Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Nad dachami Poznania

[25.08.2020]

W zasadzie to chciałam w uroczy wtorkowy wieczór iść zupełnie gdzie indziej, ale w końcu trafiłam na którąś tam, kto-by-to-liczył, rocznicę ślubu na kawę z pianką do Patio Prowansja. Restauracja mieści się na dachu hotelu Kolegiackiego, trzeba rezerwować, albo - tak jak ja - wbić się i liczyć na wolny stolik bądź leżak. I ten widok, niebo od zachodu prosto z katalogu. Chwilowo okolica jest jednym wielkim rozkopem, ale podobno już za chwilę oddadzą plac Kolegiacki przechodniom.

Adres: Pl. Kolegiacki 5.

PS Jedno ze zdjęć powyżej zaliczyło porcyjkę sławy na Insta, zrepostowane przez @thecultureloverz, @moja_polska, @poznaninpixels, @polandphotos i @bestcitybreaks (5 slajd).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 22, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Nad dachami Poznania

[25.08.2020]

W zasadzie to chciałam w uroczy wtorkowy wieczór iść zupełnie gdzie indziej, ale w końcu trafiłam na którąś tam, kto-by-to-liczył, rocznicę ślubu na kawę z pianką do Patio Prowansja. Restauracja mieści się na dachu hotelu Kolegiackiego, trzeba rezerwować, albo - tak jak ja - wbić się i liczyć na wolny stolik bądź leżak. I ten widok, niebo od zachodu prosto z katalogu. Chwilowo okolica jest jednym wielkim rozkopem, ale podobno już za chwilę oddadzą plac Kolegiacki przechodniom.

Adres: Pl. Kolegiacki 5.

PS Jedno ze zdjęć powyżej zaliczyło porcyjkę sławy na Insta, zrepostowane przez @thecultureloverz, @moja_polska, @poznaninpixels, @polandphotos i @bestcitybreaks (5 slajd).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 22, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - - 1 komentarz - Skomentuj


Colson Whitehead - Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Cora od urodzenia mieszka na plantacji. Nie zna swojej daty urodzin, bo jej matka nie znała kalendarza, zna za to rodzinne opowieści - czy to o babci, która została porwana w Afryce i w ładowni, wszak była towarem, przewieziona do Stanów Zjednoczonych i rozdzielona z rodzeństwem i plemieniem, czy o matce, która wyszarpała dla siebie kawałek poletka, na którym hodowała warzywa. O więcej nie zapyta, bo babcia umarła, a matka uciekła, zostawiając ją samą, wyrzuconą poza społeczność. Nie jest więc jej aż tak trudno podjąć w pewnym momencie decyzję o ucieczce, mimo że nie ma żadnych szans poza plantacją, ale też nie ma żadnych szans na plantacji.

To opowieść fabularna, nawet można nazwać ją przygodową, o losach tych nielicznych niewolników, którzy próbowali uciekać z obozów pracy, jakimi były w większości plantacje bawełny. Nie wiedzieli, co i czy w ogóle coś ich czeka poza plantacją, zwłaszcza że dzięki doskonale wyposażonym w narzędzia i siatkę kontaktów łowcom niewolników większość wracała w kajdanach, żeby zostać brutalnie zabita jako odstraszający przykład. Corze ucieczka się udaje, odkrywa tytułową kolej podziemną, przewożącą zbiegłych niewolników do innego stanu, gdzie prawo jest łaskawsze dla uciekinierów. Problem w tym, że ląduje w kolejnych odsłonach tego samego więzienia - zamknięta na strychu, żeby nie narażać pomagających jej białych, w sielankowym “domu przejściowym”, gdzie poznaje prawdziwy cel resocjalizacji niewolników, wreszcie w komunie, gdzie próbuje ułożyć sobie życie. I o tym po części jest ta historia - o szansach na aklimatyzację w świecie, gdzie nie było miejsca na ciemnoskórych, celowym niszczeniu kultury i świadomości ludzi zmuszanych do pracy, pozbawianych rodzin, o amerykańskim majątku, zbudowanym na zaprawie z krwi Afrykanów na terenach zagrabionych Natywnym Amerykanom.

To też portret nielicznych białych przewijających się przez karty opowieści - dobrej pani, uczącej swoich niewolników czytać i obiecującej im wolność w testamencie, psychopatycznym właścicielu zabijającym dla przyjemności, łowcy niewolników z etosem, ale i bezwzględnością, zawiadowcach Podziemnej Kolei i abolicjonistach (tych z przypadku i tych z wyboru) czy lekarzach-eksperymentatorach, korzystających z ciał niewolników do testów bez ich wiedzy, co tym bardziej przeraża, że - mimo fabularyzowania - niewiele tutaj zostało zmyślone przez autora.

PS Oraz wyszłam ze strefy komfortu, idąc na spotkanie z ludźmi, którzy też tę książkę czytali.

Inne tego autora:

#117

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 21, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Colson Whitehead - Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Cora od urodzenia mieszka na plantacji. Nie zna swojej daty urodzin, bo jej matka nie znała kalendarza, zna za to rodzinne opowieści - czy to o babci, która została porwana w Afryce i w ładowni, wszak była towarem, przewieziona do Stanów Zjednoczonych i rozdzielona z rodzeństwem i plemieniem, czy o matce, która wyszarpała dla siebie kawałek poletka, na którym hodowała warzywa. O więcej nie zapyta, bo babcia umarła, a matka uciekła, zostawiając ją samą, wyrzuconą poza społeczność. Nie jest więc jej aż tak trudno podjąć w pewnym momencie decyzję o ucieczce, mimo że nie ma żadnych szans poza plantacją, ale też nie ma żadnych szans na plantacji.

To opowieść fabularna, nawet można nazwać ją przygodową, o losach tych nielicznych niewolników, którzy próbowali uciekać z obozów pracy, jakimi były w większości plantacje bawełny. Nie wiedzieli, co i czy w ogóle coś ich czeka poza plantacją, zwłaszcza że dzięki doskonale wyposażonym w narzędzia i siatkę kontaktów łowcom niewolników większość wracała w kajdanach, żeby zostać brutalnie zabita jako odstraszający przykład. Corze ucieczka się udaje, odkrywa tytułową kolej podziemną, przewożącą zbiegłych niewolników do innego stanu, gdzie prawo jest łaskawsze dla uciekinierów. Problem w tym, że ląduje w kolejnych odsłonach tego samego więzienia - zamknięta na strychu, żeby nie narażać pomagających jej białych, w sielankowym “domu przejściowym”, gdzie poznaje prawdziwy cel resocjalizacji niewolników, wreszcie w komunie, gdzie próbuje ułożyć sobie życie. I o tym po części jest ta historia - o szansach na aklimatyzację w świecie, gdzie nie było miejsca na ciemnoskórych, celowym niszczeniu kultury i świadomości ludzi zmuszanych do pracy, pozbawianych rodzin, o amerykańskim majątku, zbudowanym na zaprawie z krwi Afrykanów na terenach zagrabionych Natywnym Amerykanom.

To też portret nielicznych białych przewijających się przez karty opowieści - dobrej pani, uczącej swoich niewolników czytać i obiecującej im wolność w testamencie, psychopatycznym właścicielu zabijającym dla przyjemności, łowcy niewolników z etosem, ale i bezwzględnością, zawiadowcach Podziemnej Kolei i abolicjonistach (tych z przypadku i tych z wyboru) czy lekarzach-eksperymentatorach, korzystających z ciał niewolników do testów bez ich wiedzy, co tym bardziej przeraża, że - mimo fabularyzowania - niewiele tutaj zostało zmyślone przez autora.

PS Oraz wyszłam ze strefy komfortu, idąc na spotkanie z ludźmi, którzy też tę książkę czytali.

Inne tego autora:

#117

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 21, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Berlin - Gärten der Welt

[29.08.2020]

To nie tak, że trafiłam do dzielnicy Marzahn (a konkretnie Marzahn-Hellersdorf) śladami serialu ”Dogs of Berlin [1]; okazało się, że przypadkiem właśnie tu mieszczą się Ogrody Świata, całkiem świeży obiekt rekreacyjny dla dużych i małych. Celowo podjechaliśmy od strony Hellersdorfer Strasse, żeby zacząć od kolejki gondolowej - wejść jest więcej, ale wtedy kolejka jest typowo rekreacyjna; bilet na kolejkę jest w dwie strony z opcją przystanku przy wieży widokowej i torze saneczkowym (warto zachować do wyjścia z obiektu, bo inaczej może być smutno). Na wieżę widokową można windą w opcji dla leniwych, ze szczytu przepięknie widać blokowiska Marzahn i Hellersdorf, w tym najdłuższy mural świata (przejeżdżałam obok, przepiękny!). Młodzież oczywiście nie odpuściła zjazdu saneczkami (takimi korytkami na szynach), ja nie jestem fanką przeżyć ekstremalnych, ale wyraziłam ostrożną chęć - nie było dramatu, trochę panikowałam przy zakrętach, na szczęście projektanci byli lepszymi inżynierami niż ja. Młodzież oczywiście zachwycona, choć narzekała, że można było szybciej, więcej i bez powolnego powrotu pod górę.

Same ogrody, do których można albo ponownie przejechać kolejką, albo przejść się piechotą ze wzgórza widokowego, są spore i mają mnóstwo prześlicznych zakątków. Niektóre kawałki były zamknięte (oranżeria balijska czy labirynt), niektóre ominęłam, bo wycieczka była głodna, więc muszę wrócić za rok, zwłaszcza że w 2021 mają otworzyć dwa nowe ogrody. Najciekawszy chyba był Ogród Chrześcijański (Christlicher Garten) ze złotym płotem z biblijnych wersetów, piękny Ogród Japoński, nader przyjemny zwłaszcza w upalny dzień Ogród Wodny i pachnące obłędnie Rozarium. Dla młodzieży młodszej plac zabaw, dla starszych kawiarnie.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Za to już zupełnie celowo pojechałam zobaczyć budynek zwany Bierpinsel, ale o tym w następnym odcinku.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 19, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: berlin, niemcy, ogrod-botaniczny, garten-der-welt - 1 komentarz - Skomentuj


Berlin - Gärten der Welt

[29.08.2020]

To nie tak, że trafiłam do dzielnicy Marzahn (a konkretnie Marzahn-Hellersdorf) śladami serialu ”Dogs of Berlin [1]; okazało się, że przypadkiem właśnie tu mieszczą się Ogrody Świata, całkiem świeży obiekt rekreacyjny dla dużych i małych. Celowo podjechaliśmy od strony Hellersdorfer Strasse, żeby zacząć od kolejki gondolowej - wejść jest więcej, ale wtedy kolejka jest typowo rekreacyjna; bilet na kolejkę jest w dwie strony z opcją przystanku przy wieży widokowej i torze saneczkowym (warto zachować do wyjścia z obiektu, bo inaczej może być smutno). Na wieżę widokową można windą w opcji dla leniwych, ze szczytu przepięknie widać blokowiska Marzahn i Hellersdorf, w tym najdłuższy mural świata (przejeżdżałam obok, przepiękny!). Młodzież oczywiście nie odpuściła zjazdu saneczkami (takimi korytkami na szynach), ja nie jestem fanką przeżyć ekstremalnych, ale wyraziłam ostrożną chęć - nie było dramatu, trochę panikowałam przy zakrętach, na szczęście projektanci byli lepszymi inżynierami niż ja. Młodzież oczywiście zachwycona, choć narzekała, że można było szybciej, więcej i bez powolnego powrotu pod górę.

