Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

O Malczewskim w Poznaniu

[7.01.2023]

Raz na jakiś czas odwiedzam poznańskie Muzeum Narodowe, za każdym razem znajdując coś nowego. Tym razem na przykład trafiłam wreszcie do sali ze sztuką antyczną; jestem przekonana, że pierwszy raz. Ale głównym celem było obejrzenie przywiezionych z Lwowa w ramach wsparcia dla Ukrainy obrazów Jacka Malczewskiego. Trochę na przechowanie, trochę jako symbol uchodźstwa, niejednoznacznie, smutno-gorzko. Więcej o wystawie na stronie muzeum, można tam zobaczyć wystawę wirtualną, a na żywo do października 2023.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 28, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tagi: sztuka, muzeum - 0 komentarzy - Skomentuj


O Malczewskim w Poznaniu

[7.01.2023]

Raz na jakiś czas odwiedzam poznańskie Muzeum Narodowe, za każdym razem znajdując coś nowego. Tym razem na przykład trafiłam wreszcie do sali ze sztuką antyczną; jestem przekonana, że pierwszy raz. Ale głównym celem było obejrzenie przywiezionych z Lwowa w ramach wsparcia dla Ukrainy obrazów Jacka Malczewskiego. Trochę na przechowanie, trochę jako symbol uchodźstwa, niejednoznacznie, smutno-gorzko. Więcej o wystawie na stronie muzeum, można tam zobaczyć wystawę wirtualną, a na żywo do października 2023.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek marzec 28, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Fotografia+, Moje miasto - Tagi: sztuka, muzeum - 0 komentarzy - Skomentuj


Carnival Row

”Carnival Row” dzieje się w takiej niby naszej steampunkowej przeszłości, ale różni się kilkoma szczegółami - oprócz ludzi jest więcej świadomych ras: uskrzydlone wróżki (fae), centauropodobne fauny (puck), trollopodobne trowy, wilkołaki i inne. Jak się łatwo domyślić, “czyści” ludzie mają w pogardzie inne rasy, po tym, jak podbijają ich państwa, albo ich tępią, albo zatrudniają jako służbę czy rozrywkę (czy to coś przypomina?). Historia zaczyna się 7 lat po tym, jak kraina wróżek, Tirnanoc, została zaatakowana przez siły Paktu i przegrała, a ocalałe wróżki stopniowo były przemycane do ludzkiego miasta Burgue; tak też trafiła tam partyzantka Vignette Stonemoss. Na miejscu odkrywa, że jej ówczesny ludzki ukochany, Rycroft Philostrate (trochę sic!, ale wszyscy nazywają go Philo), który w ramach walki z Paktem próbował bronić Tirnanoc, wcale nie zginął, tylko ma się dobrze, pracując w lokalnej policji. Po początkowej głośnej irytacji, Vignette zaczyna pomagać Philo najpierw w sprawie śledztwa w sprawie zabójstwa wróżki, które ewoluuje w stronę walki z potworem powołanym do życia przez czarną magię, a w drugim sezonie w polityce, bo poza konfliktem rasowym, wpędzeniem wszystkich nieludzi do getta (ponownie, coś Wam to przypomina?), trwa brutalna walka o władzę i w samym Burgues, jak i na świecie, gdzie feudalistyczno-nacjonalistyczny Pakt walczy z Nowym Świtem, odłamem komunistycznym (po raz trzeci, gdzieś już to spotkaliście?).

Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami - bajkowym zakończeniem po dość mrocznej treści, pozostawieniem niektórych wątków wiszących w powietrzu[1], usprawiedliwianiem mordowania swoich współziomków jako sposobu na przeżycie, rozwiązywanie wątków w sposób, ekhm, nagły czy metodą deus ex machina, wrzuceniu zbyt wielu składników do za małego garnka, bo serial został zamknięty już po dwóch sezonach - ale jak to jest ładnie i na bogato zrealizowane. Perełka estetyczna, Orlando Bloom i Cara Delevingne jako protagoniści, ale i bogaty drugi plan ciekawych i niejednoznacznych postaci; scenariusz to twórcze przekształcenie najczarniejszych kart z naszej historii - nazizmu, kolonializmu, ludobójstwa, komunizmu. Serial nagrywany był w Pradze, w Izerach i paru innych pięknych miejscach. Tak sobie wyobrażałam ekranizację Świata Dysku.

[1] Chociażby ta biedna Jenila na strychu, ona ciągle tam siedzi od połowy drugiego sezonu!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 27, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Carnival Row

”Carnival Row” dzieje się w takiej niby naszej steampunkowej przeszłości, ale różni się kilkoma szczegółami - oprócz ludzi jest więcej świadomych ras: uskrzydlone wróżki (fae), centauropodobne fauny (puck), trollopodobne trowy, wilkołaki i inne. Jak się łatwo domyślić, “czyści” ludzie mają w pogardzie inne rasy, po tym, jak podbijają ich państwa, albo ich tępią, albo zatrudniają jako służbę czy rozrywkę (czy to coś przypomina?). Historia zaczyna się 7 lat po tym, jak kraina wróżek, Tirnanoc, została zaatakowana przez siły Paktu i przegrała, a ocalałe wróżki stopniowo były przemycane do ludzkiego miasta Burgue; tak też trafiła tam partyzantka Vignette Stonemoss. Na miejscu odkrywa, że jej ówczesny ludzki ukochany, Rycroft Philostrate (trochę sic!, ale wszyscy nazywają go Philo), który w ramach walki z Paktem próbował bronić Tirnanoc, wcale nie zginął, tylko ma się dobrze, pracując w lokalnej policji. Po początkowej głośnej irytacji, Vignette zaczyna pomagać Philo najpierw w sprawie śledztwa w sprawie zabójstwa wróżki, które ewoluuje w stronę walki z potworem powołanym do życia przez czarną magię, a w drugim sezonie w polityce, bo poza konfliktem rasowym, wpędzeniem wszystkich nieludzi do getta (ponownie, coś Wam to przypomina?), trwa brutalna walka o władzę i w samym Burgues, jak i na świecie, gdzie feudalistyczno-nacjonalistyczny Pakt walczy z Nowym Świtem, odłamem komunistycznym (po raz trzeci, gdzieś już to spotkaliście?).

Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami - bajkowym zakończeniem po dość mrocznej treści, pozostawieniem niektórych wątków wiszących w powietrzu[1], usprawiedliwianiem mordowania swoich współziomków jako sposobu na przeżycie, rozwiązywanie wątków w sposób, ekhm, nagły czy metodą deus ex machina, wrzuceniu zbyt wielu składników do za małego garnka, bo serial został zamknięty już po dwóch sezonach - ale jak to jest ładnie i na bogato zrealizowane. Perełka estetyczna, Orlando Bloom i Cara Delevingne jako protagoniści, ale i bogaty drugi plan ciekawych i niejednoznacznych postaci; scenariusz to twórcze przekształcenie najczarniejszych kart z naszej historii - nazizmu, kolonializmu, ludobójstwa, komunizmu. Serial nagrywany był w Pradze, w Izerach i paru innych pięknych miejscach. Tak sobie wyobrażałam ekranizację Świata Dysku.

[1] Chociażby ta biedna Jenila na strychu, ona ciągle tam siedzi od połowy drugiego sezonu!

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 27, 2023

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


C’mon C’mon

Johnny jest dziennikarzem radiowym, aktualnie w ramach projektu prowadzi wywiady z dziećmi i młodzieżą na temat przyszłości ich i świata, nadziei i obaw. Wtem po latach milczenia odzywa się do niego siostra i prosi o pomoc w opiece nad 9-letnim synem Jessem na czas, kiedy pojedzie wesprzeć swojego eks-męża i ojca Jessego, wymagającego leczenia psychiatrycznego. Johnny się zgadza, da radę przez kilka dni, jest zachwycony swoim inteligentnym, otwartym i sympatycznym siostrzeńcem. Jednak kiedy z kilku dni robią się dwa tygodnie z opcją przedłużenia, sytuacja robi się napięta. Johnny nie ma doświadczenia jako rodzic, nie chce grać w nietypowe inscenizacje z Jessem, który tęskni za matką, pojawiają się konflikty, jednocześnie zaczyna myśleć o tym, czego brakuje w jego życiu, czemu odciął się od siostry po śmierci matki. Chce też wrócić do pracy, zabiera więc ze sobą chłopca w podróż najpierw do Nowego Jorku, potem do Nowego Orleanu.

Przeładny, czarno-biały film o całej palecie uczuć w rodzinie, o nieumiejętności mówienia o tym, co boli lub co jest straszne; jednocześnie pełne emocji sceny są kontrowane szczerymi i celnymi wypowiedziami przypadkowych młodych ludzi z różnych sfer. Johnny jest sam, bo boi się czuć. Jesse, wprawdzie ośmielany przez matkę - autorkę książek o emocjach - mówi dużo, ale również nie umie wyrazić swoich obaw i dezorientacji chorobą psychiczną ojca, rozstaniem rodziców i nieobecnością (nawet czasową) matki. W czasach mojego dzieciństwa nazwałabym ten film awangardowym, bo pokazuje, że dzieci mają prawo wyrażać emocje i nie być ślepo posłuszne, tylko decydować o sobie. Gorzej, mężczyźni też mogą czuć się źle, mieć depresję, załamanie nerwowe czy ukrywać to, co ich boli.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 23, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


C’mon C’mon

Johnny jest dziennikarzem radiowym, aktualnie w ramach projektu prowadzi wywiady z dziećmi i młodzieżą na temat przyszłości ich i świata, nadziei i obaw. Wtem po latach milczenia odzywa się do niego siostra i prosi o pomoc w opiece nad 9-letnim synem Jessem na czas, kiedy pojedzie wesprzeć swojego eks-męża i ojca Jessego, wymagającego leczenia psychiatrycznego. Johnny się zgadza, da radę przez kilka dni, jest zachwycony swoim inteligentnym, otwartym i sympatycznym siostrzeńcem. Jednak kiedy z kilku dni robią się dwa tygodnie z opcją przedłużenia, sytuacja robi się napięta. Johnny nie ma doświadczenia jako rodzic, nie chce grać w nietypowe inscenizacje z Jessem, który tęskni za matką, pojawiają się konflikty, jednocześnie zaczyna myśleć o tym, czego brakuje w jego życiu, czemu odciął się od siostry po śmierci matki. Chce też wrócić do pracy, zabiera więc ze sobą chłopca w podróż najpierw do Nowego Jorku, potem do Nowego Orleanu.

Przeładny, czarno-biały film o całej palecie uczuć w rodzinie, o nieumiejętności mówienia o tym, co boli lub co jest straszne; jednocześnie pełne emocji sceny są kontrowane szczerymi i celnymi wypowiedziami przypadkowych młodych ludzi z różnych sfer. Johnny jest sam, bo boi się czuć. Jesse, wprawdzie ośmielany przez matkę - autorkę książek o emocjach - mówi dużo, ale również nie umie wyrazić swoich obaw i dezorientacji chorobą psychiczną ojca, rozstaniem rodziców i nieobecnością (nawet czasową) matki. W czasach mojego dzieciństwa nazwałabym ten film awangardowym, bo pokazuje, że dzieci mają prawo wyrażać emocje i nie być ślepo posłuszne, tylko decydować o sobie. Gorzej, mężczyźni też mogą czuć się źle, mieć depresję, załamanie nerwowe czy ukrywać to, co ich boli.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 23, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 0 komentarzy - Skomentuj


Aravind Adiga - Biały tygrys

Balram Halwai pochodzi z nizin społecznych, z podrzędnej kasty; to, co może w życiu osiągnąć, to podrzędne stanowisko posługacza w herbaciarni, co i tak byłoby sukcesem w porównaniu z losem ojca, który umarł z niedożywienia i nieleczonej gruźlicy. Przypadkiem rzuca się do nóg lokalnego magnata i powołując się na to, że pochodzi z tej samej miejscowości, udaje mu się zostać drugim kierowcą jego młodszego, zamerykanizowanego syna. Brzmi jak bajka, bo syn ma żonę Amerykankę, a do tego poglądy - jak na Indie - równościowe, wprawdzie wyszydza nieobytego i niewykształconego Balrama, ale też nie karze go, a czasem nawet odzywa się jak do człowieka. Balram jest zachwycony, zarabia o wiele więcej niż w herbaciarni, wprawdzie mieszka w pełnej karaluchów piwnicy jak inni kierowcy i w zasadzie jest niewolnikiem, oczekującym na wezwanie przez pana, ale bywa w luksusowych apartamentach i wdycha zapach perfum pani Pinky. Słuchając jednak rozmów swoich państwa, powoli dociera do niego dramatyczna dysproporcja między jego życiem a życiem bogatych, którzy nie wahają się przekupywać polityków sumami, za które cała wieś Balrama żyłaby zamożnie przez lata. I nie, rzecz nie dzieje się w XIX wieku, tylko współcześnie.

Balram przewrotnie opowiada przez kolejne siedem nocy swoją historię w listach do chińskiego premiera, który zapewne otrzyma od rządu Jasnych Indii pełne peanów materiały reklamowe i foldery. Ale w tych dokumentach nie będzie prawdy, bo fakt istnienia Indii Ciemności to tajemnica poliszynela, o której nie warto nawet mówić. Ale Balram tę prawdę przekaże, prawdę o niezgodzie na upodlenie życia w dramatycznej biedzie, przemocy, bezdomności i byciu zakładnikiem bogatych, którzy każde przewinienie mogą ukarać zabiciem bliskich, gwałtem czy wypędzeniem z i tak nędznego domostwa; przekaże i zada retoryczne pytanie, czy kraj tak miłujący pokój jak Chiny chce współpracować z ludźmi, którzy do takich zbrodni na współziomkach się dopuszczają w majestacie prawa. Mimo drastycznych opisów, narrator jest ironiczny i cyniczny, czasem nawet umie znaleźć komizm, opisując codzienne poniżenie swoje i ludzi mu podobnych. Czyta się, mimo drastycznych opisów, doskonale, aczkolwiek wnioski po lekturze nie są wesołe. Indie to kraj ogromnych kontrastów, nawet jeśli połowa tego, co opisuje autor, to fikcja, to jednak obraz ten rozmija się z tym kreowanym przez media.

[EDIT] Film jest mniej drastyczny - systemowa przemoc i śmierć pokazana jest nieco bardziej komiksowo, obrazowe opisy smrodu i brudu są stonowane, pokazywane są bardziej przez kontrastowanie ciemności i jasności rezydencji bogaczy. To, co mocniej wybrzmiewa, to fizyczna przemoc w stosunku do Balrama, jego mowa ciała świetnie pokazuje kontrast między deklarowaną miłością do panów a strachem przed kolejnym uderzeniem. To w zasadzie film jednego aktora, odtwórcy roli głównego bohatera, aczkolwiek pozytywnie mnie zaskoczyła Priyanka Chopra, która nie jest tylko ładną buzią. Nie żebym chciała kiedykolwiek do Indii, ale jeśli bym, to obrazki z filmu skutecznie mnie by od tego odwiodły.

#27

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 22, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2023 - 2 komentarze - Skomentuj


Aravind Adiga - Biały tygrys

Balram Halwai pochodzi z nizin społecznych, z podrzędnej kasty; to, co może w życiu osiągnąć, to podrzędne stanowisko posługacza w herbaciarni, co i tak byłoby sukcesem w porównaniu z losem ojca, który umarł z niedożywienia i nieleczonej gruźlicy. Przypadkiem rzuca się do nóg lokalnego magnata i powołując się na to, że pochodzi z tej samej miejscowości, udaje mu się zostać drugim kierowcą jego młodszego, zamerykanizowanego syna. Brzmi jak bajka, bo syn ma żonę Amerykankę, a do tego poglądy - jak na Indie - równościowe, wprawdzie wyszydza nieobytego i niewykształconego Balrama, ale też nie karze go, a czasem nawet odzywa się jak do człowieka. Balram jest zachwycony, zarabia o wiele więcej niż w herbaciarni, wprawdzie mieszka w pełnej karaluchów piwnicy jak inni kierowcy i w zasadzie jest niewolnikiem, oczekującym na wezwanie przez pana, ale bywa w luksusowych apartamentach i wdycha zapach perfum pani Pinky. Słuchając jednak rozmów swoich państwa, powoli dociera do niego dramatyczna dysproporcja między jego życiem a życiem bogatych, którzy nie wahają się przekupywać polityków sumami, za które cała wieś Balrama żyłaby zamożnie przez lata. I nie, rzecz nie dzieje się w XIX wieku, tylko współcześnie.

Balram przewrotnie opowiada przez kolejne siedem nocy swoją historię w listach do chińskiego premiera, który zapewne otrzyma od rządu Jasnych Indii pełne peanów materiały reklamowe i foldery. Ale w tych dokumentach nie będzie prawdy, bo fakt istnienia Indii Ciemności to tajemnica poliszynela, o której nie warto nawet mówić. Ale Balram tę prawdę przekaże, prawdę o niezgodzie na upodlenie życia w dramatycznej biedzie, przemocy, bezdomności i byciu zakładnikiem bogatych, którzy każde przewinienie mogą ukarać zabiciem bliskich, gwałtem czy wypędzeniem z i tak nędznego domostwa; przekaże i zada retoryczne pytanie, czy kraj tak miłujący pokój jak Chiny chce współpracować z ludźmi, którzy do takich zbrodni na współziomkach się dopuszczają w majestacie prawa. Mimo drastycznych opisów, narrator jest ironiczny i cyniczny, czasem nawet umie znaleźć komizm, opisując codzienne poniżenie swoje i ludzi mu podobnych. Czyta się, mimo drastycznych opisów, doskonale, aczkolwiek wnioski po lekturze nie są wesołe. Indie to kraj ogromnych kontrastów, nawet jeśli połowa tego, co opisuje autor, to fikcja, to jednak obraz ten rozmija się z tym kreowanym przez media.

[EDIT] Film jest mniej drastyczny - systemowa przemoc i śmierć pokazana jest nieco bardziej komiksowo, obrazowe opisy smrodu i brudu są stonowane, pokazywane są bardziej przez kontrastowanie ciemności i jasności rezydencji bogaczy. To, co mocniej wybrzmiewa, to fizyczna przemoc w stosunku do Balrama, jego mowa ciała świetnie pokazuje kontrast między deklarowaną miłością do panów a strachem przed kolejnym uderzeniem. To w zasadzie film jednego aktora, odtwórcy roli głównego bohatera, aczkolwiek pozytywnie mnie zaskoczyła Priyanka Chopra, która nie jest tylko ładną buzią. Nie żebym chciała kiedykolwiek do Indii, ale jeśli bym, to obrazki z filmu skutecznie mnie by od tego odwiodły.

#27

Napisane przez Zuzanka w dniu środa marzec 22, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panowie, beletrystyka, 2023 - 2 komentarze - Skomentuj


Everything Everywhere All at Once

Evelyn, Amerykanka pochodzenia chińskiego w pierwszym pokoleniu, ma poczucie, że wszystko się jej w życiu sypie. Klienci pralni, którą prowadzi, nieustająco czegoś się domagają, na suficie zaciek, który trzeba pomalować, mąż - zamiast zająć się naprawianiem i obsługą pralni - tańczy z klientem i przykleja na rzeczach oczka, przyjechał kontrolujący ojciec, niespecjalnie ceniący drogę, jaką Evelyn wybrała, trwa wnikliwa kontrola z urzędu skarbowego ze szczególnie nielitościwą inspektorką, a do tego córka przedstawia jej swoją dziewczynę. A, jeszcze mąż usiłuje jej podetknąć dokumenty rozwodowe. I kiedy Evelyn myśli, że sytuacja się nie może jeszcze skomplikować, okazuje się, że jest centralną postacią multiwersum, w którym każda jej życiowa decyzja spowodowała powstanie kolejnego świata. I tylko ona - nie przerywając swojego zwyczajnego życia - może uratować wszystkie światy przed super łotrzycą, którą niechcący(?) w jednym ze światów stworzyła. Tyle że ta konkretna Evelyn jest najgorszą Evelyn z całego multiwersum, podejmującą złe decyzje i nie obdarzoną specjalnymi talentami, w przeciwieństwie do innych.

Jak ja się na tym filmie doskonale bawiłam! Prześmieszny, przegięty, absurd goni absurd, sztuki walki przeplatają się postmodernistyczną szyderą ze wszystkiego - kina akcji, zwłaszcza wuxia, aktorów, stereotypowych Azjatów, tzw. wielkich filmów, przeznaczenia i zaskoczenia. A jednocześnie to całkiem mądry film o rodzinie - spełnianiu oczekiwań, codziennym zagonieniu i liście obowiązków, zagubieniu, kwestionowaniu swoich wyborów, zatracaniu siebie i jednocześnie o miłości, zrozumieniu i wybaczeniu. Na kolejnej płaszczyźnie to ważny, zupełnie niehollywoodzki film o mniejszościach - niebiałych, nieheteronormatywnych i niemłodych; tym bardziej zaskakuje Oskar za najlepszy film. Wizualnie perełka (kostiumy! pejzaże! twórcze wykorzystanie realnych nagrań aktorów! montaż), scenariuszowo cacko do co najmniej dwukrotnego obejrzenia, żeby wyłapać wszystkie smaczki, muzyka - wszystko świetne. I aktorzy - nieco zapomniany, ale nostalgicznie wzruszający Ke Huy Quan (“Indiana Jones” i “Goonies”), Michelle Yeoh, kobieta o 100 twarzach (“Przyczajony tygrys, ukryty smok”) czy Jamie Lee Curtis, jak wino. Jest kilka scen ryzykownych (mucha czy nagroda dla najlepszego kontrolera), ale to jeden z lepszych filmów od dawna.

(Oczywiście, że często czuję się w swojej głowie jak Evelyn).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 20, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj


Everything Everywhere All at Once

Evelyn, Amerykanka pochodzenia chińskiego w pierwszym pokoleniu, ma poczucie, że wszystko się jej w życiu sypie. Klienci pralni, którą prowadzi, nieustająco czegoś się domagają, na suficie zaciek, który trzeba pomalować, mąż - zamiast zająć się naprawianiem i obsługą pralni - tańczy z klientem i przykleja na rzeczach oczka, przyjechał kontrolujący ojciec, niespecjalnie ceniący drogę, jaką Evelyn wybrała, trwa wnikliwa kontrola z urzędu skarbowego ze szczególnie nielitościwą inspektorką, a do tego córka przedstawia jej swoją dziewczynę. A, jeszcze mąż usiłuje jej podetknąć dokumenty rozwodowe. I kiedy Evelyn myśli, że sytuacja się nie może jeszcze skomplikować, okazuje się, że jest centralną postacią multiwersum, w którym każda jej życiowa decyzja spowodowała powstanie kolejnego świata. I tylko ona - nie przerywając swojego zwyczajnego życia - może uratować wszystkie światy przed super łotrzycą, którą niechcący(?) w jednym ze światów stworzyła. Tyle że ta konkretna Evelyn jest najgorszą Evelyn z całego multiwersum, podejmującą złe decyzje i nie obdarzoną specjalnymi talentami, w przeciwieństwie do innych.

Jak ja się na tym filmie doskonale bawiłam! Prześmieszny, przegięty, absurd goni absurd, sztuki walki przeplatają się postmodernistyczną szyderą ze wszystkiego - kina akcji, zwłaszcza wuxia, aktorów, stereotypowych Azjatów, tzw. wielkich filmów, przeznaczenia i zaskoczenia. A jednocześnie to całkiem mądry film o rodzinie - spełnianiu oczekiwań, codziennym zagonieniu i liście obowiązków, zagubieniu, kwestionowaniu swoich wyborów, zatracaniu siebie i jednocześnie o miłości, zrozumieniu i wybaczeniu. Na kolejnej płaszczyźnie to ważny, zupełnie niehollywoodzki film o mniejszościach - niebiałych, nieheteronormatywnych i niemłodych; tym bardziej zaskakuje Oskar za najlepszy film. Wizualnie perełka (kostiumy! pejzaże! twórcze wykorzystanie realnych nagrań aktorów! montaż), scenariuszowo cacko do co najmniej dwukrotnego obejrzenia, żeby wyłapać wszystkie smaczki, muzyka - wszystko świetne. I aktorzy - nieco zapomniany, ale nostalgicznie wzruszający Ke Huy Quan (“Indiana Jones” i “Goonies”), Michelle Yeoh, kobieta o 100 twarzach (“Przyczajony tygrys, ukryty smok”) czy Jamie Lee Curtis, jak wino. Jest kilka scen ryzykownych (mucha czy nagroda dla najlepszego kontrolera), ale to jeden z lepszych filmów od dawna.

(Oczywiście, że często czuję się w swojej głowie jak Evelyn).

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 20, 2023

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 5 komentarzy - Skomentuj