Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: rozne



Prezenty

Najpierw logistyka. Co komu by, co w poprzednich latach i przy innych okazjach, co się podobało, co nie, a może o czymś wspominał w rozmowie? A może zapytać i nie usłyszeć "a ja nie wiem". Trudny kawałek.

Potem polowanie. Gdzie znaleźć, niekoniecznie wypruwając dno z portfela. Ten etap lubię. Coś z odwiecznego instynktu łowcy, który wraca do jaskini z mamutem w garści.

Wreszcie pakowanie. Krew, pot i łzy. Papier się drze. Taśma klejąca okleja wszystko, tylko nie paczkę. Kokardka bynajmniej nie jest ładna, zgrabna i z równymi końcówkami.

A potem samo sedno. Nawet u dorosłych ten moment wyczekiwania, chociaż czasem zakończony słabo skrywaną myślą "co, znowu ciepłe skarpetki?".

A Wy, co kupiliście albo dostaliście fajnego?

(Notkę sponsoruje motto: Święta, święta i po świętach).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 29, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 19 komentarzy - Skomentuj


Prezenty

Najpierw logistyka. Co komu by, co w poprzednich latach i przy innych okazjach, co się podobało, co nie, a może o czymś wspominał w rozmowie? A może zapytać i nie usłyszeć "a ja nie wiem". Trudny kawałek.

Potem polowanie. Gdzie znaleźć, niekoniecznie wypruwając dno z portfela. Ten etap lubię. Coś z odwiecznego instynktu łowcy, który wraca do jaskini z mamutem w garści.

Wreszcie pakowanie. Krew, pot i łzy. Papier się drze. Taśma klejąca okleja wszystko, tylko nie paczkę. Kokardka bynajmniej nie jest ładna, zgrabna i z równymi końcówkami.

A potem samo sedno. Nawet u dorosłych ten moment wyczekiwania, chociaż czasem zakończony słabo skrywaną myślą "co, znowu ciepłe skarpetki?".

A Wy, co kupiliście albo dostaliście fajnego?

(Notkę sponsoruje motto: Święta, święta i po świętach).

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 29, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 19 komentarzy - Skomentuj


O północy w Paryżu

To jest naprawdę ładny film. Pokazuje najpiękniejszy Paryż na świecie[1] - najbardziej znane miejsca, latem, w gładkim, złotym słońcu; to miejsce, do którego chce się jechać teraz-natychmiast[2]. Do tego po tym niesamowitym Paryżu krąży Carla Bruni, Kathy Bates czy Adrien Brody (fenomenalnie podobny do granego przez niego Salvatore'a Dali). Pchle targi, pełne złoceń i pluszu luksusowe restauracje i hotele, Luwr, Pola Elizejskie, muzea i ogrody.

Gil, niespełniony pisarz, snuje się u boku majętnej narzeczonej po Paryżu, spędzając czas z jej nowobogackimi rodzicami i zmanierowanymi przyjaciółmi. Którego wieczora przypadkiem zostaje zabrany przez przejeżdżający automobil i przenosi się w świat Zeldy i Scotta Fitzgeraldów, którzy pokazują mu ówczesne imprezy, Ernesta Hemingwaya, wyjaśniającego zasady bycia prawdziwym mężczyzną, Dalego, rysującego nosorożca czy Gertrudy Stein, która wprowadza poprawki do jego powieści. I wreszcie pięknej modelki, Adriany, w której się zakochuje. I tak w dzień zwiedza Paryż z narzeczoną, a wieczorami wymyka się, żeby być z Adriane sprzed kilkudziesięciu lat.

I wszystko byłoby świetne, tyle że nie widzę zupełnie sensu kręcenia filmów z Woody Allenem w roli głównej, jeśli nie gra WA, tylko kto inny (jak człowiek z połamanym nosem). Ba, film podobałby mi się o wiele bardziej, gdybym nie wiedziała, że to Woody Allen. Niestety. Jak na Allena, to jeden ze słabszych. Ratują aktorzy i Paryż, bo scenariusz niespecjalnie.

[1] Lubię u Allena umiejętność pokazywania tego, co najładniejsze w mieście. I to, że chyba każde miejsce wygląda trochę jak Manhattan.

