Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: rozne

Z pamiętnika młodych rodziców

Oglądamy serial o złych motocyklistach; krew, dziwki, strzelby i narkotyki (ale o tym potem). Pobocznie pojawia się wątek wcześniaka, do którego jeden z odzianych w skóry mrocznych ludzi przyjeżdża do szpitala. Oboje z TŻ jednocześnie na widok noworodka niedwuznacznie sugerującego językiem: "O, dziabnąłby coś".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 19, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 1 komentarz - Skomentuj


Z pamiętnika młodych rodziców

Oglądamy serial o złych motocyklistach; krew, dziwki, strzelby i narkotyki (ale o tym potem). Pobocznie pojawia się wątek wcześniaka, do którego jeden z odzianych w skóry mrocznych ludzi przyjeżdża do szpitala. Oboje z TŻ jednocześnie na widok noworodka niedwuznacznie sugerującego językiem: "O, dziabnąłby coś".

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek styczeń 19, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 1 komentarz - Skomentuj


Nic nie postanowię

Zmiana roku w datowniku nigdy nie była dla mnie żadną cezurą. Prędzej urodziny czy wcześniej w czasach szkolno-studenckich wakacje, które pozwalały grubą krechą odcinać jeden rok od drugiego. Zdarzało mi się wyjeżdżać na Sylwestra tak trochę wbrew sobie, z głupią nadzieją, że mi się spodoba, zrezygnowałam w pewnym momencie bez żalu, próbowałam organizować imprezę noworoczną w domu, bez rewelacji, przez kilka lat robiłam też imprezę przedsylwestrową, ale mi się z paru względów znudziło.

Nigdy też jakoś specjalnie nie robiłam listy z rzeczami, które na 100% zrobię w następnym roku. Bo i tak nic z tego nie wychodziło. Wszystko, co mi się udaje i uznaję to za sukces, zdarza się jakoś mimochodem. Ot, kilka lat walczyłam z nadmiarowymi kilogramami, przechodziłam na diety, ćwiczyłam, miałam motywację, efekt był znikomy. W tym roku pac - w kilka miesięcy po urodzeniu Mai kilogramy zniknęły, a po założeniu motywacyjnych spodni okazało się, że na mnie wiszą i wcale nie są takie ładne. Dlatego chytry plan jest taki, że ten rok będzie spokojny. Leniwy, zamiast biegu - spacer, zamiast od 9 do 17 - płynność i elastyczność (pewnie jeszcze długo nie uda mi się umówić na konkretną godzinę przed 12, trudno), pełen odkrywania świata z perspektywy kilkudziesięciu centymetrów, a nie niespełna 160. Oczywiście, oprócz tego chciałabym nauczyć się paru rzeczy, pojechać w parę miejsc, przeczytać kilka książek, zjeść trochę dobrych rzeczy i raz na jakiś czas wyspać się. Taki plan minimum na 2010 mi wystarczy.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 31, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj


Nic nie postanowię

Zmiana roku w datowniku nigdy nie była dla mnie żadną cezurą. Prędzej urodziny czy wcześniej w czasach szkolno-studenckich wakacje, które pozwalały grubą krechą odcinać jeden rok od drugiego. Zdarzało mi się wyjeżdżać na Sylwestra tak trochę wbrew sobie, z głupią nadzieją, że mi się spodoba, zrezygnowałam w pewnym momencie bez żalu, próbowałam organizować imprezę noworoczną w domu, bez rewelacji, przez kilka lat robiłam też imprezę przedsylwestrową, ale mi się z paru względów znudziło.

Nigdy też jakoś specjalnie nie robiłam listy z rzeczami, które na 100% zrobię w następnym roku. Bo i tak nic z tego nie wychodziło. Wszystko, co mi się udaje i uznaję to za sukces, zdarza się jakoś mimochodem. Ot, kilka lat walczyłam z nadmiarowymi kilogramami, przechodziłam na diety, ćwiczyłam, miałam motywację, efekt był znikomy. W tym roku pac - w kilka miesięcy po urodzeniu Mai kilogramy zniknęły, a po założeniu motywacyjnych spodni okazało się, że na mnie wiszą i wcale nie są takie ładne. Dlatego chytry plan jest taki, że ten rok będzie spokojny. Leniwy, zamiast biegu - spacer, zamiast od 9 do 17 - płynność i elastyczność (pewnie jeszcze długo nie uda mi się umówić na konkretną godzinę przed 12, trudno), pełen odkrywania świata z perspektywy kilkudziesięciu centymetrów, a nie niespełna 160. Oczywiście, oprócz tego chciałabym nauczyć się paru rzeczy, pojechać w parę miejsc, przeczytać kilka książek, zjeść trochę dobrych rzeczy i raz na jakiś czas wyspać się. Taki plan minimum na 2010 mi wystarczy.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 31, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj




Nie lubię mydła i powidła

Fama głosi, że nie ma to jak małe sklepiki. Że tradycja, że rodzinny interes, że świeże warzywa w przeciwieństwie do tych molochów, w których zgniłek zgniłka pogania, że wędlinka pachnąca dymem, a nie konserwantem. Jak byłam młoda i naiwna, to wierzyłam, a teraz to już nie. Domyślam się, że są gdzieś takie miejsca. Ba, nawet w kilku byłam - w piekarenkach, sklepach z mięsem i wędlinami, straganach z warzywami. Co z tego, jak nie w Polsce. Wiem, wojna była. A mi żal.

Przycisnęło mnie dzisiaj na tyle, że musiałam jedną czerwoną paprykę i to natychmiast. Jedyna opcja na wsi to sklep w bloku, ostatnia deska ratunku. Long story short, zaryzykowałam. Szlag mnie trafił na widok 4 nędznych papryk, podeschniętych, miękkich, nieco opleśniałych, z brązowymi plamami, ale dumnie obklejonych naklejkami z ceną. Dumałam nad nimi przez sekund trzy, przeszło mi przez głowę skojarzenie z wysiedlonym jeżem, wybrałam najmniej zużytą i wróciłam. Male sklepiki mają sposób na takich frajerów jak ja, co zapomnieli kupić w sensowniejszym miejscu.

PS Uczciwie dodam, że sklepik ma fantastyczne ciasto o dźwięcznej nazwie "Domowe". Co z tego, jak tylko w piątki.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 2, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 15 komentarzy - Skomentuj


Nie lubię mydła i powidła

Fama głosi, że nie ma to jak małe sklepiki. Że tradycja, że rodzinny interes, że świeże warzywa w przeciwieństwie do tych molochów, w których zgniłek zgniłka pogania, że wędlinka pachnąca dymem, a nie konserwantem. Jak byłam młoda i naiwna, to wierzyłam, a teraz to już nie. Domyślam się, że są gdzieś takie miejsca. Ba, nawet w kilku byłam - w piekarenkach, sklepach z mięsem i wędlinami, straganach z warzywami. Co z tego, jak nie w Polsce. Wiem, wojna była. A mi żal.

Przycisnęło mnie dzisiaj na tyle, że musiałam jedną czerwoną paprykę i to natychmiast. Jedyna opcja na wsi to sklep w bloku, ostatnia deska ratunku. Long story short, zaryzykowałam. Szlag mnie trafił na widok 4 nędznych papryk, podeschniętych, miękkich, nieco opleśniałych, z brązowymi plamami, ale dumnie obklejonych naklejkami z ceną. Dumałam nad nimi przez sekund trzy, przeszło mi przez głowę skojarzenie z wysiedlonym jeżem, wybrałam najmniej zużytą i wróciłam. Male sklepiki mają sposób na takich frajerów jak ja, co zapomnieli kupić w sensowniejszym miejscu.

PS Uczciwie dodam, że sklepik ma fantastyczne ciasto o dźwięcznej nazwie "Domowe". Co z tego, jak tylko w piątki.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 2, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 15 komentarzy - Skomentuj


How I Met Your Mother

Przede wszystkim mam żal, bo uwierzyłam w zasłyszaną bzdurę, że "HIMYM" to serial fekalny i mnie odrzuciło, przez co dopiero teraz do niego dotarłam. A szkoda, bo - mimo iż rozkręca się (jak "Scrubs") powoli - to uroczy, ciepły i zabawny (acz często niecenzuralny, ale czego spodziewać się można po serialu o podrywaniu i związkach) serial o przyjaźni piątki młodych nowojorczyków. Jaki stąd wniosek? Nie słuchać pokątnych bzdur.

W 2030 roku znany architekt Ted Mosby opowiada swoim dzieciom, w jakich okolicznościach poznał ich matkę[1]. W każdym odcinku pojawia się nowa historia, przybliżająca młodzież do tego momentu, kiedy ich rodzice się spotkali. Historie dzieją się głównie w malutkim mieszkaniu nad jednym z barów na Manhattanie, gdzie Ted mieszka najpierw ze swoim kolegą ze studiów, prawnikiem Marshallem i jego wstępnie narzeczoną, potem żoną - przedszkolanką Lily. Marshall jest dużym, pełnym ideałów dzieckiem, studiował prawo, bo chce ratować środowisko. Lily jest niespełnioną artystką z kilkoma nałogami i usiłuje wprowadzić w dorosłe życie swoich przyjaciół zasady, według jakich stara się wychowywać dzieci w przedszkolu. Robin, wielka miłość Teda, jest prezenterką telewizyjną, prowadzącą program w kiepskiej telewizji. Gra w hokeja, pali cygara i dobrą whisky, jest też z Kanady, co wiele wyjaśnia. Wszyscy przyjaźnią się z Barneyem, lokalnym bon vivantem, który nie przepuszcza żadnej napotkanej niewieście, pieczołowicie nie angażując się w związki, a podrywki spławiając o poranku w tak bezczelny sposób, że to podrywki go przepraszają za swoją nachalność. It's - jak to mówi Barney - legen... wait for it... dary!

Cztery sezony, piąty właśnie trwa, a pewnie da się pociągnąć i do szóstego, siódmego i ósmego. Mnie się bardzo.

[1] To jest ten jeden kawałek, który mnie w tym serialu frapuje - czemuż ach czemuż późnonastoletnie dzieci nie mają pojęcia, jak ma na imię ich matka i zadają co jakiś czas pytanie "To [tu wstaw imię żeńskie] to była nasza mama[2]?". Trochę #facepalm, ale może w aktualnie wyświetlanym piątym sezonie (lub może następnych) rzecz się wyjaśni.

[*] Śliczna epizodyczna rola Sarah Chalke (Elliot Reid ze "Scrubs"). Przy granej przez nią Stelli Ted wzbija się na wyżyny absurdalnego humoru, a większość scen z nimi jest powyżej średniej.

[2] Serial jest mistrzowski w kwestii dygresji i odwlekania tego, jak Ted poznał matkę swoich dzieci. W 1/3 piątego sezony dalej nie wiadomo.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 21, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 0 komentarzy - Skomentuj


How I Met Your Mother

Przede wszystkim mam żal, bo uwierzyłam w zasłyszaną bzdurę, że "HIMYM" to serial fekalny i mnie odrzuciło, przez co dopiero teraz do niego dotarłam. A szkoda, bo - mimo iż rozkręca się (jak "Scrubs") powoli - to uroczy, ciepły i zabawny (acz często niecenzuralny, ale czego spodziewać się można po serialu o podrywaniu i związkach) serial o przyjaźni piątki młodych nowojorczyków. Jaki stąd wniosek? Nie słuchać pokątnych bzdur.

W 2030 roku znany architekt Ted Mosby opowiada swoim dzieciom, w jakich okolicznościach poznał ich matkę[1]. W każdym odcinku pojawia się nowa historia, przybliżająca młodzież do tego momentu, kiedy ich rodzice się spotkali. Historie dzieją się głównie w malutkim mieszkaniu nad jednym z barów na Manhattanie, gdzie Ted mieszka najpierw ze swoim kolegą ze studiów, prawnikiem Marshallem i jego wstępnie narzeczoną, potem żoną - przedszkolanką Lily. Marshall jest dużym, pełnym ideałów dzieckiem, studiował prawo, bo chce ratować środowisko. Lily jest niespełnioną artystką z kilkoma nałogami i usiłuje wprowadzić w dorosłe życie swoich przyjaciół zasady, według jakich stara się wychowywać dzieci w przedszkolu. Robin, wielka miłość Teda, jest prezenterką telewizyjną, prowadzącą program w kiepskiej telewizji. Gra w hokeja, pali cygara i dobrą whisky, jest też z Kanady, co wiele wyjaśnia. Wszyscy przyjaźnią się z Barneyem, lokalnym bon vivantem, który nie przepuszcza żadnej napotkanej niewieście, pieczołowicie nie angażując się w związki, a podrywki spławiając o poranku w tak bezczelny sposób, że to podrywki go przepraszają za swoją nachalność. It's - jak to mówi Barney - legen... wait for it... dary!

Cztery sezony, piąty właśnie trwa, a pewnie da się pociągnąć i do szóstego, siódmego i ósmego. Mnie się bardzo.

[1] To jest ten jeden kawałek, który mnie w tym serialu frapuje - czemuż ach czemuż późnonastoletnie dzieci nie mają pojęcia, jak ma na imię ich matka i zadają co jakiś czas pytanie "To [tu wstaw imię żeńskie] to była nasza mama[2]?". Trochę #facepalm, ale może w aktualnie wyświetlanym piątym sezonie (lub może następnych) rzecz się wyjaśni.

[*] Śliczna epizodyczna rola Sarah Chalke (Elliot Reid ze "Scrubs"). Przy granej przez nią Stelli Ted wzbija się na wyżyny absurdalnego humoru, a większość scen z nimi jest powyżej średniej.

[2] Serial jest mistrzowski w kwestii dygresji i odwlekania tego, jak Ted poznał matkę swoich dzieci. W 1/3 piątego sezony dalej nie wiadomo.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota listopad 21, 2009

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 0 komentarzy - Skomentuj