Bez tytułu: 2008-08-14
To takie cholernie smutne, jak szybko wszystkie silne postanowienia znikają w obecności pudełka ze śliwkami w czekoladzie. Śliwki w czekoladzie powinny być zakazane konwencją genewską.
Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu
To takie cholernie smutne, jak szybko wszystkie silne postanowienia znikają w obecności pudełka ze śliwkami w czekoladzie. Śliwki w czekoladzie powinny być zakazane konwencją genewską.
To takie cholernie smutne, jak szybko wszystkie silne postanowienia znikają w obecności pudełka ze śliwkami w czekoladzie. Śliwki w czekoladzie powinny być zakazane konwencją genewską.
Kot przyszedł o 8 z niejaką pretensją, że jeszcze nie wstałam i miska pusta. Zestresowałam się, bo nie zdarza mi się zapomnieć nastawić budzika (do tego stopnia, że budzę się w nocy i sprawdzam, czy włączony), zwlekłam się do kuchni z kotem uprawiającym slalom między moimi nogami. Otwierając foremkę Sheby zorientowałam się, że dziś sobota i nic nie muszę.
Kot przyszedł o 8 z niejaką pretensją, że jeszcze nie wstałam i miska pusta. Zestresowałam się, bo nie zdarza mi się zapomnieć nastawić budzika (do tego stopnia, że budzę się w nocy i sprawdzam, czy włączony), zwlekłam się do kuchni z kotem uprawiającym slalom między moimi nogami. Otwierając foremkę Sheby zorientowałam się, że dziś sobota i nic nie muszę.
Wyjrzałam wczoraj z łazienki, refleksyjnie oparłam się o ścianę i zapytałam, czy dzisiaj odpowiedź na moje standardowe pytanie też by brzmiała "Grubo, ale ładnie". By brzmiała.
Wyjrzałam wczoraj z łazienki, refleksyjnie oparłam się o ścianę i zapytałam, czy dzisiaj odpowiedź na moje standardowe pytanie też by brzmiała "Grubo, ale ładnie". By brzmiała.
W samochodzie mam przemyślenia. Rano zwykle patrzenie się tępo przez szybę i słuchanie kątem ucha radia to jakaś forma rozruchu przez pracą, kiedy jeszcze nie muszę być w pełni władz umysłowych i tryskać błyskotliwością. Przemyślenia są od zupełnie absurdalnych (to nie fair, że bociany jedzą myszy i żaby, przecież myszy to ssaki, a żaby to płazy[1]) do takich bardziej egzystencjalnych (czemu mam wrażenie, że urodziłam się w złym czasie i w złym miejscu, żeby uczestniczyć w jakichś rzeczach, o których potem krążą legendy[2], bo teraz to wszystko już było i nawet tęcza nad wioską jest czarno-biała). Czasem wpadam w tryb Mamonia i rejestruję wszystko, co widzę, na zasadzie kolejnych zdjęć na kliszy[3]; zwłaszcza w taki tryb wpadam na autostradzie, kiedy między szybko mijanymi eksponatami nie mam mocy, żeby poskładać to w jakąś całość.
Potem dojeżdżam na miejsce i mi się przemyślenia kończą (zwłaszcza jeśli przyjeżdżam do pracy).
[1] Aż musiałam sprawdzić, czy aby nie gad.
[2] Jak na przykład historie z tras koncertowych Pink Floyd, zwłaszcza z tych, kiedy nie wszystko poszło jak trzeba[4]. A to wybuchło pudełko symulujące wybuchy, a to zerwała się dmuchana krowa, naruszając przestrzeń powietrzną Wielkiej Brytanii i ostatecznie lądując na polu flegmatycznego holenderskiego rolnika.
[3] Wiatraki. Niemieckie nazwy miejscowości - Bad Saarow-Pieskow (nieustająco mnie śmieszy, mimo że wiem, że Bad to od kąpieliska, ale i tak przechodzę przez angielski i mam wizję Helgi ze szpicrutą, krzyczącej "Bad Saarow! Bad") czy inny Koenigslutter i Ochtrup. Kot na parapecie okna. Maliny się kończą. Te rzeczy.
[4] To, co nie idzie jak trzeba, zawsze się pamięta jakoś mocniej. Ot choćby fajerwerki 20 sierpnia 2006 na naddunajskich bulwarach, kiedy to oprócz fajerwerków rozpętała się burza, trzy ofiary śmiertelne, a następnego dnia rano o 7 przyszedł niespokojny sms od Hanki z pytaniem, czy żyjemy. Żyliśmy i byliśmy jedynie nieco rozbawieni zaistniałą sytuacją (lemingami, piaskiem za bielizną, przemoczonymi paszportami, ludźmi owiniętymi w obrusy z restauracji), a wydarzenie zostało jako naprawdę silny punkt tego wyjazdu.
W samochodzie mam przemyślenia. Rano zwykle patrzenie się tępo przez szybę i słuchanie kątem ucha radia to jakaś forma rozruchu przez pracą, kiedy jeszcze nie muszę być w pełni władz umysłowych i tryskać błyskotliwością. Przemyślenia są od zupełnie absurdalnych (to nie fair, że bociany jedzą myszy i żaby, przecież myszy to ssaki, a żaby to płazy[1]) do takich bardziej egzystencjalnych (czemu mam wrażenie, że urodziłam się w złym czasie i w złym miejscu, żeby uczestniczyć w jakichś rzeczach, o których potem krążą legendy[2], bo teraz to wszystko już było i nawet tęcza nad wioską jest czarno-biała). Czasem wpadam w tryb Mamonia i rejestruję wszystko, co widzę, na zasadzie kolejnych zdjęć na kliszy[3]; zwłaszcza w taki tryb wpadam na autostradzie, kiedy między szybko mijanymi eksponatami nie mam mocy, żeby poskładać to w jakąś całość.
Potem dojeżdżam na miejsce i mi się przemyślenia kończą (zwłaszcza jeśli przyjeżdżam do pracy).
[1] Aż musiałam sprawdzić, czy aby nie gad.
[2] Jak na przykład historie z tras koncertowych Pink Floyd, zwłaszcza z tych, kiedy nie wszystko poszło jak trzeba[4]. A to wybuchło pudełko symulujące wybuchy, a to zerwała się dmuchana krowa, naruszając przestrzeń powietrzną Wielkiej Brytanii i ostatecznie lądując na polu flegmatycznego holenderskiego rolnika.
[3] Wiatraki. Niemieckie nazwy miejscowości - Bad Saarow-Pieskow (nieustająco mnie śmieszy, mimo że wiem, że Bad to od kąpieliska, ale i tak przechodzę przez angielski i mam wizję Helgi ze szpicrutą, krzyczącej "Bad Saarow! Bad") czy inny Koenigslutter i Ochtrup. Kot na parapecie okna. Maliny się kończą. Te rzeczy.
[4] To, co nie idzie jak trzeba, zawsze się pamięta jakoś mocniej. Ot choćby fajerwerki 20 sierpnia 2006 na naddunajskich bulwarach, kiedy to oprócz fajerwerków rozpętała się burza, trzy ofiary śmiertelne, a następnego dnia rano o 7 przyszedł niespokojny sms od Hanki z pytaniem, czy żyjemy. Żyliśmy i byliśmy jedynie nieco rozbawieni zaistniałą sytuacją (lemingami, piaskiem za bielizną, przemoczonymi paszportami, ludźmi owiniętymi w obrusy z restauracji), a wydarzenie zostało jako naprawdę silny punkt tego wyjazdu.
Nie umiem przejść obok staruszek sprzedających kwiaty (jasne, czasem przechodzę obok, ale zawsze mam wyrzuty sumienia). Kupuję, choćby bukiecik był taki sobie i choćbym chciała inne kwiaty kupić. Wczorajszy pachnący groszek odżył po kąpieli w zimnej wodzie, ale kiedy jechałam z marniejącymi kwiatkami autobusem, zastanawiałam się już tylko, czy nie lepiej zostawić po drodze. I zastanawiałam się, czemu to robię. Bo mi szkoda, że siedzą w upale na składanym krzesełku, półlegalnie (bo w każdej chwili może podejść straż miejsca i ukarać za sprzedaż bez pozwolenia)? Bo te kwiaty związane są nitką? Bo pochodzą z ich ogródków? Bo może moje 10 zł wystarczy, żeby przeżyły do następnego dnia? Bo jak sprzedadzą, to wrócą do ogródka z zakurzonej ulicy?
Nie umiem przejść obok staruszek sprzedających kwiaty (jasne, czasem przechodzę obok, ale zawsze mam wyrzuty sumienia). Kupuję, choćby bukiecik był taki sobie i choćbym chciała inne kwiaty kupić. Wczorajszy pachnący groszek odżył po kąpieli w zimnej wodzie, ale kiedy jechałam z marniejącymi kwiatkami autobusem, zastanawiałam się już tylko, czy nie lepiej zostawić po drodze. I zastanawiałam się, czemu to robię. Bo mi szkoda, że siedzą w upale na składanym krzesełku, półlegalnie (bo w każdej chwili może podejść straż miejsca i ukarać za sprzedaż bez pozwolenia)? Bo te kwiaty związane są nitką? Bo pochodzą z ich ogródków? Bo może moje 10 zł wystarczy, żeby przeżyły do następnego dnia? Bo jak sprzedadzą, to wrócą do ogródka z zakurzonej ulicy?