[2] I jeśli celem zaproszenia Allena do nakręcenia filmu w Paryżu było stworzenie reklamówki miasta dla turystów, to cel został osiągnięty w 100%.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 30, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 0 komentarzy - Skomentuj


O północy w Paryżu

To jest naprawdę ładny film. Pokazuje najpiękniejszy Paryż na świecie[1] - najbardziej znane miejsca, latem, w gładkim, złotym słońcu; to miejsce, do którego chce się jechać teraz-natychmiast[2]. Do tego po tym niesamowitym Paryżu krąży Carla Bruni, Kathy Bates czy Adrien Brody (fenomenalnie podobny do granego przez niego Salvatore'a Dali). Pchle targi, pełne złoceń i pluszu luksusowe restauracje i hotele, Luwr, Pola Elizejskie, muzea i ogrody.

Gil, niespełniony pisarz, snuje się u boku majętnej narzeczonej po Paryżu, spędzając czas z jej nowobogackimi rodzicami i zmanierowanymi przyjaciółmi. Którego wieczora przypadkiem zostaje zabrany przez przejeżdżający automobil i przenosi się w świat Zeldy i Scotta Fitzgeraldów, którzy pokazują mu ówczesne imprezy, Ernesta Hemingwaya, wyjaśniającego zasady bycia prawdziwym mężczyzną, Dalego, rysującego nosorożca czy Gertrudy Stein, która wprowadza poprawki do jego powieści. I wreszcie pięknej modelki, Adriany, w której się zakochuje. I tak w dzień zwiedza Paryż z narzeczoną, a wieczorami wymyka się, żeby być z Adriane sprzed kilkudziesięciu lat.

I wszystko byłoby świetne, tyle że nie widzę zupełnie sensu kręcenia filmów z Woody Allenem w roli głównej, jeśli nie gra WA, tylko kto inny (jak człowiek z połamanym nosem). Ba, film podobałby mi się o wiele bardziej, gdybym nie wiedziała, że to Woody Allen. Niestety. Jak na Allena, to jeden ze słabszych. Ratują aktorzy i Paryż, bo scenariusz niespecjalnie.

[1] Lubię u Allena umiejętność pokazywania tego, co najładniejsze w mieście. I to, że chyba każde miejsce wygląda trochę jak Manhattan.

[2] I jeśli celem zaproszenia Allena do nakręcenia filmu w Paryżu było stworzenie reklamówki miasta dla turystów, to cel został osiągnięty w 100%.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 30, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 0 komentarzy - Skomentuj


Szarość

Miałam napisać zgrabny akapit o tym, że podziwiając poranne światło mgliście owijające się wśród drzew, jedzie się wolno, dzięki czemu można uśmiechnąć się do panów z suszarką, losowo zastępujących na posterunku lokalną tirówkę, a panowie nie machają zachęcająco. Ale rano okazało się, że lewy bok mojej cytryny został zarysowany czymś ostrym, prowadzonym pewną ręką sfrustrowanego wandala i mi się odechciało i zgrabności, i liryzmu; zostało tylko przykre poczucie, że z ludzką głupotą czy zazdrością nie wygram.

Zdjęć nie ma. Nie mogę się przemóc, żeby utrwalić zniszczenie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 23, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 5 komentarzy - Skomentuj


Szarość

Miałam napisać zgrabny akapit o tym, że podziwiając poranne światło mgliście owijające się wśród drzew, jedzie się wolno, dzięki czemu można uśmiechnąć się do panów z suszarką, losowo zastępujących na posterunku lokalną tirówkę, a panowie nie machają zachęcająco. Ale rano okazało się, że lewy bok mojej cytryny został zarysowany czymś ostrym, prowadzonym pewną ręką sfrustrowanego wandala i mi się odechciało i zgrabności, i liryzmu; zostało tylko przykre poczucie, że z ludzką głupotą czy zazdrością nie wygram.

Zdjęć nie ma. Nie mogę się przemóc, żeby utrwalić zniszczenie.

Napisane przez Zuzanka w dniu środa listopad 23, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 5 komentarzy - Skomentuj


Trochę jestem z Elbląga

To nawet nie chodzi o to, że nie wiedziałam o terminie i go przegapiłam, mimo że nie widzę powodu, żeby nie być praworządną. Nie chodzi też o to, że mimo dwóch dni poszukiwań nie znalazłam dokumentów, które są niezbędne, żeby. Straciłam poczucie, że panuję nad chaosem. Że wiem, gdzie co jest i jakby co, to jestem w stanie sięgnąć, wyjąć i zaprezentować z sygnałem dźwiękowym ("tada!"). Że mam białą plamę w pamięci, mimo że rzecz się działa niespełna trzy miesiące temu.

Próbuję, jak Dolores Herbig, codziennie przejść przez listę Rzeczy Trudnych, Kłopotliwych, Upierdliwych i odhaczyć chociaż jedną, żeby usnąć z poczuciem zakończenia czegoś, a nie tylko włożenia w kolejny dzień pracy w rzeczy powtarzalne, wymydlające się, ciągle powracające do stanu poprzedniego. A jestem zajęta - piorę, suszę, składam, układam, wkładam, zmywam, wyjmuję, wynoszę i przynoszę, gotuję, jem i piję. Tylko co z tego?

Potrzebuję żony. Nawet nie chcę, żeby gotowała, prała, sprzątała i wykonywała z entuzjazmem małżeńskie obowiązki w łożu (ale jakby się bardzo upierała, to jest czysta i pachnąca pościel), ale żeby miała pieczę nad moim kalendarzem, przypominała o rzeczach niewdzięcznych a koniecznych ("wystaw numer za małe martensy na allegro, to TŻ Ci kupi rozmiar większe i będziesz miała w czym chodzić do pracy, frajerko"), segregowała dokumenty na te makulaturowe i te, które trzeba trzymać pięć lat albo całą wieczność, układała kolczyki i rozplątywała korale. Szukała następnej fajnej książki do przeczytania, żebym nie stała jak wazon przed półką z niby mądrą miną, a i tak wiadomo, że znowu wyciągnę jakiś stary kryminał, w którym nie pamiętam pointy prawie do ostatniej kartki. Pamiętała o terminach, o zabraniu wody mineralnej i gdzie to ja położyłam ten odpis recepty. Tak, potrzebuję żony. Niedużej, ale zorganizowanej. Bo ja nie jestem, mimo że do pewnego momentu miałam złudzenie, że jakoś nie odstaję.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 21, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj


Trochę jestem z Elbląga

To nawet nie chodzi o to, że nie wiedziałam o terminie i go przegapiłam, mimo że nie widzę powodu, żeby nie być praworządną. Nie chodzi też o to, że mimo dwóch dni poszukiwań nie znalazłam dokumentów, które są niezbędne, żeby. Straciłam poczucie, że panuję nad chaosem. Że wiem, gdzie co jest i jakby co, to jestem w stanie sięgnąć, wyjąć i zaprezentować z sygnałem dźwiękowym ("tada!"). Że mam białą plamę w pamięci, mimo że rzecz się działa niespełna trzy miesiące temu.

Próbuję, jak Dolores Herbig, codziennie przejść przez listę Rzeczy Trudnych, Kłopotliwych, Upierdliwych i odhaczyć chociaż jedną, żeby usnąć z poczuciem zakończenia czegoś, a nie tylko włożenia w kolejny dzień pracy w rzeczy powtarzalne, wymydlające się, ciągle powracające do stanu poprzedniego. A jestem zajęta - piorę, suszę, składam, układam, wkładam, zmywam, wyjmuję, wynoszę i przynoszę, gotuję, jem i piję. Tylko co z tego?

Potrzebuję żony. Nawet nie chcę, żeby gotowała, prała, sprzątała i wykonywała z entuzjazmem małżeńskie obowiązki w łożu (ale jakby się bardzo upierała, to jest czysta i pachnąca pościel), ale żeby miała pieczę nad moim kalendarzem, przypominała o rzeczach niewdzięcznych a koniecznych ("wystaw numer za małe martensy na allegro, to TŻ Ci kupi rozmiar większe i będziesz miała w czym chodzić do pracy, frajerko"), segregowała dokumenty na te makulaturowe i te, które trzeba trzymać pięć lat albo całą wieczność, układała kolczyki i rozplątywała korale. Szukała następnej fajnej książki do przeczytania, żebym nie stała jak wazon przed półką z niby mądrą miną, a i tak wiadomo, że znowu wyciągnę jakiś stary kryminał, w którym nie pamiętam pointy prawie do ostatniej kartki. Pamiętała o terminach, o zabraniu wody mineralnej i gdzie to ja położyłam ten odpis recepty. Tak, potrzebuję żony. Niedużej, ale zorganizowanej. Bo ja nie jestem, mimo że do pewnego momentu miałam złudzenie, że jakoś nie odstaję.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 21, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 3 komentarze - Skomentuj