Same ogrody, do których można albo ponownie przejechać kolejką, albo przejść się piechotą ze wzgórza widokowego, są spore i mają mnóstwo prześlicznych zakątków. Niektóre kawałki były zamknięte (oranżeria balijska czy labirynt), niektóre ominęłam, bo wycieczka była głodna, więc muszę wrócić za rok, zwłaszcza że w 2021 mają otworzyć dwa nowe ogrody. Najciekawszy chyba był Ogród Chrześcijański (Christlicher Garten) ze złotym płotem z biblijnych wersetów, piękny Ogród Japoński, nader przyjemny zwłaszcza w upalny dzień Ogród Wodny i pachnące obłędnie Rozarium. Dla młodzieży młodszej plac zabaw, dla starszych kawiarnie.

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Za to już zupełnie celowo pojechałam zobaczyć budynek zwany Bierpinsel, ale o tym w następnym odcinku.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 19, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: berlin, niemcy, ogrod-botaniczny, garten-der-welt - 1 komentarz - Skomentuj


Tak czy owak / Por H o por B

Hache i Belén, przyjaciółki z podmadryckiej Parli, przeprowadziły się do Madrytu. Na chwilę rozstały się z powodu kłótni; Belén zniknęła na trochę, robić karierę aktorską. Wróciła nagle, z sukcesem w postaci reklamy preparatu na hemoroidy, mimo początkowego oporu Hache, która do swoich licznych kłopotów - niewiernego chłopaka i dwóch kiepsko płatnych prac - nie chciała dokładać chaosu, jaki Belén potrafi wprowadzać w życie. Dziewczyny kręcą się po kultowej dzielnicy Malasaña, rozwiązując liczne problemy swoje i swoich rodzin - pomagają w wesołym miasteczku, skąd wracają z kozą, idą na hipsterską imprezę z narkotykami, sprzedają nagrobek czy pracują jako kelnerka w barze sushi (Belén) czy strażniczka w muzeum figur woskowych (Hache). Hache dodatkowo ma rękę w gipsie, co utrudnia jej życie, ale też dostarcza finalnie sporo radości.

To strasznie sympatyczny i zabawny serial, no chyba że komuś przeszkadza szydera z hipsterki. Madryt, słońce, kolory, przerysowany gej (uwaga, nie ma gołych piersi, ale są gołe juwenilia), ekscentryczna sąsiadka; cały czas miałam wrażenie, że to film Almodovara. Oraz jak wszyscy szybko mówią!

Zaczęło się od króciaka, gdzie dwie dziewczyny rozmawiają o chłopaku jednej z nich (tutaj z angielskimi napisami); mniej więcej w takim klimacie jest cały serial, chociaż oczywiście bardziej dynamiczny.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 18, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Tak czy owak / Por H o por B

Hache i Belén, przyjaciółki z podmadryckiej Parli, przeprowadziły się do Madrytu. Na chwilę rozstały się z powodu kłótni; Belén zniknęła na trochę, robić karierę aktorską. Wróciła nagle, z sukcesem w postaci reklamy preparatu na hemoroidy, mimo początkowego oporu Hache, która do swoich licznych kłopotów - niewiernego chłopaka i dwóch kiepsko płatnych prac - nie chciała dokładać chaosu, jaki Belén potrafi wprowadzać w życie. Dziewczyny kręcą się po kultowej dzielnicy Malasaña, rozwiązując liczne problemy swoje i swoich rodzin - pomagają w wesołym miasteczku, skąd wracają z kozą, idą na hipsterską imprezę z narkotykami, sprzedają nagrobek czy pracują jako kelnerka w barze sushi (Belén) czy strażniczka w muzeum figur woskowych (Hache). Hache dodatkowo ma rękę w gipsie, co utrudnia jej życie, ale też dostarcza finalnie sporo radości.

