Zacznę od tego, że nie jestem fanką anime. Wszyscy obrażeni już wyszli? Mam jakiś kulturowy ubytek, który nie pozwala mi się - mimo ślicznych i precyzyjnie namalowanych obrazków - cieszyć się filmami z tego gatunku. Nie odczuwam emocji bohaterów, przerysowana albo w ogóle nieistniejąca mimika przeszkadza mi w odbiorze. Podział na bohaterów celowo karykaturalnie zdeformowanych (starsi, złole, trzeci plan) i cukierkowo ślicznych (nimfetkowate kobiety, protagoniści) to dla mnie zbyt daleko idące uproszczenie. I mimo to bardziej mi się animowany serial podobał niż wersja aktorska, bo inne tempo, fabuła bardziej spójna, postaci bardziej zniuansowane, humor bardziej wyważony i pięknie wygrana nostalgia za życiem, którego już nie ma i chyba nie wróci, bez względu na to, ile wysiłku bohaterowie włożą, żeby je przywołać z powrotem. Absurdalnie, cieszę się, że Netflix zainwestował chociaż w pierwszy sezon, bo dzięki temu obejrzałam serial (bawiąc się dodatkowo w szukanie źródeł inspiracji na linii anime > Firefly > Netflix). Nie wszystko mi zagrało fabularnie - czasem epizody były od siebie za bardzo odcięte, przez co niektóre były nieistotne, ale i tak budowały bardziej pełny, wielobarwny świat (i czasem były dość nieoczywiste typu chick with dick czy zakonnica). Nie traktowanie jako pierwszoplanowego wątku Syndykatu i trójkąta Spike - Julia - Vicious z kolei wyszło na korzyść i zmniejszyło dramę. Ścieżka dźwiękowa - doskonała. Czy polecam? Polecam.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 9, 2022
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Zacznę od tego, że nie jestem fanką anime. Wszyscy obrażeni już wyszli? Mam jakiś kulturowy ubytek, który nie pozwala mi się - mimo ślicznych i precyzyjnie namalowanych obrazków - cieszyć się filmami z tego gatunku. Nie odczuwam emocji bohaterów, przerysowana albo w ogóle nieistniejąca mimika przeszkadza mi w odbiorze. Podział na bohaterów celowo karykaturalnie zdeformowanych (starsi, złole, trzeci plan) i cukierkowo ślicznych (nimfetkowate kobiety, protagoniści) to dla mnie zbyt daleko idące uproszczenie. I mimo to bardziej mi się animowany serial podobał niż wersja aktorska, bo inne tempo, fabuła bardziej spójna, postaci bardziej zniuansowane, humor bardziej wyważony i pięknie wygrana nostalgia za życiem, którego już nie ma i chyba nie wróci, bez względu na to, ile wysiłku bohaterowie włożą, żeby je przywołać z powrotem. Absurdalnie, cieszę się, że Netflix zainwestował chociaż w pierwszy sezon, bo dzięki temu obejrzałam serial (bawiąc się dodatkowo w szukanie źródeł inspiracji na linii anime > Firefly > Netflix). Nie wszystko mi zagrało fabularnie - czasem epizody były od siebie za bardzo odcięte, przez co niektóre były nieistotne, ale i tak budowały bardziej pełny, wielobarwny świat (i czasem były dość nieoczywiste typu chick with dick czy zakonnica). Nie traktowanie jako pierwszoplanowego wątku Syndykatu i trójkąta Spike - Julia - Vicious z kolei wyszło na korzyść i zmniejszyło dramę. Ścieżka dźwiękowa - doskonała. Czy polecam? Polecam.
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela styczeń 9, 2022
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 3 komentarze
- Skomentuj
Wiem, że czyichś podsumowań nikt nie czyta, trudno, ja sobie przeczytam za rok. Planowałam dobić do 150 pozycji, nie wyszło, chociaż było blisko; tak, wiem, teoretycznie przeczytałam więcej, ale nie mam sumienia liczyć zeszytów 48-64 strony jako pełnowartościowych książek, zwłaszcza w zestawieniu z takim molochem jak "Moja walka" (skończyłam! 6 tomów!). Zbiorczo, przeczytałam 81 pozycji polskich, 32 z Wielkiej Brytanii, 19 amerykańskich, 8 czeskich, 7 szwedzkich, po 6 norweskich i irlandzkich, 3 fińskie, po 2 islandzkie, kanadyjskie i francuskie, po 1 rumuńskiej, wietnamskiej, niemieckiej i rosyjskiej (w sumie 14 krajów). Dalej wygrywają autorzy płci męskiej (95:77), ale już na liście najlepszych widać przewagę kobiet. Sporo książek zaczęłam, ale nie skończyłam, co uważam za stratę, bo wracam do niektórych zaczętych i muszę czytać od nowa, bo nic nie pamiętam i marnuję czas.
Listę najlepszych podzieliłam - jak przed rokiem - na dwie: best of the best of the best i bardzo dobre, ale z gwiazdką.
- Anthony Doerr "Światło, którego nie widać" - złożona z krótkich epizodzików wielogłosowa opowieść o wojennej opozycji w małym francuskim miasteczku. Może i temat po wielokroć przemielony, ale mnie zachwyciła i wzruszyła jak dawno nic.
- Caroline Criado Perez "Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn" - wyjątkowo nie beletrystyka, ale smutna analiza, jak założenie, że statystyczny człowiek to mężczyzna, wpływa na życie kobiet.
- Andrea Gillies "Opiekunka" - przerażająca relacja o opiece nad osobą z chorobą alzheimera.
- Barbara Kosmowska "Niebieski autobus" - czytałam więcej książek o dorastaniu w PRL-u, ale ta była pierwsza i po latach dalej jest świetna.
- Connie Willis "Księga Sądu Ostatecznego" - czytałam już chyba po raz czwarty, za każdy razem z zachwytem i mokrymi oczami, pierwszy raz w pandemii. Podróże w czasie, epidemia grypy współcześnie, epidemia dżumy w średniowieczu. Boleśnie trafne.
- Jakub Małecki "Saturnin" i "Dygot" - jak ten chłopak pisze o małomiasteczkowym życiu!
- Barbara Kingsolver "Lot motyla" - o ekologii z perspektywy małego amerykańskiego miasteczka, celne.
- Zośka Papużanka "Kąkol" - najlepsze wspomnienia z dzieciństwa to wakacje na wsi. Tyle że nie.
- Agnieszka Jelonek "Koniec świata, umyj okna" - jak sobie poradzić, jak twój świat się rozsypuje i wpadasz w czarną czeluść depresji. Bardzo udany debiut.
- Marian Keyes "Wakacje Rachel" - tak, zamiast Żulczyka wyjęłam chick-lit o uzależnieniach.
- Viet Thanh Nguyen "Sympatyk" - o tym, że historia lubi się powtarzać, a Ameryka chętnie opuszcza swoich sojuszników, kiedy już nie są im potrzebni. Również zaskakująco na czasie.
- Terry Pratchett "Ciekawe czasy" - trochę pomijana, a bardzo wnikliwa analiza rewolucji.
Z gwiazdką:
- Kristin Hannah "Słowik" - znowu II wojna światowa, Francja i dwie siostry, jedna chce przeżyć bez kłopotów, druga chce aktywnie zwalczyć wroga.
- Emilie Pine "O tym się nie mówi" - oczko niżej tylko dlatego, że to felietony. Ale doskonałe felietony.
- Joanna Bator "Gorzko gorzko" - Bator umie w skomplikowane sagi rodzinne.
- Diane Setterfield "Była sobie rzeka" - bardzo przyjemne, jeśli ktoś lubi beleryzowaną historię.
- Bill Bryson "Piknik z niedźwiedziami" - lubię starego cynika, za język i zdolności obserwacji.
- Terry Pratchett "Kolor magii" i "Blask fantastyczny" - oczko niżej, bo mimo wszystko im dalej w cykl, tym lepsze się zdarzają, ale warto docenić, jak mądrze autor zaplanował podwaliny pod cały cykl.
- Jakub Żulczyk "Informacja zwrotna" i Wzgórze psów - jedna świeższa, druga starsza, obie świetnie napisane.
- Jerzy Edigey "Alfabetyczny morderca" - jakbyście potrzebowali argumentu, że kryminały w PRL-u to nie tylko miałka rozrywka.
- Mika Waltari "Kto zabił panią Skrof" i kolejne - zabawna, (auto)ironiczna fińska seria sprzed lat.
- Václav Erben "Tajemnica “Złotego Księcia”" i kolejne - trzy tomy z wielotomowego cyklu o czeskim funkcjonariuszu Exnerze, liczę, że może jakieś wydawnictwo wyda całość.
Na koniec nieśmiertelna prośba - dajcie polecanki, te najlepsze.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 8, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tag:
2021
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Wiem, że czyichś podsumowań nikt nie czyta, trudno, ja sobie przeczytam za rok. Planowałam dobić do 150 pozycji, nie wyszło, chociaż było blisko; tak, wiem, teoretycznie przeczytałam więcej, ale nie mam sumienia liczyć zeszytów 48-64 strony jako pełnowartościowych książek, zwłaszcza w zestawieniu z takim molochem jak "Moja walka" (skończyłam! 6 tomów!). Zbiorczo, przeczytałam 81 pozycji polskich, 32 z Wielkiej Brytanii, 19 amerykańskich, 8 czeskich, 7 szwedzkich, po 6 norweskich i irlandzkich, 3 fińskie, po 2 islandzkie, kanadyjskie i francuskie, po 1 rumuńskiej, wietnamskiej, niemieckiej i rosyjskiej (w sumie 14 krajów). Dalej wygrywają autorzy płci męskiej (95:77), ale już na liście najlepszych widać przewagę kobiet. Sporo książek zaczęłam, ale nie skończyłam, co uważam za stratę, bo wracam do niektórych zaczętych i muszę czytać od nowa, bo nic nie pamiętam i marnuję czas.
Listę najlepszych podzieliłam - jak przed rokiem - na dwie: best of the best of the best i bardzo dobre, ale z gwiazdką.
- Anthony Doerr "Światło, którego nie widać" - złożona z krótkich epizodzików wielogłosowa opowieść o wojennej opozycji w małym francuskim miasteczku. Może i temat po wielokroć przemielony, ale mnie zachwyciła i wzruszyła jak dawno nic.
- Caroline Criado Perez "Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn" - wyjątkowo nie beletrystyka, ale smutna analiza, jak założenie, że statystyczny człowiek to mężczyzna, wpływa na życie kobiet.
- Andrea Gillies "Opiekunka" - przerażająca relacja o opiece nad osobą z chorobą alzheimera.
- Barbara Kosmowska "Niebieski autobus" - czytałam więcej książek o dorastaniu w PRL-u, ale ta była pierwsza i po latach dalej jest świetna.
- Connie Willis "Księga Sądu Ostatecznego" - czytałam już chyba po raz czwarty, za każdy razem z zachwytem i mokrymi oczami, pierwszy raz w pandemii. Podróże w czasie, epidemia grypy współcześnie, epidemia dżumy w średniowieczu. Boleśnie trafne.
- Jakub Małecki "Saturnin" i "Dygot" - jak ten chłopak pisze o małomiasteczkowym życiu!
- Barbara Kingsolver "Lot motyla" - o ekologii z perspektywy małego amerykańskiego miasteczka, celne.
- Zośka Papużanka "Kąkol" - najlepsze wspomnienia z dzieciństwa to wakacje na wsi. Tyle że nie.
- Agnieszka Jelonek "Koniec świata, umyj okna" - jak sobie poradzić, jak twój świat się rozsypuje i wpadasz w czarną czeluść depresji. Bardzo udany debiut.
- Marian Keyes "Wakacje Rachel" - tak, zamiast Żulczyka wyjęłam chick-lit o uzależnieniach.
- Viet Thanh Nguyen "Sympatyk" - o tym, że historia lubi się powtarzać, a Ameryka chętnie opuszcza swoich sojuszników, kiedy już nie są im potrzebni. Również zaskakująco na czasie.
- Terry Pratchett "Ciekawe czasy" - trochę pomijana, a bardzo wnikliwa analiza rewolucji.
Z gwiazdką:
- Kristin Hannah "Słowik" - znowu II wojna światowa, Francja i dwie siostry, jedna chce przeżyć bez kłopotów, druga chce aktywnie zwalczyć wroga.
- Emilie Pine "O tym się nie mówi" - oczko niżej tylko dlatego, że to felietony. Ale doskonałe felietony.
- Joanna Bator "Gorzko gorzko" - Bator umie w skomplikowane sagi rodzinne.
- Diane Setterfield "Była sobie rzeka" - bardzo przyjemne, jeśli ktoś lubi beleryzowaną historię.
- Bill Bryson "Piknik z niedźwiedziami" - lubię starego cynika, za język i zdolności obserwacji.
- Terry Pratchett "Kolor magii" i "Blask fantastyczny" - oczko niżej, bo mimo wszystko im dalej w cykl, tym lepsze się zdarzają, ale warto docenić, jak mądrze autor zaplanował podwaliny pod cały cykl.
- Jakub Żulczyk "Informacja zwrotna" i Wzgórze psów - jedna świeższa, druga starsza, obie świetnie napisane.
- Jerzy Edigey "Alfabetyczny morderca" - jakbyście potrzebowali argumentu, że kryminały w PRL-u to nie tylko miałka rozrywka.
- Mika Waltari "Kto zabił panią Skrof" i kolejne - zabawna, (auto)ironiczna fińska seria sprzed lat.
- Václav Erben "Tajemnica “Złotego Księcia”" i kolejne - trzy tomy z wielotomowego cyklu o czeskim funkcjonariuszu Exnerze, liczę, że może jakieś wydawnictwo wyda całość.
Na koniec nieśmiertelna prośba - dajcie polecanki, te najlepsze.
Napisane przez Zuzanka w dniu sobota styczeń 8, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tag:
2021
- 6 komentarzy
- Skomentuj
Tores- świadkiem, że ten tom Witkowskiego leżał na mojej szafce przy łóżku od kilku lat. Trzy razy zaczynałam, ale to nie tak, że to jest zła książka, ale to książka ciężka i dość ponura, mimo komediowego sztafażu. Tytułowy “fynf und cfancyś” to nastolatek z Konina, który w latach 90. zwiał z Polski na oazowej wycieczce do Austrii, żeby zostać pracownikiem seksualnym, bo w Austrii można zrobić na tym niezłe pieniądze. I rzeczywiście - pracowity i obdarzony hojnie przez naturę (ponownie patrz tytuł), ma wzięcie. W przeciwieństwie do Dianki, drugiej bohaterki książki, której się nie powodzi, bo jest leniwa, a zarobione pieniądze wydaje na ciuchy, biżuterię i słodycze, przez co często ląduje na ulicy, pobita, głodna i skrzywdzona. Mimo to Dianka (nastoletni Milan) wcale nie chce wracać do rodzinnej Słowacji, bo na krótką metę cieszy go ocieranie się zachodni blichtr, luksusowe zakupy i okazjonalne bycie utrzymankiem, chociaż ceną czasem jest przemoc, życie z dnia na dzień, ropiejące rany na obtartych stopach i brak posiłku.
Jakkolwiek opisy degeneracji zachodnich środowisk homoseksualnych w latach 90. są dość zabawne, tak Witkowski opisuje przerażający świat, w którym 18-latek jest już zużytym towarem, z kilkoma setkami partnerów na koncie, często zakażony, uzależniony od alkoholu i narkotyków, wyjęty poza nawias społeczny, bez żadnego wsparcia. W oczach bohaterów to, przynajmniej deklaracyjnie, świetna zabawa; z perspektywy matki nastolatki - już nie za zbytnio. To, czego mi zabrakło, to spójności fabuły, bo narracja skacze po różnych wydarzeniach, czasem po kilku rozdziałach przyznając, że coś było zmyślone i niekoniecznie we wszystko trzeba wierzyć. Świetne językowo i poznawczo, ale nie koniecznie do powtórzenia.
Inne tego autora.
#145
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 7, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2021
- 2 komentarze
- Skomentuj
Tores- świadkiem, że ten tom Witkowskiego leżał na mojej szafce przy łóżku od kilku lat. Trzy razy zaczynałam, ale to nie tak, że to jest zła książka, ale to książka ciężka i dość ponura, mimo komediowego sztafażu. Tytułowy “fynf und cfancyś” to nastolatek z Konina, który w latach 90. zwiał z Polski na oazowej wycieczce do Austrii, żeby zostać pracownikiem seksualnym, bo w Austrii można zrobić na tym niezłe pieniądze. I rzeczywiście - pracowity i obdarzony hojnie przez naturę (ponownie patrz tytuł), ma wzięcie. W przeciwieństwie do Dianki, drugiej bohaterki książki, której się nie powodzi, bo jest leniwa, a zarobione pieniądze wydaje na ciuchy, biżuterię i słodycze, przez co często ląduje na ulicy, pobita, głodna i skrzywdzona. Mimo to Dianka (nastoletni Milan) wcale nie chce wracać do rodzinnej Słowacji, bo na krótką metę cieszy go ocieranie się zachodni blichtr, luksusowe zakupy i okazjonalne bycie utrzymankiem, chociaż ceną czasem jest przemoc, życie z dnia na dzień, ropiejące rany na obtartych stopach i brak posiłku.
Jakkolwiek opisy degeneracji zachodnich środowisk homoseksualnych w latach 90. są dość zabawne, tak Witkowski opisuje przerażający świat, w którym 18-latek jest już zużytym towarem, z kilkoma setkami partnerów na koncie, często zakażony, uzależniony od alkoholu i narkotyków, wyjęty poza nawias społeczny, bez żadnego wsparcia. W oczach bohaterów to, przynajmniej deklaracyjnie, świetna zabawa; z perspektywy matki nastolatki - już nie za zbytnio. To, czego mi zabrakło, to spójności fabuły, bo narracja skacze po różnych wydarzeniach, czasem po kilku rozdziałach przyznając, że coś było zmyślone i niekoniecznie we wszystko trzeba wierzyć. Świetne językowo i poznawczo, ale nie koniecznie do powtórzenia.
Inne tego autora.
#145
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek styczeń 7, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2021
- 2 komentarze
- Skomentuj
[30.05.2021]
Nieustająco zastanawiam się, czemu moi przodkowie nie wybrali miejsca na życie, w którym jest słońce, wegetacja trwa cały rok, a temperatura nie spada poniżej pewnego, przyjemnego poziomu. Oczywiście to taka rozkminka z wyżyn XXI wieku, gdzie wystarczy mieć paszport i pewne zasoby, żeby przejechać pół świata i mieć za co żyć. Moją rodzinę osadziły w miejscu kolejne wojny, ubóstwo i brak perspektyw, tak naprawdę dopiero ja mam jakieś opcje wyboru. Wywlekam z czeluści dysku zdjęcia, na widok których czuję radość i tamtej chwili, przystanku podczas pełnej kolorów i światła drogi do domu, i dziś, kiedy patrzę na dmuchawce i złoto.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 6, 2022
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend -
Tag:
czarnkow
- 0 komentarzy
- Skomentuj
[30.05.2021]
Nieustająco zastanawiam się, czemu moi przodkowie nie wybrali miejsca na życie, w którym jest słońce, wegetacja trwa cały rok, a temperatura nie spada poniżej pewnego, przyjemnego poziomu. Oczywiście to taka rozkminka z wyżyn XXI wieku, gdzie wystarczy mieć paszport i pewne zasoby, żeby przejechać pół świata i mieć za co żyć. Moją rodzinę osadziły w miejscu kolejne wojny, ubóstwo i brak perspektyw, tak naprawdę dopiero ja mam jakieś opcje wyboru. Wywlekam z czeluści dysku zdjęcia, na widok których czuję radość i tamtej chwili, przystanku podczas pełnej kolorów i światła drogi do domu, i dziś, kiedy patrzę na dmuchawce i złoto.
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek styczeń 6, 2022
Link bezpośredni -
Kategorie:
Listy spod róży, Fotografia+, Wielkopolska w weekend -
Tag:
czarnkow
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Moja córka, zwana w social mediach żartobliwie (ale czy na pewno?) panią kierowniczką, nie przepada za "naszą muzyką", bo po angielsku i za kinematografią, bo (zwykle) nie animowana oraz "nudna". Dlatego ucieszyłam się, kiedy wreszcie zgodziła się łaskawie obejrzeć z nami "stary" film z aktorami. Nie ukrywam, że sporą rolę odegrało szafowanie przez nas tekstami z filmu w okolicznościach dowolnych, w tym "muchą na dziko", co przeważyło. Otóż podobało się, chociaż paralela dotycząca systemu (PRL = Szuflandia, "kingsajz" = zagranica) i wszechpanującej miłości rządzących do rządzonych zupełnie umknęła, podobnie jak to, co robią elegancko ubrane kobiety w holu hotelowym.
Dla tych, co nie oglądali (są tacy w ogóle z rocznikiem poniżej 2000?!) - pod jednym z instytutów badawczych w Warszawie mieści się Szuflandia, w której mieszkają krasnoludki. Rządzący utrzymują w tajemnicy fakt, że w świecie "dużych" (Kingsajzie) jest znacznie lepiej niż w spętanej ograniczeniami miniaturowej krainie; powiększyć się mogą tylko zasłużeni kumotrowie, którzy korzystają głównie z tego, żeby uprawiać pożycie intymne, bo nie ma kobiet-krasnoludków. Naukowiec Adaś odkrył formułę eliksiru powiększającego, ale został porwany, a buteleczka z preparatem zaginęła w zamieszaniu w kieszeni atrakcyjnej blondynki. Olo, kransoludek ukrywający się w Kingsajzie, współpracownik Adasia, usiłuje odzyskać preparat i uratować kolegę.
W warstwie celnej szydery z socjalizmu film się nie zestarzał, aczkolwiek - jak wspomniałam - jest nieczytelny dla pani kierowniczki. Sensowność obnażania piersi przez panie (co ciekawe, wcale nie przez Figurę, tylko Lizę Machulską i jakąś statystkę) jest żadna, poza eye candy dla panów. Dialogi i fabuła mają słabsze momenty, miejscami jest czysty slapstick, czasem przeszkadzała mi recytacja i teatralność. Scenografia dalej jest urocza, mimo że widać jak bardzo chałupniczo była robiona (oraz nieustająco mam dreszcze obrzydzenia na scenach w brudnych sanitariatach). I obsada - doskonała, chociaż oglądanie jest podszyte smutkiem, bo sporo osób nie żyje.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 3, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj
Moja córka, zwana w social mediach żartobliwie (ale czy na pewno?) panią kierowniczką, nie przepada za "naszą muzyką", bo po angielsku i za kinematografią, bo (zwykle) nie animowana oraz "nudna". Dlatego ucieszyłam się, kiedy wreszcie zgodziła się łaskawie obejrzeć z nami "stary" film z aktorami. Nie ukrywam, że sporą rolę odegrało szafowanie przez nas tekstami z filmu w okolicznościach dowolnych, w tym "muchą na dziko", co przeważyło. Otóż podobało się, chociaż paralela dotycząca systemu (PRL = Szuflandia, "kingsajz" = zagranica) i wszechpanującej miłości rządzących do rządzonych zupełnie umknęła, podobnie jak to, co robią elegancko ubrane kobiety w holu hotelowym.
Dla tych, co nie oglądali (są tacy w ogóle z rocznikiem poniżej 2000?!) - pod jednym z instytutów badawczych w Warszawie mieści się Szuflandia, w której mieszkają krasnoludki. Rządzący utrzymują w tajemnicy fakt, że w świecie "dużych" (Kingsajzie) jest znacznie lepiej niż w spętanej ograniczeniami miniaturowej krainie; powiększyć się mogą tylko zasłużeni kumotrowie, którzy korzystają głównie z tego, żeby uprawiać pożycie intymne, bo nie ma kobiet-krasnoludków. Naukowiec Adaś odkrył formułę eliksiru powiększającego, ale został porwany, a buteleczka z preparatem zaginęła w zamieszaniu w kieszeni atrakcyjnej blondynki. Olo, kransoludek ukrywający się w Kingsajzie, współpracownik Adasia, usiłuje odzyskać preparat i uratować kolegę.
W warstwie celnej szydery z socjalizmu film się nie zestarzał, aczkolwiek - jak wspomniałam - jest nieczytelny dla pani kierowniczki. Sensowność obnażania piersi przez panie (co ciekawe, wcale nie przez Figurę, tylko Lizę Machulską i jakąś statystkę) jest żadna, poza eye candy dla panów. Dialogi i fabuła mają słabsze momenty, miejscami jest czysty slapstick, czasem przeszkadzała mi recytacja i teatralność. Scenografia dalej jest urocza, mimo że widać jak bardzo chałupniczo była robiona (oraz nieustająco mam dreszcze obrzydzenia na scenach w brudnych sanitariatach). I obsada - doskonała, chociaż oglądanie jest podszyte smutkiem, bo sporo osób nie żyje.
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek styczeń 3, 2022
Link bezpośredni -
Kategoria:
Oglądam -
- 1 komentarz
- Skomentuj