... no comments to make
Dziś rano skrobałam zamrożoną szybę o poranku. To chyba wystarczy za komentarz w kwestii mojego stosunku do świata?
[2.10.2013]

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
Dziś rano skrobałam zamrożoną szybę o poranku. To chyba wystarczy za komentarz w kwestii mojego stosunku do świata?
[2.10.2013]

Dziś rano skrobałam zamrożoną szybę o poranku. To chyba wystarczy za komentarz w kwestii mojego stosunku do świata?
[2.10.2013]

Żeby nie wyłamać się z lemingarskiej tradycji, zawiozłam do Warszawy słoiki i ze słoikami wróciłam. Jest coś przyjemnie plemiennego w wymianie żywności i w karmieniu gościa, siedzeniu w kuchni i patrzeniu na zaparzanie herbaty. Zdecydowanie wolę niż anonimowość pokoju hotelowego (nie wspominając, że nie chciało mi się gotować wody na herbatę, bo musiałabym przenieść czajnik na biurko, a to praca). Dziękuję.

Szyba pokryta szarą siatką, która przy braku słońca daje efekt burzowego, listopadowego popołudnia, takiego bez żadnej nadziei; od samego patrzenia mam ochotę zwinąć się w kłębek i spać. Kiedy wychodzą plamy jesiennego słońca, drżące od liści, jest jak w upalne lato. Przy obu opcjach ostatnia rzecz, której chcę, jest patrzenie na kolejne ekrany powerpointa.
Warszawa w przelocie narobiła mi smaku na słoneczny dzień, spędzony na uliczkach z bogatą sztukaterią, na Żurawiej czy Foksal, rozpoczęty Targiem Śniadaniowym. Rano zamglona, po południu rozkosznie jesienna z obietnicą wieczoru pełnego neonów i panoramą Zamku od strony Wisły. Chcę zanurzyć się w bramy, pogłaskać lokalne koty, zastanowić się, kto korzysta z Bank of China. Zrobić listę murali, zinwentaryzować wieżowce (owszem, doceniłam Złotą 44 dopiero patrząc na zdjęcia samego szczytu budynku, ale mnie się podoba Pałac Kultury, więc może jestem niemiarodajna), pokazać Majowi Starówkę, Krakowskie Przedmieście i wjechać na sam szczyt PKiN-u. Ostatni raz byłam jeszcze w latach 80., więc umówmy się - dawno. Może nawet jeszcze windą służbową pan minister jeździł. Szkoda Warszawy na lemingowanie. No chyba że w Arkadii i Złotych Tarasach.


Żeby nie wyłamać się z lemingarskiej tradycji, zawiozłam do Warszawy słoiki i ze słoikami wróciłam. Jest coś przyjemnie plemiennego w wymianie żywności i w karmieniu gościa, siedzeniu w kuchni i patrzeniu na zaparzanie herbaty. Zdecydowanie wolę niż anonimowość pokoju hotelowego (nie wspominając, że nie chciało mi się gotować wody na herbatę, bo musiałabym przenieść czajnik na biurko, a to praca). Dziękuję.

Szyba pokryta szarą siatką, która przy braku słońca daje efekt burzowego, listopadowego popołudnia, takiego bez żadnej nadziei; od samego patrzenia mam ochotę zwinąć się w kłębek i spać. Kiedy wychodzą plamy jesiennego słońca, drżące od liści, jest jak w upalne lato. Przy obu opcjach ostatnia rzecz, której chcę, jest patrzenie na kolejne ekrany powerpointa.
Warszawa w przelocie narobiła mi smaku na słoneczny dzień, spędzony na uliczkach z bogatą sztukaterią, na Żurawiej czy Foksal, rozpoczęty Targiem Śniadaniowym. Rano zamglona, po południu rozkosznie jesienna z obietnicą wieczoru pełnego neonów i panoramą Zamku od strony Wisły. Chcę zanurzyć się w bramy, pogłaskać lokalne koty, zastanowić się, kto korzysta z Bank of China. Zrobić listę murali, zinwentaryzować wieżowce (owszem, doceniłam Złotą 44 dopiero patrząc na zdjęcia samego szczytu budynku, ale mnie się podoba Pałac Kultury, więc może jestem niemiarodajna), pokazać Majowi Starówkę, Krakowskie Przedmieście i wjechać na sam szczyt PKiN-u. Ostatni raz byłam jeszcze w latach 80., więc umówmy się - dawno. Może nawet jeszcze windą służbową pan minister jeździł. Szkoda Warszawy na lemingowanie. No chyba że w Arkadii i Złotych Tarasach.


Piknik miał się zacząć o 13, o 17:00 latały tylko małe samoloty i skoczkowie na latawcach, grał przeraźliwie głośno zespół (szlagiery od "Nie płacz Ewka" do "Smoke on the Water"; niezłe, ale naprawdę głośno), nieletnich kusili trampoliną, zjeżdżalnią i watą cukrową. To nie jest ten rodzaj pikniku, jaki lubię. Koło hangaru nadymały się powoli trzy ogromne balony, co dawało pewną nadzieję, że będzie fajniej. Kiedy po zielonej wacie cukrowej odszorowywaliśmy ręce Maja za pomocą mineralnej i chusteczek (albowiem toi-toi, owszem, służy do załatwienia żywotnych potrzeb, ale rąk się nie umyje), nagle w niebo zaczęły wzbijać się balony. A było ich mnóstwo - nie wiem, czy wystartowały wszystkie, na liście startowej było 80. Umówmy się, to właśnie jest ten rodzaj pikniku, kiedy przestaję rejestrować grający zespół, a widzę tylko niebo. Maj dotyknął powłoki nadmuchiwanego balona; obiecaliśmy sobie we trójkę, że razem polecimy kiedyś o poranku w niebo nad Kapadocją (starając się oczywiście nie wybrać takiej firmy, której balony spadają, jednak).





Mam też taką prywatną teorię, że ograniczenia czasowe startu balonów - wczesnym rankiem albo późnym popołudniem są spowodowane tylko tym, żeby było najlepsze światło do zdjęć:

Zawody trwają do końca przyszłego tygodnia, pewnie bez pokazówek takich jak na pikniku, ale w niebo się będzie coś wzbijało. Jak macie blisko do Aeroklubu we Włocławku, to jest potencjał.
Oficjalna strona z balonami [2022 - link nieaktualny].
GALERIA ZDJĘĆ.
Piknik miał się zacząć o 13, o 17:00 latały tylko małe samoloty i skoczkowie na latawcach, grał przeraźliwie głośno zespół (szlagiery od "Nie płacz Ewka" do "Smoke on the Water"; niezłe, ale naprawdę głośno), nieletnich kusili trampoliną, zjeżdżalnią i watą cukrową. To nie jest ten rodzaj pikniku, jaki lubię. Koło hangaru nadymały się powoli trzy ogromne balony, co dawało pewną nadzieję, że będzie fajniej. Kiedy po zielonej wacie cukrowej odszorowywaliśmy ręce Maja za pomocą mineralnej i chusteczek (albowiem toi-toi, owszem, służy do załatwienia żywotnych potrzeb, ale rąk się nie umyje), nagle w niebo zaczęły wzbijać się balony. A było ich mnóstwo - nie wiem, czy wystartowały wszystkie, na liście startowej było 80. Umówmy się, to właśnie jest ten rodzaj pikniku, kiedy przestaję rejestrować grający zespół, a widzę tylko niebo. Maj dotyknął powłoki nadmuchiwanego balona; obiecaliśmy sobie we trójkę, że razem polecimy kiedyś o poranku w niebo nad Kapadocją (starając się oczywiście nie wybrać takiej firmy, której balony spadają, jednak).





Mam też taką prywatną teorię, że ograniczenia czasowe startu balonów - wczesnym rankiem albo późnym popołudniem są spowodowane tylko tym, żeby było najlepsze światło do zdjęć:

Zawody trwają do końca przyszłego tygodnia, pewnie bez pokazówek takich jak na pikniku, ale w niebo się będzie coś wzbijało. Jak macie blisko do Aeroklubu we Włocławku, to jest potencjał.
Oficjalna strona z balonami [2022 - link nieaktualny].
GALERIA ZDJĘĆ.
Lubię co jakiś czas robić coś typowo zarezerwowanego dla turystów. Tak zupełnie bez zawstydzenia. Mimo protestów Maja pojechaliśmy na rejs statkiem (Ale ja nie chcę płynąć statkiem! To my samy popłyniemy, a ty zostaniesz. Nie chcę zostać!); protesty oczywiście skończyły się w momencie wejścia na pokład, gdzie już było świetnie. Maj nie był najmłodszy, były też takie noszone na rękach (nie, nie pływały jet boatem, w przeciwieństwie do Maja; i naprawdę lubię, kiedy dziecko moje doskonale rozumie komplementy pod swoim adresem - tym razem niña brava od młodej Hiszpanki, zachwyconej radością Majuta na motorówce). Płynęliśmy z Vilamoury do Albufeiry, z przystankiem w zatoce przy skałkach i jaskiniach, a potem z powrotem. Wyznam z niejaką Schadenfreude, że to nikt z naszej trójki wymiotował całą drogę do czarnego worka. Wyznam też, że najtrudniejsze było powstrzymanie dziecka od wydawania odgłosów naśladujących, bo wprawdzie wymioty nie są tak zaraźliwe jak ziewanie, ale Maj potrafi wykonywać takie dźwięki z perfekcją.

Co nie było fajne - firma Seafaris [2024 - strona nie działa] organizująca przejażdżkę zapowiadała na pokładzie dostęp do napojów. Mieliśmy ze sobą wodę, bo niespecjalnie wierzę w nieskrępowanie takich zapowiedzi i owszem - dostęp do napojów oznaczał, że można było sobie wodę/coca colę kupić, a po dwóch godzinach rejsu przeszedł się pan z baniaczkiem wina i butelką mirindy/wody i nalał każdemu do plastikowego kubka porcję. Prawie 40 stopni, zero chmurek i mimo bryzy z oceanu gorąco. Z recenzji na tripadvisorze wynika, że to częsta praktyka, równie częsta co wystawianie czapki na napiwki w porcie. Pilot jet boata wprawdzie wyglądał jak bardzo opalony Willem Dafoe, ale to nie rekompensuje. Za to linia brzegowa - owszem; zdecydowanie warto zobaczyć jak wygląda od strony oceanu. Tyle że może z inną firmą.





Lubię co jakiś czas robić coś typowo zarezerwowanego dla turystów. Tak zupełnie bez zawstydzenia. Mimo protestów Maja pojechaliśmy na rejs statkiem (Ale ja nie chcę płynąć statkiem! To my samy popłyniemy, a ty zostaniesz. Nie chcę zostać!); protesty oczywiście skończyły się w momencie wejścia na pokład, gdzie już było świetnie. Maj nie był najmłodszy, były też takie noszone na rękach (nie, nie pływały jet boatem, w przeciwieństwie do Maja; i naprawdę lubię, kiedy dziecko moje doskonale rozumie komplementy pod swoim adresem - tym razem niña brava od młodej Hiszpanki, zachwyconej radością Majuta na motorówce). Płynęliśmy z Vilamoury do Albufeiry, z przystankiem w zatoce przy skałkach i jaskiniach, a potem z powrotem. Wyznam z niejaką Schadenfreude, że to nikt z naszej trójki wymiotował całą drogę do czarnego worka. Wyznam też, że najtrudniejsze było powstrzymanie dziecka od wydawania odgłosów naśladujących, bo wprawdzie wymioty nie są tak zaraźliwe jak ziewanie, ale Maj potrafi wykonywać takie dźwięki z perfekcją.

Co nie było fajne - firma Seafaris [2024 - strona nie działa] organizująca przejażdżkę zapowiadała na pokładzie dostęp do napojów. Mieliśmy ze sobą wodę, bo niespecjalnie wierzę w nieskrępowanie takich zapowiedzi i owszem - dostęp do napojów oznaczał, że można było sobie wodę/coca colę kupić, a po dwóch godzinach rejsu przeszedł się pan z baniaczkiem wina i butelką mirindy/wody i nalał każdemu do plastikowego kubka porcję. Prawie 40 stopni, zero chmurek i mimo bryzy z oceanu gorąco. Z recenzji na tripadvisorze wynika, że to częsta praktyka, równie częsta co wystawianie czapki na napiwki w porcie. Pilot jet boata wprawdzie wyglądał jak bardzo opalony Willem Dafoe, ale to nie rekompensuje. Za to linia brzegowa - owszem; zdecydowanie warto zobaczyć jak wygląda od strony oceanu. Tyle że może z inną firmą.





[16-18.08, 22.08]
Ponieważ - jakkolwiek idea malowniczych klifów, z których można się rzu^W^Wpodziwać zachody słońca, bardzo mnie przekonuje - wyobraziłam sobie, jak bardzo czarowne będzie zwlekanie Maja z plaży po kilkudziesięciu schodach w górę, zamiast wybrzeża południowo-zachodniego wybrałam płaskie, szerokie i piaszczyste wybrzeże wschodnie. Może nieco niefartownie, bo poza małą wyprawą do leżącej dosłownie kilka kilometrów obok Hiszpanii, raczej jeździliśmy na zachód, ale co jak co - plaże w Monte Gordo są obłędne. Drobniutki, biały piasek, muszelki, fale, jak od linijki poustawiane leżaki z parasolami, bary plażowe z najnowszymi hitami (które znam tylko z przeróbek kabaretów); all inclusive w pełnej krasie. Wprawdzie Maj preferował hotelowe baseny (a ja hotelowe hamaki w parczku), ale plaża z nawiązką na siebie zarabiała.

Samo miasteczko niespecjalnie zachwyca - wielopiętrowe hotele, deptak, plaża, mini-marina, kilkanaście restauracji. Polubiłam dwie: Navegante z sympatyczną obsługą (mieli naleśniki dla Maja) oraz O'Jaime z fantastycznymi rybami, które się pokazywało palcem w gablotce z lodem i dostawało potem na talerzu.
Hotel Alcazar jest ok, chociaż przeciętny - czysty, z klimatyzacją i dodatkową sypialnią, co jest niebagatelnie przydatne, jak się wieczorem chce obejrzeć odcinek "Orange is the New Black", z fajnym basenem. Wybraliśmy opcję ze śniadaniami, okazało się, że słusznie - raz spróbowaliśmy hotelowej kolacji i rozczar był spory (nudno, bez przypraw, bufet z tacek); śniadania miały tę zaletę, że motywowały nas do wstania, niestety nie było świeżych warzyw (tylko niedojrzałe pomidory!), owoce rachityczne (i mam wrażenie, że z chłodni, pomarańcze zawsze były lodowate), a Maj reflektował tylko na suchą bułkę i wodę. Skojarzenia więzienne to przekleństwo, naprawdę.

GALERIA ZDJĘĆ (i tak przez najbliższych kilka dni, aż się nie wytrzaskam z zapasów).
[16-18.08, 22.08]
Ponieważ - jakkolwiek idea malowniczych klifów, z których można się rzu^W^Wpodziwać zachody słońca, bardzo mnie przekonuje - wyobraziłam sobie, jak bardzo czarowne będzie zwlekanie Maja z plaży po kilkudziesięciu schodach w górę, zamiast wybrzeża południowo-zachodniego wybrałam płaskie, szerokie i piaszczyste wybrzeże wschodnie. Może nieco niefartownie, bo poza małą wyprawą do leżącej dosłownie kilka kilometrów obok Hiszpanii, raczej jeździliśmy na zachód, ale co jak co - plaże w Monte Gordo są obłędne. Drobniutki, biały piasek, muszelki, fale, jak od linijki poustawiane leżaki z parasolami, bary plażowe z najnowszymi hitami (które znam tylko z przeróbek kabaretów); all inclusive w pełnej krasie. Wprawdzie Maj preferował hotelowe baseny (a ja hotelowe hamaki w parczku), ale plaża z nawiązką na siebie zarabiała.

Samo miasteczko niespecjalnie zachwyca - wielopiętrowe hotele, deptak, plaża, mini-marina, kilkanaście restauracji. Polubiłam dwie: Navegante z sympatyczną obsługą (mieli naleśniki dla Maja) oraz O'Jaime z fantastycznymi rybami, które się pokazywało palcem w gablotce z lodem i dostawało potem na talerzu.
Hotel Alcazar jest ok, chociaż przeciętny - czysty, z klimatyzacją i dodatkową sypialnią, co jest niebagatelnie przydatne, jak się wieczorem chce obejrzeć odcinek "Orange is the New Black", z fajnym basenem. Wybraliśmy opcję ze śniadaniami, okazało się, że słusznie - raz spróbowaliśmy hotelowej kolacji i rozczar był spory (nudno, bez przypraw, bufet z tacek); śniadania miały tę zaletę, że motywowały nas do wstania, niestety nie było świeżych warzyw (tylko niedojrzałe pomidory!), owoce rachityczne (i mam wrażenie, że z chłodni, pomarańcze zawsze były lodowate), a Maj reflektował tylko na suchą bułkę i wodę. Skojarzenia więzienne to przekleństwo, naprawdę.

GALERIA ZDJĘĆ (i tak przez najbliższych kilka dni, aż się nie wytrzaskam z zapasów).