Lubię przeglądać czasopisma wnętrzarskie. Pasjami. Robię to z pełnym przekonaniem, że gdybym miała czas/fachowca/dom do mieszkania na czas remontu/nieograniczone zasoby finansowe[1]/nowe mieszkanie(*), to bym sobie tak wymyśliła, że mucha nie siada[2]. Siedzimy sobie więc w lokalu o dźwięcznej nazwie SPOT (SPOCie? SPOT-cie? ugh), TŻ kartkuje horror ze szkoły podstawowej ("Chłopcy z Placu Broni"), a ja przeglądam leniwie jakieś starszawe Elle Decoration z sesjami fotograficznymi loftów. Mam takie dwa tematy (poza zdjęciami wielkich i jasnych pomieszczeń), które szczególnie mnie w czasopismach bawią - koty i książki. Nic mnie tak nie rozwesela jak ambitny podpis pod zdjęciem "Kolekcja książek pani domu", pokazujący ładnie zaaranżowany niesymetryczny regalik na 50 książek. Domyślam się, że na potrzeby sesji raczej nie fotografuje się kilkutysięcznego księgozbioru, ale tak czy tak - zabawne. Koty - wiadomo, nic nie dodaje tak urody wnętrzu jak gustownie upozowane futro. Wracając do ad remu, przeglądam czasopismo, podśmiewam się z regaliku z kilkudziesięcioma książkami, zachwycam czarnym kotem na parapecie, ponownie zachwycam tym samym czarnym kotem, który tak na oko podąża przed fotografem i umieszcza się strategicznie dobranych miejscach. O, znowu parapet. O, znowu te same książki, co na poprzednim zdjęciu, mimo że to inny parapet. Nawet tak samo ułożone. TŻ złośliwie zauważył, że mogą być nawet sklejone na stałe. I przyniesione na sesję przez fotografa. Może nawet i kota przyniósł.
(*) Niepotrzebne skreślić.
[1] Przeglądam sobie kanapy w czasopiśmie. Wybieram najfajniejszą, składającą się z kolorowych klocków. 98 600 zł.
[2] Nie siada, bo zamontuję siatki w oknach. Taka jestem.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 29, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Lubię przeglądać czasopisma wnętrzarskie. Pasjami. Robię to z pełnym przekonaniem, że gdybym miała czas/fachowca/dom do mieszkania na czas remontu/nieograniczone zasoby finansowe[1]/nowe mieszkanie(*), to bym sobie tak wymyśliła, że mucha nie siada[2]. Siedzimy sobie więc w lokalu o dźwięcznej nazwie SPOT (SPOCie? SPOT-cie? ugh), TŻ kartkuje horror ze szkoły podstawowej ("Chłopcy z Placu Broni"), a ja przeglądam leniwie jakieś starszawe Elle Decoration z sesjami fotograficznymi loftów. Mam takie dwa tematy (poza zdjęciami wielkich i jasnych pomieszczeń), które szczególnie mnie w czasopismach bawią - koty i książki. Nic mnie tak nie rozwesela jak ambitny podpis pod zdjęciem "Kolekcja książek pani domu", pokazujący ładnie zaaranżowany niesymetryczny regalik na 50 książek. Domyślam się, że na potrzeby sesji raczej nie fotografuje się kilkutysięcznego księgozbioru, ale tak czy tak - zabawne. Koty - wiadomo, nic nie dodaje tak urody wnętrzu jak gustownie upozowane futro. Wracając do ad remu, przeglądam czasopismo, podśmiewam się z regaliku z kilkudziesięcioma książkami, zachwycam czarnym kotem na parapecie, ponownie zachwycam tym samym czarnym kotem, który tak na oko podąża przed fotografem i umieszcza się strategicznie dobranych miejscach. O, znowu parapet. O, znowu te same książki, co na poprzednim zdjęciu, mimo że to inny parapet. Nawet tak samo ułożone. TŻ złośliwie zauważył, że mogą być nawet sklejone na stałe. I przyniesione na sesję przez fotografa. Może nawet i kota przyniósł.
(*) Niepotrzebne skreślić.
[1] Przeglądam sobie kanapy w czasopiśmie. Wybieram najfajniejszą, składającą się z kolorowych klocków. 98 600 zł.
[2] Nie siada, bo zamontuję siatki w oknach. Taka jestem.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 29, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Fotografia+ -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Lubię przeglądać czasopisma wnętrzarskie. Pasjami. Robię to z pełnym przekonaniem, że gdybym miała czas/fachowca/dom do mieszkania na czas remontu/nieograniczone zasoby finansowe[1]/nowe mieszkanie(*), to bym sobie tak wymyśliła, że mucha nie siada[2]. Siedzimy sobie więc w lokalu o dźwięcznej nazwie SPOT (SPOCie? SPOT-cie? ugh), TŻ kartkuje horror ze szkoły podstawowej ("Chłopcy z Placu Broni"), a ja przeglądam leniwie jakieś starszawe Elle Decoration z sesjami fotograficznymi loftów. Mam takie dwa tematy (poza zdjęciami wielkich i jasnych pomieszczeń), które szczególnie mnie w czasopismach bawią - koty i książki. Nic mnie tak nie rozwesela jak ambitny podpis pod zdjęciem "Kolekcja książek pani domu", pokazujący ładnie zaaranżowany niesymetryczny regalik na 50 książek. Domyślam się, że na potrzeby sesji raczej nie fotografuje się kilkutysięcznego księgozbioru, ale tak czy tak - zabawne. Koty - wiadomo, nic nie dodaje tak urody wnętrzu jak gustownie upozowane futro. Wracając do ad remu, przeglądam czasopismo, podśmiewam się z regaliku z kilkudziesięcioma książkami, zachwycam czarnym kotem na parapecie, ponownie zachwycam tym samym czarnym kotem, który tak na oko podąża przed fotografem i umieszcza się strategicznie dobranych miejscach. O, znowu parapet. O, znowu te same książki, co na poprzednim zdjęciu, mimo że to inny parapet. Nawet tak samo ułożone. TŻ złośliwie zauważył, że mogą być nawet sklejone na stałe. I przyniesione na sesję przez fotografa. Może nawet i kota przyniósł.
(*) Niepotrzebne skreślić.
[1] Przeglądam sobie kanapy w czasopiśmie. Wybieram najfajniejszą, składającą się z kolorowych klocków. 98 600 zł.
[2] Nie siada, bo zamontuję siatki w oknach. Taka jestem.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela listopad 29, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
EDIT: Zwierzątek produkowanych przez Jellycat jest więcej.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 28, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Maja -
- 11 komentarzy
- Skomentuj
EDIT: Zwierzątek produkowanych przez Jellycat jest więcej.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 28, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Maja -
- 11 komentarzy
- Skomentuj
EDIT: Zwierzątek produkowanych przez Jellycat jest więcej.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 28, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
I co? Śmiałam się z ludzi, co zamawiają mleko sojowe do kawy i mnie pokarało. Szczęśliwie latte z soją nie jest aż tak straszna, jak się spodziewałam. Ba, nawet specjalnie się nie różni od latte ze zwykłym mlekiem. Nie spodziewałam się, że poznam Ekowiarnię od tej strony, ale poranek w miejscu, gdzie można powybrzydzać, zamienić masło na oliwę i zjeść fantastyczną sałatkę z tuńczykiem, jajkiem, kiełkami i musztardowym winegretem, to miły poranek. Wspominałam, że lubię wyjść z domu i usiąść w miejscu, gdzie są duże okna, kwiaty, ludzie, w głośnikach Enya (epizod z przeraźliwym coverem "Sound of Silence" pominę wzgardliwie), a wszędzie urokliwe detale.

I mała dygresja z tła. Lubię, jak język ewoluuje. Jestem wielką fanką pozyskanych z sieci sformułowań typu popadanie w szezlong i emitowanie się za kioskiem czy z takiego Wilq, że można zaliczyć totalny kompromis. Dziś wzruszyłam się nieledwie, będąc świadkiem scenki: Młody mężczyzna, szykujący się zapewne do lanczyku, dzwoni do kogoś. I sugeruje wspólną konsumpcję wytwornymi słowy: "A co powiesz na małe komsi komsa? A, ty już dzisiaj komsa? A co jadłeś?". Jestem marakuja, nie wiem, co powiedzieć.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 26, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
I co? Śmiałam się z ludzi, co zamawiają mleko sojowe do kawy i mnie pokarało. Szczęśliwie latte z soją nie jest aż tak straszna, jak się spodziewałam. Ba, nawet specjalnie się nie różni od latte ze zwykłym mlekiem. Nie spodziewałam się, że poznam Ekowiarnię od tej strony, ale poranek w miejscu, gdzie można powybrzydzać, zamienić masło na oliwę i zjeść fantastyczną sałatkę z tuńczykiem, jajkiem, kiełkami i musztardowym winegretem, to miły poranek. Wspominałam, że lubię wyjść z domu i usiąść w miejscu, gdzie są duże okna, kwiaty, ludzie, w głośnikach Enya (epizod z przeraźliwym coverem "Sound of Silence" pominę wzgardliwie), a wszędzie urokliwe detale.

I mała dygresja z tła. Lubię, jak język ewoluuje. Jestem wielką fanką pozyskanych z sieci sformułowań typu popadanie w szezlong i emitowanie się za kioskiem czy z takiego Wilq, że można zaliczyć totalny kompromis. Dziś wzruszyłam się nieledwie, będąc świadkiem scenki: Młody mężczyzna, szykujący się zapewne do lanczyku, dzwoni do kogoś. I sugeruje wspólną konsumpcję wytwornymi słowy: "A co powiesz na małe komsi komsa? A, ty już dzisiaj komsa? A co jadłeś?". Jestem marakuja, nie wiem, co powiedzieć.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 26, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
I co? Śmiałam się z ludzi, co zamawiają mleko sojowe do kawy i mnie pokarało. Szczęśliwie latte z soją nie jest aż tak straszna, jak się spodziewałam. Ba, nawet specjalnie się nie różni od latte ze zwykłym mlekiem. Nie spodziewałam się, że poznam Ekowiarnię od tej strony, ale poranek w miejscu, gdzie można powybrzydzać, zamienić masło na oliwę i zjeść fantastyczną sałatkę z tuńczykiem, jajkiem, kiełkami i musztardowym winegretem, to miły poranek. Wspominałam, że lubię wyjść z domu i usiąść w miejscu, gdzie są duże okna, kwiaty, ludzie, w głośnikach Enya (epizod z przeraźliwym coverem "Sound of Silence" pominę wzgardliwie), a wszędzie urokliwe detale.

I mała dygresja z tła. Lubię, jak język ewoluuje. Jestem wielką fanką pozyskanych z sieci sformułowań typu popadanie w szezlong i emitowanie się za kioskiem czy z takiego Wilq, że można zaliczyć totalny kompromis. Dziś wzruszyłam się nieledwie, będąc świadkiem scenki: Młody mężczyzna, szykujący się zapewne do lanczyku, dzwoni do kogoś. I sugeruje wspólną konsumpcję wytwornymi słowy: "A co powiesz na małe komsi komsa? A, ty już dzisiaj komsa? A co jadłeś?". Jestem marakuja, nie wiem, co powiedzieć.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek listopad 26, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
No nie zachwyca, chociaż się dobrze zapowiadało po lekturze notki na okładce. Felietono-opowiadania o wizytach i pracy polskiej studentki w Krainie Wolności. Podróż greyhoundem, upalny i brudny emigrancki Nowy Jork i "drajw" po pustyni, a na końcu pełna żalu spowiedź niani. Jak dla mnie za dużo blogowego "ja-ja-ja", za mało Ameryki. Niebezpiecznie przypomina mi "Delicje ciotki Dee" Teresy Hołówki, pełne narzekania, że Stany to small-talk, mikser do odpadów w kuchennym zlewie i brak Nocnych Polaków Rozmów. Złośliwostki na temat Polonii dają asumpt do zastanowienia się, czy aby nie warto byłoby nie zamykać się w getcie Polaków na obczyźnie (wiem, wiem, to trudne wejść od razu na głęboką wodę). Historię biednej niani, nie potrafiącej sprzeciwić się demonicznej amerykańskiej pani domu z nadczynnością higieny i kontroli, czytałam już w "Niani z Nowego Jorku", gdzie niania przynajmniej lubiła dziecko, którym się opiekowała. Zdaję sobie sprawę, że mam zupełnie inny punkt widzenia, bo za ocean poleciałam rekreacyjnie, z pewnym zapasem dolarów, pozwalającym na restauracje i spanie w hotelach, a nie do pracy i życia za minimum.
Formalnie do zarzucenia mam niechlujstwo. Zarówno autorce (konsekwentny brak wielkich liter w nazwach zespołów), jak i korekcie (liczne literówki). Irytuje.
#50
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek listopad 24, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2009, opowiadania
- 0 komentarzy
- Skomentuj