Czasem jest tak, że kolejna książka autora, którego się czytało z przyjemnością, jest absurdalnie słaba i z zupełnie innej kategorii. Podobną sytuację miałam z Łowcą głów Nesbo, kiedy po bardzo udanej serii o Harrym Hole’u dostałam beletryzowany scenariusz kiepskiego thrillera. Tutaj niestety jest ta sama sytuacja, dodatkowo nie zarejestrowałam, że to drugi tom cyklu, a autorka ma taką manierę, że bierze za pewnik czytanie po kolei, więc radośnie zdradza zaskoczki fabularne z poprzedniego tomu. Jak chcecie czytać, to zacznijcie od “Zagadki Sary Tell”, ja już sobie daruję, bo znam finał.
Martin Benner, syn Szwedki i Amerykanina, był policjantem w Teksasie, ale po tragedii przed laty, o której nigdy nikomu nie opowiadał (a o której oczywiście wie kupa ludzi, dodatkowo Benner zaczyna wtem się z niej wszystkim zwierzać), wrócił do Szwecji i został adwokatem. Przeszłość go dopada - Lucyfer, szef mafii z Teksasu, porywa jego adoptowaną córkę, pali dom jej dziadków i zmusza adwokata do odnalezienia syna Sary, Mio, który jednocześnie jest synem Lucyfera. Niezależnie, ktoś wrabia Bennera, więc policja uważa go za podejrzanego w sprawie śmierci trzech osób, związanych z Sarą. Oczywiście wszystko jest zmanipulowane, Lucyfer doskonale wie, gdzie jest jego syn, a sprawa ma drugie dno. Wielokrotnie wzdychałam, kiedy następował kolejny niespodziewany zwrot akcji, przeprowadzony z gracją nosorożca, kiedy wyskakiwał kolejny deus ex machina albo kolejna tajemnica była ujawniana przez głównego bohatera. Szkoda mi nawet czasu, żeby się popastwić nad tym, jak źle skonstruowany jest bohater, jak niesympatyczny, a całość śledztwa przypomina woreczek z puzzlami, do których ktoś w losowych momentach dokłada brakujące albo niepasujące elementy.
Inne tej autorki tutaj.
#151
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 18, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminał, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Czasem jest tak, że kolejna książka autora, którego się czytało z przyjemnością, jest absurdalnie słaba i z zupełnie innej kategorii. Podobną sytuację miałam z Łowcą głów Nesbo, kiedy po bardzo udanej serii o Harrym Hole’u dostałam beletryzowany scenariusz kiepskiego thrillera. Tutaj niestety jest ta sama sytuacja, dodatkowo nie zarejestrowałam, że to drugi tom cyklu, a autorka ma taką manierę, że bierze za pewnik czytanie po kolei, więc radośnie zdradza zaskoczki fabularne z poprzedniego tomu. Jak chcecie czytać, to zacznijcie od “Zagadki Sary Tell”, ja już sobie daruję, bo znam finał.
Martin Benner, syn Szwedki i Amerykanina, był policjantem w Teksasie, ale po tragedii przed laty, o której nigdy nikomu nie opowiadał (a o której oczywiście wie kupa ludzi, dodatkowo Benner zaczyna wtem się z niej wszystkim zwierzać), wrócił do Szwecji i został adwokatem. Przeszłość go dopada - Lucyfer, szef mafii z Teksasu, porywa jego adoptowaną córkę, pali dom jej dziadków i zmusza adwokata do odnalezienia syna Sary, Mio, który jednocześnie jest synem Lucyfera. Niezależnie, ktoś wrabia Bennera, więc policja uważa go za podejrzanego w sprawie śmierci trzech osób, związanych z Sarą. Oczywiście wszystko jest zmanipulowane, Lucyfer doskonale wie, gdzie jest jego syn, a sprawa ma drugie dno. Wielokrotnie wzdychałam, kiedy następował kolejny niespodziewany zwrot akcji, przeprowadzony z gracją nosorożca, kiedy wyskakiwał kolejny deus ex machina albo kolejna tajemnica była ujawniana przez głównego bohatera. Szkoda mi nawet czasu, żeby się popastwić nad tym, jak źle skonstruowany jest bohater, jak niesympatyczny, a całość śledztwa przypomina woreczek z puzzlami, do których ktoś w losowych momentach dokłada brakujące albo niepasujące elementy.
Inne tej autorki tutaj.
#151
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 18, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, kryminał, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Rozwiedzeni rodzice Dasha niezależnie od siebie wyjeżdżają na święta, dzięki temu Dashowi udaje się zostać samemu w mieszkaniu ojca, tym bardziej, że znajomym kłamie, że wyjeżdża za granicę. Nie lubi świąt, a teraz może spokojnie czytać i unikać spotkań. W ulubionej księgarni znajduje czerwony notes z propozycją wyzwania, w które się nieco wbrew sobie włącza. Notes zostawiła Lily, która z kolei święta uwielbia, ale w tym roku jej rodzice wyjeżdżają na drugi miesiąc miodowy na Fidżi, a dziadek udaje się do swojej nowej flamy na Florydę. Za radą brata przygotowuje więc zadanie dla śmiałka, którego wybierze los, żeby w ten sposób odczarować złą sytuację. W kolejnych odcinkach serialu bohaterowie ocierają się o siebie, poznają dzięki wzajemnym wyzwaniom, uruchomione jest ich całe otoczenie - przyjaciel Dasha i szerokie grono znajomych Lily.
Jeśli jesteście spragnieni świątecznego serialu, bo ile można “Kevina samego w domu”, “Szklanej pułapki” i “To właśnie miłość”, to ten trafi idealnie, chociaż tzw. docelem jest młodzież, czy jak to się ładnie teraz nazywa, YA (young adults). Fabuła jest nieco naiwna, czasem zupełnie pretekstowa, bo, mam wrażenie, głównie ma pokazać bohaterów na tle jakiegoś kawałka pięknego, grudniowego Nowego Jorku; tak, to trochę wystylizowana reklamówka tego miasta - bez tłumów, z dostępem do niezwykłych miejsc, wszystko obok siebie, ideał turysty. Mimo to, serial jest ciepły, przyjemny, romantyczny po nastolatkowemu, dzwoneczki i kolędy.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 17, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Rozwiedzeni rodzice Dasha niezależnie od siebie wyjeżdżają na święta, dzięki temu Dashowi udaje się zostać samemu w mieszkaniu ojca, tym bardziej, że znajomym kłamie, że wyjeżdża za granicę. Nie lubi świąt, a teraz może spokojnie czytać i unikać spotkań. W ulubionej księgarni znajduje czerwony notes z propozycją wyzwania, w które się nieco wbrew sobie włącza. Notes zostawiła Lily, która z kolei święta uwielbia, ale w tym roku jej rodzice wyjeżdżają na drugi miesiąc miodowy na Fidżi, a dziadek udaje się do swojej nowej flamy na Florydę. Za radą brata przygotowuje więc zadanie dla śmiałka, którego wybierze los, żeby w ten sposób odczarować złą sytuację. W kolejnych odcinkach serialu bohaterowie ocierają się o siebie, poznają dzięki wzajemnym wyzwaniom, uruchomione jest ich całe otoczenie - przyjaciel Dasha i szerokie grono znajomych Lily.
Jeśli jesteście spragnieni świątecznego serialu, bo ile można “Kevina samego w domu”, “Szklanej pułapki” i “To właśnie miłość”, to ten trafi idealnie, chociaż tzw. docelem jest młodzież, czy jak to się ładnie teraz nazywa, YA (young adults). Fabuła jest nieco naiwna, czasem zupełnie pretekstowa, bo, mam wrażenie, głównie ma pokazać bohaterów na tle jakiegoś kawałka pięknego, grudniowego Nowego Jorku; tak, to trochę wystylizowana reklamówka tego miasta - bez tłumów, z dostępem do niezwykłych miejsc, wszystko obok siebie, ideał turysty. Mimo to, serial jest ciepły, przyjemny, romantyczny po nastolatkowemu, dzwoneczki i kolędy.
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek grudzień 17, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
... bo w grudniu w tym roku, to prawie wcale.
[28.11.2020]
Zapewne przejdzie do historii moje pytanie, kiedy to - zastanawiając się, czy się zdrzemnąć po śniadaniu, czy jednak skorzystać ze słońca za oknem - zagadnęłam rodzinę, czy chce do ładnego lasu. Rodzina chciała. Las przy stawie Olszak w dolinie rzeki Cybiny zawiera niedawno oddaną ścieżkę przez bagna, ładną, ale nie za długą, więc kiedy dotarliśmy do przejścia do stawu Browarnego, rodzina dalej nie protestowała. Doszliśmy do pomostu, wymieniając złośliwostki na temat przepięknego osiedla z loftami w Starej Warzelni po drugiej stronie stawu, że absurdalne ceny, może i ładna okolica, ale psy dupami szczekają i koniec świata, kwaśne winogrona, te sprawy. Ale pięknie, niezaprzeczalnie. Wracając - chociaż można iść dalej wzdłuż stawu aż do uroczej huśtawki - wpadłam na przedni pomysł, żeby wrócić nieco dłuższą trasą, górą stawu Olszak. Tutaj rodzina już nie chciała bardzo, jak się potem okazało, zrobiliśmy prawie 5km (TŻ twierdzi, że ponad 6) i nawet widok Mauzoleum Mielochów i Nowego Zoo od zaplecza[1] jakoś nie poprawił im humorów. Mnie się podobało, bardzo. Żałowałam tylko, że nie wzięłam termosu z herbatą. Absolutnie wracam tam na wiosnę.
Są bunkry.
[1] - Zobacz, jakiś monumentalny budynek. Kościół?
- Ma na górze słonia, a nie krzyż. To Słoniarnia.
- Ale ja nie widzę słonia...
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 16, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
dolina-cybiny, olszak
- 5 komentarzy
- Skomentuj
... bo w grudniu w tym roku, to prawie wcale.
[28.11.2020]
Zapewne przejdzie do historii moje pytanie, kiedy to - zastanawiając się, czy się zdrzemnąć po śniadaniu, czy jednak skorzystać ze słońca za oknem - zagadnęłam rodzinę, czy chce do ładnego lasu. Rodzina chciała. Las przy stawie Olszak w dolinie rzeki Cybiny zawiera niedawno oddaną ścieżkę przez bagna, ładną, ale nie za długą, więc kiedy dotarliśmy do przejścia do stawu Browarnego, rodzina dalej nie protestowała. Doszliśmy do pomostu, wymieniając złośliwostki na temat przepięknego osiedla z loftami w Starej Warzelni po drugiej stronie stawu, że absurdalne ceny, może i ładna okolica, ale psy dupami szczekają i koniec świata, kwaśne winogrona, te sprawy. Ale pięknie, niezaprzeczalnie. Wracając - chociaż można iść dalej wzdłuż stawu aż do uroczej huśtawki - wpadłam na przedni pomysł, żeby wrócić nieco dłuższą trasą, górą stawu Olszak. Tutaj rodzina już nie chciała bardzo, jak się potem okazało, zrobiliśmy prawie 5km (TŻ twierdzi, że ponad 6) i nawet widok Mauzoleum Mielochów i Nowego Zoo od zaplecza[1] jakoś nie poprawił im humorów. Mnie się podobało, bardzo. Żałowałam tylko, że nie wzięłam termosu z herbatą. Absolutnie wracam tam na wiosnę.
Są bunkry.
[1] - Zobacz, jakiś monumentalny budynek. Kościół?
- Ma na górze słonia, a nie krzyż. To Słoniarnia.
- Ale ja nie widzę słonia...
GALERIA ZDJĘĆ.
Napisane przez Zuzanka w dniu środa grudzień 16, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Fotografia+, Moje miasto -
Tagi:
dolina-cybiny, olszak
- 5 komentarzy
- Skomentuj
Kaczka Dziwaczka bez imienia. Neuroatypowa, z dysleksją i dysgrafią, zamknięta w sobie, bo nauczyła się, że za szczere wypowiedzi są kary, zarówno w szkole, jak i w domu. Nieustająco porównywana z Nim, synem siostry matki, elokwentnym, poprawnie się wyrażającym, najlepsze świadectwo, predestynowany do kariery życiowej. Wyśmiewana przez rówieśników, karana przez nauczycieli za nieodrobione lekcje i kłamstwa (wszak informacja, że jej ojciec jest Włochem, to na pewno zmyślenie, bo jaki Włoch by przyjechał mieszkać w PRL-u). Nie umie w przyjaźń, bo co w zasadzie może komukolwiek zaoferować? Wspomnienia z dzieciństwa przeplatają się ze współczesnością, demencją i śmiercią matki, śmiercią ciotki; w życiu obu sióstr jest szrama po pobycie w obozie, ciotka dawała sobie zawsze lepiej radę, matkę prześladował duch “dobrego” esesmana, zabitego w dniu wyzwolenia obozu. Mniej lub bardziej udane związki, macierzyństwo, w którym - co ważne - udaje się narratorce nie powielić krzywdzącej narracji. Książka urywa się tak, jak się zaczęła, z nierozwiązanymi wątkami i niedopowiedzeniami, ale to cenna lektura, mimo że nie stwierdzę, że zrozumiałam ją w całości.
Oczywiście widzę spore podobieństwa do opowieści o Dziuni - niekochane, trudne, niewdzięczne i niezrozumiane dziecko (chociaż nie wiadomo tak naprawdę, jak wyglądało jej życie z ojcem, lekko zarysowanym na marginesie czy wyjazdy do babci do Mediolanu), które rozwija się i dojrzewa do roli matki mimo trudnego startu, obciążonego traumą poprzedniego pokolenia. Tu jednak nie ma groteski i ukrytej pod nią przemocy również fizycznej, jest alienacja, krzywdzenie słowem i zaniedbaniem, niska samoocena rzutująca na dużą część życia narratorki. Symboliczny proces, stanowiący finał książki, raczej kończy się wybaczeniem niż karą.
#150 (wypiję za to!)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 15, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Kaczka Dziwaczka bez imienia. Neuroatypowa, z dysleksją i dysgrafią, zamknięta w sobie, bo nauczyła się, że za szczere wypowiedzi są kary, zarówno w szkole, jak i w domu. Nieustająco porównywana z Nim, synem siostry matki, elokwentnym, poprawnie się wyrażającym, najlepsze świadectwo, predestynowany do kariery życiowej. Wyśmiewana przez rówieśników, karana przez nauczycieli za nieodrobione lekcje i kłamstwa (wszak informacja, że jej ojciec jest Włochem, to na pewno zmyślenie, bo jaki Włoch by przyjechał mieszkać w PRL-u). Nie umie w przyjaźń, bo co w zasadzie może komukolwiek zaoferować? Wspomnienia z dzieciństwa przeplatają się ze współczesnością, demencją i śmiercią matki, śmiercią ciotki; w życiu obu sióstr jest szrama po pobycie w obozie, ciotka dawała sobie zawsze lepiej radę, matkę prześladował duch “dobrego” esesmana, zabitego w dniu wyzwolenia obozu. Mniej lub bardziej udane związki, macierzyństwo, w którym - co ważne - udaje się narratorce nie powielić krzywdzącej narracji. Książka urywa się tak, jak się zaczęła, z nierozwiązanymi wątkami i niedopowiedzeniami, ale to cenna lektura, mimo że nie stwierdzę, że zrozumiałam ją w całości.
Oczywiście widzę spore podobieństwa do opowieści o Dziuni - niekochane, trudne, niewdzięczne i niezrozumiane dziecko (chociaż nie wiadomo tak naprawdę, jak wyglądało jej życie z ojcem, lekko zarysowanym na marginesie czy wyjazdy do babci do Mediolanu), które rozwija się i dojrzewa do roli matki mimo trudnego startu, obciążonego traumą poprzedniego pokolenia. Tu jednak nie ma groteski i ukrytej pod nią przemocy również fizycznej, jest alienacja, krzywdzenie słowem i zaniedbaniem, niska samoocena rzutująca na dużą część życia narratorki. Symboliczny proces, stanowiący finał książki, raczej kończy się wybaczeniem niż karą.
#150 (wypiję za to!)
Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek grudzień 15, 2020
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panie, beletrystyka, 2020
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mam trochę zgryz, jak podejść do fabuły serialu, bo wprowadzenie do świata robione jest stopniowo i czasem w sposób dość zaskakujący. Więc jak chcecie oglądać, to może nie czytajcie dalej, jeśli boicie się utraty potencjalnych niespodzianek.
Już przez osobę producenta (i epizodycznie reżysera) - Ridley Scotta - przemycona jest informacja, że rzecz się dzieje w uniwersum Aliena. Z Ziemi, spustoszonej konfliktem między ultra-religijnymi militarystycznymi Mitraitami i pacyfistycznie nastawionymi Ateistami, na obdarzoną podobną do ziemskiej atmosferą planetę Kepler-22b, przylatuje statek z dwoma androidami - Matką i Ojcem - oraz zapłodnionymi zarodkami, z których ma powstać nowa, pokojowa ludzkość. Dzieci rosną w surowych warunkach[1], zdarzają się różne nieszczęścia, wreszcie - gdy pozostaje tylko jedno dziecko, Campion - na planetę dociera statek Mitraitów z zahibernowanymi kolonistami. Matka okazuje się być androidem bojowym, co doprowadza do masakry przyjezdnych, a niedobitki usiłują odebrać porwane przez androida dzieci i przejąć władzę nad planetą.
To jest trudna i mocno brutalna historia o wyborze, religii, samostanowieniu, misji i mesjanizmie oraz - chyba najważniejsze - o macierzyństwie. Matka ma na celu ochronę powierzonych jej dzieci, chociaż decyzje, jakie podejmuje, są czasem niezrozumiałe czy kontrowersyjne. Niby nie ma emocji, tylko oprogramowanie, ale to nie do końca się udało. Serial raczej uderza w poważne tony, mimo prób złagodzenia przez postać Ojca, androida opowiadającego słabe dowcipy; dużo krwi, płynów ustrojowych, doświadczenie gwałtu, płonący ludzie i niszczone androidy (z sugestią ich cierpienia). Zalążek informacji o historii Ziemi i konflikcie między dwoma stronnictwami zapowiada dużo interesującej fabuły[2]. Dodatkowym bohaterem jest planeta, jak się okazuje, nie do końca poznana i skrywająca liczne tajemnice. Chętnie obejrzę drugi sezon, bo wiele tajemnic nie zostało wyjaśnionych.
[1] Podobnie jak “Prometheus”, logika wisi na bardzo trzeszczącym kołku. Androidy mają dostęp do analizatora jakościowego materii, zaskakujące jest więc, że zupełnym przypadkiem whż cb śzvrepv cvępvbetn qmvrpv, bqxeljnwą, żr xnezvyv wr enqvbnxgljalz cbżljvravrz; idąc dalej, z tym poziomem techniki powinni mieć na pokładzie syntezator protein. Przed rozpoczęciem procesu sztucznej ciąży i narodzin dzieci, nie dokonują żadnej analizy bezpieczeństwa planety, ignorując prowadzące na kilometry w głąb ogromne tunele, które pozostawiają bez zabezpieczeń ani nie sprawdzając, czy nie ma na niej żadnej życia (spoiler alert: oczywiście, że jest).
[2] Ponownie logika. Ogromne przedsięwzięcie, arka kolonizacyjna na tysiące ludzi, a jako dowódcę ustanawiają psychopatycznego maniaka religijnego (wiem, wiem, pewnie on i tak był najbardziej ogarnięty z nich wszystkich). Co mogło pójść w tym planie źle?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 11, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Mam trochę zgryz, jak podejść do fabuły serialu, bo wprowadzenie do świata robione jest stopniowo i czasem w sposób dość zaskakujący. Więc jak chcecie oglądać, to może nie czytajcie dalej, jeśli boicie się utraty potencjalnych niespodzianek.
Już przez osobę producenta (i epizodycznie reżysera) - Ridley Scotta - przemycona jest informacja, że rzecz się dzieje w uniwersum Aliena. Z Ziemi, spustoszonej konfliktem między ultra-religijnymi militarystycznymi Mitraitami i pacyfistycznie nastawionymi Ateistami, na obdarzoną podobną do ziemskiej atmosferą planetę Kepler-22b, przylatuje statek z dwoma androidami - Matką i Ojcem - oraz zapłodnionymi zarodkami, z których ma powstać nowa, pokojowa ludzkość. Dzieci rosną w surowych warunkach[1], zdarzają się różne nieszczęścia, wreszcie - gdy pozostaje tylko jedno dziecko, Campion - na planetę dociera statek Mitraitów z zahibernowanymi kolonistami. Matka okazuje się być androidem bojowym, co doprowadza do masakry przyjezdnych, a niedobitki usiłują odebrać porwane przez androida dzieci i przejąć władzę nad planetą.
To jest trudna i mocno brutalna historia o wyborze, religii, samostanowieniu, misji i mesjanizmie oraz - chyba najważniejsze - o macierzyństwie. Matka ma na celu ochronę powierzonych jej dzieci, chociaż decyzje, jakie podejmuje, są czasem niezrozumiałe czy kontrowersyjne. Niby nie ma emocji, tylko oprogramowanie, ale to nie do końca się udało. Serial raczej uderza w poważne tony, mimo prób złagodzenia przez postać Ojca, androida opowiadającego słabe dowcipy; dużo krwi, płynów ustrojowych, doświadczenie gwałtu, płonący ludzie i niszczone androidy (z sugestią ich cierpienia). Zalążek informacji o historii Ziemi i konflikcie między dwoma stronnictwami zapowiada dużo interesującej fabuły[2]. Dodatkowym bohaterem jest planeta, jak się okazuje, nie do końca poznana i skrywająca liczne tajemnice. Chętnie obejrzę drugi sezon, bo wiele tajemnic nie zostało wyjaśnionych.
[1] Podobnie jak “Prometheus”, logika wisi na bardzo trzeszczącym kołku. Androidy mają dostęp do analizatora jakościowego materii, zaskakujące jest więc, że zupełnym przypadkiem whż cb śzvrepv cvępvbetn qmvrpv, bqxeljnwą, żr xnezvyv wr enqvbnxgljalz cbżljvravrz; idąc dalej, z tym poziomem techniki powinni mieć na pokładzie syntezator protein. Przed rozpoczęciem procesu sztucznej ciąży i narodzin dzieci, nie dokonują żadnej analizy bezpieczeństwa planety, ignorując prowadzące na kilometry w głąb ogromne tunele, które pozostawiają bez zabezpieczeń ani nie sprawdzając, czy nie ma na niej żadnej życia (spoiler alert: oczywiście, że jest).
[2] Ponownie logika. Ogromne przedsięwzięcie, arka kolonizacyjna na tysiące ludzi, a jako dowódcę ustanawiają psychopatycznego maniaka religijnego (wiem, wiem, pewnie on i tak był najbardziej ogarnięty z nich wszystkich). Co mogło pójść w tym planie źle?
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek grudzień 11, 2020
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 0 komentarzy
- Skomentuj