Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Kategoria: slucham-literatury

Joanna Chmielewska - Rzeź bezkręgowców

Na zakończenie roku przesłuchałam, żebyście Wy nie musiały. To “późna” Chmielewska, kiedy już zabrakło autorce pomysłów, umiaru i klasy, a redakcji krytycyzmu. Fabuła jest pretekstowa - pisarka Joanna przypadkiem ociera się o kolejne morderstwa; giną osoby związane z filmem, nazywane przez autorkę pasożytami, płazińcami itd. (stąd tytuł). Ich winą jest niszczenie literatury wysokiej za pomocą spapranych ekranizacji, co Chmielewską osobiście dotknęło, więc cieszy się z każdej zbrodni. Wszystkie nitki zbiegają się dookoła Ewy Marsz, niegdyś poczytnej pisarki, której kariera utknęła po dwóch kiepskich ekranizacjach i przebojach z wydawnictwem, Joanna ją lubi, więc wprawdzie ochoczo pomaga znajomemu komisarzowi w śledztwie, ale tak, żeby Ewy nie obciążyć. Akcji właściwej - poza krążeniem po mieście i przypadkowych rozmowach - w zasadzie nie ma, mieszkanie Chmielewskiej to główna kwatera chaosu - wszyscy do niej dzwonią, faksują[1] i przyjeżdżają, żeby przy niesmacznym koniaczku i smacznym winku wymieniać informacje. Czasem na zakąskę jest ser albo paszteciki z resztek[2].

Ale pal diabli akcja, jest chaotyczna, ale do czegoś prowadzi w finale. Bardziej mnie irytowały przemycane przez autorkę seksizm i rasizm; przypadkowo oglądana przez okno blondyneczka jest określona na wygląd jako idiotka, pojawia się szydera z osób czarnych. Kiedy kobieta z mężczyznami schodzi do piwnicy i słychać krzyk, nikogo to nie alarmuje, bo wszyscy myśleli, że panowie gwałcą panią, ludzka rzecz. Na podejście autorki do licznie prowadzonych w międzyczasie “biznesów” mogę tylko położyć zen, skoro Joanna chlubi się nieczytaniem umów, wszystko podpisuje w ciemno, a poproszona o wysłanie na jakieś konto pieniędzy, po prostu to robi bez zastanowienia. Złośliwie bym podsumowała, kto tu był blondyneczką idiotką, ale nie jestem przecież złośliwa.

[1] Autorka gardzi “małpią pocztą”, nie korzysta z emaili.

[2] Autorka z uporem opisuje karmienie dochodzących kotów, którymi się “opiekuje”, odpadkami. Zbiera dla nich skórki z kaszanki, rybie szczątki, resztki mięsa kwestionowalnej świeżości…

Inne tej autorki.

#122/#32

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 5, 2026

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 3 komentarze - Skomentuj


Joanna Chmielewska - Rzeź bezkręgowców

Na zakończenie roku przesłuchałam, żebyście Wy nie musiały. To “późna” Chmielewska, kiedy już zabrakło autorce pomysłów, umiaru i klasy, a redakcji krytycyzmu. Fabuła jest pretekstowa - pisarka Joanna przypadkiem ociera się o kolejne morderstwa; giną osoby związane z filmem, nazywane przez autorkę pasożytami, płazińcami itd. (stąd tytuł). Ich winą jest niszczenie literatury wysokiej za pomocą spapranych ekranizacji, co Chmielewską osobiście dotknęło, więc cieszy się z każdej zbrodni. Wszystkie nitki zbiegają się dookoła Ewy Marsz, niegdyś poczytnej pisarki, której kariera utknęła po dwóch kiepskich ekranizacjach i przebojach z wydawnictwem, Joanna ją lubi, więc wprawdzie ochoczo pomaga znajomemu komisarzowi w śledztwie, ale tak, żeby Ewy nie obciążyć. Akcji właściwej - poza krążeniem po mieście i przypadkowych rozmowach - w zasadzie nie ma, mieszkanie Chmielewskiej to główna kwatera chaosu - wszyscy do niej dzwonią, faksują[1] i przyjeżdżają, żeby przy niesmacznym koniaczku i smacznym winku wymieniać informacje. Czasem na zakąskę jest ser albo paszteciki z resztek[2].

Ale pal diabli akcja, jest chaotyczna, ale do czegoś prowadzi w finale. Bardziej mnie irytowały przemycane przez autorkę seksizm i rasizm; przypadkowo oglądana przez okno blondyneczka jest określona na wygląd jako idiotka, pojawia się szydera z osób czarnych. Kiedy kobieta z mężczyznami schodzi do piwnicy i słychać krzyk, nikogo to nie alarmuje, bo wszyscy myśleli, że panowie gwałcą panią, ludzka rzecz. Na podejście autorki do licznie prowadzonych w międzyczasie “biznesów” mogę tylko położyć zen, skoro Joanna chlubi się nieczytaniem umów, wszystko podpisuje w ciemno, a poproszona o wysłanie na jakieś konto pieniędzy, po prostu to robi bez zastanowienia. Złośliwie bym podsumowała, kto tu był blondyneczką idiotką, ale nie jestem przecież złośliwa.

[1] Autorka gardzi “małpią pocztą”, nie korzysta z emaili.

[2] Autorka z uporem opisuje karmienie dochodzących kotów, którymi się “opiekuje”, odpadkami. Zbiera dla nich skórki z kaszanki, rybie szczątki, resztki mięsa kwestionowalnej świeżości…

Inne tej autorki.

#122/#32

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 5, 2026

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 3 komentarze - Skomentuj


Jerzy Edigey - Operacja “Wolfram”

Szwajcarski przedsiębiorca, Anton Miller, mimo swojego średniego wieku i blizny na policzku, dalej jest atrakcyjnym mężczyzną. Wprawdzie jego celem jest załatwianie interesów i dlatego pojawia się w RPA, ale nie wyrzuca uroczej pokojówki, która spontanicznie ładuje mu się do łóżka. Wracając do interesów, Miller tak naprawdę nie jest Szwajcarem, nie nazywa się Miller, a blizna jest sztuczna. Cały czas czekałam na jakąś zakrętkę fabularną, że Miller okaże się panem Milewskim, sprytnym emigrantem PRL-owskim, ale nie; to nietypowa dla autora powieść sensacyjna, dziejąca się w wielkim świecie. Otóż pan Miller, po nieudanym skoku na bank w Marsylii, przez swojego znajomego nakręca transakcję na wolfram, którego RPA potrzebuje dużo, a trzymające łapę na brazylijskich zasobach USA limituje. Następuje karkołomna operacja, w wyniku której ruda wolframu jest kupiona dla Japonii, tyle że tam nie dociera. I oprócz zarobku na metalu “biznesmeni” mieliby jeszcze ubezpieczenie od Lloyda, bo załadowany rudą statek niespodziewanie tonie, ale wszystko się sypie, bo jeden z marynarzy chciał uratować drogi aparat fotograficzny i złamał nogę.

Nie wiem, czy ta książka jest bardziej seksistowska, rasistowska czy neokolonialna. Miller kręci się wszędzie tam, gdzie są konflikty zbrojne - Biafra, dawna Rodezja, Kambodża; tu sprzeda broń, tu kupi jakieś cenne surowce, absolutnie wszystko jedno komu i od kogo, byle kasa się zgadzała, strona etyczna w ogóle go nie interesuje. Co kilka stron padają deprecjonujące czarnych określenia, wśród których “czarny zboczeniec” jest jednym z łagodniejszych. Co do pań - Miller nie opędza się od wspomnianej pokojówki, robi też wielokrotnie “małą grzeczność” (sic!) towarzyszącej mu japońskiej przewodniczce, mimo że ta ma krótkie nóżki[1]. Szkoda mu zamordowanej recepcjonistki, bo była ładna i się do niego uśmiechała. Cudownie. Trochę wspominków podróżniczych - ewidentnie autor zwiedzał Kioto, uczestniczył w ceremonii parzenia herbaty i spędził nieco czasu w Kapsztadzie.

[1] I, jak się okazuje, narzeczonego, a z Millerem sypiała służbowo, w ramach obowiązków. Co Millera zaskakuje, ale nie dziwi, wszak jest przyzwyczajony do damskiej atencji.

Inne tego autora.

#117/#31

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 23, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Jerzy Edigey - Operacja “Wolfram”

Szwajcarski przedsiębiorca, Anton Miller, mimo swojego średniego wieku i blizny na policzku, dalej jest atrakcyjnym mężczyzną. Wprawdzie jego celem jest załatwianie interesów i dlatego pojawia się w RPA, ale nie wyrzuca uroczej pokojówki, która spontanicznie ładuje mu się do łóżka. Wracając do interesów, Miller tak naprawdę nie jest Szwajcarem, nie nazywa się Miller, a blizna jest sztuczna. Cały czas czekałam na jakąś zakrętkę fabularną, że Miller okaże się panem Milewskim, sprytnym emigrantem PRL-owskim, ale nie; to nietypowa dla autora powieść sensacyjna, dziejąca się w wielkim świecie. Otóż pan Miller, po nieudanym skoku na bank w Marsylii, przez swojego znajomego nakręca transakcję na wolfram, którego RPA potrzebuje dużo, a trzymające łapę na brazylijskich zasobach USA limituje. Następuje karkołomna operacja, w wyniku której ruda wolframu jest kupiona dla Japonii, tyle że tam nie dociera. I oprócz zarobku na metalu “biznesmeni” mieliby jeszcze ubezpieczenie od Lloyda, bo załadowany rudą statek niespodziewanie tonie, ale wszystko się sypie, bo jeden z marynarzy chciał uratować drogi aparat fotograficzny i złamał nogę.

Nie wiem, czy ta książka jest bardziej seksistowska, rasistowska czy neokolonialna. Miller kręci się wszędzie tam, gdzie są konflikty zbrojne - Biafra, dawna Rodezja, Kambodża; tu sprzeda broń, tu kupi jakieś cenne surowce, absolutnie wszystko jedno komu i od kogo, byle kasa się zgadzała, strona etyczna w ogóle go nie interesuje. Co kilka stron padają deprecjonujące czarnych określenia, wśród których “czarny zboczeniec” jest jednym z łagodniejszych. Co do pań - Miller nie opędza się od wspomnianej pokojówki, robi też wielokrotnie “małą grzeczność” (sic!) towarzyszącej mu japońskiej przewodniczce, mimo że ta ma krótkie nóżki[1]. Szkoda mu zamordowanej recepcjonistki, bo była ładna i się do niego uśmiechała. Cudownie. Trochę wspominków podróżniczych - ewidentnie autor zwiedzał Kioto, uczestniczył w ceremonii parzenia herbaty i spędził nieco czasu w Kapsztadzie.

[1] I, jak się okazuje, narzeczonego, a z Millerem sypiała służbowo, w ramach obowiązków. Co Millera zaskakuje, ale nie dziwi, wszak jest przyzwyczajony do damskiej atencji.

Inne tego autora.

#117/#31

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 23, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Robert Louis Stevenson - Wyspa skarbów

Jakoś tak jest, że “chłopackie” książki się lepiej starzeją niż dla dziewcząt. Mogę się oczywiście czepiać rasizmu czy szowinizmu, ale to tak oczywiste jak oddychanie. “Wyspa” jest całkiem zacną przygodową opowieścią o młodym chłopcu, Jimie Hawkinsie, który wraz z owdowiałą matką prowadził tawernę “Admiral Benbow” i mieli pecha (czy - jak się potem okazuje - szczęście), że zalągł im się lokator: stary, paskudny marynarz. Po nagłej śmierci gościa w jego bagażu znalazło się tajemnicze zawiniątko z mapą skarbu, udało się odeprzeć atak jego dawnych kamratów, a potem matkę-karczmarkę zostawiono samą sobie (oddychanie, tak), a młody Jim z lokalnym lordem, zaufanym służącym i domowym lekarzem kupili okręt, zebrali załogę i wybrali się w podróż życia. Oczywiście wnikliwa czytelniczka od razu wiedziała, że dziwnie wyglądająca załoga zebrana przez jednonogiego kucharza niekoniecznie będzie posłusznie wykonywać rozkazy kapitana, ale protagoniści dowiedzieli się o tym dopiero na wyspie, kiedy wtem większość załogi okazała się piratami. Trochę strzelania i biegania po wyspie, sprytny ocaleniec, dyplomacja lekarza oraz brawura młodego Jima, to wszystko przyczyniło się do pokonania piratów i triumfalnego powrotu ze skarbem.

#116/#30

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 20, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Robert Louis Stevenson - Wyspa skarbów

Jakoś tak jest, że “chłopackie” książki się lepiej starzeją niż dla dziewcząt. Mogę się oczywiście czepiać rasizmu czy szowinizmu, ale to tak oczywiste jak oddychanie. “Wyspa” jest całkiem zacną przygodową opowieścią o młodym chłopcu, Jimie Hawkinsie, który wraz z owdowiałą matką prowadził tawernę “Admiral Benbow” i mieli pecha (czy - jak się potem okazuje - szczęście), że zalągł im się lokator: stary, paskudny marynarz. Po nagłej śmierci gościa w jego bagażu znalazło się tajemnicze zawiniątko z mapą skarbu, udało się odeprzeć atak jego dawnych kamratów, a potem matkę-karczmarkę zostawiono samą sobie (oddychanie, tak), a młody Jim z lokalnym lordem, zaufanym służącym i domowym lekarzem kupili okręt, zebrali załogę i wybrali się w podróż życia. Oczywiście wnikliwa czytelniczka od razu wiedziała, że dziwnie wyglądająca załoga zebrana przez jednonogiego kucharza niekoniecznie będzie posłusznie wykonywać rozkazy kapitana, ale protagoniści dowiedzieli się o tym dopiero na wyspie, kiedy wtem większość załogi okazała się piratami. Trochę strzelania i biegania po wyspie, sprytny ocaleniec, dyplomacja lekarza oraz brawura młodego Jima, to wszystko przyczyniło się do pokonania piratów i triumfalnego powrotu ze skarbem.

#116/#30

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota grudzień 20, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Malwina przegrała milion

1983[1]. Fabryka w Golewicach finalizuje zakup technologii katalizatora od francuskiej firmy, kiedy to firma nagle zrywa negocjacje i jej przedstawiciele wyjeżdżają. To oznacza katastrofę, bo bez katalizatora nie ruszy produkcja potrzebnych nawozów sztucznych. Grupa inżynierów unosi się honorem i stwierdza, że sami wykminią technologię, nie trzeba opóźniać rozpoczęcia produkcji, czekając na laboratorium z Centrali. I wszystko prowadziłoby do wykonania planu, gdyby nie pojawiające się dziwne zdarzenia - ktoś odkręcił kurki u jednego z inżynierów, mieszkanie drugiego spłonęło, trzeci się czymś zatruł, a w jego samochodzie zginęła przypadkowa osoba. Włącza się milicja, która zaczyna podejrzewać, że ktoś sabotuje prace. W drugim wątku pokazana jest perspektywa i motywacje sabotażystów - jednemu oczy się świecą do dolarów, jakie ma dostać z centrali w Monachium, drugi chciałby robić bomby w Stanach, trzeci marzy o luksusie. Oczywiście milicja jest zawsze o krok z przodu, a po serii przebieranek i udawanek, następuje wielki finał. Spoiler alert: inżynierom udaje się mimo przeciwności wynaleźć katalizator.

Się opowiada zabawne dowcipy: o zgwałceniu martwej kobiety, bo Francuz gwałciciel myślał, że to Angielka.

Się czyta: Archera “Czy powiemy panu prezydentowi?”. Co ciekawe, mam wydanie zmienione pt. “Co powiemy pani prezydent?”

Się je: pierożki z mięsem ze zsiadłym mlekiem, ziemniaki również ze zsiadłym mlekiem; jarzynową, mielony z sałatą i coś, co nazywało się kompotem, a smakowało jak rozpuszczone landrynki (u “Truciciela”); chłodnik na śmietanie z jajkiem, kurczaka z sałatą, kompot z truskawek (w domu rodzinnym); sandacza w galarecie, pieczywo, masło, bulion z pasztecikiem, bryzol dla pani i golonka dla panów (w hotelowej restauracji); kaszankę po staropolsku, zrazy po chłopsku (drogo w skansenie); sałatkę z pomidorów i jajecznicę z 6 jaj (na śniadanie, jest też szynka); wspólnie - trzeba oddać kartki żywnościowe osobie gotującej obiady.

Się pali: Marlboro, Ekstra mocne, Pall Malle, Chesterfieldy, Gauloise’y (we Francji).

Się chowa: wódkę w tajnym schowku w tapczanie, bo inaczej mąż wszystko wychla.

Się pije: 2 piwa (więc trzeźwy), zimne mleko, colę, domową nalewkę smorodinówkę, koniak (i zagryza czosnkową kiełbasą dla zabicia zapachu), dry martini z lodem (pod słone paluszki), szkocką, wermut, petit crème, anyżówkę, piwo wzmocnione żytem (pod ogórek lub pomidora), “Neskę” ze śmietanką, sodową z syfonu.

Się przekupuje: paczką kawy, zagranicznymi papierosami, angielską herbatą.

Się nosi: kolorowe skarpety do sandałów, dżinsowe spodnie modnie wytarte na kolanach, koszulkę z idiotycznym napisem “I love you” (przez którą właściciel o mało co nie pobił jakiegoś pedała, który napis wziął do siebie).

[1] Jest to o tyle istotne, że - według “Amerykanina” - fala uchodźców politycznych nie jest już miło witana za granicą. Burzliwe czasy są wspomniane również w odniesieniu do jednego drugoplanowego bohatera, który zaangażował się w wielką politykę, ale po kilku miesiącach mu się znudziło i wrócił do Golewic. Dyrektor zakładów zwierza się, że po październiku zrehabilitowano mnie, ale to nie to samo.

Inne tej autorki.

#110/#29

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 8, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Anna Kłodzińska - Malwina przegrała milion

1983[1]. Fabryka w Golewicach finalizuje zakup technologii katalizatora od francuskiej firmy, kiedy to firma nagle zrywa negocjacje i jej przedstawiciele wyjeżdżają. To oznacza katastrofę, bo bez katalizatora nie ruszy produkcja potrzebnych nawozów sztucznych. Grupa inżynierów unosi się honorem i stwierdza, że sami wykminią technologię, nie trzeba opóźniać rozpoczęcia produkcji, czekając na laboratorium z Centrali. I wszystko prowadziłoby do wykonania planu, gdyby nie pojawiające się dziwne zdarzenia - ktoś odkręcił kurki u jednego z inżynierów, mieszkanie drugiego spłonęło, trzeci się czymś zatruł, a w jego samochodzie zginęła przypadkowa osoba. Włącza się milicja, która zaczyna podejrzewać, że ktoś sabotuje prace. W drugim wątku pokazana jest perspektywa i motywacje sabotażystów - jednemu oczy się świecą do dolarów, jakie ma dostać z centrali w Monachium, drugi chciałby robić bomby w Stanach, trzeci marzy o luksusie. Oczywiście milicja jest zawsze o krok z przodu, a po serii przebieranek i udawanek, następuje wielki finał. Spoiler alert: inżynierom udaje się mimo przeciwności wynaleźć katalizator.

Się opowiada zabawne dowcipy: o zgwałceniu martwej kobiety, bo Francuz gwałciciel myślał, że to Angielka.

Się czyta: Archera “Czy powiemy panu prezydentowi?”. Co ciekawe, mam wydanie zmienione pt. “Co powiemy pani prezydent?”

Się je: pierożki z mięsem ze zsiadłym mlekiem, ziemniaki również ze zsiadłym mlekiem; jarzynową, mielony z sałatą i coś, co nazywało się kompotem, a smakowało jak rozpuszczone landrynki (u “Truciciela”); chłodnik na śmietanie z jajkiem, kurczaka z sałatą, kompot z truskawek (w domu rodzinnym); sandacza w galarecie, pieczywo, masło, bulion z pasztecikiem, bryzol dla pani i golonka dla panów (w hotelowej restauracji); kaszankę po staropolsku, zrazy po chłopsku (drogo w skansenie); sałatkę z pomidorów i jajecznicę z 6 jaj (na śniadanie, jest też szynka); wspólnie - trzeba oddać kartki żywnościowe osobie gotującej obiady.

Się pali: Marlboro, Ekstra mocne, Pall Malle, Chesterfieldy, Gauloise’y (we Francji).

Się chowa: wódkę w tajnym schowku w tapczanie, bo inaczej mąż wszystko wychla.

Się pije: 2 piwa (więc trzeźwy), zimne mleko, colę, domową nalewkę smorodinówkę, koniak (i zagryza czosnkową kiełbasą dla zabicia zapachu), dry martini z lodem (pod słone paluszki), szkocką, wermut, petit crème, anyżówkę, piwo wzmocnione żytem (pod ogórek lub pomidora), “Neskę” ze śmietanką, sodową z syfonu.

Się przekupuje: paczką kawy, zagranicznymi papierosami, angielską herbatą.

Się nosi: kolorowe skarpety do sandałów, dżinsowe spodnie modnie wytarte na kolanach, koszulkę z idiotycznym napisem “I love you” (przez którą właściciel o mało co nie pobił jakiegoś pedała, który napis wziął do siebie).

[1] Jest to o tyle istotne, że - według “Amerykanina” - fala uchodźców politycznych nie jest już miło witana za granicą. Burzliwe czasy są wspomniane również w odniesieniu do jednego drugoplanowego bohatera, który zaangażował się w wielką politykę, ale po kilku miesiącach mu się znudziło i wrócił do Golewic. Dyrektor zakładów zwierza się, że po październiku zrehabilitowano mnie, ale to nie to samo.

Inne tej autorki.

#110/#29

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek grudzień 8, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Mark Twain - Przygody Tomka Sawyera

Spieszę donieść zaniepokojonym, że to w dalszym ciągu jest świetnie napisana książka przygodowa, zabawna, ironiczna, oczywiście nie wolna od znaków czasu, ale niebolesna w czytaniu.

Tomek mieszka u ciotki Polly, która załamuje ręce, co z niego wyrośnie. Bo to pędziwiatr, niekoniecznie sobie radzi z emocjami, lubi wdawać się w bójki, nie lubi się uczyć, a braki wiedzy nadrabia sprytem. Historia kary w postaci bielenia płotu, którą Tomek zamienił w zysk i chwałę w szkółce niedzielnej, to chyba jedna z moich ulubionych w książce. Bo wspólnym mianownikiem wszystkich przygód jest entuzjazm, dzięki któremu nawet z kiepskiej sytuacji - znudzenia zabawą w piratów, mrocznej wizyty na cmentarzu, lania od ciotki czy zagubienia się w grotach - Tomek potrafi wyjść z podniesioną głową. Niekoniecznie czysty, ale zadowolony.

Oczywiście jest i drugie dno - mimo pozornej opieki dzieci są zaniedbane, przemoc, głód i choroby są normą. Rzecz się dzieje na Południu, temat niewolnictwa jest potraktowany dość oględnie (Czarni są, tylko do kogoś należą), a naczelnym wrogiem jest metys Joe, który zupełnie przypadkiem zszedł na drogę zbrodni po tym, jak został ukarany za “włóczęgostwo”. Wiem, Twain doskonale wiedział, co robi, ale pewne didaskalia się mogą przydać, zwłaszcza jak się czyta książkę młodzieży.

#108/#28

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 4, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj


Mark Twain - Przygody Tomka Sawyera

Spieszę donieść zaniepokojonym, że to w dalszym ciągu jest świetnie napisana książka przygodowa, zabawna, ironiczna, oczywiście nie wolna od znaków czasu, ale niebolesna w czytaniu.

Tomek mieszka u ciotki Polly, która załamuje ręce, co z niego wyrośnie. Bo to pędziwiatr, niekoniecznie sobie radzi z emocjami, lubi wdawać się w bójki, nie lubi się uczyć, a braki wiedzy nadrabia sprytem. Historia kary w postaci bielenia płotu, którą Tomek zamienił w zysk i chwałę w szkółce niedzielnej, to chyba jedna z moich ulubionych w książce. Bo wspólnym mianownikiem wszystkich przygód jest entuzjazm, dzięki któremu nawet z kiepskiej sytuacji - znudzenia zabawą w piratów, mrocznej wizyty na cmentarzu, lania od ciotki czy zagubienia się w grotach - Tomek potrafi wyjść z podniesioną głową. Niekoniecznie czysty, ale zadowolony.

Oczywiście jest i drugie dno - mimo pozornej opieki dzieci są zaniedbane, przemoc, głód i choroby są normą. Rzecz się dzieje na Południu, temat niewolnictwa jest potraktowany dość oględnie (Czarni są, tylko do kogoś należą), a naczelnym wrogiem jest metys Joe, który zupełnie przypadkiem zszedł na drogę zbrodni po tym, jak został ukarany za “włóczęgostwo”. Wiem, Twain doskonale wiedział, co robi, ale pewne didaskalia się mogą przydać, zwłaszcza jak się czyta książkę młodzieży.

#108/#28

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 4, 2025

Link bezpośredni - Kategoria: Słucham (literatury) - - 0 komentarzy - Skomentuj