Przede wszystkim nie należy dać się zwieść recenzjom, które głoszą, że jest to książka zabawna, pełna (czasem uczciwie dodają "czarnego") humoru, który sprawia, że opisana groteskowo-posępna rzeczywistość Ukrainy z wczesnych lat po rozpadzie Związku Republik jest łatwiejsza do strawienia. Bo nie jest. Historia jest do głębi absurdalna - Wiktor, bezrobotny po przemianach dziennikarz/pisarz mieszka z pingwinem Miszą, którego wziął pod opiekę przy zamykaniu kijowskiego zoo. Dostaje propozycję intratnej, choć dość niezwykłej pracy - pisanie nekrologów (tzw. krzyżyków), co samo w sobie jest niezwykłe, ale bohaterowie jego miniatur literackich jeszcze żyją, więc teksty przygotowane na podstawie szczegółowego i zwykle niezbyt pochlebnego dossier lądują w szufladzie redakcji. Dodatkowo Wiktor nie może się pod nimi podpisać. Praca jak praca, Wiktorowi idzie całkiem nieźle, co jego znajomy kwituje celnym "Wzruszająco piszesz! Widać, że gówno nie ludzie, a mimo wszystko żal ich, kiedy się czyta", do momentu, kiedy ludzie z jego listy "zrealizowanych" zaczynają po kolei umierać. Przyjaciel oddaje mu pod opiekę córkę, po czym znika, zaczynają znikać też ludzie z otoczenia pisarza, co w zestawieniu z kijowską zimą i chorującym pingwinem daje poczucie coraz większego zagrożenia i psychicznej klaustrofobii.
Najsmutniejsze po lekturze było wrażenie, że Ukraina to miejsce, gdzie mogą się takie rzeczy dziać.
#27
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 4, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przede wszystkim nie należy dać się zwieść recenzjom, które głoszą, że jest to książka zabawna, pełna (czasem uczciwie dodają "czarnego") humoru, który sprawia, że opisana groteskowo-posępna rzeczywistość Ukrainy z wczesnych lat po rozpadzie Związku Republik jest łatwiejsza do strawienia. Bo nie jest. Historia jest do głębi absurdalna - Wiktor, bezrobotny po przemianach dziennikarz/pisarz mieszka z pingwinem Miszą, którego wziął pod opiekę przy zamykaniu kijowskiego zoo. Dostaje propozycję intratnej, choć dość niezwykłej pracy - pisanie nekrologów (tzw. krzyżyków), co samo w sobie jest niezwykłe, ale bohaterowie jego miniatur literackich jeszcze żyją, więc teksty przygotowane na podstawie szczegółowego i zwykle niezbyt pochlebnego dossier lądują w szufladzie redakcji. Dodatkowo Wiktor nie może się pod nimi podpisać. Praca jak praca, Wiktorowi idzie całkiem nieźle, co jego znajomy kwituje celnym "Wzruszająco piszesz! Widać, że gówno nie ludzie, a mimo wszystko żal ich, kiedy się czyta", do momentu, kiedy ludzie z jego listy "zrealizowanych" zaczynają po kolei umierać. Przyjaciel oddaje mu pod opiekę córkę, po czym znika, zaczynają znikać też ludzie z otoczenia pisarza, co w zestawieniu z kijowską zimą i chorującym pingwinem daje poczucie coraz większego zagrożenia i psychicznej klaustrofobii.
Najsmutniejsze po lekturze było wrażenie, że Ukraina to miejsce, gdzie mogą się takie rzeczy dziać.
#27
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 4, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przede wszystkim nie należy dać się zwieść recenzjom, które głoszą, że jest to książka zabawna, pełna (czasem uczciwie dodają "czarnego") humoru, który sprawia, że opisana groteskowo-posępna rzeczywistość Ukrainy z wczesnych lat po rozpadzie Związku Republik jest łatwiejsza do strawienia. Bo nie jest. Historia jest do głębi absurdalna - Wiktor, bezrobotny po przemianach dziennikarz/pisarz mieszka z pingwinem Miszą, którego wziął pod opiekę przy zamykaniu kijowskiego zoo. Dostaje propozycję intratnej, choć dość niezwykłej pracy - pisanie nekrologów (tzw. krzyżyków), co samo w sobie jest niezwykłe, ale bohaterowie jego miniatur literackich jeszcze żyją, więc teksty przygotowane na podstawie szczegółowego i zwykle niezbyt pochlebnego dossier lądują w szufladzie redakcji. Dodatkowo Wiktor nie może się pod nimi podpisać. Praca jak praca, Wiktorowi idzie całkiem nieźle, co jego znajomy kwituje celnym "Wzruszająco piszesz! Widać, że gówno nie ludzie, a mimo wszystko żal ich, kiedy się czyta", do momentu, kiedy ludzie z jego listy "zrealizowanych" zaczynają po kolei umierać. Przyjaciel oddaje mu pod opiekę córkę, po czym znika, zaczynają znikać też ludzie z otoczenia pisarza, co w zestawieniu z kijowską zimą i chorującym pingwinem daje poczucie coraz większego zagrożenia i psychicznej klaustrofobii.
Najsmutniejsze po lekturze było wrażenie, że Ukraina to miejsce, gdzie mogą się takie rzeczy dziać.
#27
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 4, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2009
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wstyd powiedzieć, ale jest to kolejna książka, podczas czytania której myślałam "Mogłabym sama ją napisać, tylko się spóźniłam" (chociaż pewnie wymyślanie błyskotliwych tytułów rozdziałów nie poszłoby tak sprawnie, jak Talce czy Cotowi [2019 - link nieaktualny]). To zbiorek felietonów opowiadających o dwóch podróżach Talków dookoła Polski; w pierwszą wybrali się z półtorarocznym Młodym (jasne jest więc, że ciekawsze są traktory, wiejskie koty, żuczki-gnojaki i żubry), w drugą już z parką Młodych - odpowiednio 5 i 6,5 letnich (tu trzeba już umilić młodzieży podróż co bardziej cenzuralnymi legendami i równie ocenzurowaną wersją CB radia). Żeby nie było za prosto, pojechali polami, wioskami i opłotkami, żeby obejrzeć to, o czym w poważnych przewodnikach "Polska w weekend" nie piszą. I jak podczas czytania miałam ochotę popełnić pełną zachwytu notkę o zgrabnie napisanej, zabawnej, ciekawej i jeszcze do tego świetnie czytalnej książce, tak im dalej w las, tym bardziej mroczniej mi się robiło i kluł mi się w głowie coraz zjadliwszy paszwil.
Czemu? Bo książka odpowiada na żywotne pytanie, które czasem zadają mi znajomi, czemu nie spędzam urlopu w Polsce, skoro jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia. Właśnie z tego powodu, że miejsca te są ciągle obudowane post-prlowskim "niechcemisiem", bez względu na zasobność portfela trafienie do dobrej restauracji (a nie takiej, gdzie są pierogi z mrożonki, pizza z brzoskwinią odgrzewana w mikrofali, zupa z proszku czy grzanki z kartonika), nie wspominając o jakości i dostępności miejsc noclegowych poza większymi miastami (szybki rzut oka na booking.com - Polska 990 hoteli/hosteli itp., dla porównania 645 hoteli w Berlinie). Do tych pięknych miejsc prowadzą też drogi, czasem nawet wyasfaltowane, ale asfaltu spod łat nie widać. Ba, mamy zabytki, pałace, cmentarze, góry, lasy i doliny, co z tego, jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat w zameczku przechowywano węgiel bądź hodowano prosięta, a ostatnie 20 lat sprawiło tylko, że zmieniło się podejście: z dawnego "państwowe, czyli niczyje" na "jak wróci prawowity właściciel, to naprawi". Przy miejscach odwiedzanych przez turystów nie ma przewodników, albumów czy infrastruktury (przepraszam, ale jak dla mnie jedna restauracja w Rogalinie i okienko z lodami to boleśnie mało), czasem siedzi pan Józio czy pani Halina i za 2 zł od łebka może opowiedzieć zabawną historię. I tak jak na to patrzę, to zwyczajnie nie chce mi się. Jedyną barierą za granicą jest język, ale jak do tej pory nawet na Tajwanie da się radę porozumieć, czasem tylko nadużywając rąk. Nie chcę jechać nad polskie morze, gdzie jedyną atrakcją jest smażona ryba, a za pieniądze porównywalne z czterogwiazdkowym hotelem w Luxemburgu nocować w klockowatym domku z oknem wychodzącym na śmietnik. Nie chcę na polską wieś. Nie chcę do większości polskich miast. Może się zmieni za jakiś czas, bo się zmienia, ale na razie wybieram obmierzłe luksusy i dobrze dozowany lokalny folklor za granicą za wcale nie bardzo większe pieniądze.
Talka warto poza tym ze względu na śliczne poboczne historyjki (i cieszące namiary na miejsca, do których jednak warto).
"Powinno mnie tknąć już przy menu.
- Co to jest? zapytałem sympatycznej, bardzo polskiej kelnerki w chińskim fartuszku, wskazując pozycję w menu.
- To taki jakby kapuśniak, ale z grzybami chińskimi - wyjaśniła.
- A ta pozycja? - wskazałem następną zupę.
- A to jakby kartoflana, ale z chińskim makaronem - powiedziała.
- A to mięso?
- To jakby schabowy, ale z chińskim sosem".(...)
Pani kelnerka w restauracji chińskiej znała odpowiedź na nurtujące nas pytania.
- Klient lubi zjeść coś egzotycznego, ale żeby miało znajomy smak. Potem konsument sprowadza znajomych lub rodzinę i mówi: "to chińskie danie, ale smakuje jak schabowy". Bardzo nam się to sprawdza".
Alex, przemiły Niemiec mówiący po polsku, (...) zapytał wczoraj wieczorem swoją uroczą polszczyzną:
- Ale właściwie po co wam ten Dolny Śląsk, skoro się nim nie opiekujecie?
To ja, proszę państwa, wrócę, jak się zaczniemy opiekować.
PS Ostatnia strona jest smutna.
EDIT: Z Madagaskaru:
Alex the Lion: Whoa! Hold up there a second, fuzzbucket. You mean like, uh, the "live in a mud hut, wipe yourself with a leaf" type wild?
Julian: Who wipes?
Inne tego autora tu.
#26
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 2, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wstyd powiedzieć, ale jest to kolejna książka, podczas czytania której myślałam "Mogłabym sama ją napisać, tylko się spóźniłam" (chociaż pewnie wymyślanie błyskotliwych tytułów rozdziałów nie poszłoby tak sprawnie, jak Talce czy Cotowi [2019 - link nieaktualny]). To zbiorek felietonów opowiadających o dwóch podróżach Talków dookoła Polski; w pierwszą wybrali się z półtorarocznym Młodym (jasne jest więc, że ciekawsze są traktory, wiejskie koty, żuczki-gnojaki i żubry), w drugą już z parką Młodych - odpowiednio 5 i 6,5 letnich (tu trzeba już umilić młodzieży podróż co bardziej cenzuralnymi legendami i równie ocenzurowaną wersją CB radia). Żeby nie było za prosto, pojechali polami, wioskami i opłotkami, żeby obejrzeć to, o czym w poważnych przewodnikach "Polska w weekend" nie piszą. I jak podczas czytania miałam ochotę popełnić pełną zachwytu notkę o zgrabnie napisanej, zabawnej, ciekawej i jeszcze do tego świetnie czytalnej książce, tak im dalej w las, tym bardziej mroczniej mi się robiło i kluł mi się w głowie coraz zjadliwszy paszwil.
Czemu? Bo książka odpowiada na żywotne pytanie, które czasem zadają mi znajomi, czemu nie spędzam urlopu w Polsce, skoro jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia. Właśnie z tego powodu, że miejsca te są ciągle obudowane post-prlowskim "niechcemisiem", bez względu na zasobność portfela trafienie do dobrej restauracji (a nie takiej, gdzie są pierogi z mrożonki, pizza z brzoskwinią odgrzewana w mikrofali, zupa z proszku czy grzanki z kartonika), nie wspominając o jakości i dostępności miejsc noclegowych poza większymi miastami (szybki rzut oka na booking.com - Polska 990 hoteli/hosteli itp., dla porównania 645 hoteli w Berlinie). Do tych pięknych miejsc prowadzą też drogi, czasem nawet wyasfaltowane, ale asfaltu spod łat nie widać. Ba, mamy zabytki, pałace, cmentarze, góry, lasy i doliny, co z tego, jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat w zameczku przechowywano węgiel bądź hodowano prosięta, a ostatnie 20 lat sprawiło tylko, że zmieniło się podejście: z dawnego "państwowe, czyli niczyje" na "jak wróci prawowity właściciel, to naprawi". Przy miejscach odwiedzanych przez turystów nie ma przewodników, albumów czy infrastruktury (przepraszam, ale jak dla mnie jedna restauracja w Rogalinie i okienko z lodami to boleśnie mało), czasem siedzi pan Józio czy pani Halina i za 2 zł od łebka może opowiedzieć zabawną historię. I tak jak na to patrzę, to zwyczajnie nie chce mi się. Jedyną barierą za granicą jest język, ale jak do tej pory nawet na Tajwanie da się radę porozumieć, czasem tylko nadużywając rąk. Nie chcę jechać nad polskie morze, gdzie jedyną atrakcją jest smażona ryba, a za pieniądze porównywalne z czterogwiazdkowym hotelem w Luxemburgu nocować w klockowatym domku z oknem wychodzącym na śmietnik. Nie chcę na polską wieś. Nie chcę do większości polskich miast. Może się zmieni za jakiś czas, bo się zmienia, ale na razie wybieram obmierzłe luksusy i dobrze dozowany lokalny folklor za granicą za wcale nie bardzo większe pieniądze.
Talka warto poza tym ze względu na śliczne poboczne historyjki (i cieszące namiary na miejsca, do których jednak warto).
"Powinno mnie tknąć już przy menu.
- Co to jest? zapytałem sympatycznej, bardzo polskiej kelnerki w chińskim fartuszku, wskazując pozycję w menu.
- To taki jakby kapuśniak, ale z grzybami chińskimi - wyjaśniła.
- A ta pozycja? - wskazałem następną zupę.
- A to jakby kartoflana, ale z chińskim makaronem - powiedziała.
- A to mięso?
- To jakby schabowy, ale z chińskim sosem".(...)
Pani kelnerka w restauracji chińskiej znała odpowiedź na nurtujące nas pytania.
- Klient lubi zjeść coś egzotycznego, ale żeby miało znajomy smak. Potem konsument sprowadza znajomych lub rodzinę i mówi: "to chińskie danie, ale smakuje jak schabowy". Bardzo nam się to sprawdza".
Alex, przemiły Niemiec mówiący po polsku, (...) zapytał wczoraj wieczorem swoją uroczą polszczyzną:
- Ale właściwie po co wam ten Dolny Śląsk, skoro się nim nie opiekujecie?
To ja, proszę państwa, wrócę, jak się zaczniemy opiekować.
PS Ostatnia strona jest smutna.
EDIT: Z Madagaskaru:
Alex the Lion: Whoa! Hold up there a second, fuzzbucket. You mean like, uh, the "live in a mud hut, wipe yourself with a leaf" type wild?
Julian: Who wipes?
Inne tego autora tu.
#26
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, podroze, reportaz
- 31 komentarzy
- Skomentuj
Wstyd powiedzieć, ale jest to kolejna książka, podczas czytania której myślałam "Mogłabym sama ją napisać, tylko się spóźniłam" (chociaż pewnie wymyślanie błyskotliwych tytułów rozdziałów nie poszłoby tak sprawnie, jak Talce czy Cotowi [2019 - link nieaktualny]). To zbiorek felietonów opowiadających o dwóch podróżach Talków dookoła Polski; w pierwszą wybrali się z półtorarocznym Młodym (jasne jest więc, że ciekawsze są traktory, wiejskie koty, żuczki-gnojaki i żubry), w drugą już z parką Młodych - odpowiednio 5 i 6,5 letnich (tu trzeba już umilić młodzieży podróż co bardziej cenzuralnymi legendami i równie ocenzurowaną wersją CB radia). Żeby nie było za prosto, pojechali polami, wioskami i opłotkami, żeby obejrzeć to, o czym w poważnych przewodnikach "Polska w weekend" nie piszą. I jak podczas czytania miałam ochotę popełnić pełną zachwytu notkę o zgrabnie napisanej, zabawnej, ciekawej i jeszcze do tego świetnie czytalnej książce, tak im dalej w las, tym bardziej mroczniej mi się robiło i kluł mi się w głowie coraz zjadliwszy paszwil.
Czemu? Bo książka odpowiada na żywotne pytanie, które czasem zadają mi znajomi, czemu nie spędzam urlopu w Polsce, skoro jest tyle pięknych miejsc do obejrzenia. Właśnie z tego powodu, że miejsca te są ciągle obudowane post-prlowskim "niechcemisiem", bez względu na zasobność portfela trafienie do dobrej restauracji (a nie takiej, gdzie są pierogi z mrożonki, pizza z brzoskwinią odgrzewana w mikrofali, zupa z proszku czy grzanki z kartonika), nie wspominając o jakości i dostępności miejsc noclegowych poza większymi miastami (szybki rzut oka na booking.com - Polska 990 hoteli/hosteli itp., dla porównania 645 hoteli w Berlinie). Do tych pięknych miejsc prowadzą też drogi, czasem nawet wyasfaltowane, ale asfaltu spod łat nie widać. Ba, mamy zabytki, pałace, cmentarze, góry, lasy i doliny, co z tego, jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat w zameczku przechowywano węgiel bądź hodowano prosięta, a ostatnie 20 lat sprawiło tylko, że zmieniło się podejście: z dawnego "państwowe, czyli niczyje" na "jak wróci prawowity właściciel, to naprawi". Przy miejscach odwiedzanych przez turystów nie ma przewodników, albumów czy infrastruktury (przepraszam, ale jak dla mnie jedna restauracja w Rogalinie i okienko z lodami to boleśnie mało), czasem siedzi pan Józio czy pani Halina i za 2 zł od łebka może opowiedzieć zabawną historię. I tak jak na to patrzę, to zwyczajnie nie chce mi się. Jedyną barierą za granicą jest język, ale jak do tej pory nawet na Tajwanie da się radę porozumieć, czasem tylko nadużywając rąk. Nie chcę jechać nad polskie morze, gdzie jedyną atrakcją jest smażona ryba, a za pieniądze porównywalne z czterogwiazdkowym hotelem w Luxemburgu nocować w klockowatym domku z oknem wychodzącym na śmietnik. Nie chcę na polską wieś. Nie chcę do większości polskich miast. Może się zmieni za jakiś czas, bo się zmienia, ale na razie wybieram obmierzłe luksusy i dobrze dozowany lokalny folklor za granicą za wcale nie bardzo większe pieniądze.
Talka warto poza tym ze względu na śliczne poboczne historyjki (i cieszące namiary na miejsca, do których jednak warto).
"Powinno mnie tknąć już przy menu.
- Co to jest? zapytałem sympatycznej, bardzo polskiej kelnerki w chińskim fartuszku, wskazując pozycję w menu.
- To taki jakby kapuśniak, ale z grzybami chińskimi - wyjaśniła.
- A ta pozycja? - wskazałem następną zupę.
- A to jakby kartoflana, ale z chińskim makaronem - powiedziała.
- A to mięso?
- To jakby schabowy, ale z chińskim sosem".(...)
Pani kelnerka w restauracji chińskiej znała odpowiedź na nurtujące nas pytania.
- Klient lubi zjeść coś egzotycznego, ale żeby miało znajomy smak. Potem konsument sprowadza znajomych lub rodzinę i mówi: "to chińskie danie, ale smakuje jak schabowy". Bardzo nam się to sprawdza".
Alex, przemiły Niemiec mówiący po polsku, (...) zapytał wczoraj wieczorem swoją uroczą polszczyzną:
- Ale właściwie po co wam ten Dolny Śląsk, skoro się nim nie opiekujecie?
To ja, proszę państwa, wrócę, jak się zaczniemy opiekować.
PS Ostatnia strona jest smutna.
EDIT: Z Madagaskaru:
Alex the Lion: Whoa! Hold up there a second, fuzzbucket. You mean like, uh, the "live in a mud hut, wipe yourself with a leaf" type wild?
Julian: Who wipes?
Inne tego autora tu.
#26
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek lipiec 2, 2009
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, 2009, podroze, reportaz
- 31 komentarzy
- Skomentuj
Majowy bez i konwalie są miłe. Wczesnoczerwcowy jaśmin też. Ogród różany pachnie obłędnie. Ale to wszystko to nic w zestawieniu z kwitnącymi lipami. Żal mi alergików, dla których przejście lipową aleją musi być jedną z mniej przyjemnych chwil w życiu (dla odmiany alergicy mogą poczuć satysfakcję, bo mnie uczulają inne rzeczy). Bo ja sobie chwalę, że droga ze wsi na przystanek prowadzi (częściowo[1]) chodnikiem z czerwonego bruku z lipami dookoła. Mniej sobie chwalę, że podczas 10-minutowego spaceru obłażą człowieka takie małe obleśne robaczki, z których się trzeba nieledwie obskrobać, bo wprawdzie nie gryzą, ale są irytujące.
[1] Chodnik[2] ze wsi do Poznania to w ogóle fenomen. W 2001 roku wprowadziliśmy się na pustynię logistyczną, z przystanku szło się przez często błotniste bądź zapiaszczające po kolana pobocze (tak, nosiłam obuwie zmienne do pracy, bo to, w czym przeszłam na przystanek, nie rokowało). Podążaliśmy grzecznie dwa (lub więcej) razy dziennie, robiąc zakłady, czy prędzej kupimy samochód, czy pojawi się oświetlenie i chodnik. Long story short, samochód wygrał. Latarnie posadzili chyba w 2006 roku, a chodnik zbudowali chyba pod koniec 2007 roku. Nic to, że latarnie świecą na drogę, a nie na chodnik (a jedną zaplanowali na środku wprawdzie piaszczystej, ale jednak ewidentnie drogi wyjazdowej, bo tak im z odległości w metrach pasowało), nic to, że w okolicach przejazdu kolejowego ktoś mądry inaczej z PKP walnął stalowe przegrody, żeby piesze bydło nie szło z boku po torach, tylko wchodziło na jezdnię pod jadące (a czasem chlapiące wodą z kałuż) samochody, nic to, że w związku z okolicznościami przyrody chodnik przemieszcza się co najmniej trzy razy z jednej strony na drugą. Ale jest. I to częściowo za pieniądze z Unii.
[2] W zasadzie to chodnik i ścieżka rowerowa jednocześnie.
EDIT: Policzyłam zakręty - pierwszy jest na wysokości osiedla (za przejazdem przechodzimy z prawej na lewą, bo po lewej są domy), w stronę Poznania. Następnie z lewej na prawą przechodzimy, bo zaczyna się mostek nad rowem, a potem ponownie z prawej na lewą, żeby suchą nogą dojść do lokalnego hotelu. Jak ktoś się wybiera do salonu Peugeota czy sklepu z płytkami (bo wylotówka na Koszalin znana jest z tego, że można na niej albo kupić dowolny samochód, albo zbudować i umeblować dom, nawet z basenem), to już zakopuje się w piasek po drugiej stronie. Opcja, że chodniki mogą być po obu stronach drogi, jednak przerosła.
W ramach dodatku jeszcze jeden zakręt - ścieżka znika koło kościoła (no bo kto widział), po czym pojawia się na wysokości zagłębia handlowo-biedronkowego po prawej, żeby kilkadziesiąt metrów dalej przeskoczyć na lewo.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 1, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Majowy bez i konwalie są miłe. Wczesnoczerwcowy jaśmin też. Ogród różany pachnie obłędnie. Ale to wszystko to nic w zestawieniu z kwitnącymi lipami. Żal mi alergików, dla których przejście lipową aleją musi być jedną z mniej przyjemnych chwil w życiu (dla odmiany alergicy mogą poczuć satysfakcję, bo mnie uczulają inne rzeczy). Bo ja sobie chwalę, że droga ze wsi na przystanek prowadzi (częściowo[1]) chodnikiem z czerwonego bruku z lipami dookoła. Mniej sobie chwalę, że podczas 10-minutowego spaceru obłażą człowieka takie małe obleśne robaczki, z których się trzeba nieledwie obskrobać, bo wprawdzie nie gryzą, ale są irytujące.
[1] Chodnik[2] ze wsi do Poznania to w ogóle fenomen. W 2001 roku wprowadziliśmy się na pustynię logistyczną, z przystanku szło się przez często błotniste bądź zapiaszczające po kolana pobocze (tak, nosiłam obuwie zmienne do pracy, bo to, w czym przeszłam na przystanek, nie rokowało). Podążaliśmy grzecznie dwa (lub więcej) razy dziennie, robiąc zakłady, czy prędzej kupimy samochód, czy pojawi się oświetlenie i chodnik. Long story short, samochód wygrał. Latarnie posadzili chyba w 2006 roku, a chodnik zbudowali chyba pod koniec 2007 roku. Nic to, że latarnie świecą na drogę, a nie na chodnik (a jedną zaplanowali na środku wprawdzie piaszczystej, ale jednak ewidentnie drogi wyjazdowej, bo tak im z odległości w metrach pasowało), nic to, że w okolicach przejazdu kolejowego ktoś mądry inaczej z PKP walnął stalowe przegrody, żeby piesze bydło nie szło z boku po torach, tylko wchodziło na jezdnię pod jadące (a czasem chlapiące wodą z kałuż) samochody, nic to, że w związku z okolicznościami przyrody chodnik przemieszcza się co najmniej trzy razy z jednej strony na drugą. Ale jest. I to częściowo za pieniądze z Unii.
[2] W zasadzie to chodnik i ścieżka rowerowa jednocześnie.
EDIT: Policzyłam zakręty - pierwszy jest na wysokości osiedla (za przejazdem przechodzimy z prawej na lewą, bo po lewej są domy), w stronę Poznania. Następnie z lewej na prawą przechodzimy, bo zaczyna się mostek nad rowem, a potem ponownie z prawej na lewą, żeby suchą nogą dojść do lokalnego hotelu. Jak ktoś się wybiera do salonu Peugeota czy sklepu z płytkami (bo wylotówka na Koszalin znana jest z tego, że można na niej albo kupić dowolny samochód, albo zbudować i umeblować dom, nawet z basenem), to już zakopuje się w piasek po drugiej stronie. Opcja, że chodniki mogą być po obu stronach drogi, jednak przerosła.
W ramach dodatku jeszcze jeden zakręt - ścieżka znika koło kościoła (no bo kto widział), po czym pojawia się na wysokości zagłębia handlowo-biedronkowego po prawej, żeby kilkadziesiąt metrów dalej przeskoczyć na lewo.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Majowy bez i konwalie są miłe. Wczesnoczerwcowy jaśmin też. Ogród różany pachnie obłędnie. Ale to wszystko to nic w zestawieniu z kwitnącymi lipami. Żal mi alergików, dla których przejście lipową aleją musi być jedną z mniej przyjemnych chwil w życiu (dla odmiany alergicy mogą poczuć satysfakcję, bo mnie uczulają inne rzeczy). Bo ja sobie chwalę, że droga ze wsi na przystanek prowadzi (częściowo[1]) chodnikiem z czerwonego bruku z lipami dookoła. Mniej sobie chwalę, że podczas 10-minutowego spaceru obłażą człowieka takie małe obleśne robaczki, z których się trzeba nieledwie obskrobać, bo wprawdzie nie gryzą, ale są irytujące.
[1] Chodnik[2] ze wsi do Poznania to w ogóle fenomen. W 2001 roku wprowadziliśmy się na pustynię logistyczną, z przystanku szło się przez często błotniste bądź zapiaszczające po kolana pobocze (tak, nosiłam obuwie zmienne do pracy, bo to, w czym przeszłam na przystanek, nie rokowało). Podążaliśmy grzecznie dwa (lub więcej) razy dziennie, robiąc zakłady, czy prędzej kupimy samochód, czy pojawi się oświetlenie i chodnik. Long story short, samochód wygrał. Latarnie posadzili chyba w 2006 roku, a chodnik zbudowali chyba pod koniec 2007 roku. Nic to, że latarnie świecą na drogę, a nie na chodnik (a jedną zaplanowali na środku wprawdzie piaszczystej, ale jednak ewidentnie drogi wyjazdowej, bo tak im z odległości w metrach pasowało), nic to, że w okolicach przejazdu kolejowego ktoś mądry inaczej z PKP walnął stalowe przegrody, żeby piesze bydło nie szło z boku po torach, tylko wchodziło na jezdnię pod jadące (a czasem chlapiące wodą z kałuż) samochody, nic to, że w związku z okolicznościami przyrody chodnik przemieszcza się co najmniej trzy razy z jednej strony na drugą. Ale jest. I to częściowo za pieniądze z Unii.
[2] W zasadzie to chodnik i ścieżka rowerowa jednocześnie.
EDIT: Policzyłam zakręty - pierwszy jest na wysokości osiedla (za przejazdem przechodzimy z prawej na lewą, bo po lewej są domy), w stronę Poznania. Następnie z lewej na prawą przechodzimy, bo zaczyna się mostek nad rowem, a potem ponownie z prawej na lewą, żeby suchą nogą dojść do lokalnego hotelu. Jak ktoś się wybiera do salonu Peugeota czy sklepu z płytkami (bo wylotówka na Koszalin znana jest z tego, że można na niej albo kupić dowolny samochód, albo zbudować i umeblować dom, nawet z basenem), to już zakopuje się w piasek po drugiej stronie. Opcja, że chodniki mogą być po obu stronach drogi, jednak przerosła.
W ramach dodatku jeszcze jeden zakręt - ścieżka znika koło kościoła (no bo kto widział), po czym pojawia się na wysokości zagłębia handlowo-biedronkowego po prawej, żeby kilkadziesiąt metrów dalej przeskoczyć na lewo.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa lipiec 1, 2009
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
To takie trochę nadużycie semantyczne, bo w poznańskim ogrodzie dendrologicznym cytrusowców raczej nie znalazłam (acz migdałowca mają przy samym wejściu, jak raz miał owocowe zalążki), ale to bardzo miłe, pachnące i zielone miejsce przy samej przelotówce, którą jeździłam przez ostatnie kilka lat mniej więcej co drugi dzień i za każdym razem myślałam, jakby to miło było iść do ogrodu zamiast za biurko.
W środku pusto (dziewczyna z książką i starsza pani bez książki), cieniście, czasem kolorowo i leniwie. Ogród nie jest duży, ale wystarcza na godzinny spacer w tempie artretycznego żółwia. Z zadyszką. Czyli coś dla mnie. A potem można iść na tartę do "Francuskiego Łącznika"[1] na Sołaczu.
GALERIA ZDJĘĆ.
[1] Wadą rozwiązania jest brak toalety we "FŁ", na podwóreczku mają tylko toitoi-a, a to jest pewien hardcore, zwłaszcza latem.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 30, 2009
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj