Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Here I am again

[11-15.02.2024]

Najpierw o przygodach z apartamentem. Otóż zarezerwowałam sobie apartament kilka miesięcy temu, bardzo zadowolona z siebie, bo cena okazyjna, a lokalizacja świetna, po czym przez kilka dni nie zaglądałam do poczty, gdzie przychodzą powiadomienia z bookingu i nie zauważyłam, że zabrakło mi środków na karcie, żeby booking sobie ściągnął należność. Rezerwacja anulowana, w takiej cenie jak miałam, to już nie ma, mogę dwa oddzielne pokoje. Nie bądźcie jak ja. Szczęśliwie okazało się, że niedaleko jest nieco droższy, ale przepiękny apartament, tyle że bez ocen. Trochę niepokoju, ale okazało się po krótkim śledztwie, że to nowy lokal znanej firmy, świeżo po remoncie i jesteśmy jednymi z pierwszych lokatorów. Wszystko elektronicznie, toaleta spłukiwana deszczówką, przestronnie i tak bardziej na bogato, b. Zadowolona. I widok na ratusz i bibliotekę. Już planuję lato 2025.

A w samym Libercu czuję się już dość zadomowiona. Poskładały mi się kolejne kawałki miasta, już rozumiem, gdzie Masarykova, Husova i Přehrada Harcov (koło siebie!). W centrum w zasadzie bez zmian - ratusz i plac przy ratuszu, gdzie okazjonalnie zmienia się sztuka; poprzednio stała tam rzeźba Quo Vadis Černego, a wcześniej Sublima z huty Pačinek, teraz pojawiła się rzeźba roboczo przeze mnie nazwana “Srutu tutu, piesek z drutu”. Rozczarowana byłam oczywiście, że zimą się ratusza nie zwiedza, ani nie wchodzi na wieżę. Odkryłam nowe śniadaniownie i nowe obiadownie, wszystkie bardzo mi pasowały. Pro-tip na krążenie w poszukiwaniu miejsca parkingowego - godzinę darmo ma się w Liberec Plaza, jak się zrobi zakupy w tamtejszej Billi.

Adresy:

Nachalna propaganda LGBT+ Ratusz, a przed ratuszem rzeźba z pieskiem Biblioteka miejska Uczta olbrzymów / Ratusz Husova Widok z aparamentu, rewers Apartament z widokiem / Widok Widok, nocą Bez konceptu Bez konceptu Vita Cafe Indyjska / Wink Cafe

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 17, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, liberec - 2 komentarze - Skomentuj


Here I am again

[11-15.02.2024]

Najpierw o przygodach z apartamentem. Otóż zarezerwowałam sobie apartament kilka miesięcy temu, bardzo zadowolona z siebie, bo cena okazyjna, a lokalizacja świetna, po czym przez kilka dni nie zaglądałam do poczty, gdzie przychodzą powiadomienia z bookingu i nie zauważyłam, że zabrakło mi środków na karcie, żeby booking sobie ściągnął należność. Rezerwacja anulowana, w takiej cenie jak miałam, to już nie ma, mogę dwa oddzielne pokoje. Nie bądźcie jak ja. Szczęśliwie okazało się, że niedaleko jest nieco droższy, ale przepiękny apartament, tyle że bez ocen. Trochę niepokoju, ale okazało się po krótkim śledztwie, że to nowy lokal znanej firmy, świeżo po remoncie i jesteśmy jednymi z pierwszych lokatorów. Wszystko elektronicznie, toaleta spłukiwana deszczówką, przestronnie i tak bardziej na bogato, b. Zadowolona. I widok na ratusz i bibliotekę. Już planuję lato 2025.

A w samym Libercu czuję się już dość zadomowiona. Poskładały mi się kolejne kawałki miasta, już rozumiem, gdzie Masarykova, Husova i Přehrada Harcov (koło siebie!). W centrum w zasadzie bez zmian - ratusz i plac przy ratuszu, gdzie okazjonalnie zmienia się sztuka; poprzednio stała tam rzeźba Quo Vadis Černego, a wcześniej Sublima z huty Pačinek, teraz pojawiła się rzeźba roboczo przeze mnie nazwana “Srutu tutu, piesek z drutu”. Rozczarowana byłam oczywiście, że zimą się ratusza nie zwiedza, ani nie wchodzi na wieżę. Odkryłam nowe śniadaniownie i nowe obiadownie, wszystkie bardzo mi pasowały. Pro-tip na krążenie w poszukiwaniu miejsca parkingowego - godzinę darmo ma się w Liberec Plaza, jak się zrobi zakupy w tamtejszej Billi.

Adresy:

Nachalna propaganda LGBT+ Ratusz, a przed ratuszem rzeźba z pieskiem Biblioteka miejska Uczta olbrzymów / Ratusz Husova Widok z aparamentu, rewers Apartament z widokiem / Widok Widok, nocą Bez konceptu Bez konceptu Vita Cafe Indyjska / Wink Cafe

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 17, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: czechy, liberec - 2 komentarze - Skomentuj


Kevin Wilson - Nic tu po was

USA. Lilian dostasta w ubogiej rodzinie. Mimo to dzięki ogromnemu wysiłkowi udaje się jej dostać stypendium do prywatnej prestiżowej szkoły, gdzie poznaje Madison, córkę milionera. Wielka przyjaźń, niestety przerwana pewnym przykrym incydentem - buntownicza Madison zostaje złapana z torebką kokainy. Tyle że to nie Madison wylatuje ze szkoły, a Lilian; matka dziewczyny chętnie przyjmuje 10 tysięcy od milionera i przekonuje, żeby córka wzięła na siebie odpowiedzialność, przecież jest najlepszą uczennicą, stypendystką, nic jej nie grozi, będzie miała taryfę ulgową, tyle że jednak tak. Mijają lata, dziewczęta okazjonalnie do siebie pisują, życie Lilian nie jest specjalnie radosne, mieszka na strychu domu matki, ma głodowe prace, ale obserwuje wspaniałą karierę, jaką robi jej przyjaciółka - dobre studia, staż przy kampanii, małżeństwo z senatorem. Wtem Madison zaprasza Lilian, proponując jej pracę - ma opiekować się nieco trudnymi dziećmi jej męża z poprzedniego związku. Trudne to eufemizm - bliźnięta Roland i Bessie czasem zajmują się ogniem, bez szkody dla siebie, ale potrafią spalić wszystko dookoła. To, jak się łatwo domyślić, sprawia, że życie Madison nie jest idealne - nie może być, razem ze ślicznym synkiem, medialnym wsparciem dla męża, kandydującego na ważną rządową pozycję. Lilian z właściwym sobie sarkazmem podejmuje się zadania, odkrywając w sobie ogromną niezgodę na to, jak urządzony jest świat.

Mimo elementu fantastycznego, to celna obserwacja różnic między warstwami w niby demokratycznych Stanach. Szanse na wyjście Lilian z getta są mikre, bo mimo wysiłku wystarczy jeden fałszywy krok (tu nawet nie jej, a jej matki), żeby wrócić do punktu wyjścia. Madison, z ogromnym zapleczem finansowym, nawet jeśli podejmie złą decyzję, nie spada na dół, najwyżej robi mały kroczek w tył. Lilian to doskonale wie, ale przecież kocha Madison i ma nadzieję, że Madison tak samo kocha ją, więc nie protestuje, kiedy z roli przyjaciółki zostaje sprowadzona do roli pracowniczki i ukryta w domku w ogrodzie. Bo to też historia o miłości, która jest rozłożona nierówno i czasem przybiera dramatyczne formy. Roland i Bessie są inteligentnymi dziećmi, ale względu na niezwykłą i trudną do opanowania cechę (i tu zwyczajnie można wstawić dowolną niepełnosprawność, żeby uniknąć efektu nadnaturalnego) są zaniedbywane i przerzucane jak, nomen omen, gorący kartofel. Jedyna wada dla mnie, to że finał następuje za szybko, po długim wstępie i krótkiej historii właściwej wtem koniec. Zgrabny, ale w niewłaściwym miejscu opowieści.

#16

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 15, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Kevin Wilson - Nic tu po was

USA. Lilian dostasta w ubogiej rodzinie. Mimo to dzięki ogromnemu wysiłkowi udaje się jej dostać stypendium do prywatnej prestiżowej szkoły, gdzie poznaje Madison, córkę milionera. Wielka przyjaźń, niestety przerwana pewnym przykrym incydentem - buntownicza Madison zostaje złapana z torebką kokainy. Tyle że to nie Madison wylatuje ze szkoły, a Lilian; matka dziewczyny chętnie przyjmuje 10 tysięcy od milionera i przekonuje, żeby córka wzięła na siebie odpowiedzialność, przecież jest najlepszą uczennicą, stypendystką, nic jej nie grozi, będzie miała taryfę ulgową, tyle że jednak tak. Mijają lata, dziewczęta okazjonalnie do siebie pisują, życie Lilian nie jest specjalnie radosne, mieszka na strychu domu matki, ma głodowe prace, ale obserwuje wspaniałą karierę, jaką robi jej przyjaciółka - dobre studia, staż przy kampanii, małżeństwo z senatorem. Wtem Madison zaprasza Lilian, proponując jej pracę - ma opiekować się nieco trudnymi dziećmi jej męża z poprzedniego związku. Trudne to eufemizm - bliźnięta Roland i Bessie czasem zajmują się ogniem, bez szkody dla siebie, ale potrafią spalić wszystko dookoła. To, jak się łatwo domyślić, sprawia, że życie Madison nie jest idealne - nie może być, razem ze ślicznym synkiem, medialnym wsparciem dla męża, kandydującego na ważną rządową pozycję. Lilian z właściwym sobie sarkazmem podejmuje się zadania, odkrywając w sobie ogromną niezgodę na to, jak urządzony jest świat.

Mimo elementu fantastycznego, to celna obserwacja różnic między warstwami w niby demokratycznych Stanach. Szanse na wyjście Lilian z getta są mikre, bo mimo wysiłku wystarczy jeden fałszywy krok (tu nawet nie jej, a jej matki), żeby wrócić do punktu wyjścia. Madison, z ogromnym zapleczem finansowym, nawet jeśli podejmie złą decyzję, nie spada na dół, najwyżej robi mały kroczek w tył. Lilian to doskonale wie, ale przecież kocha Madison i ma nadzieję, że Madison tak samo kocha ją, więc nie protestuje, kiedy z roli przyjaciółki zostaje sprowadzona do roli pracowniczki i ukryta w domku w ogrodzie. Bo to też historia o miłości, która jest rozłożona nierówno i czasem przybiera dramatyczne formy. Roland i Bessie są inteligentnymi dziećmi, ale względu na niezwykłą i trudną do opanowania cechę (i tu zwyczajnie można wstawić dowolną niepełnosprawność, żeby uniknąć efektu nadnaturalnego) są zaniedbywane i przerzucane jak, nomen omen, gorący kartofel. Jedyna wada dla mnie, to że finał następuje za szybko, po długim wstępie i krótkiej historii właściwej wtem koniec. Zgrabny, ale w niewłaściwym miejscu opowieści.

#16

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 15, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, sf-f, 2024 - 0 komentarzy - Skomentuj


Łukasz Orbitowski - Inna dusza

Bydgoszcz, koniec lat 90. Trzech nastolatków - Darek, jego kuzyn Jędrek i Krzysiek - przyjaźni się, chociaż bardziej z braku innych opcji niż z rzeczywistej sympatii. Darek chce zmężnieć, bo jest drobny i niski, chce być taki jak Jędrzej, dodatkowo jest najbardziej przedsiębiorczy z całej trójki: pracuje w prowizorycznej myjni samochodów, szuka okazji do zarobku, finalnie wchodzi w krąg niejakiego Wesołego Fido, który zapłaci młodemu chłopcu, jeśli ten będzie dyskretny. Krzysiek odstaje - jest biedny, jego matka dorabia w maglu, a ojciec w najlepszych momentach buduje modele samolotów i pojazdów wojskowych na sprzedaż. Niekoniecznie jednak do tego dochodzi, bo ojciec pije, a jak pije, to z domu znika wszystko, co ma wartość, matka nalega, żeby syn szukał pijanego ojca po mieście i wbrew jego woli przyprowadzał do domu. Krótkie okresy stabilności, kiedy Krzysiek czuje do ojca miłość i myśli, że teraz już będzie dobrze, przeplatają się z horrorem. Dlatego, kiedy ktoś brutalnie zabija Darka, Krzysiek bardzo chce, żeby ta osoba zabiła też jego ojca. A chociaż policja nie wykrywa mordercy, Krzysiek ma niezachwiane przekonanie, że był to Jędrek - złoty chłopak, pomocny, z dobrego domu, obiecujący cukiernik; wystarczy poprosić Jędrka i koszmar Krzyśka się skończy. Czytelnik też to wie, bo pierwszoosobowa narracja Krzyśka przeplata się z trzecioosobową Jędrka, pokazującą, jak budzi się w jego głowie ta tytułowa “inna dusza”, która bez wahania każe mu wyjąć nóż nie raz, ale kilka.

Zaskoczeniem było dla mnie, że to książka oparta na faktach, a nie powieść. Orbitowski opowiedział tę historię, zaczynając od współczesności, kiedy dorosły już Krzysiek regularnie odwiedza Jędrka w więzieniu, gdzie ten odsiaduje dożywocie, a następnie próbując wyjaśnić, dlaczego nastolatek zabił brutalnie dwie osoby. Nie pada satysfakcjonujące wyjaśnienie, Jędrzej nie mówi, jedynie stwierdza: „Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. – Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już”. Straszne jest też miasto z okresu transformacji - bez perspektyw, niespokojne, gdzie ludzie odwracają oczy do momentu tragedii, ignorują domową przemoc czy krążących po mieście przestępców, ale oczywiście potem uczestniczą w żałobnym marszu, wymieniając uwagi o tym, że przecież to był taki dobry chłopak, mówił zawsze “dzień dobry”. I to chyba jest najbardziej przerażające - normalność, która znienacka wybucha w przemoc: letnia sielska wycieczka, na którą Krzysiek z wysiłkiem pożycza rower, kończy się utopieniem kociąt (nie przeczytałam tych stron), emocjonujący konkurs na najpiękniejsze ciasto, w który Jędrzej wkłada całego siebie, wszyscy go wspierają, a w finale z powodu braku wystarczającej nagrody niewspółmiernie wybucha i grozi otoczeniu, uśmiech i chęć pomocy strapionej sąsiadce, gdy za plecami trzyma nóż ociekający krwią czy wspieranie rodziny wuja w żałobie. I wreszcie finał, który znamy od początku - Jędrek w więzieniu, a Krzysiek, który nie wyjechał z Bydgoszczy, opiekuje się swoim zdegenerowanym ojcem mimo wszystkiego, co ojciec zrobił. I wtedy w głowie pojawia się pytanie “Co można było zrobić, żeby do tego nie doszło?”.

Inne tego autora.

#15

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 14, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2024 - 2 komentarze - Skomentuj


Łukasz Orbitowski - Inna dusza

Bydgoszcz, koniec lat 90. Trzech nastolatków - Darek, jego kuzyn Jędrek i Krzysiek - przyjaźni się, chociaż bardziej z braku innych opcji niż z rzeczywistej sympatii. Darek chce zmężnieć, bo jest drobny i niski, chce być taki jak Jędrzej, dodatkowo jest najbardziej przedsiębiorczy z całej trójki: pracuje w prowizorycznej myjni samochodów, szuka okazji do zarobku, finalnie wchodzi w krąg niejakiego Wesołego Fido, który zapłaci młodemu chłopcu, jeśli ten będzie dyskretny. Krzysiek odstaje - jest biedny, jego matka dorabia w maglu, a ojciec w najlepszych momentach buduje modele samolotów i pojazdów wojskowych na sprzedaż. Niekoniecznie jednak do tego dochodzi, bo ojciec pije, a jak pije, to z domu znika wszystko, co ma wartość, matka nalega, żeby syn szukał pijanego ojca po mieście i wbrew jego woli przyprowadzał do domu. Krótkie okresy stabilności, kiedy Krzysiek czuje do ojca miłość i myśli, że teraz już będzie dobrze, przeplatają się z horrorem. Dlatego, kiedy ktoś brutalnie zabija Darka, Krzysiek bardzo chce, żeby ta osoba zabiła też jego ojca. A chociaż policja nie wykrywa mordercy, Krzysiek ma niezachwiane przekonanie, że był to Jędrek - złoty chłopak, pomocny, z dobrego domu, obiecujący cukiernik; wystarczy poprosić Jędrka i koszmar Krzyśka się skończy. Czytelnik też to wie, bo pierwszoosobowa narracja Krzyśka przeplata się z trzecioosobową Jędrka, pokazującą, jak budzi się w jego głowie ta tytułowa “inna dusza”, która bez wahania każe mu wyjąć nóż nie raz, ale kilka.

Zaskoczeniem było dla mnie, że to książka oparta na faktach, a nie powieść. Orbitowski opowiedział tę historię, zaczynając od współczesności, kiedy dorosły już Krzysiek regularnie odwiedza Jędrka w więzieniu, gdzie ten odsiaduje dożywocie, a następnie próbując wyjaśnić, dlaczego nastolatek zabił brutalnie dwie osoby. Nie pada satysfakcjonujące wyjaśnienie, Jędrzej nie mówi, jedynie stwierdza: „Nie wiem. Ja sobie myślę, że w każdym drzemie coś takiego, tylko w jednym się budzi, a w drugim nie budzi, i tyle – mówi. – Inna dusza się budzi. A może diabeł. Chętka, by zabić, i już”. Straszne jest też miasto z okresu transformacji - bez perspektyw, niespokojne, gdzie ludzie odwracają oczy do momentu tragedii, ignorują domową przemoc czy krążących po mieście przestępców, ale oczywiście potem uczestniczą w żałobnym marszu, wymieniając uwagi o tym, że przecież to był taki dobry chłopak, mówił zawsze “dzień dobry”. I to chyba jest najbardziej przerażające - normalność, która znienacka wybucha w przemoc: letnia sielska wycieczka, na którą Krzysiek z wysiłkiem pożycza rower, kończy się utopieniem kociąt (nie przeczytałam tych stron), emocjonujący konkurs na najpiękniejsze ciasto, w który Jędrzej wkłada całego siebie, wszyscy go wspierają, a w finale z powodu braku wystarczającej nagrody niewspółmiernie wybucha i grozi otoczeniu, uśmiech i chęć pomocy strapionej sąsiadce, gdy za plecami trzyma nóż ociekający krwią czy wspieranie rodziny wuja w żałobie. I wreszcie finał, który znamy od początku - Jędrek w więzieniu, a Krzysiek, który nie wyjechał z Bydgoszczy, opiekuje się swoim zdegenerowanym ojcem mimo wszystkiego, co ojciec zrobił. I wtedy w głowie pojawia się pytanie “Co można było zrobić, żeby do tego nie doszło?”.

Inne tego autora.

#15

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 14, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2024 - 2 komentarze - Skomentuj


12 małp

Pamiętam, że obejrzałam pierwszy odcinek 1 sezonu lata temu, wzruszyłam ramionami, bo w zasadzie to była rozwodniona kalka z doskonałego filmu, tylko z mniej znanymi aktorami i stwierdziłam, że meh, niekoniecznie. I w jakże mylnym błędzie byłam! Wprawdzie pierwszy sezon mniej więcej pokrywa się z fabułą filmu, ale od tej pory zaczyna się jazda bez trzymanki w stylu pokrewnym do “Fringe” i “Continuum” (nawet pojawiają się aktorzy z!). I jeśli nieco znudzi Was sezon 1, to wytrzymajcie, trzeba dotrwać do 3 i 4, gdzie brakuje tylko kosmitów.

2043. Świat z populacją mniejszą o 7 miliardów, bo tyle zmarło w pandemii, która błyskawicznie rozeszła się po wszystkich kontynentach w 2016 roku (Emma zawołałaby “Prorocza to noc!” i walnęła kijem od szczotki w podłogę) i doprowadziła do załamania cywilizacji. W cudem uratowanej placówce wojskowej, fizyczka Katarina Jones[1] wysyła w przeszłość Jamesa Cole’a, pierwsza udana podróż po wielu porażkach. Z urywanej wiadomości Cassandry Railly, naukowczyni z CDC, która do ostatniej chwili usiłowała uzyskać szczepionkę na feralną chorobę, wiadomo, kto zapoczątkował katastrofę, więc właśnie do niej kieruje się Cole. Problem w tym, że przyczynowość czasu jest tak silna, że zabicie osoby odpowiedzialnej za pandemię wcale nie sprawia, że przyszłość automatycznie się naprawia. Kolejne misje, kolejne porażki, pojawiający się w pewnym momencie arcyzłoł o pseudonimie Witness (Świadek), który skacze w czasie bez użycia kosztownej aparatury i zna każdy ruch ekipy. Do tego dochodzą paradoksy, przeznaczenie, już raz przeżyte wydarzenia muszą się wydarzyć (co bardzo ładnie jest rozgrywane przez pokazywanie tych samych scen z dodatkowym szczegółem, którego nie było przy pierwszym razie), trochę miłości, nienawiści i komplikacji na poziomie latynoskich telenowel, a wreszcie malowniczy i niejednoznaczny finał.

Co najlepsze, serial bywa miejscami przezabawny zarówno w dialogach (złotousty Ramse i Deacon), postaciach (najlepsza oczywiście jest Jennifer, Która Słyszy Głosy, a dodatkowo jest nadszczera i godna tytułu Jądra Chaosu) czy wreszcie wycieczki w bliższą i dalszą przeszłość, gdzie do rozwiązania fabuły potrzebny jest heist, zdarza się pętla czasowa w stylu “Dnia Świstaka” czy - w ogóle mnie to już nie zdziwiło - lądujemy w czasie drugiej wojny światowej, żeby obserwować zamach na Hitlera. Dużo robi muzyka (“99 Luftballons”!) i scenografia, dopracowana do ostatniego szczegółu. Dygresja - miesiąc temu odwiedziłam Liberec, a tam Muzeum Północnoczeskie; wtem akcja serialu przenosi się do Pragi, gdzie jedna z postaci dokonuje zuchwałej kradzieży w stylu “Mission Impossible” (poniekąd) pewnego artefaktu z muzeum. Tak, właśnie tego. Obśmiałam się jak norka, przypadek? nie sądzę. Jedyne, czego bym się czepiała, to iskry lecące przy byle okazji z aparatury elektronicznej; jeśli coś iskrzy, to nie jest drobny bug, tylko zaraz wszystko się sfajczy. Ale po za tym - mucha nie siada. Oczywiście dyskutowałam z ekranem przez całe cztery sezony. Dla mnie i każdego fana podróży w czasie - must have.

[1] Był czeski akcent, jest też polski - Barbara Sukowa (Jones) przez czas jakiś była konkubiną naszego Olbrychskiego.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 12, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


12 małp

Pamiętam, że obejrzałam pierwszy odcinek 1 sezonu lata temu, wzruszyłam ramionami, bo w zasadzie to była rozwodniona kalka z doskonałego filmu, tylko z mniej znanymi aktorami i stwierdziłam, że meh, niekoniecznie. I w jakże mylnym błędzie byłam! Wprawdzie pierwszy sezon mniej więcej pokrywa się z fabułą filmu, ale od tej pory zaczyna się jazda bez trzymanki w stylu pokrewnym do “Fringe” i “Continuum” (nawet pojawiają się aktorzy z!). I jeśli nieco znudzi Was sezon 1, to wytrzymajcie, trzeba dotrwać do 3 i 4, gdzie brakuje tylko kosmitów.

2043. Świat z populacją mniejszą o 7 miliardów, bo tyle zmarło w pandemii, która błyskawicznie rozeszła się po wszystkich kontynentach w 2016 roku (Emma zawołałaby “Prorocza to noc!” i walnęła kijem od szczotki w podłogę) i doprowadziła do załamania cywilizacji. W cudem uratowanej placówce wojskowej, fizyczka Katarina Jones[1] wysyła w przeszłość Jamesa Cole’a, pierwsza udana podróż po wielu porażkach. Z urywanej wiadomości Cassandry Railly, naukowczyni z CDC, która do ostatniej chwili usiłowała uzyskać szczepionkę na feralną chorobę, wiadomo, kto zapoczątkował katastrofę, więc właśnie do niej kieruje się Cole. Problem w tym, że przyczynowość czasu jest tak silna, że zabicie osoby odpowiedzialnej za pandemię wcale nie sprawia, że przyszłość automatycznie się naprawia. Kolejne misje, kolejne porażki, pojawiający się w pewnym momencie arcyzłoł o pseudonimie Witness (Świadek), który skacze w czasie bez użycia kosztownej aparatury i zna każdy ruch ekipy. Do tego dochodzą paradoksy, przeznaczenie, już raz przeżyte wydarzenia muszą się wydarzyć (co bardzo ładnie jest rozgrywane przez pokazywanie tych samych scen z dodatkowym szczegółem, którego nie było przy pierwszym razie), trochę miłości, nienawiści i komplikacji na poziomie latynoskich telenowel, a wreszcie malowniczy i niejednoznaczny finał.

Co najlepsze, serial bywa miejscami przezabawny zarówno w dialogach (złotousty Ramse i Deacon), postaciach (najlepsza oczywiście jest Jennifer, Która Słyszy Głosy, a dodatkowo jest nadszczera i godna tytułu Jądra Chaosu) czy wreszcie wycieczki w bliższą i dalszą przeszłość, gdzie do rozwiązania fabuły potrzebny jest heist, zdarza się pętla czasowa w stylu “Dnia Świstaka” czy - w ogóle mnie to już nie zdziwiło - lądujemy w czasie drugiej wojny światowej, żeby obserwować zamach na Hitlera. Dużo robi muzyka (“99 Luftballons”!) i scenografia, dopracowana do ostatniego szczegółu. Dygresja - miesiąc temu odwiedziłam Liberec, a tam Muzeum Północnoczeskie; wtem akcja serialu przenosi się do Pragi, gdzie jedna z postaci dokonuje zuchwałej kradzieży w stylu “Mission Impossible” (poniekąd) pewnego artefaktu z muzeum. Tak, właśnie tego. Obśmiałam się jak norka, przypadek? nie sądzę. Jedyne, czego bym się czepiała, to iskry lecące przy byle okazji z aparatury elektronicznej; jeśli coś iskrzy, to nie jest drobny bug, tylko zaraz wszystko się sfajczy. Ale po za tym - mucha nie siada. Oczywiście dyskutowałam z ekranem przez całe cztery sezony. Dla mnie i każdego fana podróży w czasie - must have.

[1] Był czeski akcent, jest też polski - Barbara Sukowa (Jones) przez czas jakiś była konkubiną naszego Olbrychskiego.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 12, 2024

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dune: Part Two

Poszłam do kina! Z mężem i bez nastolatki, która stwierdziła, że nie lubi filmów z aktorami (aktualnie tylko anime, z grzeczności robi wyjątek dla tzw. klasyków, czyli “Chłopaki nie płaczą” czy “Misia”), a uwielbia, kiedy ma chatę dla siebie i wypycha nas z zastanawiającą skwapliwością. Tyle że jakkolwiek doceniam rozmach, dźwięk, kolor i duży ekran, tak… nie mam poczucia, że nie można poczekać na VOD. Oraz można było zwyczajnie z tego zrobić serial i jeszcze nieco wzbogacić w detale i tło historyczne.

Paul i lady Jessica z niespodzianką po zamachu trafiają do Fremenów. Wprawdzie na początku wszyscy poza Stilgarem traktują ich jak utrapienie, ale propaganda Bene Gesserit robi swoje - Jessica zostaje Matką Wielebną w miejsce aktualnej Matki Wielebnej, zaś Paul pokazuje, że umie się zaaklimatyzować nie tylko na pustyni, ale i w namiocie z Chani; w kwestii jaką Zendaya i Timothee mają chemię na ekranie, to ja w ogóle nie mam słów. Paul na początku nie chce iść śladem napisanej przed wiekami roli, ale po wypiciu Wody Życia dociera do niego, że to jedyna sensowna droga. Mnóstwo walk aż do wielkiego finału z przejęciem władzy i pojedynkiem z psychopatycznym Feyd-Rauthą.

Podobało mi się chyba bardziej niż pierwsza część, mimo że nie było już Duncana Idaho. Imperium Harkonnenów, którzy wprawdzie estetycznie przypominali mi o niesławnej historii chowu wsobnego Habsburgów, wygląda jak Mokry Sen Nazistów o Brutalistycznej Monumentalnej Architekturze. Pustynia - zwyczajnie piękna w swojej surowości, a skalne wnętrza Siczy Tabr są bogate i oszczędne jednocześnie. W kwestii akcji i uproszczeń - tak niewiele pamiętam z książki, że nie wyłapałam żadnych fabularnych wpadek czy niedomówień, aczkolwiek zupełnie wyparłam pochodzenie lady Jessiki. Czy wbrew postanowieniem dokładam kolejną książkę, a nawet dwie, bo mam to stare dwutomowe wydanie z Iskier, na stosik przy łóżku? Być może.

Pierwsza część.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 10, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Dune: Part Two

Poszłam do kina! Z mężem i bez nastolatki, która stwierdziła, że nie lubi filmów z aktorami (aktualnie tylko anime, z grzeczności robi wyjątek dla tzw. klasyków, czyli “Chłopaki nie płaczą” czy “Misia”), a uwielbia, kiedy ma chatę dla siebie i wypycha nas z zastanawiającą skwapliwością. Tyle że jakkolwiek doceniam rozmach, dźwięk, kolor i duży ekran, tak… nie mam poczucia, że nie można poczekać na VOD. Oraz można było zwyczajnie z tego zrobić serial i jeszcze nieco wzbogacić w detale i tło historyczne.

Paul i lady Jessica z niespodzianką po zamachu trafiają do Fremenów. Wprawdzie na początku wszyscy poza Stilgarem traktują ich jak utrapienie, ale propaganda Bene Gesserit robi swoje - Jessica zostaje Matką Wielebną w miejsce aktualnej Matki Wielebnej, zaś Paul pokazuje, że umie się zaaklimatyzować nie tylko na pustyni, ale i w namiocie z Chani; w kwestii jaką Zendaya i Timothee mają chemię na ekranie, to ja w ogóle nie mam słów. Paul na początku nie chce iść śladem napisanej przed wiekami roli, ale po wypiciu Wody Życia dociera do niego, że to jedyna sensowna droga. Mnóstwo walk aż do wielkiego finału z przejęciem władzy i pojedynkiem z psychopatycznym Feyd-Rauthą.

Podobało mi się chyba bardziej niż pierwsza część, mimo że nie było już Duncana Idaho. Imperium Harkonnenów, którzy wprawdzie estetycznie przypominali mi o niesławnej historii chowu wsobnego Habsburgów, wygląda jak Mokry Sen Nazistów o Brutalistycznej Monumentalnej Architekturze. Pustynia - zwyczajnie piękna w swojej surowości, a skalne wnętrza Siczy Tabr są bogate i oszczędne jednocześnie. W kwestii akcji i uproszczeń - tak niewiele pamiętam z książki, że nie wyłapałam żadnych fabularnych wpadek czy niedomówień, aczkolwiek zupełnie wyparłam pochodzenie lady Jessiki. Czy wbrew postanowieniem dokładam kolejną książkę, a nawet dwie, bo mam to stare dwutomowe wydanie z Iskier, na stosik przy łóżku? Być może.

Pierwsza część.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 10, 2024

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj