Mówiłam, że "Ukrainka" daje zakończeniem po nerkach? To w "Gorzko" zakończenie jest takie, że nic tylko sięgnąć po żyletkę i drut kolczasty. Teresa, z małego Miasteczka, traci dziewictwo w letnią noc balu maturalnego, z zemsty na sobie za to, że się zakochała bez wzajemności w lirycznym Adamie. Traci cnotę z synem rzeźnika, przypadkowym nastoletnim bucem, bez przyjemności. I tak znika z Miasteczka, idzie na studia do Miasta, zostawiając dom rodzinny trochę jak z "Szopki"[1] - wiecznie narzekającą matkę, cichego ojca reperującego motorower i babcię-szlachciankę, pełną klasy i opowieści o tym, co kiedyś. I właśnie dla tej babci wraca od studiów, pierwszego kochanka, przyjaciółek z akademika, wraca z Miasta. Ale na trochę, bo szanuje Miasto i chce być jego częścią. Tyle że Miasto tego uczucia nie odwzajemnia - może to przez gorący okres w historii Polski (stan wojenny, konspiracja, bibuły), może przez to, że Miasto daje do zrozumienia Teresie, że powinna wrócić tam, skąd przyszła. Zaakceptowałam taką linię fabuły, ale nie sprawia to, że się łatwo zamyka ostatnią stronę. Powtarzam się od paru tomów - zabrakło mi zbilansowania fabularnego, elementów kpiarsko-komicznych; owszem, Teresa i jej babka są dość autoironiczne i z dystansem, ale to ostatecznie nie łagodzi fatalnego.
[1] Z całym szacunkiem do autorki, mam poczucie posklejania różnych autorek - Papużanki z jej toksycznym domem, Plebanek z dorastaniem w "Portofino", Bator z historią rodzinną i powtarzalnością przez pokolenia tych samych wzorców.
Inne tej autorki.
#107
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 16, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2014
- 2 komentarze
- Skomentuj
Mówiłam, że "Ukrainka" daje zakończeniem po nerkach? To w "Gorzko" zakończenie jest takie, że nic tylko sięgnąć po żyletkę i drut kolczasty. Teresa, z małego Miasteczka, traci dziewictwo w letnią noc balu maturalnego, z zemsty na sobie za to, że się zakochała bez wzajemności w lirycznym Adamie. Traci cnotę z synem rzeźnika, przypadkowym nastoletnim bucem, bez przyjemności. I tak znika z Miasteczka, idzie na studia do Miasta, zostawiając dom rodzinny trochę jak z "Szopki"[1] - wiecznie narzekającą matkę, cichego ojca reperującego motorower i babcię-szlachciankę, pełną klasy i opowieści o tym, co kiedyś. I właśnie dla tej babci wraca od studiów, pierwszego kochanka, przyjaciółek z akademika, wraca z Miasta. Ale na trochę, bo szanuje Miasto i chce być jego częścią. Tyle że Miasto tego uczucia nie odwzajemnia - może to przez gorący okres w historii Polski (stan wojenny, konspiracja, bibuły), może przez to, że Miasto daje do zrozumienia Teresie, że powinna wrócić tam, skąd przyszła. Zaakceptowałam taką linię fabuły, ale nie sprawia to, że się łatwo zamyka ostatnią stronę. Powtarzam się od paru tomów - zabrakło mi zbilansowania fabularnego, elementów kpiarsko-komicznych; owszem, Teresa i jej babka są dość autoironiczne i z dystansem, ale to ostatecznie nie łagodzi fatalnego.
[1] Z całym szacunkiem do autorki, mam poczucie posklejania różnych autorek - Papużanki z jej toksycznym domem, Plebanek z dorastaniem w "Portofino", Bator z historią rodzinną i powtarzalnością przez pokolenia tych samych wzorców.
Inne tej autorki.
#107
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek październik 16, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2014
- 2 komentarze
- Skomentuj
[4.10.2014]
Jak co jesień, zapadłam dość kapryśnie na gardło. Tydzień temu ledwie przeszłam Ogród Botaniczny, wlekąc się po ścieżkach ze słabością i aparatem. W tygodniu się nieco odrestaurowałam, po czym po piątkowym spotkaniu z dorosłymi ludźmi ledwo dowlokłam się do domu, chrypiąc przeraźliwie. Drut kolczasty w gardle, słabość w szkielecie, elewacja do wymiany. A na zewnątrz piękna jesień, ciepła, kolorowa, słoneczna. Normalnie suxx to be me.


GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 14, 2014
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 2 komentarze
- Skomentuj
[4.10.2014]
Jak co jesień, zapadłam dość kapryśnie na gardło. Tydzień temu ledwie przeszłam Ogród Botaniczny, wlekąc się po ścieżkach ze słabością i aparatem. W tygodniu się nieco odrestaurowałam, po czym po piątkowym spotkaniu z dorosłymi ludźmi ledwo dowlokłam się do domu, chrypiąc przeraźliwie. Drut kolczasty w gardle, słabość w szkielecie, elewacja do wymiany. A na zewnątrz piękna jesień, ciepła, kolorowa, słoneczna. Normalnie suxx to be me.


GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek październik 14, 2014
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tag:
ogrod-botaniczny
- 2 komentarze
- Skomentuj
Eva zamknęła drzwi za mężem, który pojechał odwieźć ich dzieci do akademika, rozejrzała się po domu, zobaczyła brudną łyżkę po zupie na podłokietniku jej ukochanego, pieczołowicie przez dwa lata odrestaurowywanego zabytkowego fotela i doznała silnej irytacji. Na tyle silnej, że wylała resztę pomidorowej na fotel i poszła do łóżka, tak jak stała, w butach i ubraniu. Stwierdziła, że już z tego łóżka nie wyjdzie. Mimo niechęci męża-palanta, któremu pasowało, że w domu wszystko się jakoś samo robi (posiadajacego dodatkowo od 8-miu lat kochankę), mimo prób matki i teściowej do zdiagnozowania jej najpierw jako chorej na depresję, a potem chorej psychicznie, mimo pretensji dzieci - bliźniąt-geniuszów z Aspergerem, leży w łóżku, wychodząc tylko do toalety po rozłożonych prześcieradłach. Jedyną osobą, która zdaje się w jakimś stopniu Evę rozumieć, jest Alex - ciemnoskóry wdowiec z dreadami, tzw. złota rączka albo człowiek z vanem, drobne remonty, przeprowadzki i pomoc w domu, malarz-amator i człowiek renesansu.
Satyra na współczesną Brytanię - odhumanizowana, ale sproceduralizowana opieka zdrowotna, prasa i paparazzi, twitter używany jako narzędzie do ruszania mas, każdy zapatrzony w czubek swojego nosa poza nielicznymi outsiderami. Jest typowa dla Townsend łagodna ironia codziennego życia, przeholowanie podczas przygotowań świątecznych, kolejne kataklizmy spadające na rodzinę; ciężko jest lubić bohaterów jej książek, nawet tych w miarę pozytywnych i ogarniających. Niestety, miałam wrażenie pewnego niedopracowania niektórych wątków - szalona i zdegenerowana Poppy wpada jak granat, nie wprowadzając nic poza zamieszaniem, podobnie stalkerka-psychopatka koczująca pod domem Evy, kiedy przypadkiem zostaje okrzyknięta świętą pustelniczką. Zakończenia nie nazwałabym rozczarowującym, ale i nie satysfakcjonującym - jest dość nijakie, nie przynosi ani katharsis, ani poczucia sensu.
Inne tej autorki.
#106
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2014
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Eva zamknęła drzwi za mężem, który pojechał odwieźć ich dzieci do akademika, rozejrzała się po domu, zobaczyła brudną łyżkę po zupie na podłokietniku jej ukochanego, pieczołowicie przez dwa lata odrestaurowywanego zabytkowego fotela i doznała silnej irytacji. Na tyle silnej, że wylała resztę pomidorowej na fotel i poszła do łóżka, tak jak stała, w butach i ubraniu. Stwierdziła, że już z tego łóżka nie wyjdzie. Mimo niechęci męża-palanta, któremu pasowało, że w domu wszystko się jakoś samo robi (posiadajacego dodatkowo od 8-miu lat kochankę), mimo prób matki i teściowej do zdiagnozowania jej najpierw jako chorej na depresję, a potem chorej psychicznie, mimo pretensji dzieci - bliźniąt-geniuszów z Aspergerem, leży w łóżku, wychodząc tylko do toalety po rozłożonych prześcieradłach. Jedyną osobą, która zdaje się w jakimś stopniu Evę rozumieć, jest Alex - ciemnoskóry wdowiec z dreadami, tzw. złota rączka albo człowiek z vanem, drobne remonty, przeprowadzki i pomoc w domu, malarz-amator i człowiek renesansu.
Satyra na współczesną Brytanię - odhumanizowana, ale sproceduralizowana opieka zdrowotna, prasa i paparazzi, twitter używany jako narzędzie do ruszania mas, każdy zapatrzony w czubek swojego nosa poza nielicznymi outsiderami. Jest typowa dla Townsend łagodna ironia codziennego życia, przeholowanie podczas przygotowań świątecznych, kolejne kataklizmy spadające na rodzinę; ciężko jest lubić bohaterów jej książek, nawet tych w miarę pozytywnych i ogarniających. Niestety, miałam wrażenie pewnego niedopracowania niektórych wątków - szalona i zdegenerowana Poppy wpada jak granat, nie wprowadzając nic poza zamieszaniem, podobnie stalkerka-psychopatka koczująca pod domem Evy, kiedy przypadkiem zostaje okrzyknięta świętą pustelniczką. Zakończenia nie nazwałabym rozczarowującym, ale i nie satysfakcjonującym - jest dość nijakie, nie przynosi ani katharsis, ani poczucia sensu.
Inne tej autorki.
#106
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2014
- 0 komentarzy
- Skomentuj
^Cashew natchnęła mnie pomysłem, że moje życie byłoby prostsze, gdybym pozbyła się z domu 500 rzeczy. Coś w tym jest, bo nawet pozyskanie przestrzeni składowej za nieco odległą Starołęką nie sprawiło, że opływam w malowniczy minimalizm. Long story short, zdecydowałam się wziąć pod uwagę złotą myśl B. J. Novaka: “If you love something, let it go. If you don't love something, definitely let it go. Basically, just drop everything, who cares.”. Mimo że w zasadzie przestałam kupować papierowe książki na korzyść Kindle'a (sprawdzić, czy nie kucharskie) na razie nie planuję rozwiązywać kwestii biblioteki, chociaż przez lata narosło w niej mnóstwo tomów, na które patrzę i myślę "E, nie". Ale szkoda się pozbyć. Takiego uczucia nie mam w kwestii DVD, których też się przez lata nazbierało. Chętnie za niewygórowaną opłatą - do negocjacji, bo everything must go - sprzedam lub oddam w dobre ręce. Lista TUTAJ. Kontakt - przez komentarz albo e-mail w dokumencie.
W pierwszej turze poszło 61 płyt, jeszcze 439 rzeczy przede mną.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Projekt 500 -
- 3 komentarze
- Skomentuj
^Cashew natchnęła mnie pomysłem, że moje życie byłoby prostsze, gdybym pozbyła się z domu 500 rzeczy. Coś w tym jest, bo nawet pozyskanie przestrzeni składowej za nieco odległą Starołęką nie sprawiło, że opływam w malowniczy minimalizm. Long story short, zdecydowałam się wziąć pod uwagę złotą myśl B. J. Novaka: “If you love something, let it go. If you don't love something, definitely let it go. Basically, just drop everything, who cares.”. Mimo że w zasadzie przestałam kupować papierowe książki na korzyść Kindle'a (sprawdzić, czy nie kucharskie) na razie nie planuję rozwiązywać kwestii biblioteki, chociaż przez lata narosło w niej mnóstwo tomów, na które patrzę i myślę "E, nie". Ale szkoda się pozbyć. Takiego uczucia nie mam w kwestii DVD, których też się przez lata nazbierało. Chętnie za niewygórowaną opłatą - do negocjacji, bo everything must go - sprzedam lub oddam w dobre ręce. Lista TUTAJ. Kontakt - przez komentarz albo e-mail w dokumencie.
W pierwszej turze poszło 61 płyt, jeszcze 439 rzeczy przede mną.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Projekt 500 -
- 3 komentarze
- Skomentuj
To taki smutny film, chyba jeden ze smutniejszych, bo o wiecznie niespełnionej miłości. Oraz o wielu możliwych patologiach. Pablo, homoseksualny reżyser, wyrywa sobie ślicznego młodzianka, Juana, ale młodzianek ma do przemyślenia i wyjeżdża, żeby zostać latarnikiem. Pablo daje się więc zgłuszyć Antoniowi (w tej roli Banderas; chłopak niespecjalnie sobie radzi z rolami kochanków heteroseksualnych, nie dziwi więc, że i w roli homoseksualisty ma atrakcyjność oscylującą wokół 2/10). Antonio okazuje się niespecjalnie zborny psychicznie i zaczyna reżysera osaczać, doprowadzając do śmierci Juana, przez co policja zaczyna właśnie Pabla podejrzewać. Nie pomaga, że Pablo po wypadku doznał jakże wygodnej amnezji, a dodatkowo fałszował dla celów artystycznych listy od Juana do siebie. Dodatkowo wplątuje się w to siostra reżysera, transseksualistka[1] Tina, która zgodziła się na zmianę płci, żeby jej ojciec z nią sypiał (jakże modny temat kazirodztwa). Tina, która wprawdzie jest bardziej chętna w stronę pań, nawiązuje romans z Antoniem. Nie kończy się dobrze.
Pedro A. się nie pojawia, za to epizodycznie występuje jego brat, Augustin.
[1] Tina opiekuje się 10-latką, córką kuzynki, której matkę gra autentyczna transseksualistka, Bibí Andersen.
Inne filmy Almodovara.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
To taki smutny film, chyba jeden ze smutniejszych, bo o wiecznie niespełnionej miłości. Oraz o wielu możliwych patologiach. Pablo, homoseksualny reżyser, wyrywa sobie ślicznego młodzianka, Juana, ale młodzianek ma do przemyślenia i wyjeżdża, żeby zostać latarnikiem. Pablo daje się więc zgłuszyć Antoniowi (w tej roli Banderas; chłopak niespecjalnie sobie radzi z rolami kochanków heteroseksualnych, nie dziwi więc, że i w roli homoseksualisty ma atrakcyjność oscylującą wokół 2/10). Antonio okazuje się niespecjalnie zborny psychicznie i zaczyna reżysera osaczać, doprowadzając do śmierci Juana, przez co policja zaczyna właśnie Pabla podejrzewać. Nie pomaga, że Pablo po wypadku doznał jakże wygodnej amnezji, a dodatkowo fałszował dla celów artystycznych listy od Juana do siebie. Dodatkowo wplątuje się w to siostra reżysera, transseksualistka[1] Tina, która zgodziła się na zmianę płci, żeby jej ojciec z nią sypiał (jakże modny temat kazirodztwa). Tina, która wprawdzie jest bardziej chętna w stronę pań, nawiązuje romans z Antoniem. Nie kończy się dobrze.
Pedro A. się nie pojawia, za to epizodycznie występuje jego brat, Augustin.
[1] Tina opiekuje się 10-latką, córką kuzynki, której matkę gra autentyczna transseksualistka, Bibí Andersen.
Inne filmy Almodovara.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela październik 12, 2014
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 0 komentarzy
- Skomentuj