Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: czytam

Jonathan Franzen - Na rozdrożu

Tak, wiem, planuję właśnie zacząć narzekać na to, na co narzekałam przy każdziutkiej wcześniejszej książce Franzena - że jest nieprzyjemna. Powinnam być mądrzejsza, wszak to Franzen. Okropni, zaburzeni ludzie, za których zachowanie się wstydzę, nawet tylko czytając, zero zrozumienia dla ich motywacji, a jednocześnie coś mnie pcha, żeby czytać, bo to jak podglądanie czegoś szokującego, zdrapywanie strupa, odgryzanie skórki przy paznokciu, będę żałować, ale i tak to zrobię. To nie jest tak, że to zła książka, bardzo dobrze się ją czyta, ale zostawia taki nieprzyjemny osad w głowie.

Jak w innych książkach, Franzen rozgrywa temat erozji rodziny. Początek lat 70., toczy się jeszcze wojna w Wietnamie. Russ Hildebrandt, pastor pomocniczy jednego z lokalnych kościołów, ma kryzys na wielu poziomach - jakiś czas temu został wykluczony z Crossroads (nb. to oryginalny tytuł książki), wspólnoty młodzieży, którą sam założył, za co wini nawet nie zbuntowaną młodzież, ale Ricka Ambrose’a, młodego, charyzmatycznego działacza, którego traktował jak syna; nie może znaleźć wspólnego języka z ukochaną wcześniej córką Becky; nie pociąga go już żona, która się roztyła[1] i straciła cały powab, pociąga go za to jedna z parafianek, owdowiała Frances. Z gracją słonia Russ usiłuje dyskretnie spędzać czas z potencjalną podrywką pod pozorem działalności dobroczynnej. Marion, żona Russa, żyje w ciągłym wstydzie z powodu przeszłości, o której nie chce z nikim rozmawiać do momentu, kiedy nie wyleje się to z niej podczas wizyty u znienawidzonej terapeutki. Najgorsze dla Marion jest to, że terapeutka wcale nie uważa jej za najgorszego człowieka na świecie, a wręcz twierdzi, że została wielokrotnie skrzywdzona i należy się jej współczucie i pomoc. Sposobem na poradzenie sobie z tym dysonansem jest faza manii - cicha żona pastora decyduje się na zerwanie z wizerunkiem łagodnej pani domu, wraca do palenia i zaczyna katować się morderczą dietą, żeby schudnąć i odzyskać życie, które świat jej zabrał 30 lat wcześniej. Clem, najstarszy syn, odkrywa swoją seksualność oraz zobowiązanie, jakim jest miłość, i przerażony tym faktem, decyduje się - wbrew woli ojca, pacyfisty - zaciągnąć do wojska. Becky, rozsądna i odpowiedzialna 17-latka na progu studiów, zakochuje się w zajętym chłopaku z zespołu, co rozpoczyna szereg niekoniecznie rozważnych decyzji. Wreszcie Perry, średni syn, niesamowicie inteligentny, obdarzony doskonałą umiejętnością grania na innych, w tym członkach chrześcijańskiej wspólnoty, okazuje się być lokalnym dealerem narkotyków i manipulatorem, niestety jego cwaniactwo obnaża starsza siostra. I oczywiście wszystko się rozsypuje jeszcze bardziej.

To nie jest tylko książka o rodzinie, ale też o amerykańskim podejściu do wiary i religii, wraz z konkurującymi ze sobą różnymi kościołami. Absurdalnie, najmniej wierzącą osobą jest Russ, pastor, dla którego modlitwa to praca, a nie ukojenie czy siła. Marion, wychowana jako ateistka, w trakcie załamania nerwowego doznała objawienia i właśnie dewocyjna modlitwa pozwoliła jej wyjść z czarnej dziury depresji. Becky, również niewierząca mimo bycia córką pastora, wybrała najpierw wspólnotę, żeby zbliżyć się do ukochanego Tannera, potem - po upaleniu się marihuaną - wpadła w religijny trans, z którego już nie wyszła. Clem wprawdzie nie używa religii do rozwiązania swoich egzystencjalnych problemów, za to wybiera drogę ascezy i rezygnacji z siebie, żeby dać coś innym. O Perrym, któremu po zażyciu ogromnych dawek kokainy objawia się bóg, już nawet nie wspominam. Do tego wszystkiego autor dokłada jeszcze ogromne tło społeczne, w tym konflikty na tle rasowym, wynikające pośrednio z dobroczynności białych w stosunku do mniej uprzywilejowanych - Indian Nawaho i Czarnych.

[1] I tu pozdrawiam serdecznie, otóż Marion - prawie 50-letnia, matka czwórki dzieci - waży oszałamiające 65 kilo. Ale na szczęście robi się bardzo atrakcyjna, bo głodząc się i paląc papieros za papierosem, chudnie 10 kilo i już wszystko się jej świetnie układa. Tyle że nie.

Inne tego autora tutaj.

#72

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 13, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jonathan Franzen - Na rozdrożu

Tak, wiem, planuję właśnie zacząć narzekać na to, na co narzekałam przy każdziutkiej wcześniejszej książce Franzena - że jest nieprzyjemna. Powinnam być mądrzejsza, wszak to Franzen. Okropni, zaburzeni ludzie, za których zachowanie się wstydzę, nawet tylko czytając, zero zrozumienia dla ich motywacji, a jednocześnie coś mnie pcha, żeby czytać, bo to jak podglądanie czegoś szokującego, zdrapywanie strupa, odgryzanie skórki przy paznokciu, będę żałować, ale i tak to zrobię. To nie jest tak, że to zła książka, bardzo dobrze się ją czyta, ale zostawia taki nieprzyjemny osad w głowie.

Jak w innych książkach, Franzen rozgrywa temat erozji rodziny. Początek lat 70., toczy się jeszcze wojna w Wietnamie. Russ Hildebrandt, pastor pomocniczy jednego z lokalnych kościołów, ma kryzys na wielu poziomach - jakiś czas temu został wykluczony z Crossroads (nb. to oryginalny tytuł książki), wspólnoty młodzieży, którą sam założył, za co wini nawet nie zbuntowaną młodzież, ale Ricka Ambrose’a, młodego, charyzmatycznego działacza, którego traktował jak syna; nie może znaleźć wspólnego języka z ukochaną wcześniej córką Becky; nie pociąga go już żona, która się roztyła[1] i straciła cały powab, pociąga go za to jedna z parafianek, owdowiała Frances. Z gracją słonia Russ usiłuje dyskretnie spędzać czas z potencjalną podrywką pod pozorem działalności dobroczynnej. Marion, żona Russa, żyje w ciągłym wstydzie z powodu przeszłości, o której nie chce z nikim rozmawiać do momentu, kiedy nie wyleje się to z niej podczas wizyty u znienawidzonej terapeutki. Najgorsze dla Marion jest to, że terapeutka wcale nie uważa jej za najgorszego człowieka na świecie, a wręcz twierdzi, że została wielokrotnie skrzywdzona i należy się jej współczucie i pomoc. Sposobem na poradzenie sobie z tym dysonansem jest faza manii - cicha żona pastora decyduje się na zerwanie z wizerunkiem łagodnej pani domu, wraca do palenia i zaczyna katować się morderczą dietą, żeby schudnąć i odzyskać życie, które świat jej zabrał 30 lat wcześniej. Clem, najstarszy syn, odkrywa swoją seksualność oraz zobowiązanie, jakim jest miłość, i przerażony tym faktem, decyduje się - wbrew woli ojca, pacyfisty - zaciągnąć do wojska. Becky, rozsądna i odpowiedzialna 17-latka na progu studiów, zakochuje się w zajętym chłopaku z zespołu, co rozpoczyna szereg niekoniecznie rozważnych decyzji. Wreszcie Perry, średni syn, niesamowicie inteligentny, obdarzony doskonałą umiejętnością grania na innych, w tym członkach chrześcijańskiej wspólnoty, okazuje się być lokalnym dealerem narkotyków i manipulatorem, niestety jego cwaniactwo obnaża starsza siostra. I oczywiście wszystko się rozsypuje jeszcze bardziej.

To nie jest tylko książka o rodzinie, ale też o amerykańskim podejściu do wiary i religii, wraz z konkurującymi ze sobą różnymi kościołami. Absurdalnie, najmniej wierzącą osobą jest Russ, pastor, dla którego modlitwa to praca, a nie ukojenie czy siła. Marion, wychowana jako ateistka, w trakcie załamania nerwowego doznała objawienia i właśnie dewocyjna modlitwa pozwoliła jej wyjść z czarnej dziury depresji. Becky, również niewierząca mimo bycia córką pastora, wybrała najpierw wspólnotę, żeby zbliżyć się do ukochanego Tannera, potem - po upaleniu się marihuaną - wpadła w religijny trans, z którego już nie wyszła. Clem wprawdzie nie używa religii do rozwiązania swoich egzystencjalnych problemów, za to wybiera drogę ascezy i rezygnacji z siebie, żeby dać coś innym. O Perrym, któremu po zażyciu ogromnych dawek kokainy objawia się bóg, już nawet nie wspominam. Do tego wszystkiego autor dokłada jeszcze ogromne tło społeczne, w tym konflikty na tle rasowym, wynikające pośrednio z dobroczynności białych w stosunku do mniej uprzywilejowanych - Indian Nawaho i Czarnych.

[1] I tu pozdrawiam serdecznie, otóż Marion - prawie 50-letnia, matka czwórki dzieci - waży oszałamiające 65 kilo. Ale na szczęście robi się bardzo atrakcyjna, bo głodząc się i paląc papieros za papierosem, chudnie 10 kilo i już wszystko się jej świetnie układa. Tyle że nie.

Inne tego autora tutaj.

#72

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek czerwiec 13, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Ostatni bohater

Emerytowani bohaterowie pod wodzą Cohena Babrarzyńcy, do niedawna zasiadającego na tronie Imperium Agatejskiego (por. Ciekawe czasy), zaopatrzeni w tajemniczą beczułkę i porwanego minstrela, kierują się w stronę Cori Celesti, żeby - jak się w trakcie okazuje - zwrócić bogom ukradziony u zarania legend ogień. Co, jak z kolei odkrywa Patrycjusz Vetinari, według jednej z legend może spowodować zapaść magii na jakiś czas, wystarczająco długi, żeby Świat Dysku się rozpadł. Zbiera więc ekipę, składającą się z Leonarda z Quirmu, kapitana Marchewy i słynnego z niemagiczoności maga Rincewinda (tu proszę zaznaczyć, że ten ostatni nie zgłosił się na ochotnika), żeby w zbudowanym przez Leonarda statku powietrznym przeszkodzić bohaterom w ich dosłownie ostatniej wyprawie. Dużą rolę odgrywa Bibliotekarz oraz Myślak Stibbons; pierwszy ma cztery chwytne kończyny, drugi coraz bardziej umie w dyplomację i ma mocny zmysł techniczny. Dużo żartów z korporacji i stylów zarządzania, trochę kreatywnego przekształcania ziemskiej historii wynalazczości i science-fiction, wszystko jest obficie podlane pratchettowskim ciepłym humorem.

”Ostatni bohater” to w zasadzie nowelka, ale całkiem obszerna, a dodatkowo w dużym formacie oraz zawierająca mnóstwo grafik i diagramów, więc dodatkowo uczta dla oczu, tyle że powoli się czyta, bo przewracanie dużych kartek jest taaakie wyczerpujące.

Inne tego autora.

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 11, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Terry Pratchett - Ostatni bohater

Emerytowani bohaterowie pod wodzą Cohena Babrarzyńcy, do niedawna zasiadającego na tronie Imperium Agatejskiego (por. Ciekawe czasy), zaopatrzeni w tajemniczą beczułkę i porwanego minstrela, kierują się w stronę Cori Celesti, żeby - jak się w trakcie okazuje - zwrócić bogom ukradziony u zarania legend ogień. Co, jak z kolei odkrywa Patrycjusz Vetinari, według jednej z legend może spowodować zapaść magii na jakiś czas, wystarczająco długi, żeby Świat Dysku się rozpadł. Zbiera więc ekipę, składającą się z Leonarda z Quirmu, kapitana Marchewy i słynnego z niemagiczoności maga Rincewinda (tu proszę zaznaczyć, że ten ostatni nie zgłosił się na ochotnika), żeby w zbudowanym przez Leonarda statku powietrznym przeszkodzić bohaterom w ich dosłownie ostatniej wyprawie. Dużą rolę odgrywa Bibliotekarz oraz Myślak Stibbons; pierwszy ma cztery chwytne kończyny, drugi coraz bardziej umie w dyplomację i ma mocny zmysł techniczny. Dużo żartów z korporacji i stylów zarządzania, trochę kreatywnego przekształcania ziemskiej historii wynalazczości i science-fiction, wszystko jest obficie podlane pratchettowskim ciepłym humorem.

”Ostatni bohater” to w zasadzie nowelka, ale całkiem obszerna, a dodatkowo w dużym formacie oraz zawierająca mnóstwo grafik i diagramów, więc dodatkowo uczta dla oczu, tyle że powoli się czyta, bo przewracanie dużych kartek jest taaakie wyczerpujące.

Inne tego autora.

#71

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 11, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jennifer Egan - Manhattan Beach

USA, 1943. 20-letnia Anna Kerrigan pracuje w dokach, ogłupiająca, powtarzalna robota przy mierzeniu jakichś elementów do okrętów wojennych; marzy o tym, żeby zostać nurkiem, ale w tej epoce - nawet w czasie wojny - nie jest to proste. Jej praca musi zapewnić byt matce i mocno niepełnosprawnej siostrze, ojciec - drobny cwaniaczek na usługach półświatka - zniknął 5 lat wcześniej. Niespodziewanie Anna spotyka Dextera Stylesa, gangstera, do którego ukochany ojciec zabrał ją kiedyś jako zasłonę dymną. Zbliża się do niego (i tu niestety poza silnym wątkiem emancypacyjnym jest też dość zbędny wątek erotyczny), żeby wyjaśnić kwestię zniknięcia ojca, bo nie wierzy, że mógł ją z własnej woli opuścić.

I jak jest to książka z potencjałem, tak jest krojona na wzór Wielkiego Amerykańskiego Eposu. Mnóstwo stron, wiele wątków, rozliczenie z historią - jest tu wszystko. Przymusowa pseudo-emancypacja kobiet w czasie wojennego niedoboru rąk do pracy, która pokazała dwa zjawiska - że chętne kobiety są dobre lub czasem lepsze od mężczyzn, ale mężczyźni i tak wolą korzystać z kobiet przedmiotowo, więc sytuacja jest równościowa tylko na papierze, a jakikolwiek sukces może odnieść tylko osoba bardzo zdeterminowana. Opieka nad silnie niepełnosprawnym dzieckiem i obciążenie, jakie niesie to dla rodziny bez wsparcia; to okazało się przygniatające dla ojca Anny, Eddiego, który uciekał od ukochanej żony i córki, żeby nie widzieć postrzeganej jako wadliwą córki młodszej. Świat gangsterów, w których ludzie uwikłani w ciemne interesy, czasem bez innej opcji, mimo wżenienia się w elity, nie są w stanie wyjść ponad pewną sferę. Wreszcie pojawia się wątek stricte wojenny, opowiadający o pechowym rejsie statku handlowego, zatopionego przez U-booty i o heroicznej walce jednej z postaci, która tchórzliwość w życiu prywatnym usiłuje zmazać bohaterstwem na morzu. I każdy z tych wątków sam w sobie jest ciekawy, widać ogrom pracy, jaki autorka włożyła w zbudowanie realiów, ale połączone razem to za dużo.

Za to bardzo ładna okładka, na zdjęciu nie widać specjalnie, ale niebieski jest metaliczny.

Inne tej autorki:

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 4, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jennifer Egan - Manhattan Beach

USA, 1943. 20-letnia Anna Kerrigan pracuje w dokach, ogłupiająca, powtarzalna robota przy mierzeniu jakichś elementów do okrętów wojennych; marzy o tym, żeby zostać nurkiem, ale w tej epoce - nawet w czasie wojny - nie jest to proste. Jej praca musi zapewnić byt matce i mocno niepełnosprawnej siostrze, ojciec - drobny cwaniaczek na usługach półświatka - zniknął 5 lat wcześniej. Niespodziewanie Anna spotyka Dextera Stylesa, gangstera, do którego ukochany ojciec zabrał ją kiedyś jako zasłonę dymną. Zbliża się do niego (i tu niestety poza silnym wątkiem emancypacyjnym jest też dość zbędny wątek erotyczny), żeby wyjaśnić kwestię zniknięcia ojca, bo nie wierzy, że mógł ją z własnej woli opuścić.

I jak jest to książka z potencjałem, tak jest krojona na wzór Wielkiego Amerykańskiego Eposu. Mnóstwo stron, wiele wątków, rozliczenie z historią - jest tu wszystko. Przymusowa pseudo-emancypacja kobiet w czasie wojennego niedoboru rąk do pracy, która pokazała dwa zjawiska - że chętne kobiety są dobre lub czasem lepsze od mężczyzn, ale mężczyźni i tak wolą korzystać z kobiet przedmiotowo, więc sytuacja jest równościowa tylko na papierze, a jakikolwiek sukces może odnieść tylko osoba bardzo zdeterminowana. Opieka nad silnie niepełnosprawnym dzieckiem i obciążenie, jakie niesie to dla rodziny bez wsparcia; to okazało się przygniatające dla ojca Anny, Eddiego, który uciekał od ukochanej żony i córki, żeby nie widzieć postrzeganej jako wadliwą córki młodszej. Świat gangsterów, w których ludzie uwikłani w ciemne interesy, czasem bez innej opcji, mimo wżenienia się w elity, nie są w stanie wyjść ponad pewną sferę. Wreszcie pojawia się wątek stricte wojenny, opowiadający o pechowym rejsie statku handlowego, zatopionego przez U-booty i o heroicznej walce jednej z postaci, która tchórzliwość w życiu prywatnym usiłuje zmazać bohaterstwem na morzu. I każdy z tych wątków sam w sobie jest ciekawy, widać ogrom pracy, jaki autorka włożyła w zbudowanie realiów, ale połączone razem to za dużo.

Za to bardzo ładna okładka, na zdjęciu nie widać specjalnie, ale niebieski jest metaliczny.

Inne tej autorki:

#70

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 4, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Karolina Żebrowska - Modowe rewolucje

Trochę przypadkowo kupiłam na super-przecenie w Wydawnictwie Znak, po części dlatego, że tanio (pozdro z Poznania), po części dlatego, że z przyjemnością oglądam filmy Karoliny na youtube. Stąd wiem, że nie dość, że zna się na historii mody, to jeszcze jest osobą inteligentną, z uroczym sarkastycznym poczuciem humoru i ma do siebie dystans. Książka eksponuje akurat bardziej wiedzę historyczną (co widać np. po imponującej bibliografii), mniej humor i celny sarkazm, ale nie ujmuje to jej lekkości; uprzedzając zarzut, że no ale książka od jutuberki, daj bogini wszystkim taką erudycję, błyskotliwość i umiejętność władania słowem jak Karolina. Fakt, że niespecjalnie się interesuję modą jako taką, ale nawet w takim ujęciu to arcyciekawa pozycja o tym, czemu kobiety nie pokazywały kolan, skąd się wziął stanik, o ewolucji postrzegania koloru czarnego, że buty na obcasach były pierwotnie przeznaczone dla mężczyzn, o ekologii, zastosowaniu tworzyw sztucznych w obuwnictwie czy o tym, kto ubierał królowe oraz o skandalach i ich konsekwencjach. Bardzo ładne zdjęcia samej Karoliny oraz sporo historycznych rycin i zdjęć zachowanych przykładów odzieży i obuwia z epoki.

(Rozładowuję stosy papierowych książek, bo pożyczyłam nastolatce kindla w celu lektury i nie mogę się doprosić zwrotu. Nie że zaczęła czytać, tylko męczy tę nieszczęsną "Balladynę" od dwóch tygodni chyba).

