Kategoria:
listy-spod-rozy
[Przyznam, że miałam w głowie inną wersję rzeczywistości, taką jak lubię – mglistą, oniryczną i nieco bezosobową, ale jestem zbyt zmęczona, więc będzie literalnie, dosłownie i z osobami.]
Poznań – Gran Canaria
Najdzielniejszym podróżnikiem jest moja córka. Mogliśmy sobie porozumiewawczo hmkać, kiedy gdzieś obok rozlegał się płacz i krzyk, że „we have a screamer”, bo nasza córka była i owszem, tajfunem energii, jak już się uczciwie przespała w tatowych ramionach na lotnisku, a potem w mamowych w samolocie, ale tajfunem pokrzykującym, śmiejącym się i gadającym, a nie wrzeszczącym. I lot z tych całkowicie spokojnych, a podczas międzylądowania stewardesa pozwoliła nam zajrzeć do kabiny pilotów (ciasno, ale mnóstwo guziczków). Tyle z zalet. Za nami siedział Major Sucharski w stopniu majora, który czytał na głos przewodnik, objaśniał hiszpański dla początkujących, rzucał czerstwe komplementy stewardesie („pociągająco pani wyglądała, jak pani tak machała rączkami”), a zaraz obok Naczelny Kaowiec, tłumaczący siedzącej pomiędzy nimi pani, o co chodzi ze strefami czasowymi czy wyjaśniający międzylądowanie na Gran Canarii. Bo jednak z samolotu wyszłam zmęczona jak po robotach przymusowych i z połamanym w wielu (zbyt wielu) miejscach kręgosłupem.
I tylko żal, że byłam zbyt zmęczona startem o 5:30 z pobudką o 2:30 (nawet udało mi się iść spać, zanim) i wschód słońca oglądałam poklatkowo, kiedy co kilka minut otwierałam oczy. Głęboki granat, na którym pojawiają się jaśniejsze pasma, które z kolei przekształcają się w pastelową tęczę, z najdelikatniejszym fioletem, jaki w naturze widziałam.
Gran Canaria – Fuerteventura
Najkrótszy lot jak dotychczas, polegał na tym, żeby wystartować, a potem po przeleceniu 100 km, wylądować. Bardzo urocze i zabawne.
I tylko żal, że brakuje trzeciej ręki na aparat, bo zejście w pełnym słońcu od strony oceanu – jedno z najładniejszych w życiu. Obie wyspy – Gran Canaria i Fuerte – wulkaniczne, czarno-szare na środku, a szaro-zielone na obrzeżach, ze stożkami gór/pozostałości po wulkanach malowniczo spowitymi pasemkami chmur.
Fuerteventura
Najgorszą możliwą rzeczą jest jechanie 80 km z nadaktywnie marudzącą grupą turystów z Polski, którym WTEM zmieniono hotel i całą drogę umawiali się, za co będą żądać od biura podróży odszkodowania (zaczęli od pogody, bo padało, przeszli przez latynoski repertuar brawurowo jadącego kierowcy i w ogóle skandal), po czym równie wesołe jest stanie za nimi w hotelowej recepcji i słuchanie, czego oni nie chcą. Ja skromnie nie chciałam tylko pokoju za godzinę, tylko TERAZ, bo TERAZ mi dziecko chce jeść i spać. Oczywiście zamontowane w pokoju wzmiankowane dziecko, zwijające się w kłębek na autobusowym siedzeniu, dostało nagle mega przyspieszenia i spacyfikowanie do spania trochę zajęło. Przyspieszenie między innymi zawdzięczam błyskotliwemu pomysłowi architekta, który zbudował apartamenty z dwoma schodkami pomiędzy kuchenką a pokojem dziennym, żeby go osrały lokalne gołębie. W każdym razie donoszę, że umiejętności schodzenia ze schodów znacznie się poprawiły i nawet zarejestrowano pierwsze nieśmiałe próby trzymania się ściany (uprzedzając pytanie, nie ma podobno apartamentów bez schodów, a nawet jeśli by były, to i tak by były zajęte).
Mimo że padało, a po moich kolanach skakało stworzenie roboczo ochrzczone w samolocie „szczypiorkiem” (zapewne ze względu na walory fryzury), i mimo że niespecjalnie lubię góry, to wybrzeże Fuerteventury jest niesamowite. Piekielne i ponure osypiska, porośnięte szarymi, zielonkawymi i rdzawymi porostami, obłupane kamienie, kaktusy i pękate palmy, a na tym wszystkim pasie się mnóstwo kóz w kolorach dowolnych.
I tylko żal, że zza szyby autobusu wszystko jest rozmyte i mdłe.
A lotnisko na Fuerte wielkie i piękne; spodziewałam się takiej budy jak Ławica, a zastałam nieco mniejszy Franfurt czy inne Monachium.
Cat-spotting: 1, ale za to szylkret z kremowo-rudą tylną łapą. Bardzo przyjazny.
Kelner w restauracji, próbujący po niemiecku-hiszpańsku wyjaśnić mi, gdzie są foteliki dla dzieci, wreszcie rzuca: „Następnym razem proszę powiedzieć, że pani mówi po polsku, będzie łatwiej”. Nie żebym nie dawała hintów koszulką treści „Jestem super mamą”.
I widok z okna:


PS Tylko nie lubię tego poczucia, co mi narasta wieczorem. Że czemu nie ma mnie w domu, z kotami opodal, przy małym pasiastym komputerze. Lubię być poza domem w dzień, nie lubię wieczorem i w nocy.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 6, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
[Przyznam, że miałam w głowie inną wersję rzeczywistości, taką jak lubię – mglistą, oniryczną i nieco bezosobową, ale jestem zbyt zmęczona, więc będzie literalnie, dosłownie i z osobami.]
Poznań – Gran Canaria
Najdzielniejszym podróżnikiem jest moja córka. Mogliśmy sobie porozumiewawczo hmkać, kiedy gdzieś obok rozlegał się płacz i krzyk, że „we have a screamer”, bo nasza córka była i owszem, tajfunem energii, jak już się uczciwie przespała w tatowych ramionach na lotnisku, a potem w mamowych w samolocie, ale tajfunem pokrzykującym, śmiejącym się i gadającym, a nie wrzeszczącym. I lot z tych całkowicie spokojnych, a podczas międzylądowania stewardesa pozwoliła nam zajrzeć do kabiny pilotów (ciasno, ale mnóstwo guziczków). Tyle z zalet. Za nami siedział Major Sucharski w stopniu majora, który czytał na głos przewodnik, objaśniał hiszpański dla początkujących, rzucał czerstwe komplementy stewardesie („pociągająco pani wyglądała, jak pani tak machała rączkami”), a zaraz obok Naczelny Kaowiec, tłumaczący siedzącej pomiędzy nimi pani, o co chodzi ze strefami czasowymi czy wyjaśniający międzylądowanie na Gran Canarii. Bo jednak z samolotu wyszłam zmęczona jak po robotach przymusowych i z połamanym w wielu (zbyt wielu) miejscach kręgosłupem.
I tylko żal, że byłam zbyt zmęczona startem o 5:30 z pobudką o 2:30 (nawet udało mi się iść spać, zanim) i wschód słońca oglądałam poklatkowo, kiedy co kilka minut otwierałam oczy. Głęboki granat, na którym pojawiają się jaśniejsze pasma, które z kolei przekształcają się w pastelową tęczę, z najdelikatniejszym fioletem, jaki w naturze widziałam.
Gran Canaria – Fuerteventura
Najkrótszy lot jak dotychczas, polegał na tym, żeby wystartować, a potem po przeleceniu 100 km, wylądować. Bardzo urocze i zabawne.
I tylko żal, że brakuje trzeciej ręki na aparat, bo zejście w pełnym słońcu od strony oceanu – jedno z najładniejszych w życiu. Obie wyspy – Gran Canaria i Fuerte – wulkaniczne, czarno-szare na środku, a szaro-zielone na obrzeżach, ze stożkami gór/pozostałości po wulkanach malowniczo spowitymi pasemkami chmur.
Fuerteventura
Najgorszą możliwą rzeczą jest jechanie 80 km z nadaktywnie marudzącą grupą turystów z Polski, którym WTEM zmieniono hotel i całą drogę umawiali się, za co będą żądać od biura podróży odszkodowania (zaczęli od pogody, bo padało, przeszli przez latynoski repertuar brawurowo jadącego kierowcy i w ogóle skandal), po czym równie wesołe jest stanie za nimi w hotelowej recepcji i słuchanie, czego oni nie chcą. Ja skromnie nie chciałam tylko pokoju za godzinę, tylko TERAZ, bo TERAZ mi dziecko chce jeść i spać. Oczywiście zamontowane w pokoju wzmiankowane dziecko, zwijające się w kłębek na autobusowym siedzeniu, dostało nagle mega przyspieszenia i spacyfikowanie do spania trochę zajęło. Przyspieszenie między innymi zawdzięczam błyskotliwemu pomysłowi architekta, który zbudował apartamenty z dwoma schodkami pomiędzy kuchenką a pokojem dziennym, żeby go osrały lokalne gołębie. W każdym razie donoszę, że umiejętności schodzenia ze schodów znacznie się poprawiły i nawet zarejestrowano pierwsze nieśmiałe próby trzymania się ściany (uprzedzając pytanie, nie ma podobno apartamentów bez schodów, a nawet jeśli by były, to i tak by były zajęte).
Mimo że padało, a po moich kolanach skakało stworzenie roboczo ochrzczone w samolocie „szczypiorkiem” (zapewne ze względu na walory fryzury), i mimo że niespecjalnie lubię góry, to wybrzeże Fuerteventury jest niesamowite. Piekielne i ponure osypiska, porośnięte szarymi, zielonkawymi i rdzawymi porostami, obłupane kamienie, kaktusy i pękate palmy, a na tym wszystkim pasie się mnóstwo kóz w kolorach dowolnych.
I tylko żal, że zza szyby autobusu wszystko jest rozmyte i mdłe.
A lotnisko na Fuerte wielkie i piękne; spodziewałam się takiej budy jak Ławica, a zastałam nieco mniejszy Franfurt czy inne Monachium.
Cat-spotting: 1, ale za to szylkret z kremowo-rudą tylną łapą. Bardzo przyjazny.
Kelner w restauracji, próbujący po niemiecku-hiszpańsku wyjaśnić mi, gdzie są foteliki dla dzieci, wreszcie rzuca: „Następnym razem proszę powiedzieć, że pani mówi po polsku, będzie łatwiej”. Nie żebym nie dawała hintów koszulką treści „Jestem super mamą”.
I widok z okna:


PS Tylko nie lubię tego poczucia, co mi narasta wieczorem. Że czemu nie ma mnie w domu, z kotami opodal, przy małym pasiastym komputerze. Lubię być poza domem w dzień, nie lubię wieczorem i w nocy.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 6, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 10 komentarzy
- Skomentuj
Wspaniałe miasto Amsterdam ma wiele różnych twarzy.
Dla setek tysięcy turystów najważniejszym miejscem jest Czerwona Dzielnica, gdzie nader skromnie odziane damy negocjowalnego afekty malowniczo wyginają się w oknach; czasem oświetlone są tylko ultrafioletowym światłem, dzięki czemu lepiej widać, jak skąpą noszą bieliznę. Dla chyba liczniejszej grupy, już bardziej zróżnicowanej w kwestii płci, mekką są niespecjalnie ładnie pachnące miejsca, myląco nazwane coffeeshopami, choć bynajmniej nie kawę się tam pija. Dla znawców sztuki są liczne, wspaniale wyposażone muzea, a dla mnie najważniejsze okazały się amsterdamskie kamieniczki.
Amsterdam to Wenecja Północy - miasto wąskich kanałów i kamiennych mostów (a także koślawych chodaków i rowerów). Któryś ze sprytnych monarchów wymyślił podatek związany z szerokością frontu kamienicy, stąd domy zamiast wszerz rozbudowywały się wgłąb i wzwyż. Długie i wąskie korytarze, częściowo zajęte przez wąskie schodki, ciągnęły się na kilkanaście metrów aż do ogrodów za posesją. Żeby wnieść do domu szerokie mieszczańskie meble, które nie mieściły się na wąskich schodach, na szczytach domów mocowano haki, za pomocą których do dziś wciąga się fortepiany czy inne trzydrzwiowe szafy i instaluje w mieszkaniu przez okno. O tym, jak wąskie bywają amsterdamskie kamieniczki, najlepiej można się przekonać, odwiedzając lokal przy kanale Singel pod numerem 7, gdzie front - zajęty całkowicie przez drzwi - ma około metra szerokości. Nie jest więc bardzo dziwną rzeczą, że po pierwszym spacerze wzdłuż kanałów zamarzyłam o tym, żeby zamieszkać w takiej kamienicy, a przynajmniej - jako że posiadane środki pozwalają mi na spędzenie miłego weekendu w kraju depresyjnego tulipana, ale nie na zakup nieruchomości tamże - spędzić w niej chociaż jedną noc. Okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe.
Oprócz poprawnych i nie różniących się od siebie hoteli znanych sieci, w Amsterdamie istnieją hotele, hostele i pensjonaty mieszczące się w klimatycznych XVI czy XVIII-wiecznych wnętrzach. Czasem na hotel przeznaczona jest cała budowla, przez co bywa ekskluzywniej i drożej, a w ofercie jest śniadanie, winda i stojaczek z ulotkami, czasem do wynajęcia jest kilka pokoi "przy rodzinie". Mój pierwszy weekend w Amsterdamie spędziłam w czystym i nijakim hotelu, z oknem wychodzącym na dachy i kominy. Na następny wypad jednak zarezerwowałam noclegi w wąskiej kamienicy nad Brouwersgracht. Przy rodzinie. Na początku odczuwałam pewne skrępowanie, bo władowałam się z walizą do czyjegoś domu, gdzie na ścianach przypięte były dziecięce rysunki, z kuchni dobiegał dźwięk sztućców, a w otwartych drzwiach do salonu leniwie rozkładał się puchaty kot. Holendrzy to jednak ludzie dość bezpośredni i asertywni, więc gospodyni wręczyła mi klucz, pobrała opłatę w gotówce, pokazała strome schody, po czym zgodziła się ze mną, że ciężka waliza poczeka na dole na męża, który poszedł był zaparkować i życzyła nam miłego pobytu.
Weekend na poddaszu z widokiem na ogród i tylną ścianę budynku przy sąsiednim kanale doprecyzował mi dość szybko potencjalne plany na przyszłość na tyle, że już wiem, że nie chcę mieć na własność kamienicy. Na samą górę nie dochodzi czasem gorąca woda, ba - czasem nie dochodzi woda w ogóle. Można oczywiście mieszkać niżej, ale do takiej sutereny niespecjalnie często zagląda słońce. I schody. Pierwszego wieczora i następnego poranka wbiegałam i zbiegałam po nich jak gazela. Wieczorem wracałam, odliczając każdy wąski, skrzypiący stopień i podpierając się o ścianę. Przyznaję jednak sama przed sobą, że to takie kwaśne winogrona, bo dalej fascynują mnie wielkie, rzadko zasłonięte okna, w które można zaglądać podczas spacerów wąskimi uliczkami. Wysokie pomieszczenia, często ze zdobieniami, stiukami i pięknymi żyrandolami. Mnóstwo zakarmarków - komórek pod schodami, drzwi tajemniczo odchodzących na półpiętrze w bok, pozwalających się zastanawiać, czy za ścianą jest już sąsiedni dom czy może jeszcze jeden pokój. I chyba najważniejsze - na kilka dni dostałam klucze od zabytkowych, choć nieco zacinających się, drzwi i z dumą chwilowej właścicielki mogłam do kamienicy wchodzić i z niej wychodzić.
Wybór hoteli w kamienicach nad kanałem jest spory, rozrzut cenowy również. Za pokój w małym hostelu czy pensjonacie bez śniadania można zapłacić już 60 euro za noc. Za apartament w bardziej luksusowo wyposażonym miejscu - około 200-300 euro. Warto jednak rezerwować noclegi wcześniej, bo popyt na łyk prawdziwego holenderskiego klimatu jest spory. O tym, że na urodziny Królowej, czyli 30 kwietnia, wszystkie miejsca są wyprzedane z półrocznym wyprzedzeniem, nie muszę chyba wspominać?
Następnym razem, żądna nowych wrażeń, planuję zamieszkać na barce, leniwie kołyszącej się na jednym z kanałów. Słuchać rozmów turystów, wracających nad ranem ze świata amsterdamskich uciech. Wypić poranną kawę na tarasiku z widokiem na któryś z mostów, tupiąc nogą, żeby odpędzić żebrzące o kawałek bułki kaczki.
Kilka adresów:
http://www.canalhouse.nl/
http://www.hotelamstelzicht.com/
http://www.hotelagora.nl/
http://www.booking.com/hotel/nl/canal-house-amsterdam.en.html
[Tekst "Noc w amsterdamskiej kamienicy" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Wspaniałe miasto Amsterdam ma wiele różnych twarzy.
Dla setek tysięcy turystów najważniejszym miejscem jest Czerwona Dzielnica, gdzie nader skromnie odziane damy negocjowalnego afekty malowniczo wyginają się w oknach; czasem oświetlone są tylko ultrafioletowym światłem, dzięki czemu lepiej widać, jak skąpą noszą bieliznę. Dla chyba liczniejszej grupy, już bardziej zróżnicowanej w kwestii płci, mekką są niespecjalnie ładnie pachnące miejsca, myląco nazwane coffeeshopami, choć bynajmniej nie kawę się tam pija. Dla znawców sztuki są liczne, wspaniale wyposażone muzea, a dla mnie najważniejsze okazały się amsterdamskie kamieniczki.
Amsterdam to Wenecja Północy - miasto wąskich kanałów i kamiennych mostów (a także koślawych chodaków i rowerów). Któryś ze sprytnych monarchów wymyślił podatek związany z szerokością frontu kamienicy, stąd domy zamiast wszerz rozbudowywały się wgłąb i wzwyż. Długie i wąskie korytarze, częściowo zajęte przez wąskie schodki, ciągnęły się na kilkanaście metrów aż do ogrodów za posesją. Żeby wnieść do domu szerokie mieszczańskie meble, które nie mieściły się na wąskich schodach, na szczytach domów mocowano haki, za pomocą których do dziś wciąga się fortepiany czy inne trzydrzwiowe szafy i instaluje w mieszkaniu przez okno. O tym, jak wąskie bywają amsterdamskie kamieniczki, najlepiej można się przekonać, odwiedzając lokal przy kanale Singel pod numerem 7, gdzie front - zajęty całkowicie przez drzwi - ma około metra szerokości. Nie jest więc bardzo dziwną rzeczą, że po pierwszym spacerze wzdłuż kanałów zamarzyłam o tym, żeby zamieszkać w takiej kamienicy, a przynajmniej - jako że posiadane środki pozwalają mi na spędzenie miłego weekendu w kraju depresyjnego tulipana, ale nie na zakup nieruchomości tamże - spędzić w niej chociaż jedną noc. Okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe.
