Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: czytam

Clare MacIntosh - Pozwolę ci odejść

Zaczyna się mocno - 5-letni Jacob wyrywa się matce tuż pod domem i kiedy przebiega przez ulicę, wjeżdża w niego rozpędzony samochód i dziecko umiera. Kierowca samochodu zawraca i znika. Akcja pokazywana jest dwutorowo - jeden wątek to poszukiwania przestępcy: policja rozpoczyna mozolne śledztwo - nikt nic nie widział, śladów (poza odpryskiem reflektora nie ma), matka nieprzytomna z żalu niedługo potem znika, zaszczuta przez lokalną społeczność (mogła dopilnować). Doświadczony komisarz Ray wraz z początkującą, ale pełną entuzjazmu policjantką Kate docierają w pewnym momencie do ściany - mija rok, zwierzchnicy każą sprawę zawiesić, bo nie rokuje. Ray, mimo że nie chce stawać na drodze do swojego awansu (i podwyżki!), decyduje, że sprawę będą prowadzić w tajemnicy i po godzinach. Wspólny sekret z młodą współpracowniczką nieco oddala go od żony, eks-policjantki, która zrezygnowała z obiecującej kariery, żeby wychować dzieci. Drugi wątek rozpoczyna ucieczka Jenny, która nie jest w stanie poradzić sobie z widokiem własnego domu po śmierci dziecka. Z minimalnym bagażem trafia do maleńkiej miejscowości letniskowej w Walii, gdzie za niewielkie pieniądze wynajmuje starą ruderę. Unika ludzi, cieszy ją tylko kontakt z przyrodą, wraca - mimo niesprawnej ręki - do sztuki (nie może wprawdzie rzeźbić, ale zaczyna fotografować). Mimo niechęci, zaprzyjaźnia się jednak z lokalnymi mieszkańcami, koszmary, z których budzi się z krzykiem, zdarzają się coraz rzadziej, nawiązuje też z lokalnym weterynarzem i ratownikiem głębszą więź. I wszystko idzie ku lepszemu, kiedy do drzwi jej chaty puka policja.

Tyle że w tym miejscu następuje cała seria zwrotów akcji i historia o wypadku i ucieczce z miejsca zbrodni zmienia się w zupełnie inną, jeszcze bardziej dramatyczną historię. Jest to książka na jeden wieczór, bo czyta się bez odrywania i kiedy docieram do ostatniej strony, jest dobrze po 1 w nocy. Czasem brutalna, miejscami wzruszająca, nieźle napisana; zdecydowanie nie włożyłabym jej do worka z literaturą kobiecą.

Inne tej autorki:

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 1, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Clare MacIntosh - Pozwolę ci odejść

Zaczyna się mocno - 5-letni Jacob wyrywa się matce tuż pod domem i kiedy przebiega przez ulicę, wjeżdża w niego rozpędzony samochód i dziecko umiera. Kierowca samochodu zawraca i znika. Akcja pokazywana jest dwutorowo - jeden wątek to poszukiwania przestępcy: policja rozpoczyna mozolne śledztwo - nikt nic nie widział, śladów (poza odpryskiem reflektora nie ma), matka nieprzytomna z żalu niedługo potem znika, zaszczuta przez lokalną społeczność (mogła dopilnować). Doświadczony komisarz Ray wraz z początkującą, ale pełną entuzjazmu policjantką Kate docierają w pewnym momencie do ściany - mija rok, zwierzchnicy każą sprawę zawiesić, bo nie rokuje. Ray, mimo że nie chce stawać na drodze do swojego awansu (i podwyżki!), decyduje, że sprawę będą prowadzić w tajemnicy i po godzinach. Wspólny sekret z młodą współpracowniczką nieco oddala go od żony, eks-policjantki, która zrezygnowała z obiecującej kariery, żeby wychować dzieci. Drugi wątek rozpoczyna ucieczka Jenny, która nie jest w stanie poradzić sobie z widokiem własnego domu po śmierci dziecka. Z minimalnym bagażem trafia do maleńkiej miejscowości letniskowej w Walii, gdzie za niewielkie pieniądze wynajmuje starą ruderę. Unika ludzi, cieszy ją tylko kontakt z przyrodą, wraca - mimo niesprawnej ręki - do sztuki (nie może wprawdzie rzeźbić, ale zaczyna fotografować). Mimo niechęci, zaprzyjaźnia się jednak z lokalnymi mieszkańcami, koszmary, z których budzi się z krzykiem, zdarzają się coraz rzadziej, nawiązuje też z lokalnym weterynarzem i ratownikiem głębszą więź. I wszystko idzie ku lepszemu, kiedy do drzwi jej chaty puka policja.

Tyle że w tym miejscu następuje cała seria zwrotów akcji i historia o wypadku i ucieczce z miejsca zbrodni zmienia się w zupełnie inną, jeszcze bardziej dramatyczną historię. Jest to książka na jeden wieczór, bo czyta się bez odrywania i kiedy docieram do ostatniej strony, jest dobrze po 1 w nocy. Czasem brutalna, miejscami wzruszająca, nieźle napisana; zdecydowanie nie włożyłabym jej do worka z literaturą kobiecą.

Inne tej autorki:

#37

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 1, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Andrzej Sapkowski - Narrenturm

Na wstępie powiem, że trochę mi zajęło oswojenie się z audiobookiem, który był połączeniem audiobooka właściwego (dokładną treścią książki) a słuchowiskiem (ponoć setka aktorów, w tle odgłosy np. bitwy czy spółkowania); podziwiam zamach przedsięwzięcia, ale na przyszłość dziękuję, wolę sam tekst.

XV wiek, w centralnej Europie szaleje krucjata antyhusycka. Reinmar z Bielawy, student medycyny i - jak się okazuje - adept sztuk magicznych, zostaje nakryty podczas pozamałżeńskich uciech z Adelą von Stercza, żoną śląskiego szlachcica. Chwilę później goni go cała rodzina von Sterczów, a że podczas pogoni jeden z prześladowców ginie w wypadku, niebawem tropem młodzieńca ruszają wynajęte zbiry. Z pomocą spowinowaconego kanonika wrocławskiego młodzian otrzymuje eskortę w postaci ekscentrycznego eks-zakonnika, zwanego przez siebie Szarlejem i w zasadzie zamierza posłuchać kanonika, żeby ukryć się na Węgrzech i przeczekać, ale serce nie sługa - najpierw planuje odwiedzić brata, a potem porwać ukochaną z klasztoru i na Węgry udać się razem, bo miłość i te sprawy. Problem w tym, że brata Reinmara właśnie ktoś zabił, a jego samego zaczyna ścigać Święte Oficjum. Podczas coraz bardziej chaotycznej ucieczki (przerywanej oczywiście doskonałymi dialogami, potyczkami, spotkaniami barwnej galerii postaci, również historycznych) do wspomnianej dwójki dołącza Samson Miodek, istota z innego wymiaru w ciele klasztornego idioty, przywołana podczas niezbyt udanego egzorcyzmu. I tak jeżdżą sobie po Śląsku, trup ściele się gęsto, czasem pojawia się i magia, i miłość, nad wszystkim krążą mroczne pomurniki, kilka tajemnic się wyjaśnia (chociaż, umówmy się, Reinmar nie jest bardzo błyskotliwy) gdy WTEM po ponad 700 stronach książka się kończy.

Zaskakujące dla mnie jest, czemu tak długo unikałam tego cyklu. Zdecydowanie nie ma spadku formy w stosunku do cyklu o Wiedźminie, zwłaszcza w kwestii dialogów czy postaci. Doskonale odrobione tło historyczne, wcale nie delikatna krytyka kościoła katolickiego i jego aktywności podczas wojen husyckich, szczypta magii i epicki rozmach, których każe mi teraz rzucić wszystko i czytać kolejne tomy.

Inne tego autora tutaj.

#36/#7

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 30, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 3 komentarze - Skomentuj


Andrzej Sapkowski - Narrenturm

Na wstępie powiem, że trochę mi zajęło oswojenie się z audiobookiem, który był połączeniem audiobooka właściwego (dokładną treścią książki) a słuchowiskiem (ponoć setka aktorów, w tle odgłosy np. bitwy czy spółkowania); podziwiam zamach przedsięwzięcia, ale na przyszłość dziękuję, wolę sam tekst.

XV wiek, w centralnej Europie szaleje krucjata antyhusycka. Reinmar z Bielawy, student medycyny i - jak się okazuje - adept sztuk magicznych, zostaje nakryty podczas pozamałżeńskich uciech z Adelą von Stercza, żoną śląskiego szlachcica. Chwilę później goni go cała rodzina von Sterczów, a że podczas pogoni jeden z prześladowców ginie w wypadku, niebawem tropem młodzieńca ruszają wynajęte zbiry. Z pomocą spowinowaconego kanonika wrocławskiego młodzian otrzymuje eskortę w postaci ekscentrycznego eks-zakonnika, zwanego przez siebie Szarlejem i w zasadzie zamierza posłuchać kanonika, żeby ukryć się na Węgrzech i przeczekać, ale serce nie sługa - najpierw planuje odwiedzić brata, a potem porwać ukochaną z klasztoru i na Węgry udać się razem, bo miłość i te sprawy. Problem w tym, że brata Reinmara właśnie ktoś zabił, a jego samego zaczyna ścigać Święte Oficjum. Podczas coraz bardziej chaotycznej ucieczki (przerywanej oczywiście doskonałymi dialogami, potyczkami, spotkaniami barwnej galerii postaci, również historycznych) do wspomnianej dwójki dołącza Samson Miodek, istota z innego wymiaru w ciele klasztornego idioty, przywołana podczas niezbyt udanego egzorcyzmu. I tak jeżdżą sobie po Śląsku, trup ściele się gęsto, czasem pojawia się i magia, i miłość, nad wszystkim krążą mroczne pomurniki, kilka tajemnic się wyjaśnia (chociaż, umówmy się, Reinmar nie jest bardzo błyskotliwy) gdy WTEM po ponad 700 stronach książka się kończy.

Zaskakujące dla mnie jest, czemu tak długo unikałam tego cyklu. Zdecydowanie nie ma spadku formy w stosunku do cyklu o Wiedźminie, zwłaszcza w kwestii dialogów czy postaci. Doskonale odrobione tło historyczne, wcale nie delikatna krytyka kościoła katolickiego i jego aktywności podczas wojen husyckich, szczypta magii i epicki rozmach, których każe mi teraz rzucić wszystko i czytać kolejne tomy.

Inne tego autora tutaj.

#36/#7

Napisane przez Zuzanka w dniu środa maj 30, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 3 komentarze - Skomentuj


P. D. James - Intrygi i żądze / Ułomna ręka sprawiedliwości

Akcję "Intryg i żądz" rozpoczyna urlop Dalgliesha, który dziedziczy po zmarłej ciotce posiadłość w Suffolk. Ciotka mieszkała w pięknym, zabytkowym, odludnym wiatraku na przylądku, niedaleko od stanowiącej punkt zapalny w lokalnej społeczności elektrowni atomowej. Wprawdzie inspektor nie jest na służbie, ale obiecał (głównie mentalne) wsparcie lokalnej policji przy złapaniu seryjnego mordercy zwanego Świstunem. Ma okazję poznać czynny zbrodniarza szybko - podczas spotkania towarzyskiego z sąsiadką Alice, autorką znanych książek kucharskich, Świstun uderza po raz kolejny, zabijając pracownicę elektrowni. Niedługo potem ginie jedna z uczestniczek kolacji, administratorka elektrowni Hillary - osoba kontrowersyjna, znienawidzona przez ekologów (jednemu z aktywnie działających właśnie wytoczyła proces) i lokalną społeczność (chce usunąć owdowiałego najemcę, który nie ma gdzie się podziać), a nawet przez niektórych współpracowników. Lokalna policja szybko odkrywa że mimo upozowania nie jest to dzieło seryjnego mordercy, bo ten popełnił samobójstwo chwilę wcześniej. Inspektor wprawdzie nie uczestniczy w śledztwie, ale obserwuje - połowa mieszkańców kłamie, druga połowa coś ukrywa, jak to w małej sielskiej nadmorskiej miejscowości.

Książka niespecjalnie porywa - kto jest zabójcą, domyśliłam się już w 1/3 lektury. Dużo wnikliwych opisów wnętrz i strojów, sporo dodatkowych wątków na drugim i trzecim planie, trochę spraw pozostawiono odłogiem - na przykład wyjaśnienie sprawy Świstuna, którego samobójstwo w zasadzie kończy wątek.

"Ułomna ręka sprawiedliwości" dzieje się w środowisku prawników - w znanej londyńskiej kancelarii zostaje znaleziona zamordowana Venetia Aldridge, adwokat. Ktoś po zabójstwie upozował ją na krześle, założył zabytkową perukę i oblał krwią[1]. Dalgliesh z ekipą (znana z poprzednich tomów Kate Miskin i nowy współpracownik, Pierce, z wykształcenia teolog) usiłuje dociec, czy sprawcą jest ktoś z kancelarii, rodzina (zmarła ma 18-letnią córkę, która właśnie się wdała w romans z obronionym przez matkę mordercą, ku wściekłości matki) czy może osoba poszkodowana w procesie, w którym Aldridge była obrońcą. W dużej mierze to krytyczne spojrzenie na zasady prawne - miejscami kwestionowalna moralnie zasada domniemania niewinności, dzięki której sprawny adwokat jest w stanie obronić kogoś, co do którego winy nie ma wątpliwości.

Tłumaczenie ma ewidentne braki - miejscami bywa niezrozumiałe (zapewne źle przetłumaczone idiomy), czasem czegoś brakuje (np. wyjaśnienia, czemu osoba o nazwisku Eager jest aktywna, a pewien Nigel - wbrew imieniu - jest blondynem).

[1] Nie, nie podejmuję się sprawdzać sensowności tego, że osoba, która za kilka dni idzie na operację, pobraną wcześniej krew (niezbędną do operacji) trzyma w woreczku w biurowej lodówce.

Inne tej autorki tutaj.

#34-35

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 28, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


P. D. James - Intrygi i żądze / Ułomna ręka sprawiedliwości

Akcję "Intryg i żądz" rozpoczyna urlop Dalgliesha, który dziedziczy po zmarłej ciotce posiadłość w Suffolk. Ciotka mieszkała w pięknym, zabytkowym, odludnym wiatraku na przylądku, niedaleko od stanowiącej punkt zapalny w lokalnej społeczności elektrowni atomowej. Wprawdzie inspektor nie jest na służbie, ale obiecał (głównie mentalne) wsparcie lokalnej policji przy złapaniu seryjnego mordercy zwanego Świstunem. Ma okazję poznać czynny zbrodniarza szybko - podczas spotkania towarzyskiego z sąsiadką Alice, autorką znanych książek kucharskich, Świstun uderza po raz kolejny, zabijając pracownicę elektrowni. Niedługo potem ginie jedna z uczestniczek kolacji, administratorka elektrowni Hillary - osoba kontrowersyjna, znienawidzona przez ekologów (jednemu z aktywnie działających właśnie wytoczyła proces) i lokalną społeczność (chce usunąć owdowiałego najemcę, który nie ma gdzie się podziać), a nawet przez niektórych współpracowników. Lokalna policja szybko odkrywa że mimo upozowania nie jest to dzieło seryjnego mordercy, bo ten popełnił samobójstwo chwilę wcześniej. Inspektor wprawdzie nie uczestniczy w śledztwie, ale obserwuje - połowa mieszkańców kłamie, druga połowa coś ukrywa, jak to w małej sielskiej nadmorskiej miejscowości.

Książka niespecjalnie porywa - kto jest zabójcą, domyśliłam się już w 1/3 lektury. Dużo wnikliwych opisów wnętrz i strojów, sporo dodatkowych wątków na drugim i trzecim planie, trochę spraw pozostawiono odłogiem - na przykład wyjaśnienie sprawy Świstuna, którego samobójstwo w zasadzie kończy wątek.

"Ułomna ręka sprawiedliwości" dzieje się w środowisku prawników - w znanej londyńskiej kancelarii zostaje znaleziona zamordowana Venetia Aldridge, adwokat. Ktoś po zabójstwie upozował ją na krześle, założył zabytkową perukę i oblał krwią[1]. Dalgliesh z ekipą (znana z poprzednich tomów Kate Miskin i nowy współpracownik, Pierce, z wykształcenia teolog) usiłuje dociec, czy sprawcą jest ktoś z kancelarii, rodzina (zmarła ma 18-letnią córkę, która właśnie się wdała w romans z obronionym przez matkę mordercą, ku wściekłości matki) czy może osoba poszkodowana w procesie, w którym Aldridge była obrońcą. W dużej mierze to krytyczne spojrzenie na zasady prawne - miejscami kwestionowalna moralnie zasada domniemania niewinności, dzięki której sprawny adwokat jest w stanie obronić kogoś, co do którego winy nie ma wątpliwości.

Tłumaczenie ma ewidentne braki - miejscami bywa niezrozumiałe (zapewne źle przetłumaczone idiomy), czasem czegoś brakuje (np. wyjaśnienia, czemu osoba o nazwisku Eager jest aktywna, a pewien Nigel - wbrew imieniu - jest blondynem).

[1] Nie, nie podejmuję się sprawdzać sensowności tego, że osoba, która za kilka dni idzie na operację, pobraną wcześniej krew (niezbędną do operacji) trzyma w woreczku w biurowej lodówce.

Inne tej autorki tutaj.

#34-35

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek maj 28, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Chimamanda Ngozi Adichie - Amerykaana

Ifemelu i Obinze poznali się w liceum w Lagos, zakochali się w sobie i byli nierozłączni do momentu, kiedy Ifemelu wyjechała na stypendium do USA. Obinze - wprawdzie zafascynowany Ameryką bardziej niż Ifemelu - został, aby opiekować się matką i w oczekiwaniu na wizę, której jednak nie otrzymał. Po kilkunastu latach, podczas których Obinze po emigracyjnym epizodzie w Londynie wrócił do Nigerii, zostając - przypadkiem - znanym biznesmenem, mężem i ojcem, a Ifemelu - wpływową blogerką, piszącą o rasie, spotykają się w Lagos, oboje z bagażem doświadczeń. Tu wchodzi typowa dla komedii romantycznych fraza o tym, czy uda im się nadrobić stracone lata i odzyskać siebie. Ale tak naprawdę to nie jest tylko romans, ale głębokie studium emigracji i re-emigracji Nigeryjczyków. Historie obojga przypomina losy Polaków na zarobkowej emigracji - wykształconych, ze znajomością języka, z tzw. dobrych rodzin, którzy w obcym kraju zniżali się do najpodlejszych, najgorzej płatnych prac, często poniżani przez ludzi z o wiele niższym statusem społecznym, ponieważ w ich rodzimym kraju układ był na tyle źle i bez perspektyw, że nie byli w stanie egzystować. Mit USA jako Krainy Wolności (i w nieco mniejszym wymiarze - Londynu dla Obinze) okazał się boleśnie nieprzystający do rzeczywistości. Podobnie - w drugiej części książki - oboje zaskakująco szybko odzwyczajają się od nigeryjskich realiów, nawet po kilku latach poza krajem zaskakuje ich wszechstronna korupcja, rządy wojskowe, skrywana bieda czy licznie rozplenione prawie że szamańskie kościoły.

Na to nałożona jest druga warstwa, stanowiąca oś życia Ifemelu, która dopiero w Nowym Jorku odkryła, że jest czarna; bez względu na to, kim jest, jej dystynktywną cechą jest kolor skóry i faktura włosów. Pod tym kątem obserwowani są wszyscy, odstający od standardu - jasnoskórego rasy kaukaskiej: Azjaci, Afrykanie oraz (w nieco mniejszym stopniu) Latynosi. Notki na jej blogu poświęcone są całemu zakresowi problemów - od poszukiwania pracy, wymuszonego prostowania afro, żeby choć trochę upodobnić się do "białych", braku kosmetyków do skóry innej niż jasna ("Kiedy używasz bielizny i plastrów w kolorze „nude", z góry wiesz, że kolorystycznie nie będą pasować do twojej skóry?"), obserwowania w luksusowych sklepach pod kątem potencjalnej kradzieży czy wreszcie nieobecności w tzw. mainstreamie, zarówno kulturalnym czy politycznym.

Adichie porównywana jest z Zadie Smith i pod pewnym względem te podobieństwa widać - łatwość konstruowania spójnej, epickiej opowieści, z wieloma bohaterami i bogatym tłem społecznym. Sam sposób pisania jednak jest zupełnie inny, inaczej prowadzona narracja. Dodatkowo nie fabuła jest tu najistotniejsza, a właśnie tło.

Inne tej autorki:

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Chimamanda Ngozi Adichie - Amerykaana

Ifemelu i Obinze poznali się w liceum w Lagos, zakochali się w sobie i byli nierozłączni do momentu, kiedy Ifemelu wyjechała na stypendium do USA. Obinze - wprawdzie zafascynowany Ameryką bardziej niż Ifemelu - został, aby opiekować się matką i w oczekiwaniu na wizę, której jednak nie otrzymał. Po kilkunastu latach, podczas których Obinze po emigracyjnym epizodzie w Londynie wrócił do Nigerii, zostając - przypadkiem - znanym biznesmenem, mężem i ojcem, a Ifemelu - wpływową blogerką, piszącą o rasie, spotykają się w Lagos, oboje z bagażem doświadczeń. Tu wchodzi typowa dla komedii romantycznych fraza o tym, czy uda im się nadrobić stracone lata i odzyskać siebie. Ale tak naprawdę to nie jest tylko romans, ale głębokie studium emigracji i re-emigracji Nigeryjczyków. Historie obojga przypomina losy Polaków na zarobkowej emigracji - wykształconych, ze znajomością języka, z tzw. dobrych rodzin, którzy w obcym kraju zniżali się do najpodlejszych, najgorzej płatnych prac, często poniżani przez ludzi z o wiele niższym statusem społecznym, ponieważ w ich rodzimym kraju układ był na tyle źle i bez perspektyw, że nie byli w stanie egzystować. Mit USA jako Krainy Wolności (i w nieco mniejszym wymiarze - Londynu dla Obinze) okazał się boleśnie nieprzystający do rzeczywistości. Podobnie - w drugiej części książki - oboje zaskakująco szybko odzwyczajają się od nigeryjskich realiów, nawet po kilku latach poza krajem zaskakuje ich wszechstronna korupcja, rządy wojskowe, skrywana bieda czy licznie rozplenione prawie że szamańskie kościoły.

Na to nałożona jest druga warstwa, stanowiąca oś życia Ifemelu, która dopiero w Nowym Jorku odkryła, że jest czarna; bez względu na to, kim jest, jej dystynktywną cechą jest kolor skóry i faktura włosów. Pod tym kątem obserwowani są wszyscy, odstający od standardu - jasnoskórego rasy kaukaskiej: Azjaci, Afrykanie oraz (w nieco mniejszym stopniu) Latynosi. Notki na jej blogu poświęcone są całemu zakresowi problemów - od poszukiwania pracy, wymuszonego prostowania afro, żeby choć trochę upodobnić się do "białych", braku kosmetyków do skóry innej niż jasna ("Kiedy używasz bielizny i plastrów w kolorze „nude", z góry wiesz, że kolorystycznie nie będą pasować do twojej skóry?"), obserwowania w luksusowych sklepach pod kątem potencjalnej kradzieży czy wreszcie nieobecności w tzw. mainstreamie, zarówno kulturalnym czy politycznym.

Adichie porównywana jest z Zadie Smith i pod pewnym względem te podobieństwa widać - łatwość konstruowania spójnej, epickiej opowieści, z wieloma bohaterami i bogatym tłem społecznym. Sam sposób pisania jednak jest zupełnie inny, inaczej prowadzona narracja. Dodatkowo nie fabuła jest tu najistotniejsza, a właśnie tło.

Inne tej autorki:

#33

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek maj 22, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jakub Żulczyk - Radio Armageddon

W prywatnym liceum (czy raczej na "chemicznym poligonie", przechowalni dla bogatych nastolatków w stylu New Age, gdzie każdy coś bierze albo jest na terapii) pojawia się Cyprian, inny od wszystkich i od pierwszej chwili staje się przywódcą elitarnej paczki, składającej się z nijakiego Szymona, wysokiej i elokwentnej Nadziei oraz Gnata, chudego psychopaty. Cała czwórka ma poczucie, że są lepsi od innych, bezrefleksyjnie skupionych na wizualnych wyznacznikach stylu i zamożności (telefonów, imprez, markowych ubrań); lepsi, mądrzejsi, umiejący używać ironii i zdań wielokrotnie złożonych. Cyprian proponuje założenie zespołu muzycznego, którym rozwali to całe zatęchłe w swoim dobrostanie miasto, zaneguje wszystko i zniszczy pełne hipokryzji zadowolenie pokolenia rodziców, żeby kolejne pokolenie mogło sobie świat ustawić po swojemu. Jak - tu już recepty nie daje, ale pozostali członkowie "Radia Armageddon" mają poczucie, że wiedzą: Szymon pragnie stać się częścią "wielkiej sprawy" i uwolnić się od władzy rodziców; Nadzieja kocha Cypriana i zrobi dla niego wszystko; perkusista Gnat liczy na łatwo dostępne narkotyki i łatwy seks. Planują wywołać zamieszki, co jest nietrudne, pytanie - co dalej. Gdzieś w tle pojawiają się pieniądze, skądś biorą się twarde narkotyki, przychodzą dorośli - tacy w garniturach i z umowami na poczet płyt i tras koncertów, ale i tacy, którzy agresję pijanej muzyką grupy chcą wziąć dla swoich czasem dość brutalnych celów. Tuż przed nagraniem pierwszej płyty Cyprian znika, nikt nie wie czy został uprowadzony, czy uciekł, czy nie żyje. Radio Armageddon bez Cypriana przestaje istnieć.

Narracja jest dwutorowa, na zmianę przedstawione są retrospekcje (zwykle przez Szymona) i wydarzenia dziejące się aktualnie (zwykle, w drugiej osobie, przez kogoś, kto mówi do Nadziei). Geneza powstania zespołu miesza się z chaosem po zniknięciu Cypriana, doplata się wiele dodatkowych wątków, czyjaś śmierć, krew i przemoc.

Odpowiadając na czasem pojawiające się w komentarzach pytanie, czy polecam. To mocna lektura, zwłaszcza dla rodzica, bo Żulczyk mocno opowiada się fabularnie po stronie nastolatków, pokazując dorosłych jako zombie na lekach, skupionych na zarabianiu pieniędzy (również na przemocy), gardzących czymkolwiek niematerialnym. Łatwo poprowadzić czytelnika słowem w taką strony, aby ojca, próbującego wyjąć syna z toksycznego przecież otoczenia (wandalizm, narkotyki, przypadkowy seks, samobójstwa równolatków, sekta), określił mianem tępego idioty, który nie rozumie fantastycznej idei buntu, jaki się za sprawą Radia Armageddon wykluł. W ogóle Żulczyk zgrabnie uwodzi przemocą, płomieniami rewolucji; wciąga czytanie o handlarzach narkotyków, przestępcach z wyindukowanym narkotykami błyskiem niepoczytalności w oku. Jeśli więc czytelnik się daje uwodzić autorowi, to tak - polecam. Ale nie jest to książka łatwa, zdecydowanie nie relaksująca, może zapewnić emocjonalny rollercoster i wpuścić w spory dół.

Inne tego autora.

#32 (dawno skończyłam, ale notka utknęła w szkicach)

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 19, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 2 komentarze - Skomentuj


Jakub Żulczyk - Radio Armageddon

W prywatnym liceum (czy raczej na "chemicznym poligonie", przechowalni dla bogatych nastolatków w stylu New Age, gdzie każdy coś bierze albo jest na terapii) pojawia się Cyprian, inny od wszystkich i od pierwszej chwili staje się przywódcą elitarnej paczki, składającej się z nijakiego Szymona, wysokiej i elokwentnej Nadziei oraz Gnata, chudego psychopaty. Cała czwórka ma poczucie, że są lepsi od innych, bezrefleksyjnie skupionych na wizualnych wyznacznikach stylu i zamożności (telefonów, imprez, markowych ubrań); lepsi, mądrzejsi, umiejący używać ironii i zdań wielokrotnie złożonych. Cyprian proponuje założenie zespołu muzycznego, którym rozwali to całe zatęchłe w swoim dobrostanie miasto, zaneguje wszystko i zniszczy pełne hipokryzji zadowolenie pokolenia rodziców, żeby kolejne pokolenie mogło sobie świat ustawić po swojemu. Jak - tu już recepty nie daje, ale pozostali członkowie "Radia Armageddon" mają poczucie, że wiedzą: Szymon pragnie stać się częścią "wielkiej sprawy" i uwolnić się od władzy rodziców; Nadzieja kocha Cypriana i zrobi dla niego wszystko; perkusista Gnat liczy na łatwo dostępne narkotyki i łatwy seks. Planują wywołać zamieszki, co jest nietrudne, pytanie - co dalej. Gdzieś w tle pojawiają się pieniądze, skądś biorą się twarde narkotyki, przychodzą dorośli - tacy w garniturach i z umowami na poczet płyt i tras koncertów, ale i tacy, którzy agresję pijanej muzyką grupy chcą wziąć dla swoich czasem dość brutalnych celów. Tuż przed nagraniem pierwszej płyty Cyprian znika, nikt nie wie czy został uprowadzony, czy uciekł, czy nie żyje. Radio Armageddon bez Cypriana przestaje istnieć.

Narracja jest dwutorowa, na zmianę przedstawione są retrospekcje (zwykle przez Szymona) i wydarzenia dziejące się aktualnie (zwykle, w drugiej osobie, przez kogoś, kto mówi do Nadziei). Geneza powstania zespołu miesza się z chaosem po zniknięciu Cypriana, doplata się wiele dodatkowych wątków, czyjaś śmierć, krew i przemoc.

Odpowiadając na czasem pojawiające się w komentarzach pytanie, czy polecam. To mocna lektura, zwłaszcza dla rodzica, bo Żulczyk mocno opowiada się fabularnie po stronie nastolatków, pokazując dorosłych jako zombie na lekach, skupionych na zarabianiu pieniędzy (również na przemocy), gardzących czymkolwiek niematerialnym. Łatwo poprowadzić czytelnika słowem w taką strony, aby ojca, próbującego wyjąć syna z toksycznego przecież otoczenia (wandalizm, narkotyki, przypadkowy seks, samobójstwa równolatków, sekta), określił mianem tępego idioty, który nie rozumie fantastycznej idei buntu, jaki się za sprawą Radia Armageddon wykluł. W ogóle Żulczyk zgrabnie uwodzi przemocą, płomieniami rewolucji; wciąga czytanie o handlarzach narkotyków, przestępcach z wyindukowanym narkotykami błyskiem niepoczytalności w oku. Jeśli więc czytelnik się daje uwodzić autorowi, to tak - polecam. Ale nie jest to książka łatwa, zdecydowanie nie relaksująca, może zapewnić emocjonalny rollercoster i wpuścić w spory dół.

Inne tego autora.

#32 (dawno skończyłam, ale notka utknęła w szkicach)

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota maj 19, 2018

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - - 2 komentarze - Skomentuj