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 27, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Karolina Żebrowska - Modowe rewolucje

Trochę przypadkowo kupiłam na super-przecenie w Wydawnictwie Znak, po części dlatego, że tanio (pozdro z Poznania), po części dlatego, że z przyjemnością oglądam filmy Karoliny na youtube. Stąd wiem, że nie dość, że zna się na historii mody, to jeszcze jest osobą inteligentną, z uroczym sarkastycznym poczuciem humoru i ma do siebie dystans. Książka eksponuje akurat bardziej wiedzę historyczną (co widać np. po imponującej bibliografii), mniej humor i celny sarkazm, ale nie ujmuje to jej lekkości; uprzedzając zarzut, że no ale książka od jutuberki, daj bogini wszystkim taką erudycję, błyskotliwość i umiejętność władania słowem jak Karolina. Fakt, że niespecjalnie się interesuję modą jako taką, ale nawet w takim ujęciu to arcyciekawa pozycja o tym, czemu kobiety nie pokazywały kolan, skąd się wziął stanik, o ewolucji postrzegania koloru czarnego, że buty na obcasach były pierwotnie przeznaczone dla mężczyzn, o ekologii, zastosowaniu tworzyw sztucznych w obuwnictwie czy o tym, kto ubierał królowe oraz o skandalach i ich konsekwencjach. Bardzo ładne zdjęcia samej Karoliny oraz sporo historycznych rycin i zdjęć zachowanych przykładów odzieży i obuwia z epoki.

(Rozładowuję stosy papierowych książek, bo pożyczyłam nastolatce kindla w celu lektury i nie mogę się doprosić zwrotu. Nie że zaczęła czytać, tylko męczy tę nieszczęsną "Balladynę" od dwóch tygodni chyba).

#69

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek maj 27, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tales from the Loop

Jest sobie szwedzki artysta, Simon Stålenhag malujący przedziwne obrazy, gdzie zwyczajne, sielskie pejzaże zaludniają dziwne roboty, budynki rodem z enerdowskiego socrealizmu, uzbrojeni w futurystyczne artefakty żołnierze czy wreszcie ludzie, którzy się zupełnie temu, co jest wokół nich, nie dziwią. I to - na pewnym poziomie - jest doskonałym streszczeniem tego nietypowego mini-serialu. Rolnicze Ohio, koło niedużego miasteczka mieści się Pętla - miejsce pracy urzędników i naukowców, głównie fizyków - którzy coś badają. Co konkretnie - nie wiadomo, ale po całej okolicy poniewierają się maszyny nieznanego pochodzenia, o czasem zaskakujących mocach - przenoszenia w czasie, zatrzymywania czasu, przepowiadania przyszłości, rozdzielania rzeczywistości na alternatywne ścieżki, czasem też są świadome i człekokształtne. Każdy z odcinków jest niezależnym epizodem, ale ich fabuła splata się ze sobą. I tak jak na obrazach, nikt się niczemu nie dziwi[1]. 10-letnia Loretta szuka matki, która pracuje w Pętli; matka zabrała jeden z kamieni, z których zbudowana jest tajemnicza kula. Loretta z tym kamieniem przenosi się kilkadziesiąt lat w przyszłość, gdzie spotyka samą siebie - matkę dwóch synów, również pracującą w Pętli. Jeden z synów Loretty wędruje w jeszcze dalszą przyszłość, dziewczyna drugiego odkrywa, że umie wstrzymać czas dla całego świata, strażnik Pętli wtem odkrywa, że w innej linii czasu miałby inne życie.

Serial ma 1 sezon, 8 odcinków, nie wiem, czy będzie więcej. Wbrew moim obawom, stanowi zamkniętą całość, zagadki są - do pewnego poziomu - wyjaśnione. Do pewnego poziomu, gdyż, jak wspomniałam, tu się nikt niczemu nie dziwi, nikt niczego nie wyjaśnia - skąd się wzięły artefakty, kto je stworzył, raz pojawia się informacja, że Pętlę założył teść Loretty, drugi raz, że niektóre z tworów są jego projektu. Tymczasem wszystko jest dość stare, często zniszczone, nawet pracownicy Pętli nie znają zastosowania niektórych mechanizmów. Desant obcej cywilizacji? Świat alternatywny, w którym czas zatoczył tytułową pętlę i cywilizacja odrodziła się w prawie identycznym kształcie na gruzach poprzedniej (przeskoki są między latami mniej więcej 1960 do połowy lat 80., potem do okolic roku 2000)? Poza małym miasteczkiem jest też duże, bardzo futurystycznie wyglądające miasto, ale czy świat tak samo tak wygląda jak w okolicach Pętli? Dziwne i dość niepokojące, ale bardzo ciekawe; klimatem podobne do Eureki czy Fringe’a.

[1] Co oczywiście strasznie mnie irytowało i zmuszało do głośnej dyskusji z ekranem. No na litość, niszczeje sobie budowla, w której można zamienić się z kimś na jaźń, wchodzą tam dzieci bez nadzoru, wychodzą, gromada naukowców jest tak zajęta, że tego nie bada. Bo po co.

Przeczytałam też w międzyczasie Złodzieja czasu Pratchetta.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 25, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Tales from the Loop

Jest sobie szwedzki artysta, Simon Stålenhag malujący przedziwne obrazy, gdzie zwyczajne, sielskie pejzaże zaludniają dziwne roboty, budynki rodem z enerdowskiego socrealizmu, uzbrojeni w futurystyczne artefakty żołnierze czy wreszcie ludzie, którzy się zupełnie temu, co jest wokół nich, nie dziwią. I to - na pewnym poziomie - jest doskonałym streszczeniem tego nietypowego mini-serialu. Rolnicze Ohio, koło niedużego miasteczka mieści się Pętla - miejsce pracy urzędników i naukowców, głównie fizyków - którzy coś badają. Co konkretnie - nie wiadomo, ale po całej okolicy poniewierają się maszyny nieznanego pochodzenia, o czasem zaskakujących mocach - przenoszenia w czasie, zatrzymywania czasu, przepowiadania przyszłości, rozdzielania rzeczywistości na alternatywne ścieżki, czasem też są świadome i człekokształtne. Każdy z odcinków jest niezależnym epizodem, ale ich fabuła splata się ze sobą. I tak jak na obrazach, nikt się niczemu nie dziwi[1]. 10-letnia Loretta szuka matki, która pracuje w Pętli; matka zabrała jeden z kamieni, z których zbudowana jest tajemnicza kula. Loretta z tym kamieniem przenosi się kilkadziesiąt lat w przyszłość, gdzie spotyka samą siebie - matkę dwóch synów, również pracującą w Pętli. Jeden z synów Loretty wędruje w jeszcze dalszą przyszłość, dziewczyna drugiego odkrywa, że umie wstrzymać czas dla całego świata, strażnik Pętli wtem odkrywa, że w innej linii czasu miałby inne życie.

Serial ma 1 sezon, 8 odcinków, nie wiem, czy będzie więcej. Wbrew moim obawom, stanowi zamkniętą całość, zagadki są - do pewnego poziomu - wyjaśnione. Do pewnego poziomu, gdyż, jak wspomniałam, tu się nikt niczemu nie dziwi, nikt niczego nie wyjaśnia - skąd się wzięły artefakty, kto je stworzył, raz pojawia się informacja, że Pętlę założył teść Loretty, drugi raz, że niektóre z tworów są jego projektu. Tymczasem wszystko jest dość stare, często zniszczone, nawet pracownicy Pętli nie znają zastosowania niektórych mechanizmów. Desant obcej cywilizacji? Świat alternatywny, w którym czas zatoczył tytułową pętlę i cywilizacja odrodziła się w prawie identycznym kształcie na gruzach poprzedniej (przeskoki są między latami mniej więcej 1960 do połowy lat 80., potem do okolic roku 2000)? Poza małym miasteczkiem jest też duże, bardzo futurystycznie wyglądające miasto, ale czy świat tak samo tak wygląda jak w okolicach Pętli? Dziwne i dość niepokojące, ale bardzo ciekawe; klimatem podobne do Eureki czy Fringe’a.

[1] Co oczywiście strasznie mnie irytowało i zmuszało do głośnej dyskusji z ekranem. No na litość, niszczeje sobie budowla, w której można zamienić się z kimś na jaźń, wchodzą tam dzieci bez nadzoru, wychodzą, gromada naukowców jest tak zajęta, że tego nie bada. Bo po co.

Przeczytałam też w międzyczasie Złodzieja czasu Pratchetta.

#68

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 25, 2022

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj