"Shoe-shopping" w "Scrubs" to był sygnał, że panowie mogą zacząć myśleć o czymś zupełnie innym, co zupełnie serio polecam. Bo będzie o butach. W kwestii butów jestem marudna do obrzydzenia i kupienie czegokolwiek zajmuje mi wieki. A to podeszwa nie taka (tak, ma być prosta, nie zachodząca na but), a to obcas zupełnie nie (albo prosty albo szpilka, żadnych rozklapcianych konstrukcji, wyglądających tak, jakby ktoś na nie nadepnął i nie dały rady się już podnieść), a to całość buta obfajdana ozdóbkami, cekinami, szwami w kolorach zupełnie innych niż trzeba, a to z lakierowanej skóry (i się świeci jak psu części frywolne), a to z czubem, który budzi jedynie silne uczucie umieszczenie go w zadku pożal się Bogini projektanta albo - równie okropne - wyciętym w kwadrat. I mniej więcej tak wygląda każde moje wyjście po nowe buty. TŻ jest człowiekiem cierpliwym i ofiarnym, nie zraża się, jak obdarzam niechętnym spojrzeniem każde pokazywane przez niego obuwie, ale staram się go nie męczyć specjalnie. Dlatego w tym roku kupiłam sobie akurat na zakończenie zimy kozaczki za pomocą trzech przypadkowych kliknięć na stronie butyk.pl. Wyglądają jak obuwie noszone przez Mimblę w "Dolinie Muminków w listopadzie" (ogólnie mam wrażenie, że wszystkie Mimble nosiły takie same ciuchy i obuw) i może dlatego budzą u mnie bardzo pozytywne konotacje.
I tyle (jak nie ma się o czym pisać, to można pisać o butach *eg*). Na zakończenie - "lace bra" (tym się w "Scrubsach" przywraca panów do życia).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 26, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Z lektury którychś niedawnych Wysokich Obcasów wyszło, że jestem niewyrafinowaną fanką "chic lit", czyli literatury pisanej przez panie dla pań, pokazującej świat skupiający się na zakupach, życiu uczuciowym, ocieraniu o sławy i układaniu stosunków z rodzicami/otoczeniem i światem. Mnie z kolei wyszło, że się wcale tego nie wstydzę (ba! każdą nową Marian Keyes witam z wielką przyjemnością). Chic lit od prawdziwej kobiecej prozy (pochwalanej zapewne przez Kingę Dunin) różni się głównie okładką (różową albo ze standardowym obcasikiem). Tytułowa książka Moriarty nie zawiera wprawdzie obcasika, ale łóżko na okładce ma kolor ewidentnie różowy. Przyznam się bez bicia, że po prostu spodobał mi się tytuł (so sue me).
Nietypowo, książka jest australijska, więc blisko do oceanu (gdzie jedna z bohaterek dostaje czubkiem parasola plażowego w czoło i ma potem gustowną bliznę w kształcie gwiazdki i traumę na całe życie), a jednocześnie może spaść śnieg (kilkucentymetrowa warstwa sprawia, że całe Sydney ogłasza zimę stulecia, komunikacja przestaje jeździć, a ludzie się gromadzą, żeby się wspólnie ogrzać). To zgrabnie poukładana historia wielopokoleniowej rodziny Zingów, opowiadana z perspektywy jej różnych członków, przeplatana wspominkami z młodości Maude, babci Zing. Zingowie mają na podwórku szopę, w której trzymają Sekret. Sekret jest na tyle ważny, że całkowicie zmienia życie Cath, nauczycielki okolicznej szkoły podstawowej i zaocznej studentki prawa. Opowieści poszczególnych pań: Maude - babci, o balonach i odsłaniające po kawałku historię rodziny, córek: Fancy - matki małej Cassie, roztargnionej i depresyjnej żony piszącej zarobkowo powieści erotyczne i Marbie - postępującej impulsywnie, co prowadzi do rozstania z chłopakiem i utratą kontaktu z jego młodszą siostrą, niezbyt szczęśliwą nastolatką Listen oraz Cassie, 10-letnią córką Fancy, nadużywającą świeżo poznanych i egzotycznie brzmiących słów (typu "cipa"). Osią historii jest wspomniany Sekret i magiczna książka, którą znajduje Listen. Książka obiecuje, że jeśli będzie po kolei wykonywała zaklęcia, to zacznie być szczęśliwa i wszystko zakończy się dobrze. Wraz z kolejnymi zaklęciami, które pokazują siłę przypadku ("Co zrobić, żeby zepsuł się odkurzacz" czy "Jak sprawić, żeby ktoś zjadł ciastko"), odsłaniane są po kolei wszystkie tajemnice i wyjaśniane przypadki, które w zgrabny ciąg zbiegów okoliczności prowadzą do happy endu. Sympatyczne czytadełko na kilka wieczorów (albo na leżaczek przy basenie, okładka będzie pasować do kolorowego drinka z palemką).
#6
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 23, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Z lektury którychś niedawnych Wysokich Obcasów wyszło, że jestem niewyrafinowaną fanką "chic lit", czyli literatury pisanej przez panie dla pań, pokazującej świat skupiający się na zakupach, życiu uczuciowym, ocieraniu o sławy i układaniu stosunków z rodzicami/otoczeniem i światem. Mnie z kolei wyszło, że się wcale tego nie wstydzę (ba! każdą nową Marian Keyes witam z wielką przyjemnością). Chic lit od prawdziwej kobiecej prozy (pochwalanej zapewne przez Kingę Dunin) różni się głównie okładką (różową albo ze standardowym obcasikiem). Tytułowa książka Moriarty nie zawiera wprawdzie obcasika, ale łóżko na okładce ma kolor ewidentnie różowy. Przyznam się bez bicia, że po prostu spodobał mi się tytuł (so sue me).
Nietypowo, książka jest australijska, więc blisko do oceanu (gdzie jedna z bohaterek dostaje czubkiem parasola plażowego w czoło i ma potem gustowną bliznę w kształcie gwiazdki i traumę na całe życie), a jednocześnie może spaść śnieg (kilkucentymetrowa warstwa sprawia, że całe Sydney ogłasza zimę stulecia, komunikacja przestaje jeździć, a ludzie się gromadzą, żeby się wspólnie ogrzać). To zgrabnie poukładana historia wielopokoleniowej rodziny Zingów, opowiadana z perspektywy jej różnych członków, przeplatana wspominkami z młodości Maude, babci Zing. Zingowie mają na podwórku szopę, w której trzymają Sekret. Sekret jest na tyle ważny, że całkowicie zmienia życie Cath, nauczycielki okolicznej szkoły podstawowej i zaocznej studentki prawa. Opowieści poszczególnych pań: Maude - babci, o balonach i odsłaniające po kawałku historię rodziny, córek: Fancy - matki małej Cassie, roztargnionej i depresyjnej żony piszącej zarobkowo powieści erotyczne i Marbie - postępującej impulsywnie, co prowadzi do rozstania z chłopakiem i utratą kontaktu z jego młodszą siostrą, niezbyt szczęśliwą nastolatką Listen oraz Cassie, 10-letnią córką Fancy, nadużywającą świeżo poznanych i egzotycznie brzmiących słów (typu "cipa"). Osią historii jest wspomniany Sekret i magiczna książka, którą znajduje Listen. Książka obiecuje, że jeśli będzie po kolei wykonywała zaklęcia, to zacznie być szczęśliwa i wszystko zakończy się dobrze. Wraz z kolejnymi zaklęciami, które pokazują siłę przypadku ("Co zrobić, żeby zepsuł się odkurzacz" czy "Jak sprawić, żeby ktoś zjadł ciastko"), odsłaniane są po kolei wszystkie tajemnice i wyjaśniane przypadki, które w zgrabny ciąg zbiegów okoliczności prowadzą do happy endu. Sympatyczne czytadełko na kilka wieczorów (albo na leżaczek przy basenie, okładka będzie pasować do kolorowego drinka z palemką).
#6
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 23, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2008
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ja gorąco wierzę, że Ingmar Bergman to wielki reżyser jest, mimo że nie widziałam "Siódmej pieczęci" ani "Tam, gdzie rosną poziomki" (i chętnie obejrzę). Natomiast "Wieczór kuglarzy" nie zachęca. Jak w polskim kinie - nuda, panie, nic się nie dzieje. To tu, to tam jeździ sobie cyrk. Tutaj się rozbiera żona klauna przed garnizonem wojska (niby żeby się z wojakami wykąpać w jeziorze, ale i tak wstyd jak beret z antenką), klaun biegnie ją przyprowadzić do domu, bo co mu się będzie się szlajała. Potem sobie jadą i przyjeżdżają do miasteczka, z którego właściciel cyrku wyjechał, bo nudziło go mieszczańskie życie i chciał być taki bardziej bohema. Żona, którą zostawił z synami, ceruje mu marynarkę i namawia, żeby wrócił. Kochanka idzie z nim do teatru ("my są też artyści, pożyczcie trochę fancy ciuszków na przedstawienie"), daje się przelecieć przystojnemu (no, na skalę tego filmu to może, ale normalnie z karczocha lepszego amanta można wystrugać) aktorowi, bo obiecał jej biżuta, za który może przeżyć rok (yeah, right). Na końcu właściciel cyrku daje na arenie w paszczę amantowi, a potem amant spuszcza mu łomot. Finał to pijaństwo, które kończy się zastrzeleniem niedźwiedzia, bo i tak był stary i się męczył (duży punkt dla klauna, który nalega, żeby przy okazji też i jego żonę zastrzelić, bo już stara). Jestem płytka i niewiele z wielkiej sztuki przez duże S rozumiem, ale - jak już wspomniałam - nuda, panie. I metafor nie łapię, bo pewnie cyrk to jakaś wyrafinowana metafora czegoś więcej niż mieszczańskie życie (do którego się wraca pożyczyć ciuchy i żeby zacerować marynarkę).
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 23, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Ja gorąco wierzę, że Ingmar Bergman to wielki reżyser jest, mimo że nie widziałam "Siódmej pieczęci" ani "Tam, gdzie rosną poziomki" (i chętnie obejrzę). Natomiast "Wieczór kuglarzy" nie zachęca. Jak w polskim kinie - nuda, panie, nic się nie dzieje. To tu, to tam jeździ sobie cyrk. Tutaj się rozbiera żona klauna przed garnizonem wojska (niby żeby się z wojakami wykąpać w jeziorze, ale i tak wstyd jak beret z antenką), klaun biegnie ją przyprowadzić do domu, bo co mu się będzie się szlajała. Potem sobie jadą i przyjeżdżają do miasteczka, z którego właściciel cyrku wyjechał, bo nudziło go mieszczańskie życie i chciał być taki bardziej bohema. Żona, którą zostawił z synami, ceruje mu marynarkę i namawia, żeby wrócił. Kochanka idzie z nim do teatru ("my są też artyści, pożyczcie trochę fancy ciuszków na przedstawienie"), daje się przelecieć przystojnemu (no, na skalę tego filmu to może, ale normalnie z karczocha lepszego amanta można wystrugać) aktorowi, bo obiecał jej biżuta, za który może przeżyć rok (yeah, right). Na końcu właściciel cyrku daje na arenie w paszczę amantowi, a potem amant spuszcza mu łomot. Finał to pijaństwo, które kończy się zastrzeleniem niedźwiedzia, bo i tak był stary i się męczył (duży punkt dla klauna, który nalega, żeby przy okazji też i jego żonę zastrzelić, bo już stara). Jestem płytka i niewiele z wielkiej sztuki przez duże S rozumiem, ale - jak już wspomniałam - nuda, panie. I metafor nie łapię, bo pewnie cyrk to jakaś wyrafinowana metafora czegoś więcej niż mieszczańskie życie (do którego się wraca pożyczyć ciuchy i żeby zacerować marynarkę).
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota luty 23, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
- Ty, gdzie jest ulica 27 grudnia? (puste spojrzenie rozmówczyni) Gdzieś koło Empiku, nie?
- A, tak! Pracowałam kiedyś w Pizza Hut i to tam. Pamiętam, że była jakaś tabliczka z datą, ale nie pamiętałam, jaką.
Kurtyna.
Uprzedzając pytania - panie jechały z piętra (albo dwa) wyżej, więc nikt z naszej wioski.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
- Ty, gdzie jest ulica 27 grudnia? (puste spojrzenie rozmówczyni) Gdzieś koło Empiku, nie?
