Kategoria:
moje-miasto
Wprawdzie w menu jest boczek, a zupa czosnkowa miała w środku szynkę (nie upieram się, że nie drobiową, ale...), "Cymes" na Woźnej to bardzo dobra restauracja. Może i maca z tzatzikami czy hiszpańskie różowe wino to nie jest bardzo żydowskie, ale patrz poprzednie zdanie. Knajpka malutka, na kilka stolików, bardzo dobra obsługa i ciekawy wystrój. Ceny okołorynkowe.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 20, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wprawdzie w menu jest boczek, a zupa czosnkowa miała w środku szynkę (nie upieram się, że nie drobiową, ale...), "Cymes" na Woźnej to bardzo dobra restauracja. Może i maca z tzatzikami czy hiszpańskie różowe wino to nie jest bardzo żydowskie, ale patrz poprzednie zdanie. Knajpka malutka, na kilka stolików, bardzo dobra obsługa i ciekawy wystrój. Ceny okołorynkowe.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek październik 20, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 2 komentarze
- Skomentuj
Wszem i wobec głosili, że to ostatni ciepły weekend w tym roku, więc się przejęłam[0]. Po ponad tygodniu wegetacji odsypiania jet-laga[1] poszliśmy oglądać konie na placu Wolności (konie może są i ładne, kwestia gustu, ale śmierdzą i nieustająco zostawiają końskie jabłka, wczorajszy pokaz[3] pewnie był nie lada atrakcją dla hodowców storczyków[2]) i na Cytadelę. Cytadela niespodziewanie nas podzieliła, albowiem ja jestem za tradycyjnym podziałem ról w związku ("mężczyzna bierze patola i rzuca w drzewo, a kasztany spadają[4], a żona się cieszy"), podczas gdy TŻ jest z frakcji dżentelmeńskiej ("się siada pod drzewem i czeka, aż spadnie kasztan, a rzucanie patolem jest niesportowe"). Efektem kompromisu (TŻ rzuci, ale podkreślając, że to niesportowe) jest garść kasztanów, które wprawdzie nie są mi do niczego potrzebne, ale są gładkie, brązowe, błyszczące i fajnie się je trzyma w ręku. Czego sobie i Państwu życzę. W przeciwieństwie do końskich jabłek.
[0] W tym roku czuję ograbiona z polskiego lata. Wyjechałam, jak było ciepło, jasno, a dni były długie, wróciłam w ciemną, zimną i burą listopadową pogodę.
[1] Do tej pory uważałam, że te wszystkie opowieści o odpoczywaniu po urlopie za pewną pozę, sama w nią chętnie wchodziłam, bo przecież to takie lanserskie wywalić się malowniczo na krześle, wywrócić oczami i zwierzyć, że po tych x tygodniach uprawiania odpoczynku człowiek to jest ale zmęczony. Tymczasem ten powrót dał mi realnie w kość. Kiedy już dzień po powrocie uznałam, że jedna przespana noc oznacza pozbycie się jet-laga, zaczęłam zawieszać się w połowie dnia i skutecznie następne dni przespałam. Powrót do pracy był jeszcze dotkliwszy, bo całkowity spadek walorów umysłowych następował w środku dnia i jak podczas rozmowy nie zamieniałam się w śliniącego się przygłupa, tak czytanie ze zrozumieniem bądź formułowanie zdań zawierających podmiot i inne ważne elementy już mnie przerastały. Do końca roku pozostały 94 dni, a mnie 3 dni urlopu.
[2] Stawiam, że pani z kubłem z Retmanna-Sanitecha pojechała nie na wysypisko, a do znajomej kwiaciarni.
[3] No rewela, nauczyć konia wykonywać polecenia. Jakby kto kota nauczył, to bym doceniła.
[4] Tu chwalę, albowiem TŻ znacznie lepiej rzuca patolem niż ojciec z żoną i małym dzieckiem obok. Tamten krzyczał "Odsuńcie się, odsuńcie, bo zaraz spadnie deszcz kasztanów", rzucał i spadał patyk. I dwa liście. Jak TŻ rzuci, to nikt tak nie robi dzióbka na kapturze.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Wszem i wobec głosili, że to ostatni ciepły weekend w tym roku, więc się przejęłam[0]. Po ponad tygodniu wegetacji odsypiania jet-laga[1] poszliśmy oglądać konie na placu Wolności (konie może są i ładne, kwestia gustu, ale śmierdzą i nieustająco zostawiają końskie jabłka, wczorajszy pokaz[3] pewnie był nie lada atrakcją dla hodowców storczyków[2]) i na Cytadelę. Cytadela niespodziewanie nas podzieliła, albowiem ja jestem za tradycyjnym podziałem ról w związku ("mężczyzna bierze patola i rzuca w drzewo, a kasztany spadają[4], a żona się cieszy"), podczas gdy TŻ jest z frakcji dżentelmeńskiej ("się siada pod drzewem i czeka, aż spadnie kasztan, a rzucanie patolem jest niesportowe"). Efektem kompromisu (TŻ rzuci, ale podkreślając, że to niesportowe) jest garść kasztanów, które wprawdzie nie są mi do niczego potrzebne, ale są gładkie, brązowe, błyszczące i fajnie się je trzyma w ręku. Czego sobie i Państwu życzę. W przeciwieństwie do końskich jabłek.
[0] W tym roku czuję ograbiona z polskiego lata. Wyjechałam, jak było ciepło, jasno, a dni były długie, wróciłam w ciemną, zimną i burą listopadową pogodę.
[1] Do tej pory uważałam, że te wszystkie opowieści o odpoczywaniu po urlopie za pewną pozę, sama w nią chętnie wchodziłam, bo przecież to takie lanserskie wywalić się malowniczo na krześle, wywrócić oczami i zwierzyć, że po tych x tygodniach uprawiania odpoczynku człowiek to jest ale zmęczony. Tymczasem ten powrót dał mi realnie w kość. Kiedy już dzień po powrocie uznałam, że jedna przespana noc oznacza pozbycie się jet-laga, zaczęłam zawieszać się w połowie dnia i skutecznie następne dni przespałam. Powrót do pracy był jeszcze dotkliwszy, bo całkowity spadek walorów umysłowych następował w środku dnia i jak podczas rozmowy nie zamieniałam się w śliniącego się przygłupa, tak czytanie ze zrozumieniem bądź formułowanie zdań zawierających podmiot i inne ważne elementy już mnie przerastały. Do końca roku pozostały 94 dni, a mnie 3 dni urlopu.
[2] Stawiam, że pani z kubłem z Retmanna-Sanitecha pojechała nie na wysypisko, a do znajomej kwiaciarni.
[3] No rewela, nauczyć konia wykonywać polecenia. Jakby kto kota nauczył, to bym doceniła.
[4] Tu chwalę, albowiem TŻ znacznie lepiej rzuca patolem niż ojciec z żoną i małym dzieckiem obok. Tamten krzyczał "Odsuńcie się, odsuńcie, bo zaraz spadnie deszcz kasztanów", rzucał i spadał patyk. I dwa liście. Jak TŻ rzuci, to nikt tak nie robi dzióbka na kapturze.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela wrzesień 28, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Kto wyłączył ogrzewanie i tę dużą żarówkę na niebie? Z umiarkowanie gorącego (w cieniu - chłodnawo, w słońcu - gorąco) San Francisco przeskoczyłam w ciągu ostatnich 18 godzin do burego i chłodnego Poznania. Własny piec pozwala na gorące kaloryfery, ale to naprawdę jest ogromna przesada pogodowa.
San Francisco pachniało jedzeniem, Suchy Las pachnie jesiennymi ogniskami.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Kto wyłączył ogrzewanie i tę dużą żarówkę na niebie? Z umiarkowanie gorącego (w cieniu - chłodnawo, w słońcu - gorąco) San Francisco przeskoczyłam w ciągu ostatnich 18 godzin do burego i chłodnego Poznania. Własny piec pozwala na gorące kaloryfery, ale to naprawdę jest ogromna przesada pogodowa.
San Francisco pachniało jedzeniem, Suchy Las pachnie jesiennymi ogniskami.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek wrzesień 18, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 4 komentarze
- Skomentuj
Kiedy już odkryłam w wieku lat nastu, że coś takiego jak globalny kataklizm może nam grozić i nie jest to science fiction (nie ukrywam, że wybitnie pomogły w tym filmy o Hiroshimie w telewizji), zaczęłam inaczej patrzeć na puste miasto. Samotne samochody, puste ogrody, na balkonach pranie, ale nie ma ani dzieci, ani dorosłych. Słychać owady, ptaki, czasem przebiegnie zwierzę. Teraz doskonale wiem, że za chwilę i tak przejedzie samochód, albo z czyjegoś otwartego okna będzie słychać głos, ale taki widok sprawia, że czuję dreszcz na karku. Tak wygląda Suchy Las w letni niedzielny poranek.
Wyobrażaliście sobie świat bez ludzi? Ale nie dżunglę czy inne zarośla nad rzeką, a miasto? Tramwaje stojące na skrzyżowaniach? Działającą sygnalizację świetlną? I pojawiające się w pustym mieście rysunki na murach. Bo ktoś jest i pilnuje.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 7 komentarzy
- Skomentuj
Kiedy już odkryłam w wieku lat nastu, że coś takiego jak globalny kataklizm może nam grozić i nie jest to science fiction (nie ukrywam, że wybitnie pomogły w tym filmy o Hiroshimie w telewizji), zaczęłam inaczej patrzeć na puste miasto. Samotne samochody, puste ogrody, na balkonach pranie, ale nie ma ani dzieci, ani dorosłych. Słychać owady, ptaki, czasem przebiegnie zwierzę. Teraz doskonale wiem, że za chwilę i tak przejedzie samochód, albo z czyjegoś otwartego okna będzie słychać głos, ale taki widok sprawia, że czuję dreszcz na karku. Tak wygląda Suchy Las w letni niedzielny poranek.
Wyobrażaliście sobie świat bez ludzi? Ale nie dżunglę czy inne zarośla nad rzeką, a miasto? Tramwaje stojące na skrzyżowaniach? Działającą sygnalizację świetlną? I pojawiające się w pustym mieście rysunki na murach. Bo ktoś jest i pilnuje.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 7 komentarzy
- Skomentuj
Lubię, jak mnie karmią. Lubię też, jak mnie karmią nie dość, że dobrze, to jeszcze w ładnym entourage'u. Pod obie kategorie podpada knajpka U mnie czy u ciebie? na Gwarnej. Dwa w jednym - kawiarnia i restauracja. Śniadania również po 14. Dużo dobrej herbaty, dużo dobrej kawy. Ceny przyjazne. Bułeczki, omlety, warzywa, jajka, bekon, dżem i miód, co kto lubi. Śniadanie w wersji "U nas" zawiera dwie chrupiące, przyrumienione bagietkopodobne bułki. Na jednej jest roztopiony żółty ser, oliwki i suszone pomidory. Na drugiej - pieczony schab z ziołami na zimno, majonez, papryka. Dania obiadowe droższe, ale wyglądają zachęcająco. Królowa jest najedzona w każdym razie. I można świeży Przekrój przeczytać.
PS Nieustająco waiting, ale przestałam kolejne fazy liczyć. Ogólnie uważam za skandal i niedopatrzenie, że w pewnym apartamencie nie ma internetu. Abominacja.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Lubię, jak mnie karmią. Lubię też, jak mnie karmią nie dość, że dobrze, to jeszcze w ładnym entourage'u. Pod obie kategorie podpada knajpka U mnie czy u ciebie? na Gwarnej. Dwa w jednym - kawiarnia i restauracja. Śniadania również po 14. Dużo dobrej herbaty, dużo dobrej kawy. Ceny przyjazne. Bułeczki, omlety, warzywa, jajka, bekon, dżem i miód, co kto lubi. Śniadanie w wersji "U nas" zawiera dwie chrupiące, przyrumienione bagietkopodobne bułki. Na jednej jest roztopiony żółty ser, oliwki i suszone pomidory. Na drugiej - pieczony schab z ziołami na zimno, majonez, papryka. Dania obiadowe droższe, ale wyglądają zachęcająco. Królowa jest najedzona w każdym razie. I można świeży Przekrój przeczytać.
PS Nieustająco waiting, ale przestałam kolejne fazy liczyć. Ogólnie uważam za skandal i niedopatrzenie, że w pewnym apartamencie nie ma internetu. Abominacja.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 31, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj