Pani w sklepie unika mojego spojrzenia, pakuje kurczaka odwrócona tyłem do mnie. Na serach panie rozmawiają o problemie pewnej Marzenki, również unikając patrzenia na mnie i w zasadzie nie zwracając uwagi, czy ja też już wiem, że Marzenka wyleciała za całokształt. Mimowolnie szukałam kontaktu wzrokowego z panem na warzywach. Bezskutecznie. Pewnie mi przejdzie za parę dni przy bliższych kontaktach z rodakami.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota wrzesień 20, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Różne -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Kto wyłączył ogrzewanie i tę dużą żarówkę na niebie? Z umiarkowanie gorącego (w cieniu - chłodnawo, w słońcu - gorąco) San Francisco przeskoczyłam w ciągu ostatnich 18 godzin do burego i chłodnego Poznania. Własny piec pozwala na gorące kaloryfery, ale to naprawdę jest ogromna przesada pogodowa.
San Francisco pachniało jedzeniem, Suchy Las pachnie jesiennymi ogniskami.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Moje miasto -
Tag:
usa
- 4 komentarze
- Skomentuj
Kto wyłączył ogrzewanie i tę dużą żarówkę na niebie? Z umiarkowanie gorącego (w cieniu - chłodnawo, w słońcu - gorąco) San Francisco przeskoczyłam w ciągu ostatnich 18 godzin do burego i chłodnego Poznania. Własny piec pozwala na gorące kaloryfery, ale to naprawdę jest ogromna przesada pogodowa.
San Francisco pachniało jedzeniem, Suchy Las pachnie jesiennymi ogniskami.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Moje miasto -
Tag:
usa
- 4 komentarze
- Skomentuj
Kto wyłączył ogrzewanie i tę dużą żarówkę na niebie? Z umiarkowanie gorącego (w cieniu - chłodnawo, w słońcu - gorąco) San Francisco przeskoczyłam w ciągu ostatnich 18 godzin do burego i chłodnego Poznania. Własny piec pozwala na gorące kaloryfery, ale to naprawdę jest ogromna przesada pogodowa.
San Francisco pachniało jedzeniem, Suchy Las pachnie jesiennymi ogniskami.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 18, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Co druga osoba, odzywająca się do mnie z pięknej acz zimnej Polski, zniechęca mnie do powrotu. Bo zimno, bo szaro, bo brudno i niefajnie. Czy się dziwię? Ależ. Jeden z kalifornijskich kołorkerów TŻ przyleciał właśnie do Polski na wymianę handlową i chwilę później donosił, że "i miss california, number of people I've managed to get eye contact today in Poland: 4; people I managed to get a return smile from: 0". U nas, jak ktoś się uśmiecha, to albo czegoś od nas chce (poderwać/pieniędzy/jest ekshibicjonistą(*)), a jeśli pyta o drogę, to zawsze z zaaferowaną miną i bez uśmiechu, żeby było widać, że to ostateczność i jest zmuszony do kontaktu. A mnie się podoba, że mijani na ulicy ludzie mówią "Hi, nice shirt!", "Hello there, huge camera" czy "How's your day?". Sama jeszcze nie umiem, ale myślę, że to przychodzi po jakimś czasie mieszkania w miejscu, gdzie zwykle świeci słońce.
Przez ostatnie dwa tygodnie nie spotkałam się ze zirytowanymi czy nieprzyjemnymi ludźmi, w zasadzie jedynym mało sympatycznym człowiekiem był starszy pan, który napadł na mnie werbalnie w autobusie, że on widział, jak robię zdjęcia dziewczynie z psem i że to zabronione. Kiedy ktoś potrąca Cię na ulicy albo vice versa, słychać tylko "Przepraszam", a nie swojskie "Przyjechało bydło do miasta i się pcha" czy "Jak leziesz, ciemnoto". W sklepach zawsze Cię ktoś wita, nie czekając, aż wydukasz z siebie powitanie i emituje się z atencją, mimo że nie chcesz nic kupować. Tego mi trochę będzie brakować.
GALERIA ZDJĘĆ.
(*) Niepotrzebne skreślić.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
usa, san-francisco
- 12 komentarzy
- Skomentuj
Co druga osoba, odzywająca się do mnie z pięknej acz zimnej Polski, zniechęca mnie do powrotu. Bo zimno, bo szaro, bo brudno i niefajnie. Czy się dziwię? Ależ. Jeden z kalifornijskich kołorkerów TŻ przyleciał właśnie do Polski na wymianę handlową i chwilę później donosił, że "i miss california, number of people I've managed to get eye contact today in Poland: 4; people I managed to get a return smile from: 0". U nas, jak ktoś się uśmiecha, to albo czegoś od nas chce (poderwać/pieniędzy/jest ekshibicjonistą(*)), a jeśli pyta o drogę, to zawsze z zaaferowaną miną i bez uśmiechu, żeby było widać, że to ostateczność i jest zmuszony do kontaktu. A mnie się podoba, że mijani na ulicy ludzie mówią "Hi, nice shirt!", "Hello there, huge camera" czy "How's your day?". Sama jeszcze nie umiem, ale myślę, że to przychodzi po jakimś czasie mieszkania w miejscu, gdzie zwykle świeci słońce.
Przez ostatnie dwa tygodnie nie spotkałam się ze zirytowanymi czy nieprzyjemnymi ludźmi, w zasadzie jedynym mało sympatycznym człowiekiem był starszy pan, który napadł na mnie werbalnie w autobusie, że on widział, jak robię zdjęcia dziewczynie z psem i że to zabronione. Kiedy ktoś potrąca Cię na ulicy albo vice versa, słychać tylko "Przepraszam", a nie swojskie "Przyjechało bydło do miasta i się pcha" czy "Jak leziesz, ciemnoto". W sklepach zawsze Cię ktoś wita, nie czekając, aż wydukasz z siebie powitanie i emituje się z atencją, mimo że nie chcesz nic kupować. Tego mi trochę będzie brakować.
GALERIA ZDJĘĆ.
(*) Niepotrzebne skreślić.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
usa, san-francisco
- 12 komentarzy
- Skomentuj
Co druga osoba, odzywająca się do mnie z pięknej acz zimnej Polski, zniechęca mnie do powrotu. Bo zimno, bo szaro, bo brudno i niefajnie. Czy się dziwię? Ależ. Jeden z kalifornijskich kołorkerów TŻ przyleciał właśnie do Polski na wymianę handlową i chwilę później donosił, że "i miss california, number of people I've managed to get eye contact today in Poland: 4; people I managed to get a return smile from: 0". U nas, jak ktoś się uśmiecha, to albo czegoś od nas chce (poderwać/pieniędzy/jest ekshibicjonistą(*)), a jeśli pyta o drogę, to zawsze z zaaferowaną miną i bez uśmiechu, żeby było widać, że to ostateczność i jest zmuszony do kontaktu. A mnie się podoba, że mijani na ulicy ludzie mówią "Hi, nice shirt!", "Hello there, huge camera" czy "How's your day?". Sama jeszcze nie umiem, ale myślę, że to przychodzi po jakimś czasie mieszkania w miejscu, gdzie zwykle świeci słońce.
Przez ostatnie dwa tygodnie nie spotkałam się ze zirytowanymi czy nieprzyjemnymi ludźmi, w zasadzie jedynym mało sympatycznym człowiekiem był starszy pan, który napadł na mnie werbalnie w autobusie, że on widział, jak robię zdjęcia dziewczynie z psem i że to zabronione. Kiedy ktoś potrąca Cię na ulicy albo vice versa, słychać tylko "Przepraszam", a nie swojskie "Przyjechało bydło do miasta i się pcha" czy "Jak leziesz, ciemnoto". W sklepach zawsze Cię ktoś wita, nie czekając, aż wydukasz z siebie powitanie i emituje się z atencją, mimo że nie chcesz nic kupować. Tego mi trochę będzie brakować.
GALERIA ZDJĘĆ.
(*) Niepotrzebne skreślić.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa wrzesień 17, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Czy już może wspominałam, że mam niesamowicie pojemne serduszko? Bo znowu się zakochałam, i to kilkukrotnie w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie słońce oświetla niekończące się krzewy winorośli, oplątane w równe rządki dookoła palików. Gdzie wzdłuż 35 milowej (na nasze - 50 kilometrowej) drogi znajduje się kilkaset winnic, kilkadziesiąt restauracji i rożnej klasy hotelików, zajazdów i chatek. Gdzie można przejechać drogą rowerową, zwiedzając każdą winnicę po kolei, a pod koniec dnia iść obok roweru, bo po kilkunastu małych kieliszeczkach "do spróbowania" to już zdolność do utrzymania równowagi nie ta. Gdzie w małych miasteczkach są sklepiki z ubraniami vintage z pierwszej ręki bądź nawet w stanie "mint". Gdzie w sklepikach z indiańską biżuterią można kupić za marne kilkaset dolarów coś urokliwego (tak, z takich sklepików wyprowadza mnie tylko myśl, ile muszę za te kilkaset dolarów odsiedzieć dupogodzin w pracy). Gdzie mogłabym zamieszkać na wczesnej emeryturze już za kilka lat, zbudować sobie domek i założyć winnicę obok Charlesa Kruga czy Sutter Home, a dookoła domu zapuścić całe stado kotów. I zapraszać znajomych, żeby pomagali osuszać piwniczkę. W zasadzie perspektywa zostania mhm-letnią alkoholiczką w Napa jest naprawdę kusząca. Posadziłabym szczep Zinfandel Primitivo, zrobiła deal z lokalnym wytwórcą serów, żeby mi dostarczał czegoś dobrze dojrzałego i wiele więcej mi nie trzeba (a i zimy łagodne).
Drugim miejscem, które od dzisiaj darzę uczuciem, jest sieć restauracji Marie Callender's[1]. Slow food domowej roboty, z doskonałymi ciastami i czymś, co mnie absolutnie zachwyciło - chleb kukurydziany, podawany z kremem maślanym jako czekadełko, delikatny jak keks, nieco słodkawy i bardzo puszysty. Wprawdzie miałam ambitny zamiar zamówić do kawy lemon meringue pie czy inny double lemon cake, ale poddałam się, zjadłam jeszcze kawałek chlebka, po czym uprzejma pani zapakowała mi resztę w pudełeczko na wynos (tsd, to żaden obciach tutaj, nawet we w miarę fancy restauracji kelner patrzy na niedojedzone resztki i zamiast się dopytywać, czy aby na pewno smakowało, proponuje pudełko albo torbę).
I last but not least. Do Calistogi[2] pojechaliśmy z dwóch powodów - po pierwsze prowadziła do niej droga stanowa 29, przy której znajdują się wyżej wspomniane winnice. Po drugie, w Internecie wyczytałam, że z powodu święta niepodległości Meksyku odbywa się tam fiesta, czyli tańce, hulanki i grillowane jedzenie oraz inne napitki. Oczywiście okazało się, że parku Katarzyna w GPS-ie nie umiała znaleźć, ale nic to - i bez fiesty okazało się, że maleńkie miasteczko (5 tys. mieszkańców) jest czarowne, ma mnóstwo knajpek i sklepików, a uśmiechnięci ludzie pokazują, gdzie co jest. Azjatycka sprzedawczyni kazała nam iść w dół uliczką i tak trafiliśmy na restaurację BarVino [2020 - link nieaktualny], gdzie dostałam to, co za mną chodziło przez pół dnia - wino i talerz lokalnych serów. W zasadzie danie jak danie, ale zestaw okazał się czymś, co będzie mi się śniło: ser z niebieska pleśnią, dojrzały camembert i pecorino, a do tego cienkie placki pieczone na miejscu, figi, orzechy pekan, miód w plastrze, lokalne oliwki z ziołami i suszone słodkie winogrona. Właścicielka podchodziła do nas co najmniej kilka razy z uprzejmym pytaniem, czy aby wszystko w porządku i czy nie chcemy może jeszcze wina czy innych dóbr. Chętnie zabiorę do domu.
Po tym wszystkim krótka wizyta w fabryce Jelly Belly zeszła do epizodu (najfajniejsze oczywiście były roboty pakujące i rozwożące żelki) zakupowego. Rundka po fabryce przyjemna, do bólu hurraoptymistycznie amerykańska (ale jak zauważył TŻ, ludzie są tu tak różni, że muszą mieć coś wspólnego i niech będzie to cześć dla flagi i Halloween).

GALERIA ZDJĘĆ - Napa i Calistoga oraz San Fracisco, okolice Union Square
[1] Nie ukrywam, że nieodmiennie bawi mnie wybieranie restauracji czy hotelów za pomocą funkcji "pokaż użyteczne miejsca" w GPS-ie. Nie zawsze się trafia, ale czasem pokazują się podczas słów "Dotarłeś do celu" bardzo sympatyczne miejsca.
[2] W Calistodze znajduje się też czynny gejzer, plujący wrzątkiem, ale - ponieważ w Ameryce nawet gejzery się nie przepracowują - był czynny do 18. Ogólnie - prawie wszystkie winnice czynne są maksymalnie do 18, a czasem do 16, więc na zaawansowane próbowanie najlepiej jechać znacznie wcześniej (i koniecznie z niepijącym kierowcą).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 16, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
usa, napa, calistoga, san-francisco
- 1 komentarz
- Skomentuj
Czy już może wspominałam, że mam niesamowicie pojemne serduszko? Bo znowu się zakochałam, i to kilkukrotnie w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie słońce oświetla niekończące się krzewy winorośli, oplątane w równe rządki dookoła palików. Gdzie wzdłuż 35 milowej (na nasze - 50 kilometrowej) drogi znajduje się kilkaset winnic, kilkadziesiąt restauracji i rożnej klasy hotelików, zajazdów i chatek. Gdzie można przejechać drogą rowerową, zwiedzając każdą winnicę po kolei, a pod koniec dnia iść obok roweru, bo po kilkunastu małych kieliszeczkach "do spróbowania" to już zdolność do utrzymania równowagi nie ta. Gdzie w małych miasteczkach są sklepiki z ubraniami vintage z pierwszej ręki bądź nawet w stanie "mint". Gdzie w sklepikach z indiańską biżuterią można kupić za marne kilkaset dolarów coś urokliwego (tak, z takich sklepików wyprowadza mnie tylko myśl, ile muszę za te kilkaset dolarów odsiedzieć dupogodzin w pracy). Gdzie mogłabym zamieszkać na wczesnej emeryturze już za kilka lat, zbudować sobie domek i założyć winnicę obok Charlesa Kruga czy Sutter Home, a dookoła domu zapuścić całe stado kotów. I zapraszać znajomych, żeby pomagali osuszać piwniczkę. W zasadzie perspektywa zostania mhm-letnią alkoholiczką w Napa jest naprawdę kusząca. Posadziłabym szczep Zinfandel Primitivo, zrobiła deal z lokalnym wytwórcą serów, żeby mi dostarczał czegoś dobrze dojrzałego i wiele więcej mi nie trzeba (a i zimy łagodne).
Drugim miejscem, które od dzisiaj darzę uczuciem, jest sieć restauracji Marie Callender's[1]. Slow food domowej roboty, z doskonałymi ciastami i czymś, co mnie absolutnie zachwyciło - chleb kukurydziany, podawany z kremem maślanym jako czekadełko, delikatny jak keks, nieco słodkawy i bardzo puszysty. Wprawdzie miałam ambitny zamiar zamówić do kawy lemon meringue pie czy inny double lemon cake, ale poddałam się, zjadłam jeszcze kawałek chlebka, po czym uprzejma pani zapakowała mi resztę w pudełeczko na wynos (tsd, to żaden obciach tutaj, nawet we w miarę fancy restauracji kelner patrzy na niedojedzone resztki i zamiast się dopytywać, czy aby na pewno smakowało, proponuje pudełko albo torbę).
I last but not least. Do Calistogi[2] pojechaliśmy z dwóch powodów - po pierwsze prowadziła do niej droga stanowa 29, przy której znajdują się wyżej wspomniane winnice. Po drugie, w Internecie wyczytałam, że z powodu święta niepodległości Meksyku odbywa się tam fiesta, czyli tańce, hulanki i grillowane jedzenie oraz inne napitki. Oczywiście okazało się, że parku Katarzyna w GPS-ie nie umiała znaleźć, ale nic to - i bez fiesty okazało się, że maleńkie miasteczko (5 tys. mieszkańców) jest czarowne, ma mnóstwo knajpek i sklepików, a uśmiechnięci ludzie pokazują, gdzie co jest. Azjatycka sprzedawczyni kazała nam iść w dół uliczką i tak trafiliśmy na restaurację BarVino [2020 - link nieaktualny], gdzie dostałam to, co za mną chodziło przez pół dnia - wino i talerz lokalnych serów. W zasadzie danie jak danie, ale zestaw okazał się czymś, co będzie mi się śniło: ser z niebieska pleśnią, dojrzały camembert i pecorino, a do tego cienkie placki pieczone na miejscu, figi, orzechy pekan, miód w plastrze, lokalne oliwki z ziołami i suszone słodkie winogrona. Właścicielka podchodziła do nas co najmniej kilka razy z uprzejmym pytaniem, czy aby wszystko w porządku i czy nie chcemy może jeszcze wina czy innych dóbr. Chętnie zabiorę do domu.
Po tym wszystkim krótka wizyta w fabryce Jelly Belly zeszła do epizodu (najfajniejsze oczywiście były roboty pakujące i rozwożące żelki) zakupowego. Rundka po fabryce przyjemna, do bólu hurraoptymistycznie amerykańska (ale jak zauważył TŻ, ludzie są tu tak różni, że muszą mieć coś wspólnego i niech będzie to cześć dla flagi i Halloween).

GALERIA ZDJĘĆ - Napa i Calistoga oraz San Fracisco, okolice Union Square
[1] Nie ukrywam, że nieodmiennie bawi mnie wybieranie restauracji czy hotelów za pomocą funkcji "pokaż użyteczne miejsca" w GPS-ie. Nie zawsze się trafia, ale czasem pokazują się podczas słów "Dotarłeś do celu" bardzo sympatyczne miejsca.
[2] W Calistodze znajduje się też czynny gejzer, plujący wrzątkiem, ale - ponieważ w Ameryce nawet gejzery się nie przepracowują - był czynny do 18. Ogólnie - prawie wszystkie winnice czynne są maksymalnie do 18, a czasem do 16, więc na zaawansowane próbowanie najlepiej jechać znacznie wcześniej (i koniecznie z niepijącym kierowcą).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 16, 2008
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+ -
Tagi:
usa, napa, calistoga, san-francisco
- 1 komentarz
- Skomentuj
Czy już może wspominałam, że mam niesamowicie pojemne serduszko? Bo znowu się zakochałam, i to kilkukrotnie w ciągu dnia. Wyobraźcie sobie miejsce, gdzie słońce oświetla niekończące się krzewy winorośli, oplątane w równe rządki dookoła palików. Gdzie wzdłuż 35 milowej (na nasze - 50 kilometrowej) drogi znajduje się kilkaset winnic, kilkadziesiąt restauracji i rożnej klasy hotelików, zajazdów i chatek. Gdzie można przejechać drogą rowerową, zwiedzając każdą winnicę po kolei, a pod koniec dnia iść obok roweru, bo po kilkunastu małych kieliszeczkach "do spróbowania" to już zdolność do utrzymania równowagi nie ta. Gdzie w małych miasteczkach są sklepiki z ubraniami vintage z pierwszej ręki bądź nawet w stanie "mint". Gdzie w sklepikach z indiańską biżuterią można kupić za marne kilkaset dolarów coś urokliwego (tak, z takich sklepików wyprowadza mnie tylko myśl, ile muszę za te kilkaset dolarów odsiedzieć dupogodzin w pracy). Gdzie mogłabym zamieszkać na wczesnej emeryturze już za kilka lat, zbudować sobie domek i założyć winnicę obok Charlesa Kruga czy Sutter Home, a dookoła domu zapuścić całe stado kotów. I zapraszać znajomych, żeby pomagali osuszać piwniczkę. W zasadzie perspektywa zostania mhm-letnią alkoholiczką w Napa jest naprawdę kusząca. Posadziłabym szczep Zinfandel Primitivo, zrobiła deal z lokalnym wytwórcą serów, żeby mi dostarczał czegoś dobrze dojrzałego i wiele więcej mi nie trzeba (a i zimy łagodne).
Drugim miejscem, które od dzisiaj darzę uczuciem, jest sieć restauracji Marie Callender's[1]. Slow food domowej roboty, z doskonałymi ciastami i czymś, co mnie absolutnie zachwyciło - chleb kukurydziany, podawany z kremem maślanym jako czekadełko, delikatny jak keks, nieco słodkawy i bardzo puszysty. Wprawdzie miałam ambitny zamiar zamówić do kawy lemon meringue pie czy inny double lemon cake, ale poddałam się, zjadłam jeszcze kawałek chlebka, po czym uprzejma pani zapakowała mi resztę w pudełeczko na wynos (tsd, to żaden obciach tutaj, nawet we w miarę fancy restauracji kelner patrzy na niedojedzone resztki i zamiast się dopytywać, czy aby na pewno smakowało, proponuje pudełko albo torbę).
I last but not least. Do Calistogi[2] pojechaliśmy z dwóch powodów - po pierwsze prowadziła do niej droga stanowa 29, przy której znajdują się wyżej wspomniane winnice. Po drugie, w Internecie wyczytałam, że z powodu święta niepodległości Meksyku odbywa się tam fiesta, czyli tańce, hulanki i grillowane jedzenie oraz inne napitki. Oczywiście okazało się, że parku Katarzyna w GPS-ie nie umiała znaleźć, ale nic to - i bez fiesty okazało się, że maleńkie miasteczko (5 tys. mieszkańców) jest czarowne, ma mnóstwo knajpek i sklepików, a uśmiechnięci ludzie pokazują, gdzie co jest. Azjatycka sprzedawczyni kazała nam iść w dół uliczką i tak trafiliśmy na restaurację BarVino [2020 - link nieaktualny], gdzie dostałam to, co za mną chodziło przez pół dnia - wino i talerz lokalnych serów. W zasadzie danie jak danie, ale zestaw okazał się czymś, co będzie mi się śniło: ser z niebieska pleśnią, dojrzały camembert i pecorino, a do tego cienkie placki pieczone na miejscu, figi, orzechy pekan, miód w plastrze, lokalne oliwki z ziołami i suszone słodkie winogrona. Właścicielka podchodziła do nas co najmniej kilka razy z uprzejmym pytaniem, czy aby wszystko w porządku i czy nie chcemy może jeszcze wina czy innych dóbr. Chętnie zabiorę do domu.
Po tym wszystkim krótka wizyta w fabryce Jelly Belly zeszła do epizodu (najfajniejsze oczywiście były roboty pakujące i rozwożące żelki) zakupowego. Rundka po fabryce przyjemna, do bólu hurraoptymistycznie amerykańska (ale jak zauważył TŻ, ludzie są tu tak różni, że muszą mieć coś wspólnego i niech będzie to cześć dla flagi i Halloween).

GALERIA ZDJĘĆ - Napa i Calistoga oraz San Fracisco, okolice Union Square
[1] Nie ukrywam, że nieodmiennie bawi mnie wybieranie restauracji czy hotelów za pomocą funkcji "pokaż użyteczne miejsca" w GPS-ie. Nie zawsze się trafia, ale czasem pokazują się podczas słów "Dotarłeś do celu" bardzo sympatyczne miejsca.
[2] W Calistodze znajduje się też czynny gejzer, plujący wrzątkiem, ale - ponieważ w Ameryce nawet gejzery się nie przepracowują - był czynny do 18. Ogólnie - prawie wszystkie winnice czynne są maksymalnie do 18, a czasem do 16, więc na zaawansowane próbowanie najlepiej jechać znacznie wcześniej (i koniecznie z niepijącym kierowcą).
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek wrzesień 16, 2008
Link bezpośredni -
- 0 komentarzy
- Skomentuj