- A, tak! Pracowałam kiedyś w Pizza Hut i to tam. Pamiętam, że była jakaś tabliczka z datą, ale nie pamiętałam, jaką.
Kurtyna.
Uprzedzając pytania - panie jechały z piętra (albo dwa) wyżej, więc nikt z naszej wioski.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Śmieszne, Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... nieodmiennie. Dość fascynuje mnie, jaki ciąg skojarzeń zmusił ludzi do wpisania w wyszukiwarkę tego, co poniżej:
- chce sie umowic z s.e.x mamuska
- piosenka towe ragen go go go [never heard]
- robienie owoców kandyzowanych
- rozdzieranie majtek[Rejtan inaczej?]
- rozmowa z immigration na lotnisku
- co jak w przelewie zle wpisze nr konta [przelew nie dojdzie]
- gorąca polska nastolatka robi loda [no to żeście się parę desek spóźnili]
- rosja wwozić jedzenie [może wódkę też?]
- vanessa pokazuje cycki
- walenie konia i numery tel [walenie numeru tel?]
- wygląd kelnera włoskiego
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... nieodmiennie. Dość fascynuje mnie, jaki ciąg skojarzeń zmusił ludzi do wpisania w wyszukiwarkę tego, co poniżej:
- chce sie umowic z s.e.x mamuska
- piosenka towe ragen go go go [never heard]
- robienie owoców kandyzowanych
- rozdzieranie majtek[Rejtan inaczej?]
- rozmowa z immigration na lotnisku
- co jak w przelewie zle wpisze nr konta [przelew nie dojdzie]
- gorąca polska nastolatka robi loda [no to żeście się parę desek spóźnili]
- rosja wwozić jedzenie [może wódkę też?]
- vanessa pokazuje cycki
- walenie konia i numery tel [walenie numeru tel?]
- wygląd kelnera włoskiego
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Śmieszne -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Dla młodych po prawdzie też nie. Najnowszy film braci Cohen pokazuje dość trywialną prawdę - jeśli w grę wchodzą pieniądze, narkotyki i najemni mordercy (nawet z kodeksem, którego się trzymają jak pijany płotu), to się nie ma co oglądać, tylko trzeba uciekać tak daleko, jak się da. Llewellyn Moss przez cały film ucieka, usiłując wynieść zgrabną walizeczkę z dwoma milionami dolarów (no, trochę mniej, bo w jednej paczce jest wycięta dziura na zawartość niespodziewaną) z centrum zamieszania na środku pustyni (kilka rozwalonych samochodów, kilka trupów, w tym co najmniej jeden psi). Mimo że Texas ma sporo powierzchni mniej lub bardziej użytkowej i teoretycznie zaszycie się w jakimś miłym zakątku nie byłoby specjalnie skomplikowane, podąża za nim psychopatyczny morderca. I jak mówię, że psychopatyczny, to psychopatyczny - lubi sobie postrzelać czy powybijać otwory w zamkach czy czołach za pomocą butli ze sprężonym powietrzem.
Licznik trupów tyka przez cały film, krew się leje na prerię strumieniami, a częściowo z offu, częściowo z drugiego planu komentuje to wszystko (upadek obyczajów, za naszych czasów to tak nie było, co za gruby nietakt) stary szeryf (bardzo dobry Tommy Lee Jones). Jeśli dla kogoś wartości samej w sobie nie stanowią sielskie, przestrzenne pejzaże amerykańskich pustkowi, route'ów prowadzących po horyzont czy małych miasteczek, a nie przepada za masową i dość nieuzasadnioną rozwałką przestępców, niewinnych przechodniów i wszelkiej żywiny w zasięgu wzroku, to lepiej zainwestować fundusze na bilet w coś innego. Inna rzecz, że film warto w kinie - jest bardzo wizualny i na tyle powolno-leniwy, że poza kinem łatwo stracić skupienie. Nie wiem, czy podobało mi się zakończenie. Nie wiem, czy podobała mi się wymowa tego filmu (i czy tak naprawdę miał mieć jakąś wymowę?). Bardzo w klimacie "Fargo", "Barton Fink" i "Blood Simple", trochę "Big Lebowsky" i zupełnie nie "Okrucieństwo nie do przyjęcia" czy "Hudsucker Proxy".
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek luty 19, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj