Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu


Dave Eggers - Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza

Są książki o czymś, są książki zupełnie o niczym. Ta należy do drugiej kategorii; najprościej byłoby dokleić ją do nurtu "strumień świadomości". Przedzierałam się przez nią długo, w dwóch podejściach. Ale przedarłam się, tyle że ostatecznie nie wiem, czy było warto. Chociaż nie, było, ale niekoniecznie teraz. To książka na powolne smakowanie, mimo że czyta się ją czując świst wiatru w uszach. Oprócz książki właściwej dodatkowo jest także wstęp, dodatek i cała seria wyjaśnień i appendiksów, w których autor objaśnia, co przemilczał, posklejał, zmienił, uprościł czy przejaskrawił. Bo książka to pamiętnik nietypowego okresu przejścia z okresu dzieciństwa do roli rodzica. Eggers nie ukrywa, a nawet podkreśla, że opisuje rzeczy prawdziwe (ot - opisuje przyjaciółkę z Nowego Jorku - Skye, która grała małą rólkę w "Młodych gniewnych"). W ciągu kilkudziesięciu dni umierają na raka ojciec i matka czworga rodzeństwa - 21-letniego Dave'a, nieco starszych Billa i Beth i 9-letniego Topha. Każde z nich umiera inaczej - ojciec z dnia na dzień, matka - długo, boleśnie i walcząc o każdą chwilę życia. Prosto ze szpitala Eggers przenosi czytelnika do San Francisco, gdzie opiekując się bratem dorywczo pracuje w różnych agencjach, tworząc z przyjaciółmi offowe czasopismo "Might". Głównie dla tego kawałka nie żałuję wielu wieczorów spędzonych na przedzieraniu się przez kolejne strony - kocham San Francisco, cieszyłam się opisami poszczególnych dzielnic, parków, plaż, wypraw Bay Bridge'em czy biegu przez Golden Gate (rany, jak tam wieje). Reszta książki jest autoterapeutyczna i bardzo osobista, pełna traum i schiz, ciężko mi się przez nią przechodziło. Podobnie było w przypadku poprzedniej tego autora.

Tragiczne tłumaczenie; poza oplutymi już na blipie tamponami Q-tip czy lampami z lawy irytuje mnie, że język jest toporny, że czasem do dość oczywistych imion przypisywana jest zła płeć (Dot to Dorothy, na litość), a czasem całość zdania zgrzyta przeraźliwie, bo niegramatyczne. Cóż, Jerzy Łoziński to klasa sama w sobie.

Inne tego autora tutaj.

#1

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 4, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2010 - 0 komentarzy - Skomentuj


Dave Eggers - Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza

Są książki o czymś, są książki zupełnie o niczym. Ta należy do drugiej kategorii; najprościej byłoby dokleić ją do nurtu "strumień świadomości". Przedzierałam się przez nią długo, w dwóch podejściach. Ale przedarłam się, tyle że ostatecznie nie wiem, czy było warto. Chociaż nie, było, ale niekoniecznie teraz. To książka na powolne smakowanie, mimo że czyta się ją czując świst wiatru w uszach. Oprócz książki właściwej dodatkowo jest także wstęp, dodatek i cała seria wyjaśnień i appendiksów, w których autor objaśnia, co przemilczał, posklejał, zmienił, uprościł czy przejaskrawił. Bo książka to pamiętnik nietypowego okresu przejścia z okresu dzieciństwa do roli rodzica. Eggers nie ukrywa, a nawet podkreśla, że opisuje rzeczy prawdziwe (ot - opisuje przyjaciółkę z Nowego Jorku - Skye, która grała małą rólkę w "Młodych gniewnych"). W ciągu kilkudziesięciu dni umierają na raka ojciec i matka czworga rodzeństwa - 21-letniego Dave'a, nieco starszych Billa i Beth i 9-letniego Topha. Każde z nich umiera inaczej - ojciec z dnia na dzień, matka - długo, boleśnie i walcząc o każdą chwilę życia. Prosto ze szpitala Eggers przenosi czytelnika do San Francisco, gdzie opiekując się bratem dorywczo pracuje w różnych agencjach, tworząc z przyjaciółmi offowe czasopismo "Might". Głównie dla tego kawałka nie żałuję wielu wieczorów spędzonych na przedzieraniu się przez kolejne strony - kocham San Francisco, cieszyłam się opisami poszczególnych dzielnic, parków, plaż, wypraw Bay Bridge'em czy biegu przez Golden Gate (rany, jak tam wieje). Reszta książki jest autoterapeutyczna i bardzo osobista, pełna traum i schiz, ciężko mi się przez nią przechodziło. Podobnie było w przypadku poprzedniej tego autora.

Tragiczne tłumaczenie; poza oplutymi już na blipie tamponami Q-tip czy lampami z lawy irytuje mnie, że język jest toporny, że czasem do dość oczywistych imion przypisywana jest zła płeć (Dot to Dorothy, na litość), a czasem całość zdania zgrzyta przeraźliwie, bo niegramatyczne. Cóż, Jerzy Łoziński to klasa sama w sobie.

Inne tego autora tutaj.

#1

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 4, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2010 - 0 komentarzy - Skomentuj


Dave Eggers - Wstrząsające dzieło kulejącego geniusza

Są książki o czymś, są książki zupełnie o niczym. Ta należy do drugiej kategorii; najprościej byłoby dokleić ją do nurtu "strumień świadomości". Przedzierałam się przez nią długo, w dwóch podejściach. Ale przedarłam się, tyle że ostatecznie nie wiem, czy było warto. Chociaż nie, było, ale niekoniecznie teraz. To książka na powolne smakowanie, mimo że czyta się ją czując świst wiatru w uszach. Oprócz książki właściwej dodatkowo jest także wstęp, dodatek i cała seria wyjaśnień i appendiksów, w których autor objaśnia, co przemilczał, posklejał, zmienił, uprościł czy przejaskrawił. Bo książka to pamiętnik nietypowego okresu przejścia z okresu dzieciństwa do roli rodzica. Eggers nie ukrywa, a nawet podkreśla, że opisuje rzeczy prawdziwe (ot - opisuje przyjaciółkę z Nowego Jorku - Skye, która grała małą rólkę w "Młodych gniewnych"). W ciągu kilkudziesięciu dni umierają na raka ojciec i matka czworga rodzeństwa - 21-letniego Dave'a, nieco starszych Billa i Beth i 9-letniego Topha. Każde z nich umiera inaczej - ojciec z dnia na dzień, matka - długo, boleśnie i walcząc o każdą chwilę życia. Prosto ze szpitala Eggers przenosi czytelnika do San Francisco, gdzie opiekując się bratem dorywczo pracuje w różnych agencjach, tworząc z przyjaciółmi offowe czasopismo "Might". Głównie dla tego kawałka nie żałuję wielu wieczorów spędzonych na przedzieraniu się przez kolejne strony - kocham San Francisco, cieszyłam się opisami poszczególnych dzielnic, parków, plaż, wypraw Bay Bridge'em czy biegu przez Golden Gate (rany, jak tam wieje). Reszta książki jest autoterapeutyczna i bardzo osobista, pełna traum i schiz, ciężko mi się przez nią przechodziło. Podobnie było w przypadku poprzedniej tego autora.

Tragiczne tłumaczenie; poza oplutymi już na blipie tamponami Q-tip czy lampami z lawy irytuje mnie, że język jest toporny, że czasem do dość oczywistych imion przypisywana jest zła płeć (Dot to Dorothy, na litość), a czasem całość zdania zgrzyta przeraźliwie, bo niegramatyczne. Cóż, Jerzy Łoziński to klasa sama w sobie.

Inne tego autora tutaj.

#1

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 4, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Pocztówka

Mam w głowie takie generyczne obrazy na różne okazje. Jesień - park z płomiennym listowiem, lato - plaża, wiosna - coś tam jeszcze innego. Zima ma kilka obrazków, ale taki pocztówkowo-świąteczny, zapisany gdzieś na dnie mojej głowy, to gwiazdkowa wieś. Ciasno stłoczone domy ze skośnymi dachami, okryte śniegiem, z choinkami, światełkami, bałwanem koło krzywego płotu z desek. I taką wieś dzisiaj zobaczyłam w podpoznańskim Luboniu. Widziałam ją już wielokrotnie, bo tamtędy wiedzie droga do outletu z ciuchami. Za każdym razem jestem zachwycona, bo czuję się, jakbym pojechała w Zupełnie Inne Miejsce. Domy są jak z najprostszych dziecięcych rysunków - prostopadłościenne klocki z dwuspadzistymi dachami, tyle że w jednym prostopadłościanie mieści się kilka domów, na każdy przypadają po dwa okna i drzwi na środku. Wygląda to przeraźliwie ubogo, ale coś mnie w tych domach fascynuje. Dzisiaj padał śnieg, zapadał zmrok, w oknach za zasłonami zapalały się światła, a w jednym z domo-baraczków szyld dumnie obwieszczał, że tu się mieści ogólnospożywczo-przemysłowy sklep "Rabat". Poczułam się jak w skansenie własnej wyobraźni.

PS Uprzedzając, powyższa notka nie ma wydźwięku pejoratywnego ani kpiącego.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 3, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Pocztówka

Mam w głowie takie generyczne obrazy na różne okazje. Jesień - park z płomiennym listowiem, lato - plaża, wiosna - coś tam jeszcze innego. Zima ma kilka obrazków, ale taki pocztówkowo-świąteczny, zapisany gdzieś na dnie mojej głowy, to gwiazdkowa wieś. Ciasno stłoczone domy ze skośnymi dachami, okryte śniegiem, z choinkami, światełkami, bałwanem koło krzywego płotu z desek. I taką wieś dzisiaj zobaczyłam w podpoznańskim Luboniu. Widziałam ją już wielokrotnie, bo tamtędy wiedzie droga do outletu z ciuchami. Za każdym razem jestem zachwycona, bo czuję się, jakbym pojechała w Zupełnie Inne Miejsce. Domy są jak z najprostszych dziecięcych rysunków - prostopadłościenne klocki z dwuspadzistymi dachami, tyle że w jednym prostopadłościanie mieści się kilka domów, na każdy przypadają po dwa okna i drzwi na środku. Wygląda to przeraźliwie ubogo, ale coś mnie w tych domach fascynuje. Dzisiaj padał śnieg, zapadał zmrok, w oknach za zasłonami zapalały się światła, a w jednym z domo-baraczków szyld dumnie obwieszczał, że tu się mieści ogólnospożywczo-przemysłowy sklep "Rabat". Poczułam się jak w skansenie własnej wyobraźni.

PS Uprzedzając, powyższa notka nie ma wydźwięku pejoratywnego ani kpiącego.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 3, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Moje miasto - - 5 komentarzy - Skomentuj


Pocztówka

Mam w głowie takie generyczne obrazy na różne okazje. Jesień - park z płomiennym listowiem, lato - plaża, wiosna - coś tam jeszcze innego. Zima ma kilka obrazków, ale taki pocztówkowo-świąteczny, zapisany gdzieś na dnie mojej głowy, to gwiazdkowa wieś. Ciasno stłoczone domy ze skośnymi dachami, okryte śniegiem, z choinkami, światełkami, bałwanem koło krzywego płotu z desek. I taką wieś dzisiaj zobaczyłam w podpoznańskim Luboniu. Widziałam ją już wielokrotnie, bo tamtędy wiedzie droga do outletu z ciuchami. Za każdym razem jestem zachwycona, bo czuję się, jakbym pojechała w Zupełnie Inne Miejsce. Domy są jak z najprostszych dziecięcych rysunków - prostopadłościenne klocki z dwuspadzistymi dachami, tyle że w jednym prostopadłościanie mieści się kilka domów, na każdy przypadają po dwa okna i drzwi na środku. Wygląda to przeraźliwie ubogo, ale coś mnie w tych domach fascynuje. Dzisiaj padał śnieg, zapadał zmrok, w oknach za zasłonami zapalały się światła, a w jednym z domo-baraczków szyld dumnie obwieszczał, że tu się mieści ogólnospożywczo-przemysłowy sklep "Rabat". Poczułam się jak w skansenie własnej wyobraźni.

PS Uprzedzając, powyższa notka nie ma wydźwięku pejoratywnego ani kpiącego.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 3, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Breaking Bad

Przeraźliwie smutny serial o handlu narkotykami. Takie "Weeds", ale na poważnie i tragicznie. Walter, 40-letni nudny nauczyciel chemii w liceum (charyzma --), dorabiający sobie na myjni samochodowej (obciach ++), z niepełnosprawnym synem i żoną w ciąży (wydatki ++, stres ++) dowiaduje się, że ma zaawansowanego raka płuc (hit points --). Nie ma też pieniędzy (sanity --). Przypadkiem spotyka młodego handlarza narkotyków i wpada na pomysł, jak zarobić odpowiednio dużą stertę pieniędzy, żeby zapewnić byt rodzinie, kiedy niebawem umrze. Bo wprawdzie nauczycielem jest słabym, ale całkiem sprawnie robi metamfetaminę z dostępnych składników. Im dalej w las, tym bardziej zaplątuje się w podwójne życie i z odcinka na odcinek jest ryzykowniej, tym bardziej że jego szwagier to jeden ze skuteczniejszych agentów DEA.

Absolutnie obłędne pejzaże Nowego Meksyku, dużo ładnego i szerokiego filmowania nieba, co dość ostro kontrastuje z krwią, co się leje szeroką smugą. Serial do tego moralnie ciężki, bo z jednej strony siedzę i kibicuję choremu człowiekowi, z drugiej wybory, jakich dokonuje, nie są akceptowalne (a im dalej w sezony, tym trudniej). I jak w "Weeds" Nancy czasem obrywała od życia, ale na końcu zawsze wychodziła w pantofelkach na obcasach, tak tu nie jest powiedziane, że wtem się wszystko nie sypnie. Dodatkowo w większości odcinków pojawia się formuła pokazywania pointy odcinka, a potem dopiero widać, jak do tego doszło; łatwo o zmyłki i cliffhangery.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 1, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Breaking Bad

Przeraźliwie smutny serial o handlu narkotykami. Takie "Weeds", ale na poważnie i tragicznie. Walter, 40-letni nudny nauczyciel chemii w liceum (charyzma --), dorabiający sobie na myjni samochodowej (obciach ++), z niepełnosprawnym synem i żoną w ciąży (wydatki ++, stres ++) dowiaduje się, że ma zaawansowanego raka płuc (hit points --). Nie ma też pieniędzy (sanity --). Przypadkiem spotyka młodego handlarza narkotyków i wpada na pomysł, jak zarobić odpowiednio dużą stertę pieniędzy, żeby zapewnić byt rodzinie, kiedy niebawem umrze. Bo wprawdzie nauczycielem jest słabym, ale całkiem sprawnie robi metamfetaminę z dostępnych składników. Im dalej w las, tym bardziej zaplątuje się w podwójne życie i z odcinka na odcinek jest ryzykowniej, tym bardziej że jego szwagier to jeden ze skuteczniejszych agentów DEA.

Absolutnie obłędne pejzaże Nowego Meksyku, dużo ładnego i szerokiego filmowania nieba, co dość ostro kontrastuje z krwią, co się leje szeroką smugą. Serial do tego moralnie ciężki, bo z jednej strony siedzę i kibicuję choremu człowiekowi, z drugiej wybory, jakich dokonuje, nie są akceptowalne (a im dalej w sezony, tym trudniej). I jak w "Weeds" Nancy czasem obrywała od życia, ale na końcu zawsze wychodziła w pantofelkach na obcasach, tak tu nie jest powiedziane, że wtem się wszystko nie sypnie. Dodatkowo w większości odcinków pojawia się formuła pokazywania pointy odcinka, a potem dopiero widać, jak do tego doszło; łatwo o zmyłki i cliffhangery.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 1, 2010

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 2 komentarze - Skomentuj


Breaking Bad

Przeraźliwie smutny serial o handlu narkotykami. Takie "Weeds", ale na poważnie i tragicznie. Walter, 40-letni nudny nauczyciel chemii w liceum (charyzma --), dorabiający sobie na myjni samochodowej (obciach ++), z niepełnosprawnym synem i żoną w ciąży (wydatki ++, stres ++) dowiaduje się, że ma zaawansowanego raka płuc (hit points --). Nie ma też pieniędzy (sanity --). Przypadkiem spotyka młodego handlarza narkotyków i wpada na pomysł, jak zarobić odpowiednio dużą stertę pieniędzy, żeby zapewnić byt rodzinie, kiedy niebawem umrze. Bo wprawdzie nauczycielem jest słabym, ale całkiem sprawnie robi metamfetaminę z dostępnych składników. Im dalej w las, tym bardziej zaplątuje się w podwójne życie i z odcinka na odcinek jest ryzykowniej, tym bardziej że jego szwagier to jeden ze skuteczniejszych agentów DEA.

Absolutnie obłędne pejzaże Nowego Meksyku, dużo ładnego i szerokiego filmowania nieba, co dość ostro kontrastuje z krwią, co się leje szeroką smugą. Serial do tego moralnie ciężki, bo z jednej strony siedzę i kibicuję choremu człowiekowi, z drugiej wybory, jakich dokonuje, nie są akceptowalne (a im dalej w sezony, tym trudniej). I jak w "Weeds" Nancy czasem obrywała od życia, ale na końcu zawsze wychodziła w pantofelkach na obcasach, tak tu nie jest powiedziane, że wtem się wszystko nie sypnie. Dodatkowo w większości odcinków pojawia się formuła pokazywania pointy odcinka, a potem dopiero widać, jak do tego doszło; łatwo o zmyłki i cliffhangery.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 1, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj