Postapocaliptic
Nie wiem, czy to moja niechęć do ludzi, czy inne zwyrodnienie psychiczne, ale uspokaja mnie widok ruin. Tylko mury, nie ma nikogo, zapomniane graffiti, ściany niegdyś pomalowane na różne kolory i nad tym niebo.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Nie wiem, czy to moja niechęć do ludzi, czy inne zwyrodnienie psychiczne, ale uspokaja mnie widok ruin. Tylko mury, nie ma nikogo, zapomniane graffiti, ściany niegdyś pomalowane na różne kolory i nad tym niebo.
Nie wiem, czy to moja niechęć do ludzi, czy inne zwyrodnienie psychiczne, ale uspokaja mnie widok ruin. Tylko mury, nie ma nikogo, zapomniane graffiti, ściany niegdyś pomalowane na różne kolory i nad tym niebo.
Z pewnym niepokojem oczekuję na weekend z jego wielkim zamieszaniem logistyczno-porządkowym. W międzyczasie odchwaszczam kolejną zaniedbaną grządkę kuchenną. Od lat zalegały mi w kuchni stare sztućce z odzysku, na plastikowym wieszaku. Używane głównie do mieszania w garnkach i bardzo awaryjnie, jak już wszystkie inne były brudne; wstydliwie schowane za maszynę do pieczenia chleba. Od dawna chodziłam dookoła ślicznych, kolorowych i uroczo niekompletnych sztućców, ale cały czas tłumaczyłam sobie, że tamte jeszcze sprawne. Ostatnio jednak, przygnieciona szarością za oknem, dodatkowo też zmotywowana przez H., kliknęłam. Wybaczam kurierowi nawet to, że obudził naszą trójkę po ciężko wypracowanym śnie o 9:25, bo otwierając pudełko czułam się jak siedmiolatka, która dostała paczkę z cukierkami[1].

[1] Cukierki były w pudełku opisanym cyrylicą, przesłane z zaprzyjaźnionej podstawówki gdzieś pod Moskwą. Nietypowe kształty, śliczne papierki, nieznane smaki. Nic to, że skończyło się rozstrojem żołądka u połowy klasy. I tak było warto.
Z pewnym niepokojem oczekuję na weekend z jego wielkim zamieszaniem logistyczno-porządkowym. W międzyczasie odchwaszczam kolejną zaniedbaną grządkę kuchenną. Od lat zalegały mi w kuchni stare sztućce z odzysku, na plastikowym wieszaku. Używane głównie do mieszania w garnkach i bardzo awaryjnie, jak już wszystkie inne były brudne; wstydliwie schowane za maszynę do pieczenia chleba. Od dawna chodziłam dookoła ślicznych, kolorowych i uroczo niekompletnych sztućców, ale cały czas tłumaczyłam sobie, że tamte jeszcze sprawne. Ostatnio jednak, przygnieciona szarością za oknem, dodatkowo też zmotywowana przez H., kliknęłam. Wybaczam kurierowi nawet to, że obudził naszą trójkę po ciężko wypracowanym śnie o 9:25, bo otwierając pudełko czułam się jak siedmiolatka, która dostała paczkę z cukierkami[1].

[1] Cukierki były w pudełku opisanym cyrylicą, przesłane z zaprzyjaźnionej podstawówki gdzieś pod Moskwą. Nietypowe kształty, śliczne papierki, nieznane smaki. Nic to, że skończyło się rozstrojem żołądka u połowy klasy. I tak było warto.
Z pewnym niepokojem oczekuję na weekend z jego wielkim zamieszaniem logistyczno-porządkowym. W międzyczasie odchwaszczam kolejną zaniedbaną grządkę kuchenną. Od lat zalegały mi w kuchni stare sztućce z odzysku, na plastikowym wieszaku. Używane głównie do mieszania w garnkach i bardzo awaryjnie, jak już wszystkie inne były brudne; wstydliwie schowane za maszynę do pieczenia chleba. Od dawna chodziłam dookoła ślicznych, kolorowych i uroczo niekompletnych sztućców, ale cały czas tłumaczyłam sobie, że tamte jeszcze sprawne. Ostatnio jednak, przygnieciona szarością za oknem, dodatkowo też zmotywowana przez H., kliknęłam. Wybaczam kurierowi nawet to, że obudził naszą trójkę po ciężko wypracowanym śnie o 9:25, bo otwierając pudełko czułam się jak siedmiolatka, która dostała paczkę z cukierkami[1].

[1] Cukierki były w pudełku opisanym cyrylicą, przesłane z zaprzyjaźnionej podstawówki gdzieś pod Moskwą. Nietypowe kształty, śliczne papierki, nieznane smaki. Nic to, że skończyło się rozstrojem żołądka u połowy klasy. I tak było warto.
11 lat czekania po świetnej pierwszej części, więc oczekiwania były duże. Nie zawiodłam się bardzo, ale i nie zachwyciło mnie bezgranicznie. Zamiast niesamowitych rekonstrukcji zbrodni w wykonaniu hipnotyzującego Smeckera (Willema Defoe) były gładkie historie, pokazywane przez Dexterową Ritę, której jednakowoż do Smeckera sporo brakowało. Bardzo ładna scena z braćmi pod prysznicem, trochę ładnych strzelanin i świetny drugoplanowy Meksykanin, który znacznie podniósł walory rozrywkowe filmu. Tak samo jak w pierwszej części bracia McManusowie tłuką bostońskich złych ludzi, powodując ambiwalencję wśród policji i mieszkańców. Bez rozczarowania, miła strzelanka na wieczór.
11 lat czekania po świetnej pierwszej części, więc oczekiwania były duże. Nie zawiodłam się bardzo, ale i nie zachwyciło mnie bezgranicznie. Zamiast niesamowitych rekonstrukcji zbrodni w wykonaniu hipnotyzującego Smeckera (Willema Defoe) były gładkie historie, pokazywane przez Dexterową Ritę, której jednakowoż do Smeckera sporo brakowało. Bardzo ładna scena z braćmi pod prysznicem, trochę ładnych strzelanin i świetny drugoplanowy Meksykanin, który znacznie podniósł walory rozrywkowe filmu. Tak samo jak w pierwszej części bracia McManusowie tłuką bostońskich złych ludzi, powodując ambiwalencję wśród policji i mieszkańców. Bez rozczarowania, miła strzelanka na wieczór.
11 lat czekania po świetnej pierwszej części, więc oczekiwania były duże. Nie zawiodłam się bardzo, ale i nie zachwyciło mnie bezgranicznie. Zamiast niesamowitych rekonstrukcji zbrodni w wykonaniu hipnotyzującego Smeckera (Willema Defoe) były gładkie historie, pokazywane przez Dexterową Ritę, której jednakowoż do Smeckera sporo brakowało. Bardzo ładna scena z braćmi pod prysznicem, trochę ładnych strzelanin i świetny drugoplanowy Meksykanin, który znacznie podniósł walory rozrywkowe filmu. Tak samo jak w pierwszej części bracia McManusowie tłuką bostońskich złych ludzi, powodując ambiwalencję wśród policji i mieszkańców. Bez rozczarowania, miła strzelanka na wieczór.
Skuszona kryminałem z Los Angeles, sięgnęłam, skoro to hollywoodzki klasyk. I ja to chyba pecha mam, bo co biorę amerykańską klasykę, to wtopa. Nawet biorąc poprawkę, że książka jest z lat 30., to i tak nie wiem, gdzie znajduje się sedno. Tod, Młody grafik pracuje przy filmach jako scenograf, a po godzinach tworzy dzieło pt. "Pożar w Los Angeles". Na obrazie umieszcza poznanych ludzi - piękną, afektowaną Faye, w której się kocha, jej ojca - chorego komika Harry'ego, kowboja Earle'a (który się kocha w Faye), Meksykanina Miguela (który jw.) i zeschizowanego Homera Simpsona (który jw.). Faye prowadzi się luźno, ale woli obdarzać swoimi wdziękami tych, co mogą jej zasponsorować karierę w filmie, dlatego Tod niespecjalnie ma szanse. Więc snuje się za Faye, patrzy, jak obmacuje ją Earle i Miguel, potem jak Faye doprowadza Homera do upadku, a na końcu ginie w tłumie gapiów. I tak czytałam, czytałam i nagły finał mnie rozczarował. Jestem impregnowana na alegorie, aluzje i przenośnie, nie chwyciło.
#10
Skuszona kryminałem z Los Angeles, sięgnęłam, skoro to hollywoodzki klasyk. I ja to chyba pecha mam, bo co biorę amerykańską klasykę, to wtopa. Nawet biorąc poprawkę, że książka jest z lat 30., to i tak nie wiem, gdzie znajduje się sedno. Tod, Młody grafik pracuje przy filmach jako scenograf, a po godzinach tworzy dzieło pt. "Pożar w Los Angeles". Na obrazie umieszcza poznanych ludzi - piękną, afektowaną Faye, w której się kocha, jej ojca - chorego komika Harry'ego, kowboja Earle'a (który się kocha w Faye), Meksykanina Miguela (który jw.) i zeschizowanego Homera Simpsona (który jw.). Faye prowadzi się luźno, ale woli obdarzać swoimi wdziękami tych, co mogą jej zasponsorować karierę w filmie, dlatego Tod niespecjalnie ma szanse. Więc snuje się za Faye, patrzy, jak obmacuje ją Earle i Miguel, potem jak Faye doprowadza Homera do upadku, a na końcu ginie w tłumie gapiów. I tak czytałam, czytałam i nagły finał mnie rozczarował. Jestem impregnowana na alegorie, aluzje i przenośnie, nie chwyciło.
#10