To strasznie sympatyczny i zabawny serial, no chyba że komuś przeszkadza szydera z hipsterki. Madryt, słońce, kolory, przerysowany gej (uwaga, nie ma gołych piersi, ale są gołe juwenilia), ekscentryczna sąsiadka; cały czas miałam wrażenie, że to film Almodovara. Oraz jak wszyscy szybko mówią!

Zaczęło się od króciaka, gdzie dwie dziewczyny rozmawiają o chłopaku jednej z nich (tutaj z angielskimi napisami); mniej więcej w takim klimacie jest cały serial, chociaż oczywiście bardziej dynamiczny.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek wrzesień 18, 2020

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Emily St. John Mandel - Stacja Jedenaście

Podczas przedstawienia “Króla Leara” na scenie na zawał umiera znany aktor, Arthur Leander. Jeevan, który rezygnuje z bycia paparazzim, a chce zostać ratownikiem medycznym, wdziera się na scenę i udziela pierwszego pomocy do przybycia karetki. Wszystko to obserwuje Kirsten, dziecięca aktorka. Aktor umiera, ale nie dlatego ta noc dla wszystkich będzie znacząca - właśnie wybuchła epidemia “gruzińskiej grypy”[1], ogromnie zaraźliwa i nieuleczalnie śmiertelna. Przepełnione szpitale, ludzie próbują wyrwać się z miast w bezpieczne miejsca, coraz więcej śmierci, stopniowo cywilizacja upada - nie ma kto nadzorować fabryk, produkcji prądu, zamiera internet. Właściwa część opowieści, przerywana dygresyjnymi historiami z przeszłości, skupionymi wokół Arthura i jego bliskich, dzieje się dwadzieścia lat później, na opustoszałej ziemi. Kirsten, osierocona przez rodziców, podróżuje z trupą aktorsko-muzyczną, dostarczając ocalałą muzykę klasyczną oraz sztuki Szekspira enklawom ocaleńców. Czasem trafiają do ludzi, którzy są wdzięczni za powiew starego świata, czasem muszą uciekać, napotykając na agresję i zdziczenie. Oczekiwana wizyta w jednej z osad, gdzie zostawili parę przyjaciół, oczekujących dziecka, zmienia ich plany, kiedy okazuje się, że osadę przejął samozwańczy prorok. Uciekają przed nim śladem przyjaciół, do Muzeum, miejsca, gdzie podobno zostały resztki cywilizacji.

Ta opowieść to zgrabnie splecione wątki z życia najpierw aspirującego, potem już sławnego aktora i ludzi, którzy w jego życiu byli. Niektórzy z nich należą do tych 99% ludzkości, która nie przeżyła pandemii, ale ich wpływ na przyszłość żyjących był istotny. Czasem związek jest pretekstowy - Kirsten wozi ze sobą unikatowe komiksy (tytułową “Stację Jedenaście”), tworzone przez wiele lat przez Mirandę, pierwszą żonę Arthura; Clark - przyjaciel i prawnik aktora - ocalał, wsiadając do nieskażonego samolotu do Toronto, żeby zorganizować pogrzeb przyjaciela; wreszcie Jeevan, ostrzeżony przez znajomego, kiedy dowiadywał się tragicznej nocy o życie Arthura, odizolował się z bratem z zapasami wody i jedzenia. Widziałam zarzuty, że książka jest nijaka i o nic w niej w sumie nie chodzi, a związki między ludźmi są przypadkowe i nieznaczące. Częściowo się z tym zgadzam, rzeczywiście nie ma tutaj spektakularnego finału czy zaskoczenia, ale historia jest ciekawa, a samo podejście do pandemii, upadku świata czy wymierania ludzi, którzy są skłonni odczuwać nostalgię za samolotami, telewizją czy internetem - bardzo realne.

[1] Grypy, dodajmy, zlekceważonej początkowo, wszak Gruzja i Rosja są po innej stronie świata. Do pierwszego samolotu z zarażającym pasażerem. Książka jest z 2015, jakbyście się zastanawiali.

Inne tej autorki:

#116

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 14, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, sf-f, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj


Emily St. John Mandel - Stacja Jedenaście

Podczas przedstawienia “Króla Leara” na scenie na zawał umiera znany aktor, Arthur Leander. Jeevan, który rezygnuje z bycia paparazzim, a chce zostać ratownikiem medycznym, wdziera się na scenę i udziela pierwszego pomocy do przybycia karetki. Wszystko to obserwuje Kirsten, dziecięca aktorka. Aktor umiera, ale nie dlatego ta noc dla wszystkich będzie znacząca - właśnie wybuchła epidemia “gruzińskiej grypy”[1], ogromnie zaraźliwa i nieuleczalnie śmiertelna. Przepełnione szpitale, ludzie próbują wyrwać się z miast w bezpieczne miejsca, coraz więcej śmierci, stopniowo cywilizacja upada - nie ma kto nadzorować fabryk, produkcji prądu, zamiera internet. Właściwa część opowieści, przerywana dygresyjnymi historiami z przeszłości, skupionymi wokół Arthura i jego bliskich, dzieje się dwadzieścia lat później, na opustoszałej ziemi. Kirsten, osierocona przez rodziców, podróżuje z trupą aktorsko-muzyczną, dostarczając ocalałą muzykę klasyczną oraz sztuki Szekspira enklawom ocaleńców. Czasem trafiają do ludzi, którzy są wdzięczni za powiew starego świata, czasem muszą uciekać, napotykając na agresję i zdziczenie. Oczekiwana wizyta w jednej z osad, gdzie zostawili parę przyjaciół, oczekujących dziecka, zmienia ich plany, kiedy okazuje się, że osadę przejął samozwańczy prorok. Uciekają przed nim śladem przyjaciół, do Muzeum, miejsca, gdzie podobno zostały resztki cywilizacji.

Ta opowieść to zgrabnie splecione wątki z życia najpierw aspirującego, potem już sławnego aktora i ludzi, którzy w jego życiu byli. Niektórzy z nich należą do tych 99% ludzkości, która nie przeżyła pandemii, ale ich wpływ na przyszłość żyjących był istotny. Czasem związek jest pretekstowy - Kirsten wozi ze sobą unikatowe komiksy (tytułową “Stację Jedenaście”), tworzone przez wiele lat przez Mirandę, pierwszą żonę Arthura; Clark - przyjaciel i prawnik aktora - ocalał, wsiadając do nieskażonego samolotu do Toronto, żeby zorganizować pogrzeb przyjaciela; wreszcie Jeevan, ostrzeżony przez znajomego, kiedy dowiadywał się tragicznej nocy o życie Arthura, odizolował się z bratem z zapasami wody i jedzenia. Widziałam zarzuty, że książka jest nijaka i o nic w niej w sumie nie chodzi, a związki między ludźmi są przypadkowe i nieznaczące. Częściowo się z tym zgadzam, rzeczywiście nie ma tutaj spektakularnego finału czy zaskoczenia, ale historia jest ciekawa, a samo podejście do pandemii, upadku świata czy wymierania ludzi, którzy są skłonni odczuwać nostalgię za samolotami, telewizją czy internetem - bardzo realne.

[1] Grypy, dodajmy, zlekceważonej początkowo, wszak Gruzja i Rosja są po innej stronie świata. Do pierwszego samolotu z zarażającym pasażerem. Książka jest z 2015, jakbyście się zastanawiali.

Inne tej autorki:

#116

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek wrzesień 14, 2020

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, sf-f, 2020 - 0 komentarzy - Skomentuj