Oprócz poprawnych i nie różniących się od siebie hoteli znanych sieci, w Amsterdamie istnieją hotele, hostele i pensjonaty mieszczące się w klimatycznych XVI czy XVIII-wiecznych wnętrzach. Czasem na hotel przeznaczona jest cała budowla, przez co bywa ekskluzywniej i drożej, a w ofercie jest śniadanie, winda i stojaczek z ulotkami, czasem do wynajęcia jest kilka pokoi "przy rodzinie". Mój pierwszy weekend w Amsterdamie spędziłam w czystym i nijakim hotelu, z oknem wychodzącym na dachy i kominy. Na następny wypad jednak zarezerwowałam noclegi w wąskiej kamienicy nad Brouwersgracht. Przy rodzinie. Na początku odczuwałam pewne skrępowanie, bo władowałam się z walizą do czyjegoś domu, gdzie na ścianach przypięte były dziecięce rysunki, z kuchni dobiegał dźwięk sztućców, a w otwartych drzwiach do salonu leniwie rozkładał się puchaty kot. Holendrzy to jednak ludzie dość bezpośredni i asertywni, więc gospodyni wręczyła mi klucz, pobrała opłatę w gotówce, pokazała strome schody, po czym zgodziła się ze mną, że ciężka waliza poczeka na dole na męża, który poszedł był zaparkować i życzyła nam miłego pobytu.
Weekend na poddaszu z widokiem na ogród i tylną ścianę budynku przy sąsiednim kanale doprecyzował mi dość szybko potencjalne plany na przyszłość na tyle, że już wiem, że nie chcę mieć na własność kamienicy. Na samą górę nie dochodzi czasem gorąca woda, ba - czasem nie dochodzi woda w ogóle. Można oczywiście mieszkać niżej, ale do takiej sutereny niespecjalnie często zagląda słońce. I schody. Pierwszego wieczora i następnego poranka wbiegałam i zbiegałam po nich jak gazela. Wieczorem wracałam, odliczając każdy wąski, skrzypiący stopień i podpierając się o ścianę. Przyznaję jednak sama przed sobą, że to takie kwaśne winogrona, bo dalej fascynują mnie wielkie, rzadko zasłonięte okna, w które można zaglądać podczas spacerów wąskimi uliczkami. Wysokie pomieszczenia, często ze zdobieniami, stiukami i pięknymi żyrandolami. Mnóstwo zakarmarków - komórek pod schodami, drzwi tajemniczo odchodzących na półpiętrze w bok, pozwalających się zastanawiać, czy za ścianą jest już sąsiedni dom czy może jeszcze jeden pokój. I chyba najważniejsze - na kilka dni dostałam klucze od zabytkowych, choć nieco zacinających się, drzwi i z dumą chwilowej właścicielki mogłam do kamienicy wchodzić i z niej wychodzić.
Wybór hoteli w kamienicach nad kanałem jest spory, rozrzut cenowy również. Za pokój w małym hostelu czy pensjonacie bez śniadania można zapłacić już 60 euro za noc. Za apartament w bardziej luksusowo wyposażonym miejscu - około 200-300 euro. Warto jednak rezerwować noclegi wcześniej, bo popyt na łyk prawdziwego holenderskiego klimatu jest spory. O tym, że na urodziny Królowej, czyli 30 kwietnia, wszystkie miejsca są wyprzedane z półrocznym wyprzedzeniem, nie muszę chyba wspominać?
Następnym razem, żądna nowych wrażeń, planuję zamieszkać na barce, leniwie kołyszącej się na jednym z kanałów. Słuchać rozmów turystów, wracających nad ranem ze świata amsterdamskich uciech. Wypić poranną kawę na tarasiku z widokiem na któryś z mostów, tupiąc nogą, żeby odpędzić żebrzące o kawałek bułki kaczki.
Kilka adresów:
http://www.canalhouse.nl/
http://www.hotelamstelzicht.com/
http://www.hotelagora.nl/
http://www.booking.com/hotel/nl/canal-house-amsterdam.en.html
[Tekst "Noc w amsterdamskiej kamienicy" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przed każdą podróżą samolotem staram się o miejsce przy oknie. 75% przyjemności z lotu mam z patrzenia na świat z góry (pozostałe 25% to czekanie na turbulencje, taki ekwiwalent rollercostera, na który już chyba jestem trochę za stara, bo jednak się trochę boję, w przeciwieństwie do latania samolotem). Najpierw pozioma linia pasa nagle odrobinę odchyla się w dół i już. Powietrze i chmury, które muszą być zrobione z waty albo bitej śmietany. Czasem to pofałdowana przestrzeń aż po horyzont, rozświetlana na różowo-złoto słońcem, czasem pomiędzy obłokami widać świat, który wygląda jak makieta kolejki PIKO. Szczególnie lubię miasta. Każde jest inne - Amsterdam to ściśle poukładane układy scalone na wielkiej zielonej płycie głównej, Buenos Aires nocą to regularna, gęsta, iskrząca się siatka świateł, w Morzu Irlandzkim jak falochrony ustawione są małe elektrownie wiatrowe. Do Rzymu wlatuje się od strony morza, prawie że z szumem fal uderzających w piasek plaży, z zachodem słońca za plecami, do San Francisco od strony Zatoki. A Poznań nocą to rozrzucona mała garstka świateł, za to w ciągu dnia dzięki błyskotliwemu pomysłowi projektantów lotniska leci się nad Rynkiem i wzdłuż Świętego Marcina, szlakiem poznańskich zabytków. Skutkiem ubocznym tego pomysłu jest też fakt, że z i do Poznania niewiele lata. Coś za coś.
[Tekst "Przyjemność latania" dla Magazynu Business&Beauty, luty 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 16, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Przed każdą podróżą samolotem staram się o miejsce przy oknie. 75% przyjemności z lotu mam z patrzenia na świat z góry (pozostałe 25% to czekanie na turbulencje, taki ekwiwalent rollercostera, na który już chyba jestem trochę za stara, bo jednak się trochę boję, w przeciwieństwie do latania samolotem). Najpierw pozioma linia pasa nagle odrobinę odchyla się w dół i już. Powietrze i chmury, które muszą być zrobione z waty albo bitej śmietany. Czasem to pofałdowana przestrzeń aż po horyzont, rozświetlana na różowo-złoto słońcem, czasem pomiędzy obłokami widać świat, który wygląda jak makieta kolejki PIKO. Szczególnie lubię miasta. Każde jest inne - Amsterdam to ściśle poukładane układy scalone na wielkiej zielonej płycie głównej, Buenos Aires nocą to regularna, gęsta, iskrząca się siatka świateł, w Morzu Irlandzkim jak falochrony ustawione są małe elektrownie wiatrowe. Do Rzymu wlatuje się od strony morza, prawie że z szumem fal uderzających w piasek plaży, z zachodem słońca za plecami, do San Francisco od strony Zatoki. A Poznań nocą to rozrzucona mała garstka świateł, za to w ciągu dnia dzięki błyskotliwemu pomysłowi projektantów lotniska leci się nad Rynkiem i wzdłuż Świętego Marcina, szlakiem poznańskich zabytków. Skutkiem ubocznym tego pomysłu jest też fakt, że z i do Poznania niewiele lata. Coś za coś.
[Tekst "Przyjemność latania" dla Magazynu Business&Beauty, luty 2011].
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 16, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Tegoroczna zima jest łaskawą panią. Są miejsca, w których jest głęboki, nietknięty ludzką stopą śnieg, gładko układający się i lśniący mroźnymi drobinkami w słońcu. Jakoś tak wychodzi, że do B. i G. jeździmy w okresach klęsk żywiołowych - w maju oglądaliśmy u nich powódź podchodzącą pod próg pracowni, teraz jechaliśmy przez odśnieżane przez nich 80 metrów stromej drogi, żeby patrzeć na poldery Warty pokryte lodem i śniegiem (ale tym razem nie wleciałam w nic malowniczo, jak poprzednio, to na plus). Uwielbiam ich oszklony dom z ciepłą białą podłogą, białą kuchnią i widokiem na świat.
I to są te rzadkie chwile, kiedy chciałabym mieć dom pośrodku niczego. Jeść szarlotkę z lodami i pić kawę w wygodnym fotelu z książką na kolanach, obok trzaskającego ognia w kominku, z kotami owiniętymi w różnych okolicach, oczywiście pod warunkiem, że nie musiałabym zimą wychodzić z domu, ewentualnie na krótki spacer połączony z rzucaniem śnieżkami czy cotygodniową wycieczkę do miasta na zakupy. Niestety, zapomniałam wczoraj kupić kupon na 25 milionów, więc opcja spędzenia reszty życia pod kocykiem bądź na słoneczku niebezpiecznie się oddala.
GALERIA ZDJĘĆ.
PS Sanek dalej nie ma. Kolejny sprzedawca objaśnił (nie że sam, musiałam zapytać), że kurierzy nie dochodzą. Do niego. I może dojdą w poniedziałek.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 5, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Tegoroczna zima jest łaskawą panią. Są miejsca, w których jest głęboki, nietknięty ludzką stopą śnieg, gładko układający się i lśniący mroźnymi drobinkami w słońcu. Jakoś tak wychodzi, że do B. i G. jeździmy w okresach klęsk żywiołowych - w maju oglądaliśmy u nich powódź podchodzącą pod próg pracowni, teraz jechaliśmy przez odśnieżane przez nich 80 metrów stromej drogi, żeby patrzeć na poldery Warty pokryte lodem i śniegiem (ale tym razem nie wleciałam w nic malowniczo, jak poprzednio, to na plus). Uwielbiam ich oszklony dom z ciepłą białą podłogą, białą kuchnią i widokiem na świat.
I to są te rzadkie chwile, kiedy chciałabym mieć dom pośrodku niczego. Jeść szarlotkę z lodami i pić kawę w wygodnym fotelu z książką na kolanach, obok trzaskającego ognia w kominku, z kotami owiniętymi w różnych okolicach, oczywiście pod warunkiem, że nie musiałabym zimą wychodzić z domu, ewentualnie na krótki spacer połączony z rzucaniem śnieżkami czy cotygodniową wycieczkę do miasta na zakupy. Niestety, zapomniałam wczoraj kupić kupon na 25 milionów, więc opcja spędzenia reszty życia pod kocykiem bądź na słoneczku niebezpiecznie się oddala.
GALERIA ZDJĘĆ.
PS Sanek dalej nie ma. Kolejny sprzedawca objaśnił (nie że sam, musiałam zapytać), że kurierzy nie dochodzą. Do niego. I może dojdą w poniedziałek.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela grudzień 5, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Po weekendzie w hotelu "Habenda" w Budzyniu (zwanym pieszczotliwiej Budyniem) do listy rzeczy obłędnych, które sprawiają, że czuję się jak zachwycona kilkulatka, dorzucam puszczane w powietrze lampiony.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 4, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Po weekendzie w hotelu "Habenda" w Budzyniu (zwanym pieszczotliwiej Budyniem) do listy rzeczy obłędnych, które sprawiają, że czuję się jak zachwycona kilkulatka, dorzucam puszczane w powietrze lampiony.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 4, 2010
Link bezpośredni -
Kategoria:
Listy spod róży -
- 2 komentarze
- Skomentuj