej czuję się tak samo dobrze. Zachwyciły mnie kolory - przyzwyczaiłam się mentalnie do białości ścian i pewnej ascetyczności wnętrz, a tu napotkałam kolor. Ciepły, intensywny, czasem zaskakujący, ładnie skontrastowany spokojną podłogą w czarno-białą kratę.

Dużo mebli, obrazów i ozdób[1] pochodzi z targu w Starej Rzeźni (na który wybieram się od sierpnia i dotrzeć nie mogę), twórczo odnowionych czy zaadaptowanych przez właścicielkę[2].

Jedyną wadą "Sweet Surrender" jest to, że oficjalnie otwarta będzie w kwietniu. Nie mogę się doczekać. Na razie dyskretnie pominę więc adres, ale wrócę do tego.

[1] Mam słabość do elementów starych zegarów. Taką trochę ambiwalentną, bo z jednej strony zębate kółka czy cyferblat luzem oznaczają, że jakiś zegar odszedł na drugą stronę zegarowej tęczy, gdzie słychać "Time" Pink Floyd. Z drugiej - to nowe życie, bez wskazówek, konieczności nakręcania i codziennego pośpiechu.

[2] Lubię, jak za miejscami stoją historie. Tu jest historia pary Amerykanów podróżujących po świecie. Historia wielokulturowa i z tłem. Dzięki temu to miejsce, gdzie można porozmawiać nie tylko po polsku i spróbować nie tylko polskiej kuchni.

PS Oczywiście, że notka jest sponsorowana za pomocą doskonałej kawy i pysznego apple cideru. Dziękuję, Helko!

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 25, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Sweet Surrender

Czasem wcale nie trzeba wychodzić z domu, żeby znaleźć nowe miejsce. Czasem nowe miejsce sugeruje się samo. Za pomocą jednego komentarza i jednego maila trafiłam do urokliwej kawiarenki "Sweet Surrender", mieszczącej się w jednej z jeżyckich kamienic. Dużo bym dała, żeby w takiej kamienicy zamieszkać. Piękne, wysokie okna, wysokie sufity, przestrzeń, w której można oddychać.

Mam też słabość do kawiarnianej stylistyki - miękkich foteli (każdy inny), wygodnych kanap z poduszkami, półeczek, na których stoją modele starych samochodów, ścian, na których tłoczą się zdjęcia i obrazy. Takie kawiarnie pasują do każdego miasta i w każdej czuję się tak samo dobrze. Zachwyciły mnie kolory - przyzwyczaiłam się mentalnie do białości ścian i pewnej ascetyczności wnętrz, a tu napotkałam kolor. Ciepły, intensywny, czasem zaskakujący, ładnie skontrastowany spokojną podłogą w czarno-białą kratę.

Dużo mebli, obrazów i ozdób[1] pochodzi z targu w Starej Rzeźni (na który wybieram się od sierpnia i dotrzeć nie mogę), twórczo odnowionych czy zaadaptowanych przez właścicielkę[2].

Jedyną wadą "Sweet Surrender" jest to, że oficjalnie otwarta będzie w kwietniu. Nie mogę się doczekać. Na razie dyskretnie pominę więc adres, ale wrócę do tego.

[1] Mam słabość do elementów starych zegarów. Taką trochę ambiwalentną, bo z jednej strony zębate kółka czy cyferblat luzem oznaczają, że jakiś zegar odszedł na drugą stronę zegarowej tęczy, gdzie słychać "Time" Pink Floyd. Z drugiej - to nowe życie, bez wskazówek, konieczności nakręcania i codziennego pośpiechu.

[2] Lubię, jak za miejscami stoją historie. Tu jest historia pary Amerykanów podróżujących po świecie. Historia wielokulturowa i z tłem. Dzięki temu to miejsce, gdzie można porozmawiać nie tylko po polsku i spróbować nie tylko polskiej kuchni.

PS Oczywiście, że notka jest sponsorowana za pomocą doskonałej kawy i pysznego apple cideru. Dziękuję, Helko!

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek luty 25, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 4 komentarze - Skomentuj


Castle

Ach! Rzadko zdarza się serial, który mnie zachwyca od pierwszego odcinka. Ba, seriale, które zaczęłam uwielbiać, czasem zaczynały się lewą nogą i początki przeziewywałam. Tak było z "Firefly", którego pierwszy i drugi odcinek obejrzałam z czystej uprzejmości, a potem się okazało, że nie mogę się od ekranu oderwać. Tutaj od razu dostałam truskaweczkę - w roli głównej występuje Mal ze wspomnianego serialu i jest dokładnie taki, jaki byłby Mal we współczesnym świecie - szarmancki, błyskotliwy, złośliwy i przedsiębiorczy.

Rick Castle to poczytny autor powieści kryminalnych. Dwukrotnie rozwiedziony, mieszka (w przepięknym nowojorskim lofcie!) z nader spokojną i poukładaną 15-letnią córką i egzaltowaną a nieobliczalną matką - aktorką. Poznaje uroczą policjantkę, Kate Beckett, kiedy przestępca zaczyna kopiować sposoby morderstw z jego książek. Łatwo się domyślić, że zaczyna między nimi iskrzyć, bo i Castle nie jest taki ostatni, a detektyw Beckett to piękna kobieta. W ramach szukania natchnienia do następnych książek, Castle wkręca się do nowojorskiej policji jako konsultant (co nie jest specjalnym problemem, bo ma wszędzie znajomości). Wbrew niechęci detektyw Beckett musi po jakimś czasie przyznać, że Castle pomaga w prowadzeniu śledztwa. Każdy odcinek to inna sprawa, ale jak to w serialach, w tle przewija się wątek morderstwa na jednym z członków rodziny pani detektyw.

Jedna z moich ulubionych scen.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 20, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj