Kategoria:
moje-miasto
Piątek był takim dniem, co to zawsze było luźniej, widać nawet sama świadomość weekendu czyni cuda. Poza tym nie było połowy załogi, bo Open'er. Siedzimy sobie rano w kuchni i gwarzymy przy kawie. Że wydalanie jest przyjemne i bez wydalania nie byłoby życia, a do tego udany poranek w łazience[1] gwarantuje dobry początek dnia. Chwilę potem zeszło na naszą-klasę, w ramach anegdotki przytoczyłam wygrzebany przez siwą profil dla "kobiet miesiączkujących regularnie.Tutaj wzajemne porady,doświadczenia dotyczace miesiaczki" (784 osoby). P. (inny P.) błyskotliwie zaproponował, że założy profil dla wypróżniających się regularnie i ma szczere przekonanie, że uda się zgromadzić większą rzeszę fanów, bo czynność nie jest restrykcyjna w sensie płci i wieku. Dzień sobie mijał, po pracy w ramach przeglądu miasta weszłam do malla, gdzie zobaczyłam sklep ogłaszający, że "Jeśli chcesz się wyróżnić, zapraszamy". I jak przeczytałam? Dziękuję, postoję.
Suchy Las ma tę zaletę, że nie ma w pobliżu żadnej oczyszczalni ścieków czy innego cuda, jest za to fabryka herbat owocowych. Dzisiaj wracałam do domu, wdychając miętę i chyba jabłko (droga ma też pola, łąki i różne malownicze nieużytki).
Mięta to chyba tak dla relaksu po próbie zachowania przyzwoitości w autobusie, bo mimo braku po drodze kiosku, który posiadałby bilety MPK na zbyciu (tak, wiem, to fanaberia jest, żeby o 19:30 w centrum Poznania ktoś chciał bilet) uparłam się, że jednak skasuję bilet elektroniczny. Trochę zeszło, zanim przywróciłam konfigurację telefonu pozwalającą na działanie tragicznie napisanej aplikacji Mobiletu, którą to konfigurację pieczołowicie usunęłam po odkryciu, że wysyła mi MMS-y i SMS-y jako pakiety, czardżując mnie po horrendalnej stawce za transfer. Jutro muszę przywrócić ponownie tę właściwą, ale to jak już dojadę na dworzec, bo jednak rozglądanie się w autobusie, czy panowie z plakietkami już po mnie nie idą podczas rozpaczliwych prób przypominania sobie, Gdzie To Się Ustawia, jest dość stresujące.
To, że Poznań sympatycznym miastem jest, to nie ulega frekwencji (uwielbiam to sformułowanie na równi z popadaniem w szezlong). Nie ulega też frekwencji, że jest miastem studenckim. Bo to stąd wywodzą się pogromcy Enigmy (a nie, jak pokazują tendencyjne filmy, od flegmatycznych fajfokloków).
Tu bywają głodni studenci; nie wiem, czy to wyraz zachwytu jadłospisem stołówki "Jowita" w Akumulatorach czy wręcz przeciwnie - na stołówce Politechniki mięso bywało, dość często nawet, aczkolwiek sobotni kurczak zawsze pachniał piątkową rybą.
I tu studenci kończą sesję, bo mam wrażenie, że obuwie na trakcji tramwajowej pojawiło się zdecydowanie w ramach jakiegoś uzewnętrznienia radości.
[1] Wiem, jestem okropna. Trafiłam dzisiaj do łazienki jednocześnie z pewną archetypowo śliczną panną, więc mogłam zdradzić potem kolegom, że koleżanka - mimo że naprawdę ładna - to jednak musi sikać.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 5, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Piątek był takim dniem, co to zawsze było luźniej, widać nawet sama świadomość weekendu czyni cuda. Poza tym nie było połowy załogi, bo Open'er. Siedzimy sobie rano w kuchni i gwarzymy przy kawie. Że wydalanie jest przyjemne i bez wydalania nie byłoby życia, a do tego udany poranek w łazience[1] gwarantuje dobry początek dnia. Chwilę potem zeszło na naszą-klasę, w ramach anegdotki przytoczyłam wygrzebany przez siwą profil dla "kobiet miesiączkujących regularnie.Tutaj wzajemne porady,doświadczenia dotyczace miesiaczki" (784 osoby). P. (inny P.) błyskotliwie zaproponował, że założy profil dla wypróżniających się regularnie i ma szczere przekonanie, że uda się zgromadzić większą rzeszę fanów, bo czynność nie jest restrykcyjna w sensie płci i wieku. Dzień sobie mijał, po pracy w ramach przeglądu miasta weszłam do malla, gdzie zobaczyłam sklep ogłaszający, że "Jeśli chcesz się wyróżnić, zapraszamy". I jak przeczytałam? Dziękuję, postoję.
Suchy Las ma tę zaletę, że nie ma w pobliżu żadnej oczyszczalni ścieków czy innego cuda, jest za to fabryka herbat owocowych. Dzisiaj wracałam do domu, wdychając miętę i chyba jabłko (droga ma też pola, łąki i różne malownicze nieużytki).
Mięta to chyba tak dla relaksu po próbie zachowania przyzwoitości w autobusie, bo mimo braku po drodze kiosku, który posiadałby bilety MPK na zbyciu (tak, wiem, to fanaberia jest, żeby o 19:30 w centrum Poznania ktoś chciał bilet) uparłam się, że jednak skasuję bilet elektroniczny. Trochę zeszło, zanim przywróciłam konfigurację telefonu pozwalającą na działanie tragicznie napisanej aplikacji Mobiletu, którą to konfigurację pieczołowicie usunęłam po odkryciu, że wysyła mi MMS-y i SMS-y jako pakiety, czardżując mnie po horrendalnej stawce za transfer. Jutro muszę przywrócić ponownie tę właściwą, ale to jak już dojadę na dworzec, bo jednak rozglądanie się w autobusie, czy panowie z plakietkami już po mnie nie idą podczas rozpaczliwych prób przypominania sobie, Gdzie To Się Ustawia, jest dość stresujące.
To, że Poznań sympatycznym miastem jest, to nie ulega frekwencji (uwielbiam to sformułowanie na równi z popadaniem w szezlong). Nie ulega też frekwencji, że jest miastem studenckim. Bo to stąd wywodzą się pogromcy Enigmy (a nie, jak pokazują tendencyjne filmy, od flegmatycznych fajfokloków).
Tu bywają głodni studenci; nie wiem, czy to wyraz zachwytu jadłospisem stołówki "Jowita" w Akumulatorach czy wręcz przeciwnie - na stołówce Politechniki mięso bywało, dość często nawet, aczkolwiek sobotni kurczak zawsze pachniał piątkową rybą.
I tu studenci kończą sesję, bo mam wrażenie, że obuwie na trakcji tramwajowej pojawiło się zdecydowanie w ramach jakiegoś uzewnętrznienia radości.
[1] Wiem, jestem okropna. Trafiłam dzisiaj do łazienki jednocześnie z pewną archetypowo śliczną panną, więc mogłam zdradzić potem kolegom, że koleżanka - mimo że naprawdę ładna - to jednak musi sikać.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota lipiec 5, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Bo w nowych miejscach się zawsze stresuję. Czasem podświadomie, czasem tak bardziej na poważnie. Boję się nowych sytuacji, nowych knajp (zwłaszcza jak kogoś zabieram i naprawdę nie chcę, żeby się okazało, że jest byle jak) i nowych miejsc, zwłaszcza z akcentem na Zupełnie Nowe Miejsca - inne kraje czy kontynenty. Pierwszy kontakt zawsze mnie onieśmiela i pozbawia części przyjemności. Czytam przed wyjazdem przewodniki, nie po to, żeby stworzyć listę zwiedzania, ale żeby trochę oswoić. Druga wizyta na Węgrzech była znacznie przyjemniejsza niż pierwsza. Znalazłam miasto, rozumiałam metro i sieć tramwajów, wiedziałam, jak dość do rzeki i była to wiedza wystarczająca na relaks mentalny.
Nie dziwmy się pani Anieli, że nie poznała męż^U Nie dziwny się więc, że wracam do miejsc, gdzie było dobrze, a menu jest już tak trochę znane, chociaż zostawia sporo miejsca na dalsze przygody. Ptasie Radio ponownie, bar na specjalnie życzenie, a do tego schody w górę i w dół.


Przy okazji kupowania kwiatów na ślub kołorkera trafiłam do kwiaciarenki, w której kupowałam bukiet na ślub własny (nie, kwiaciarka mnie nie poznała, bo to było prawie 10 lat i paręnaście kilogramów temu). Obok kwiaciarni brama, w bramie trzy kicięta. Takie podrośnięte, ale widać, że jeszcze młode i współdzielą w ramach rodzeństwa mózg. Jeden stał na czatach, dwa się o siebie opierały, myziały łebkami i prawie że chwiały się synchronicznie z tym całym uczuciem wzajemnym. Tęsknię za dwoma kotami w domu, kot czarno-biały chyba też. Rozważnie, choć niecierpliwie, czekam na powrót z sierpniowego urlopu i szukanie parki pręgatych bydlątek. Rudego i szarego, a jakby jeszcze z dropiatym brzuszkiem któryś, to już w ogóle cała byłabym wdzięczna w tym ubranku. Jakby co - polecam się we wrześniu łaskawej pamięci, w ramach rozsądnego kilometrażu do Poznania dojadę i odbiorę. Nie może być tak, że ludzi jest więcej niż kotów w domu. Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 28, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 9 komentarzy
- Skomentuj
Bo w nowych miejscach się zawsze stresuję. Czasem podświadomie, czasem tak bardziej na poważnie. Boję się nowych sytuacji, nowych knajp (zwłaszcza jak kogoś zabieram i naprawdę nie chcę, żeby się okazało, że jest byle jak) i nowych miejsc, zwłaszcza z akcentem na Zupełnie Nowe Miejsca - inne kraje czy kontynenty. Pierwszy kontakt zawsze mnie onieśmiela i pozbawia części przyjemności. Czytam przed wyjazdem przewodniki, nie po to, żeby stworzyć listę zwiedzania, ale żeby trochę oswoić. Druga wizyta na Węgrzech była znacznie przyjemniejsza niż pierwsza. Znalazłam miasto, rozumiałam metro i sieć tramwajów, wiedziałam, jak dość do rzeki i była to wiedza wystarczająca na relaks mentalny.
Nie dziwmy się pani Anieli, że nie poznała męż^U Nie dziwny się więc, że wracam do miejsc, gdzie było dobrze, a menu jest już tak trochę znane, chociaż zostawia sporo miejsca na dalsze przygody. Ptasie Radio ponownie, bar na specjalnie życzenie, a do tego schody w górę i w dół.


Przy okazji kupowania kwiatów na ślub kołorkera trafiłam do kwiaciarenki, w której kupowałam bukiet na ślub własny (nie, kwiaciarka mnie nie poznała, bo to było prawie 10 lat i paręnaście kilogramów temu). Obok kwiaciarni brama, w bramie trzy kicięta. Takie podrośnięte, ale widać, że jeszcze młode i współdzielą w ramach rodzeństwa mózg. Jeden stał na czatach, dwa się o siebie opierały, myziały łebkami i prawie że chwiały się synchronicznie z tym całym uczuciem wzajemnym. Tęsknię za dwoma kotami w domu, kot czarno-biały chyba też. Rozważnie, choć niecierpliwie, czekam na powrót z sierpniowego urlopu i szukanie parki pręgatych bydlątek. Rudego i szarego, a jakby jeszcze z dropiatym brzuszkiem któryś, to już w ogóle cała byłabym wdzięczna w tym ubranku. Jakby co - polecam się we wrześniu łaskawej pamięci, w ramach rozsądnego kilometrażu do Poznania dojadę i odbiorę. Nie może być tak, że ludzi jest więcej niż kotów w domu. Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota czerwiec 28, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 9 komentarzy
- Skomentuj
... to siedzę i myślę, a jak nie mam czasu, to tylko siedzę. Ale tak uczciwie to najlepiej mi się myśli chwilę przed snem (i w toalecie) i kiedy sobie idę. Jeśli idę sama, to wiadomo - idę i myślę. Jeśli idę z większą grupą, to wlokę się z tyłu (zwykle dlatego, że zostaję w celu zrobienia zdjęcia) i mam przemyślenia. Szłam sobie dzisiaj na jogę i przyznam, że dość ożywcza nawet była subtelna uwaga rzucona przez dwóch niezbyt świeżych i niezbyt trzeźwych panów treści "Te, lala, nie biegnij tak, bo ci się mleko zwarzy" (normalnie jak we wczesnej podstawówce). Dzisiaj miałam przemyślenia natury ogólnej o tym, że człowiek się zmienia.
Od zawsze się rozglądałam, bo sam proces chodzenia mnie nie satysfakcjonował. Kiedyś, kiedy nie miałam własnego domu, zaglądałam ludziom w okna. Z taką trochę zazdrością, trochę żeby zobaczyć, jak żyją. Czy siedzą przy stole, czy mają książki, czy jest tak, jak w innych domach, czy inaczej. I zastanawiałam się, czemu tak jest, że oni siedzą, a ja idę[1]. Czy już przyszli, czy w ogóle nigdzie nie wychodzili. Ostatnio przy tej okazji zauważyłam, że przestałam zaglądać z zazdrością. Zerkam z ciekawością, patrzę na rośliny, meble, ściany, słoiki w kuchni i miny ludzi, kiedy ze sobą rozmawiają. Lubię patrzeć na ludzi zajętych tylko wyglądaniem z okna czy patrzeniem na świat z balkonu. Natomiast z zazdrością zaczęłam rejestrować ogrody. Kwiaty, trawniki, drzewa, huśtawki, sadzawki i skalniaki. Odwieczna tęsknota za kawałkiem ziemi, sianiem i schylaniem się nad bruzdami w polu?
Tylko za kotami rozglądam się z jednakową ciekawością. Dziś widziałam biało-czarnego zadekowanego na sjestę pod krzakiem i trzy szare, uprawiające jakieś tajemnicze kocie zajęcia pod kocim blokiem na Grunwaldzkiej. Jednego spłoszyłam włażąc na trawnik, żeby zrobić zdjęcie anty-gejowskiego graffiti. Nie wiem, co komu homoseksualista szkodzi.
[1] Z kolei, jak jadę pociągiem i mijam domy czy ludzi stojących przy szlabanach, myślę o tym, że to oni są na miejscu i nie muszą nigdzie jechać. W przeciwieństwie do mnie.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 27, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
... to siedzę i myślę, a jak nie mam czasu, to tylko siedzę. Ale tak uczciwie to najlepiej mi się myśli chwilę przed snem (i w toalecie) i kiedy sobie idę. Jeśli idę sama, to wiadomo - idę i myślę. Jeśli idę z większą grupą, to wlokę się z tyłu (zwykle dlatego, że zostaję w celu zrobienia zdjęcia) i mam przemyślenia. Szłam sobie dzisiaj na jogę i przyznam, że dość ożywcza nawet była subtelna uwaga rzucona przez dwóch niezbyt świeżych i niezbyt trzeźwych panów treści "Te, lala, nie biegnij tak, bo ci się mleko zwarzy" (normalnie jak we wczesnej podstawówce). Dzisiaj miałam przemyślenia natury ogólnej o tym, że człowiek się zmienia.
Od zawsze się rozglądałam, bo sam proces chodzenia mnie nie satysfakcjonował. Kiedyś, kiedy nie miałam własnego domu, zaglądałam ludziom w okna. Z taką trochę zazdrością, trochę żeby zobaczyć, jak żyją. Czy siedzą przy stole, czy mają książki, czy jest tak, jak w innych domach, czy inaczej. I zastanawiałam się, czemu tak jest, że oni siedzą, a ja idę[1]. Czy już przyszli, czy w ogóle nigdzie nie wychodzili. Ostatnio przy tej okazji zauważyłam, że przestałam zaglądać z zazdrością. Zerkam z ciekawością, patrzę na rośliny, meble, ściany, słoiki w kuchni i miny ludzi, kiedy ze sobą rozmawiają. Lubię patrzeć na ludzi zajętych tylko wyglądaniem z okna czy patrzeniem na świat z balkonu. Natomiast z zazdrością zaczęłam rejestrować ogrody. Kwiaty, trawniki, drzewa, huśtawki, sadzawki i skalniaki. Odwieczna tęsknota za kawałkiem ziemi, sianiem i schylaniem się nad bruzdami w polu?
Tylko za kotami rozglądam się z jednakową ciekawością. Dziś widziałam biało-czarnego zadekowanego na sjestę pod krzakiem i trzy szare, uprawiające jakieś tajemnicze kocie zajęcia pod kocim blokiem na Grunwaldzkiej. Jednego spłoszyłam włażąc na trawnik, żeby zrobić zdjęcie anty-gejowskiego graffiti. Nie wiem, co komu homoseksualista szkodzi.
[1] Z kolei, jak jadę pociągiem i mijam domy czy ludzi stojących przy szlabanach, myślę o tym, że to oni są na miejscu i nie muszą nigdzie jechać. W przeciwieństwie do mnie.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek czerwiec 27, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Wiersz Tuwim napisał chyba po to, żeby wymęczyć kilka pokoleń najpierw młodziezy, potem aktorów, którym najpierw w szkole, a potem zawodowo kazali czytać to łamiące język słowotwórstwo. W Poznaniu jest przyjemniej, bo "Ptasie radio" to malutka restauracyjko-kawiarnia na Ratajczaka. Schody są ozdobione kafelkami z ornitologicznymi ekscesami, w środku na ścianach są figurki ptaszków, a bar (w sensie mebel) przypomina zabytkowe radio (dla mniej błyskotliwych, czyli dla mnie, ma na dole skalę z nazwami ptaków).
Jak już kiedyś wspomniałam, na moje upodobania składa się duża liczba rozmaitych fetyszów. "Ptasie radio" zaspokaja obydwa. Pierwszy to - chyba w ramach kompensacji marnego wzrostu - zamiłowanie do starych kamienic, z wąskimi schodami, wysokimi oknami i sufitem na wysokości jakichś 4 metrów, ozdobionym sztukaterią (pewnie się przestraszliwie toto odkurza), ze starymi, drewnianymi i niesamowicie skrzypiącymi podłogami. Pewnie w domu by mnie to wkurzało, ale uwielbiam spędzać poranki na takich powrocie do nastrojowej przeszłości. Drugim fetyszem są śniadania. Śniadań nie jada się samotnie, dzień bez śniadania jest dniem straconym i zaczętym byle jak. Lubię dostać mnóstwo rzeczy do wyboru, leniwie się zastanawiać, czy winszuję sobie teraz dżemik, twarożek czy może bułeczkę z ogóreczkiem i rzodkiewką, nie spieszyć się i pochłaniać byle co w biegu, tylko usiąść, przejrzeć gazetę (żadna inna pora czytania gazet i czasopism nie wydaje mi się właściwa). Lubię śniadaniowy asortyment - grzanki, owoce, jogurty, sery i twarożki, młode warzywa, jajka czy parówki i frankfurterki. I dobrą herbatę, kawę czy sok pomarańczowy. I do tego nie lubię byle jak - plastikowych kubków, sztućców i talerzy z kartonu, a już zwłaszcza jedzenia na ulicy. Po części to wyjaśnia to moją sympatię dla Starbucksa, w którym kawę dostanę w porcelanowym kubku (i posypać ją sobie cynamonem, wanilią, czekoladą czy kardamonem), do tego bez względu na szerokość geograficzną ktoś specjalnie dla mnie podgrzeje mi croissanta z szynką i serem. Wczoraj dostałam na śniadanie bułeczki zapiekane z serem brie, z orzechami, winogronami i jabłkami, co pozwoliło mi przejść w jakim-takim zdrowiu psychicznym przez uciążliwy dzień po części w pracy (tak, mimo że sobota).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 22, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 12 komentarzy
- Skomentuj
Wiersz Tuwim napisał chyba po to, żeby wymęczyć kilka pokoleń najpierw młodziezy, potem aktorów, którym najpierw w szkole, a potem zawodowo kazali czytać to łamiące język słowotwórstwo. W Poznaniu jest przyjemniej, bo "Ptasie radio" to malutka restauracyjko-kawiarnia na Ratajczaka. Schody są ozdobione kafelkami z ornitologicznymi ekscesami, w środku na ścianach są figurki ptaszków, a bar (w sensie mebel) przypomina zabytkowe radio (dla mniej błyskotliwych, czyli dla mnie, ma na dole skalę z nazwami ptaków).
Jak już kiedyś wspomniałam, na moje upodobania składa się duża liczba rozmaitych fetyszów. "Ptasie radio" zaspokaja obydwa. Pierwszy to - chyba w ramach kompensacji marnego wzrostu - zamiłowanie do starych kamienic, z wąskimi schodami, wysokimi oknami i sufitem na wysokości jakichś 4 metrów, ozdobionym sztukaterią (pewnie się przestraszliwie toto odkurza), ze starymi, drewnianymi i niesamowicie skrzypiącymi podłogami. Pewnie w domu by mnie to wkurzało, ale uwielbiam spędzać poranki na takich powrocie do nastrojowej przeszłości. Drugim fetyszem są śniadania. Śniadań nie jada się samotnie, dzień bez śniadania jest dniem straconym i zaczętym byle jak. Lubię dostać mnóstwo rzeczy do wyboru, leniwie się zastanawiać, czy winszuję sobie teraz dżemik, twarożek czy może bułeczkę z ogóreczkiem i rzodkiewką, nie spieszyć się i pochłaniać byle co w biegu, tylko usiąść, przejrzeć gazetę (żadna inna pora czytania gazet i czasopism nie wydaje mi się właściwa). Lubię śniadaniowy asortyment - grzanki, owoce, jogurty, sery i twarożki, młode warzywa, jajka czy parówki i frankfurterki. I dobrą herbatę, kawę czy sok pomarańczowy. I do tego nie lubię byle jak - plastikowych kubków, sztućców i talerzy z kartonu, a już zwłaszcza jedzenia na ulicy. Po części to wyjaśnia to moją sympatię dla Starbucksa, w którym kawę dostanę w porcelanowym kubku (i posypać ją sobie cynamonem, wanilią, czekoladą czy kardamonem), do tego bez względu na szerokość geograficzną ktoś specjalnie dla mnie podgrzeje mi croissanta z szynką i serem. Wczoraj dostałam na śniadanie bułeczki zapiekane z serem brie, z orzechami, winogronami i jabłkami, co pozwoliło mi przejść w jakim-takim zdrowiu psychicznym przez uciążliwy dzień po części w pracy (tak, mimo że sobota).
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela czerwiec 22, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 12 komentarzy
- Skomentuj
Na pierwszy rzut - Rogalin. Upał, ale dużo drzew. Kaplica, w której nawet ostatecznie mogłabym wziąć ślub, acz niekoniecznie pod wezwaniem księdza katolickiego (ciekawe, czy i za jakie pieniądze można by wynająć do odprawienia niekoniecznie bardzo pogańskiego obrzędu).

W zabudowaniach przypałacowych Pani sprzedaje lody Algida przez kratę w oknie. Może to efekt tego, że pałac zamknięty z powodu remontu (do przyszłego roku co najmniej), więc pozostaje sprzedaż od tyłu. Ogrodu nie zamknęli i chociaż nie bardzo przepadam za ogrodami francuskimi, tak labirynt urokliwy. Dęby masywne, ale poza obejściem dookoła niewiele można zrobić, można za to leżeć na trawie i - korzystać z tego, że 1. czerwca (notka zaległa, bo wczoraj pracowałam przed dzisiejszym wdrożeniem) - czytać dzieciom, jak cała Polska powinna. Niestety, urok okolicy wyczerpuje się po godzinie, bo po spacerze dookoła dębów kończą się atrakcje. Można ewentualnie wypożyczyć rower i zlecieć sobie z górki, bo trasa dookoła dębów wyboista trochę. Co kto lubi.

Puszczykowo w przeciwieństwie do Baranowów czy Przeźmierowów ma urok - widać, że dacze, wille i hacjendy budowali typowo wypoczynkowo-weekendowo-rekreacyjnie przedstawiciele zamożniejszej klasy poznańskiej. Zielono, a Muzeum Arkadego Fiedlera oznaczone ładnie strzałeczkami. Malutkie, ale przyjemne - repliki południowoamerykańskich rzeźb, cała ściana różnych wydań książek, motyle, maski, zdjęcia. W ogrodzie metalowa piramida w skali 1:23 (podobno czyni cuda, jak się wejdzie do środka posiedzieć) i replika Santa Marii w skali 1:1. Wielkość statku wzbudza straszny podziw dla kilkudziesięciu ludzi, którzy płynęli przez ocean łodzią długości 20 metrów i szerokości siedmiu; jest klaustrofobicznie mały. W ogrodzie grzał się przyjazny bokser.


GALERIA ZDJĘĆ.
W plenerze nie rzuciła się jakoś żadna restauracja, skończyło się na greckim Mykonosie na placu Wolności. Za półmisek meze[1] oddam kebaby, sałatkę z wiadra i kotleta panierowanego.
[1] W zależności od wizyty są oliwki, dolmadakia, różne sery, nadziewane papryczki, czasem grillowana cukinia, suszone pomidory, anchois czy twardy, ciekawie smakujący ciemny chleb. I obowiązkowa przekąska z grzanką. Przejechałabym się do Grecji na kilka dni.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 3, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Na pierwszy rzut - Rogalin. Upał, ale dużo drzew. Kaplica, w której nawet ostatecznie mogłabym wziąć ślub, acz niekoniecznie pod wezwaniem księdza katolickiego (ciekawe, czy i za jakie pieniądze można by wynająć do odprawienia niekoniecznie bardzo pogańskiego obrzędu).

W zabudowaniach przypałacowych Pani sprzedaje lody Algida przez kratę w oknie. Może to efekt tego, że pałac zamknięty z powodu remontu (do przyszłego roku co najmniej), więc pozostaje sprzedaż od tyłu. Ogrodu nie zamknęli i chociaż nie bardzo przepadam za ogrodami francuskimi, tak labirynt urokliwy. Dęby masywne, ale poza obejściem dookoła niewiele można zrobić, można za to leżeć na trawie i - korzystać z tego, że 1. czerwca (notka zaległa, bo wczoraj pracowałam przed dzisiejszym wdrożeniem) - czytać dzieciom, jak cała Polska powinna. Niestety, urok okolicy wyczerpuje się po godzinie, bo po spacerze dookoła dębów kończą się atrakcje. Można ewentualnie wypożyczyć rower i zlecieć sobie z górki, bo trasa dookoła dębów wyboista trochę. Co kto lubi.

Puszczykowo w przeciwieństwie do Baranowów czy Przeźmierowów ma urok - widać, że dacze, wille i hacjendy budowali typowo wypoczynkowo-weekendowo-rekreacyjnie przedstawiciele zamożniejszej klasy poznańskiej. Zielono, a Muzeum Arkadego Fiedlera oznaczone ładnie strzałeczkami. Malutkie, ale przyjemne - repliki południowoamerykańskich rzeźb, cała ściana różnych wydań książek, motyle, maski, zdjęcia. W ogrodzie metalowa piramida w skali 1:23 (podobno czyni cuda, jak się wejdzie do środka posiedzieć) i replika Santa Marii w skali 1:1. Wielkość statku wzbudza straszny podziw dla kilkudziesięciu ludzi, którzy płynęli przez ocean łodzią długości 20 metrów i szerokości siedmiu; jest klaustrofobicznie mały. W ogrodzie grzał się przyjazny bokser.


GALERIA ZDJĘĆ.
W plenerze nie rzuciła się jakoś żadna restauracja, skończyło się na greckim Mykonosie na placu Wolności. Za półmisek meze[1] oddam kebaby, sałatkę z wiadra i kotleta panierowanego.
[1] W zależności od wizyty są oliwki, dolmadakia, różne sery, nadziewane papryczki, czasem grillowana cukinia, suszone pomidory, anchois czy twardy, ciekawie smakujący ciemny chleb. I obowiązkowa przekąska z grzanką. Przejechałabym się do Grecji na kilka dni.
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek czerwiec 3, 2008
Link bezpośredni -
Kategoria:
Moje miasto -
- 0 komentarzy
- Skomentuj