Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Top of the Lake

Detektyw Robin Griffin (Elizabeth Moss) przyjeżdża z Sydney na urlop do rodzinnego małego nowozelandzkiego miasteczka LakeTop, odwiedzić umierającą na raka matkę. Ponieważ odkryto, że 12-letnia Tui jest w ciąży, Robin postanawia się włączyć w sprawę (nie tylko dlatego, że ma kwalifikacje, ale kiedy patrzy na zachowanie policjantów przesłuchujących dziecko, zdecydowanie widzi braki kompetencyjne). Dziewczynka jest córką szefa lokalnego półświatka - Mitchama seniora, człowieka niestabilnego emocjonalnie i dość, oględnie mówiąc, ekscentrycznego[1], którego Robin podejrzewa o same złe rzeczy. Dziewczynka niedługo później znika, a Robin zostaje zablokowana w swoich dążeniach do przeszukania domu Mitchama. Wbrew zaleceniom przełożonego[2] rozpoczyna śledztwo najpierw sama, potem we współpracy z "nieudanym" synem Mitchama, Johno (swoim chłopakiem sprzed lat) oraz z paniami, które mieszkają opodal w komunie pod przewodnictwem androgynicznej GJ (Holly Hunter). Miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic, niektóre dotyczą samej Robin.

I tu mam trochę poczucie, że obejrzałam ten serial za późno, bo ani nie szokuje, ani nie budzi takiego niepokoju jak np. Broadchurch. Minęło 5 lat od premiery (2013) i to jeden z wielu seriali, mówiący o trudnych tematach, podmiatanych pod dywan (pedofilia, gwałt, morderstwo, narkotyki, kazirodztwo). Bliźniacze wątki pojawiają się np. w "Ostrych przedmiotach", może stąd lekkie zniechęcenie?

[1] Rozbieranie się od pasa w górę i biczowanie przy grobie matki nie jest dość typowe wśród znanych mi ludzi.

[2] Tu mi trochę logika siada - wszak dziewczyna przyjechała na urlop. Kilkukrotnie miałam wrażenie, że 6-odcinkowa wersja na Netflixie jest pocięta w stosunku do 7-odcinkowego oryginału, bo czasem niektóre sceny nie wynikały z wcześniejszych (np. WTEM Mitcham, który usiłował eksmitować komunę hipisek ze swojego sąsiedztwa, przyjeżdża i umawia się na randkę z jedną z pań).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 14, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Top of the Lake

Detektyw Robin Griffin (Elizabeth Moss) przyjeżdża z Sydney na urlop do rodzinnego małego nowozelandzkiego miasteczka LakeTop, odwiedzić umierającą na raka matkę. Ponieważ odkryto, że 12-letnia Tui jest w ciąży, Robin postanawia się włączyć w sprawę (nie tylko dlatego, że ma kwalifikacje, ale kiedy patrzy na zachowanie policjantów przesłuchujących dziecko, zdecydowanie widzi braki kompetencyjne). Dziewczynka jest córką szefa lokalnego półświatka - Mitchama seniora, człowieka niestabilnego emocjonalnie i dość, oględnie mówiąc, ekscentrycznego[1], którego Robin podejrzewa o same złe rzeczy. Dziewczynka niedługo później znika, a Robin zostaje zablokowana w swoich dążeniach do przeszukania domu Mitchama. Wbrew zaleceniom przełożonego[2] rozpoczyna śledztwo najpierw sama, potem we współpracy z "nieudanym" synem Mitchama, Johno (swoim chłopakiem sprzed lat) oraz z paniami, które mieszkają opodal w komunie pod przewodnictwem androgynicznej GJ (Holly Hunter). Miasteczko kryje w sobie wiele tajemnic, niektóre dotyczą samej Robin.

I tu mam trochę poczucie, że obejrzałam ten serial za późno, bo ani nie szokuje, ani nie budzi takiego niepokoju jak np. Broadchurch. Minęło 5 lat od premiery (2013) i to jeden z wielu seriali, mówiący o trudnych tematach, podmiatanych pod dywan (pedofilia, gwałt, morderstwo, narkotyki, kazirodztwo). Bliźniacze wątki pojawiają się np. w "Ostrych przedmiotach", może stąd lekkie zniechęcenie?

[1] Rozbieranie się od pasa w górę i biczowanie przy grobie matki nie jest dość typowe wśród znanych mi ludzi.

[2] Tu mi trochę logika siada - wszak dziewczyna przyjechała na urlop. Kilkukrotnie miałam wrażenie, że 6-odcinkowa wersja na Netflixie jest pocięta w stosunku do 7-odcinkowego oryginału, bo czasem niektóre sceny nie wynikały z wcześniejszych (np. WTEM Mitcham, który usiłował eksmitować komunę hipisek ze swojego sąsiedztwa, przyjeżdża i umawia się na randkę z jedną z pań).

Napisane przez Zuzanka w dniu wtorek sierpień 14, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Oglądam, Seriale - - 3 komentarze - Skomentuj


Porto Santo

Na Maderze nie ma za wiele naturalnych plaż piaszczystych i raczej są niewielkie (przez co bywają zatłoczone, oczywiście nie jest to tłok w stylu bałtyckiego parawaningu). Po taką prawdziwą, złocistą plażę warto wybrać się na leżącą 40 km obok wyspę Porto Santo. Da się tam dolecieć samolotem (25 minut + odprawa) albo dopłynąć promem (2,5 godziny w jedną stronę)[1]. Z portu można przejść piechotą do Vila Baleira (ok. 2 km), gdzie znajdują się dwie największe atrakcje wyspy - dom-muzeum Krzysztofa Kolumba i 9-kilometrowa plaża.

Wyspa jest malutka, więc do objechania wszystkich ciekawych punktów widokowych i mikro skansenu wystarczy maksymalnie godzina. Podobnie z miasteczkiem, chyba że ze względu na młodzież zrezygnuje się ze zwiedzania domu Kolumba i zakupów (zwłaszcza że sklepy raczej typowo turystyczne) na korzyść plaży. Z punktów widokowych nie warto rezygnować, bo widać z nich rzeczy piękne - z Miradouro da Portela jest fantastyczny widok na port i plażę w Vila Baleira, z Ponta Da Calheta zaś widok na piaszczystą plażę i pełne wmurowanych muszelek skały. Znanym punktem turystycznym jest skansen Casa da Serra, gdzie można obejrzeć zachowany lokalne gospodarstwo sprzed kilkudziesięciu lat (Majut zachwycił się telewizorem kineskopowym, o tempora).

Nie wiem, na ile to turystyczna legenda, ale portosański piasek podobno łagodzi dolegliwości reumatyczne. Nie wiem, jaki jest długofalowy efekt, ale kiedy leżałam na plaży, nic mnie nie bolało. Wyspa reklamuje się jako miejsce kurortowe również ze względu na algi, które są hodowane w wodach otaczających Porto Santo. Część z nich zasila bio-elektrownię w okolicach portu, część trafia do ekskluzywnych kosmetyków z alg (m.in. firmy Thalgo). Przewodnik, człowiek kilkukrotnie żonaty (i z czwórką dorosłych już dzieci), zwierzył się, że specjalnie dla panów w okolicy spa odwarty został bar, żeby mogli w spokoju poczekać na partnerki.

Restauracja: Torre Praia, Rua Goulart Medeiros - kuchnia lokalna.

Wyjście z portu w Funchal Lobo Marinho, Wilk Morski Widok na plażę w Vila Baleira z Miradouro da Portela Jak wyżej / Widok na marinę w Porto Santo Ponta Da Calheta Ponta Da Calheta - detale Ponta Da Calheta Piasek / Radość Vila Baleira Flora Vila Baleira

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Przy czym warto wiedzieć, że dzienny[2] prom odpływa o 8 rano z Funchal, a o 20 wraca z Porto Santo. Bywa to nieco słabe, kiedy następnego dnia o poranku wraca się do domu i po powrocie z wycieczki trzeba się jeszcze spakować. Z jakichś powodów byłam przekonana, że powrotny prom rusza o 18, więc o 21 na luzie wrócę do hotelu i bez stresu ogarnę walizki. Doliczając mega-korek w porcie (chyba jedyne korkujące się miejsce na Maderze), w hotelu wylądowaliśmy o 23:30.

[2] Są też promy nocne, warto sprawdzać, zwłaszcza jeśli się planuje więcej niż jeden dzień na Porto Santo.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 13, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, porto-santo - 0 komentarzy - Skomentuj


Porto Santo

Na Maderze nie ma za wiele naturalnych plaż piaszczystych i raczej są niewielkie (przez co bywają zatłoczone, oczywiście nie jest to tłok w stylu bałtyckiego parawaningu). Po taką prawdziwą, złocistą plażę warto wybrać się na leżącą 40 km obok wyspę Porto Santo. Da się tam dolecieć samolotem (25 minut + odprawa) albo dopłynąć promem (2,5 godziny w jedną stronę)[1]. Z portu można przejść piechotą do Vila Baleira (ok. 2 km), gdzie znajdują się dwie największe atrakcje wyspy - dom-muzeum Krzysztofa Kolumba i 9-kilometrowa plaża.

Wyspa jest malutka, więc do objechania wszystkich ciekawych punktów widokowych i mikro skansenu wystarczy maksymalnie godzina. Podobnie z miasteczkiem, chyba że ze względu na młodzież zrezygnuje się ze zwiedzania domu Kolumba i zakupów (zwłaszcza że sklepy raczej typowo turystyczne) na korzyść plaży. Z punktów widokowych nie warto rezygnować, bo widać z nich rzeczy piękne - z Miradouro da Portela jest fantastyczny widok na port i plażę w Vila Baleira, z Ponta Da Calheta zaś widok na piaszczystą plażę i pełne wmurowanych muszelek skały. Znanym punktem turystycznym jest skansen Casa da Serra, gdzie można obejrzeć zachowany lokalne gospodarstwo sprzed kilkudziesięciu lat (Majut zachwycił się telewizorem kineskopowym, o tempora).

Nie wiem, na ile to turystyczna legenda, ale portosański piasek podobno łagodzi dolegliwości reumatyczne. Nie wiem, jaki jest długofalowy efekt, ale kiedy leżałam na plaży, nic mnie nie bolało. Wyspa reklamuje się jako miejsce kurortowe również ze względu na algi, które są hodowane w wodach otaczających Porto Santo. Część z nich zasila bio-elektrownię w okolicach portu, część trafia do ekskluzywnych kosmetyków z alg (m.in. firmy Thalgo). Przewodnik, człowiek kilkukrotnie żonaty (i z czwórką dorosłych już dzieci), zwierzył się, że specjalnie dla panów w okolicy spa odwarty został bar, żeby mogli w spokoju poczekać na partnerki.

Restauracja: Torre Praia, Rua Goulart Medeiros - kuchnia lokalna.

Wyjście z portu w Funchal Lobo Marinho, Wilk Morski Widok na plażę w Vila Baleira z Miradouro da Portela Jak wyżej / Widok na marinę w Porto Santo Ponta Da Calheta Ponta Da Calheta - detale Ponta Da Calheta Piasek / Radość Vila Baleira Flora Vila Baleira

GALERIA ZDJĘĆ.

[1] Przy czym warto wiedzieć, że dzienny[2] prom odpływa o 8 rano z Funchal, a o 20 wraca z Porto Santo. Bywa to nieco słabe, kiedy następnego dnia o poranku wraca się do domu i po powrocie z wycieczki trzeba się jeszcze spakować. Z jakichś powodów byłam przekonana, że powrotny prom rusza o 18, więc o 21 na luzie wrócę do hotelu i bez stresu ogarnę walizki. Doliczając mega-korek w porcie (chyba jedyne korkujące się miejsce na Maderze), w hotelu wylądowaliśmy o 23:30.

[2] Są też promy nocne, warto sprawdzać, zwłaszcza jeśli się planuje więcej niż jeden dzień na Porto Santo.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 13, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, porto-santo - 0 komentarzy - Skomentuj


Czy warto przespacerować się wzdłuż lewady

TL;DR - warto.

Unikatowe, występujące na Maderze lewady to wąskie kanały, służące do transportu wody deszczowej i skraplającej się mgły z północy i w centralnej części wyspy do suchej części południowej (wybrzeża). Wzdłuż kanałów poprowadzone są ścieżki, oryginalnie dla konserwatorów kanalizacji, którzy dbają o to, by lewady były w dobrym stanie, potem zaadaptowane jako szlaki turystyczne. Lewad na całej wyspie jest ponad 2 tysiące kilometrów i ciągle budowane są nowe. Niektóre mają minimalny kąt nachylenia i przechodzenie wzdłuż nich to spokojny spacer, inne mają średni poziom trudności, ale bywają też naprawdę trudne, na które wejście może być zamknięte przy złej pogodzie. Lewady 25 Fontes i Risco, którymi szłam, należą do szlaków o średniej trudności, chociaż są na nich strome schody. Bez problemu przechodzą je dzieci (wahałabym się z zabraniem tam 3-4 latka ze względu na przepaść po jednej stronie, od której czasem oddziela tylko lina; widziałam jednak ludzi nawet z niemowlętami i z wózkami, ci ostatni jednak pozostawali u podnóża schodów, czekając na powrót niezmotoryzowanej reszty wycieczki).

Spacer wzdłuż lewad jest bardzo przyjemny, chociaż temperatura odczuwalna czasem spada poniżej przyjemnego optimum, również ze względu na wysoką wilgotność (warto mieć coś ciepłego do założenia na górę i na dół), dookoła dziewicza przyroda, szumi płynąca woda (można pić!), a widoki - jak to zwykle w górach - bywają obłędne. Trasa wiedzie przez reliktowy las laurowy, w którym oprócz drzew wawrzynu rosną rośliny na niespotykaną gdzie indziej skalę - gigantyczne paprocie, wrzośce osiągające wielkość kilkumetrowych drzew (w Polsce to kilkunastocentymetrowe krzewinki) czy drzewiaste mniszki.

Na przejście lewadami nie trzeba pozwoleń, można podjechać samodzielnie samochodem albo autobusem do jednego z punktów startowych, ma to jednak tę wadę, że trzeba wrócić do punktu rozpoczęcia, co oznacza, że najpierw się przyjemnie schodzi w dół, ale potem trzeba trasę powtórzyć pod górę (lub, w przypadku lewad 25 Fontes i Risco, można wrócić za kilka euro od osoby busikiem). Z lenistwa wybrałam opcję wycieczki zorganizowanej, gdzie autokar podwozi na parking na górze, a po 3-4 godzinach czeka na dole.

Część trasy obu lewad się nakłada, po zejściu ok. 120 metrów w 1/3 trasy pojawia się rozgałęzienie - na poziomie 1000 m n.p.m jedna ścieżka (około kilometra w jedną stronę) wiedzie wzdłuż lewady Risco do wodospadu o tej samej nazwie (po płaskim), druga ścieżka (około 4 km) po zejściu stromymi schodami o kolejne 100 metrów prowadzi wzdłuż lewady 25 Fontes do kolejnego wodospadu. Wodospad Risco powstaje z deszczu, który pada na Płaskowyż Paul da Serra. Woda przesącza przez porowate, wulkaniczne skały, wydostaje się tutaj na wysokości 100 metrów i daje początek lewadzie. Przechodząc lewadą 25 Fontes, trafia się na mostek u podnóża wodospadu, gdzie widok również jest imponujący. Na lewadzie 25 Fontes droga robi się bardziej wymagająca - po przejściu kilkudziesięciu kamiennych schodów w dół i kolejnych w górę (przy podstawie wodospadu Risco) ścieżka z szerokiej robi się wąska, a przepaść zbliża się do niej. Zwykle są zabezpieczenia w postaci rozciągniętych linek, ale raczej warto chwytać się brzegu kanału, który na tym odcinku jest wysoki i sięga wysokości biodra. Zwykle są dostępne dwie ścieżki - górna tuż przy kanale i dolna bliżej przepaści, ale zdarzają się wąskie przesmyki, gdzie trzeba się minąć z powracającą grupą (podpowiedź: ostrożnie). Na końcu trasy jest malownicze, lodowate jezioro (nie przeszkadza to robić sobie przy nim zdjęć w negliżu) i wodospad, zbierający wodę z 25 (lub więcej) źródeł.

Cała trasa zajmuje, z przystankami, ok. 3-4 godzin, bo wodospady są ślepymi zakończeniami tras i w sumie wykonuje się drogę w kształcie litery Y. Jak wspomniałam na początku, podróżując samodzielnie należy wrócić w punkt wyjścia, co oznacza przejście prawie 200 metrów do góry (albo skorzystanie z busika); wycieczka zorganizowana umożliwia pozostanie na poziomie lewady Risco, a na parking można wrócić wąskim tunelem, którym przebiega rura dostarczająca wodę z lewad do gospodarstw. Jakkolwiek moje dziecko szło całą drogę żwawo, tak w tunelu, gdzie drogę oświetlały latarki i telefony, jednak się bała.

Po drodze można spotkać pasące się krowy (pardą, bydło domowe), dość luźno traktujące kwestię omijania dróg; autokar musiał hamować, bo ruda kudłata krowa zdecydowała się na obgryzanie liści, stojąc na jednym z pasów i bynajmniej obecność samochodów jej nie deprymowała. Zdjęcia delikwentki nie mam.

Gdzieś tam jest Pico Ruivo Wspólna część trasy / Lewada 25 fontes Drzewo jagodowe, wyższe od człowieka Wodospad Risco Endemiczna ptaszyna, chyba rodzaj zięby Mniszek, też wyższy od człowieka / Wodospadzik Lewada 25 Fontes, górna ścieżka Zejście z lewady Risco do 25 Fontes / Tunel, strasszny Dolina zalesiona eukaliptusem, który się rozplenił po pożarach z 2016

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 12, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, risco, 25-fontes - 0 komentarzy - Skomentuj


Czy warto przespacerować się wzdłuż lewady

TL;DR - warto.

Unikatowe, występujące na Maderze lewady to wąskie kanały, służące do transportu wody deszczowej i skraplającej się mgły z północy i w centralnej części wyspy do suchej części południowej (wybrzeża). Wzdłuż kanałów poprowadzone są ścieżki, oryginalnie dla konserwatorów kanalizacji, którzy dbają o to, by lewady były w dobrym stanie, potem zaadaptowane jako szlaki turystyczne. Lewad na całej wyspie jest ponad 2 tysiące kilometrów i ciągle budowane są nowe. Niektóre mają minimalny kąt nachylenia i przechodzenie wzdłuż nich to spokojny spacer, inne mają średni poziom trudności, ale bywają też naprawdę trudne, na które wejście może być zamknięte przy złej pogodzie. Lewady 25 Fontes i Risco, którymi szłam, należą do szlaków o średniej trudności, chociaż są na nich strome schody. Bez problemu przechodzą je dzieci (wahałabym się z zabraniem tam 3-4 latka ze względu na przepaść po jednej stronie, od której czasem oddziela tylko lina; widziałam jednak ludzi nawet z niemowlętami i z wózkami, ci ostatni jednak pozostawali u podnóża schodów, czekając na powrót niezmotoryzowanej reszty wycieczki).

Spacer wzdłuż lewad jest bardzo przyjemny, chociaż temperatura odczuwalna czasem spada poniżej przyjemnego optimum, również ze względu na wysoką wilgotność (warto mieć coś ciepłego do założenia na górę i na dół), dookoła dziewicza przyroda, szumi płynąca woda (można pić!), a widoki - jak to zwykle w górach - bywają obłędne. Trasa wiedzie przez reliktowy las laurowy, w którym oprócz drzew wawrzynu rosną rośliny na niespotykaną gdzie indziej skalę - gigantyczne paprocie, wrzośce osiągające wielkość kilkumetrowych drzew (w Polsce to kilkunastocentymetrowe krzewinki) czy drzewiaste mniszki.

Na przejście lewadami nie trzeba pozwoleń, można podjechać samodzielnie samochodem albo autobusem do jednego z punktów startowych, ma to jednak tę wadę, że trzeba wrócić do punktu rozpoczęcia, co oznacza, że najpierw się przyjemnie schodzi w dół, ale potem trzeba trasę powtórzyć pod górę (lub, w przypadku lewad 25 Fontes i Risco, można wrócić za kilka euro od osoby busikiem). Z lenistwa wybrałam opcję wycieczki zorganizowanej, gdzie autokar podwozi na parking na górze, a po 3-4 godzinach czeka na dole.

Część trasy obu lewad się nakłada, po zejściu ok. 120 metrów w 1/3 trasy pojawia się rozgałęzienie - na poziomie 1000 m n.p.m jedna ścieżka (około kilometra w jedną stronę) wiedzie wzdłuż lewady Risco do wodospadu o tej samej nazwie (po płaskim), druga ścieżka (około 4 km) po zejściu stromymi schodami o kolejne 100 metrów prowadzi wzdłuż lewady 25 Fontes do kolejnego wodospadu. Wodospad Risco powstaje z deszczu, który pada na Płaskowyż Paul da Serra. Woda przesącza przez porowate, wulkaniczne skały, wydostaje się tutaj na wysokości 100 metrów i daje początek lewadzie. Przechodząc lewadą 25 Fontes, trafia się na mostek u podnóża wodospadu, gdzie widok również jest imponujący. Na lewadzie 25 Fontes droga robi się bardziej wymagająca - po przejściu kilkudziesięciu kamiennych schodów w dół i kolejnych w górę (przy podstawie wodospadu Risco) ścieżka z szerokiej robi się wąska, a przepaść zbliża się do niej. Zwykle są zabezpieczenia w postaci rozciągniętych linek, ale raczej warto chwytać się brzegu kanału, który na tym odcinku jest wysoki i sięga wysokości biodra. Zwykle są dostępne dwie ścieżki - górna tuż przy kanale i dolna bliżej przepaści, ale zdarzają się wąskie przesmyki, gdzie trzeba się minąć z powracającą grupą (podpowiedź: ostrożnie). Na końcu trasy jest malownicze, lodowate jezioro (nie przeszkadza to robić sobie przy nim zdjęć w negliżu) i wodospad, zbierający wodę z 25 (lub więcej) źródeł.

Cała trasa zajmuje, z przystankami, ok. 3-4 godzin, bo wodospady są ślepymi zakończeniami tras i w sumie wykonuje się drogę w kształcie litery Y. Jak wspomniałam na początku, podróżując samodzielnie należy wrócić w punkt wyjścia, co oznacza przejście prawie 200 metrów do góry (albo skorzystanie z busika); wycieczka zorganizowana umożliwia pozostanie na poziomie lewady Risco, a na parking można wrócić wąskim tunelem, którym przebiega rura dostarczająca wodę z lewad do gospodarstw. Jakkolwiek moje dziecko szło całą drogę żwawo, tak w tunelu, gdzie drogę oświetlały latarki i telefony, jednak się bała.

Po drodze można spotkać pasące się krowy (pardą, bydło domowe), dość luźno traktujące kwestię omijania dróg; autokar musiał hamować, bo ruda kudłata krowa zdecydowała się na obgryzanie liści, stojąc na jednym z pasów i bynajmniej obecność samochodów jej nie deprymowała. Zdjęcia delikwentki nie mam.

Gdzieś tam jest Pico Ruivo Wspólna część trasy / Lewada 25 fontes Drzewo jagodowe, wyższe od człowieka Wodospad Risco Endemiczna ptaszyna, chyba rodzaj zięby Mniszek, też wyższy od człowieka / Wodospadzik Lewada 25 Fontes, górna ścieżka Zejście z lewady Risco do 25 Fontes / Tunel, strasszny Dolina zalesiona eukaliptusem, który się rozplenił po pożarach z 2016

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 12, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, risco, 25-fontes - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że dla odmiany na zachód

Câmara de Lobos (Siedlisko Wilków [Morskich]), a konkretnie fok), położona o kilka kilometrów na zachód od Funchal, to dawna wioska rybacka, jedno z najstarszych siedlisk na wyspie (początek XV w.). Aktualnie to spore miasto, jak większość maderskich miast mieści się na schodzących w stronę wybrzeża tarasach, przez co znane jest z pocztówkowego widoku białych domków z pomarańczowymi dachami. Przyjechaliśmy na obiad, szczęśliwie nie wszystkie restauracje przejmowały się przerwą na sjestę. Tuż obok restauracji mieści się taras ze znanym punktem widokowym - Miradouro Winston Churchill; na tarasie w latach 50. siadywał znany polityk i malował sielskie pejzaże. Czy udało mi się punkt widokowy ominąć? Ależ oczywiście. Miasteczko znane jest między innymi z malowniczych girland - nad przyportowymi uliczkami wiszą przedziwne rzeczy - łodzie, butelki, ogromne figury świętych, parasole; wszystko furkocze i powiewa na wietrze. Sam port jest dość rozczarowujący, dużo betonu i kilka łodzi, ale wzdłuż wybrzeża można się przejść na przyjemny spacer.

Adresy: Restaurante Vila Da Carne, Rua Doutor João Abel De Freitas 30 A, Câmara De Lobos.

Z Câmara de Lobos można pojechać na pobliski klif Cabo Girão. Teoretycznie to 4 km, ale ze względu na to, że jeden z najwyższych klifów Europy (580 m wysokości), droga zajmuje kilkanaście-kilkadziesiąt minut ze względu na znaczne nachylenie i wąską jezdnię, przez co tempo jazdy nie jest oszałamiające (za to strach jest). Na szczycie klifu znajduje się szklana platforma widokowa, z której rozpościera się widok na Funchal oraz poletka uprawne poniżej. I tak, dobrze się domyślacie, nie wjechałam na sam szczyt (niniejszym przyznaję sobie honorowy tytuł założycielki klubu Prawie Że Dojechałam). Nie czułam się dobrze nawet jako pasażer, wjeżdżając po stromej i krętej drodze, więc zatrzymaliśmy się w połowie trasy przy kolejnej stacji kolejki gondolowej, zjeżdżającej w dół, ku plaży Fajã dos Padres, po powrocie z której już mi się nie chciało jechać w górę. Kamienista plaża jest określana jako jeden z najbardziej urokliwych zakątków wyspy, ale niespecjalnie mnie zachwyciła, zapewne po części dlatego, że poza przyjemnym zjazdem kolejką, trzeba do niej dość po niegdyś betonowej, aktualnie rozsypanej drodze. Okolica jest urokliwa - plantacja bananowców, ale podobno przyjemna lokalna restauracyjka była zamknięta. Z tarasu kolejki widok na okolicę jest również bardzo ładny widok na zatokę, więc wielkiego rozczarowania nie było (a B., który jakiś czas później dotarł na szczyt klifu, określił taras widokowy jako wielkie rozczarowanie).

Kolejką gondolową w dół Plaża i klif / Ścianka Wielki błękit Osypisko zamiast ścieżki Cabo Girao / Camara de Lobos i Funchal

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 11, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, cabo-girao, camara-de-lobos - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że dla odmiany na zachód

Câmara de Lobos (Siedlisko Wilków [Morskich]), a konkretnie fok), położona o kilka kilometrów na zachód od Funchal, to dawna wioska rybacka, jedno z najstarszych siedlisk na wyspie (początek XV w.). Aktualnie to spore miasto, jak większość maderskich miast mieści się na schodzących w stronę wybrzeża tarasach, przez co znane jest z pocztówkowego widoku białych domków z pomarańczowymi dachami. Przyjechaliśmy na obiad, szczęśliwie nie wszystkie restauracje przejmowały się przerwą na sjestę. Tuż obok restauracji mieści się taras ze znanym punktem widokowym - Miradouro Winston Churchill; na tarasie w latach 50. siadywał znany polityk i malował sielskie pejzaże. Czy udało mi się punkt widokowy ominąć? Ależ oczywiście. Miasteczko znane jest między innymi z malowniczych girland - nad przyportowymi uliczkami wiszą przedziwne rzeczy - łodzie, butelki, ogromne figury świętych, parasole; wszystko furkocze i powiewa na wietrze. Sam port jest dość rozczarowujący, dużo betonu i kilka łodzi, ale wzdłuż wybrzeża można się przejść na przyjemny spacer.

Adresy: Restaurante Vila Da Carne, Rua Doutor João Abel De Freitas 30 A, Câmara De Lobos.

Z Câmara de Lobos można pojechać na pobliski klif Cabo Girão. Teoretycznie to 4 km, ale ze względu na to, że jeden z najwyższych klifów Europy (580 m wysokości), droga zajmuje kilkanaście-kilkadziesiąt minut ze względu na znaczne nachylenie i wąską jezdnię, przez co tempo jazdy nie jest oszałamiające (za to strach jest). Na szczycie klifu znajduje się szklana platforma widokowa, z której rozpościera się widok na Funchal oraz poletka uprawne poniżej. I tak, dobrze się domyślacie, nie wjechałam na sam szczyt (niniejszym przyznaję sobie honorowy tytuł założycielki klubu Prawie Że Dojechałam). Nie czułam się dobrze nawet jako pasażer, wjeżdżając po stromej i krętej drodze, więc zatrzymaliśmy się w połowie trasy przy kolejnej stacji kolejki gondolowej, zjeżdżającej w dół, ku plaży Fajã dos Padres, po powrocie z której już mi się nie chciało jechać w górę. Kamienista plaża jest określana jako jeden z najbardziej urokliwych zakątków wyspy, ale niespecjalnie mnie zachwyciła, zapewne po części dlatego, że poza przyjemnym zjazdem kolejką, trzeba do niej dość po niegdyś betonowej, aktualnie rozsypanej drodze. Okolica jest urokliwa - plantacja bananowców, ale podobno przyjemna lokalna restauracyjka była zamknięta. Z tarasu kolejki widok na okolicę jest również bardzo ładny widok na zatokę, więc wielkiego rozczarowania nie było (a B., który jakiś czas później dotarł na szczyt klifu, określił taras widokowy jako wielkie rozczarowanie).

Kolejką gondolową w dół Plaża i klif / Ścianka Wielki błękit Osypisko zamiast ścieżki Cabo Girao / Camara de Lobos i Funchal

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota sierpień 11, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, cabo-girao, camara-de-lobos - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że na wschód

Wyprawa na wschód wyspy miała się rozpocząć od Jardim Botanico, ale z przyczyn opisanych przełożyłam go na kolejny dzień, bo odległości na Maderze są żadne (Ogród to 8 km od dzielnicy hotelowej w Funchal).

Koło Madery żyją delfiny i wieloryby. Te drugie w pewnym momencie historii wyspy stanowiły potężną gałąź gospodarki - polowania na wieloryby zapewniały sporej grupie mieszkańców pracę i utrzymanie dzięki zebranemu tłuszczowi, przerabianemu w fabrykach na poszukiwany tran. Połowy są zabronione od kilkudziesięciu lat, a ich historię pokazuje znajdujące się w Caniçal Muzeum Wieloryba (Museu da Baleia). Na wejściu dostaje się audioprzewodnik w 5 językach (niestety, bez polskiego), który automatycznie aktywuje opisy eksponatów (i ścieżkę dźwiękową filmów). Pierwsza sekcja Muzeum prezentuje całą historię połowów na Maderze - oryginalne, 8-metrowe łodzie, które wielkością dorównywały wielorybom, harpuny i noże, stanowiska obserwacyjne i sporo zdjęć historycznych; można też obejrzeć czarno-biały film. W drugiej sali na wejściu dochodzą okulary 3D, bo oprócz naturalnej wielkości modeli zwierząt, na ścianach wyświetlane są filmy 3D o życiu pod wodą, powstaniu Ziemi i życia. W modelu batyskafu wyświetlany jest film, symulujący zejście na 3000 metrów pod poziomem morza (największa atrakcja dla Mai, mimo tłumaczonej ścieżki dźwiękowej). Samo Caniçal jest malutkie, ma kamienistą plażę, ale w restauracji z widokiem na ocean, można zjeść lokalną rybę. Z miasteczka można pojechać dalej na wschód na skalisty półwysep Św. Wawrzyńca (São Lourenço), gdzie stromo i wieje jak nie wiem, ale widoki podobno przepiękne. Ja wybrałam opcję leniwą - plażę w odległym o 5 km Machico.

Adresy:

Machico ma właściwie dwie plaże: jedną kamienistą na zachodzie zatoki oraz drugą piaszczystą w jej północno-wschodniej części. I tak jak na Maderze większość plaż jest kamienista, tak warto podjechać (zwłaszcza z dzieckiem) na tę drugą. Piasek został przywieziony z Sahary (podobnie jak na teneryfskiej Las Teresitas). Pozbawiona silnych fal zatoka, złoty piasek, ciepła woda - czego nie lubić.

Santana jest znana przede wszystkim z tzw. trójkątnych domów (do złudzenia przypominających domki typu Brda, tylko że pokolorowane), w jakich kiedyś mieszkali mieszkańcy wsi. Darmowy skansen z kilkoma domkami i punktem widokowym na leżącą pod miastem dolinę to, mam wrażenie, wszystko, co jest warte obejrzenia w miasteczku. Dodatkowo warto wziąć pod uwagę, że nie są to oryginalne XVI-wieczne domy, a jedynie rekonstrukcja z początku XX wieku. Domki oglądaliśmy późnym popołudniem, jako nieliczni o tej porze turyści; podobno w godzinach szczytu są tu tłumy. Na zakończenie dnia usiłowałam znaleźć lodziarnię, ale poza sklepikami z lodami przemysłowymi z lodówki, na nic nie trafiłam, więc lody zjedliśmy już w Funchal.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 10, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, canical, santana, machico - 0 komentarzy - Skomentuj


O tym, że na wschód

Wyprawa na wschód wyspy miała się rozpocząć od Jardim Botanico, ale z przyczyn opisanych przełożyłam go na kolejny dzień, bo odległości na Maderze są żadne (Ogród to 8 km od dzielnicy hotelowej w Funchal).

Koło Madery żyją delfiny i wieloryby. Te drugie w pewnym momencie historii wyspy stanowiły potężną gałąź gospodarki - polowania na wieloryby zapewniały sporej grupie mieszkańców pracę i utrzymanie dzięki zebranemu tłuszczowi, przerabianemu w fabrykach na poszukiwany tran. Połowy są zabronione od kilkudziesięciu lat, a ich historię pokazuje znajdujące się w Caniçal Muzeum Wieloryba (Museu da Baleia). Na wejściu dostaje się audioprzewodnik w 5 językach (niestety, bez polskiego), który automatycznie aktywuje opisy eksponatów (i ścieżkę dźwiękową filmów). Pierwsza sekcja Muzeum prezentuje całą historię połowów na Maderze - oryginalne, 8-metrowe łodzie, które wielkością dorównywały wielorybom, harpuny i noże, stanowiska obserwacyjne i sporo zdjęć historycznych; można też obejrzeć czarno-biały film. W drugiej sali na wejściu dochodzą okulary 3D, bo oprócz naturalnej wielkości modeli zwierząt, na ścianach wyświetlane są filmy 3D o życiu pod wodą, powstaniu Ziemi i życia. W modelu batyskafu wyświetlany jest film, symulujący zejście na 3000 metrów pod poziomem morza (największa atrakcja dla Mai, mimo tłumaczonej ścieżki dźwiękowej). Samo Caniçal jest malutkie, ma kamienistą plażę, ale w restauracji z widokiem na ocean, można zjeść lokalną rybę. Z miasteczka można pojechać dalej na wschód na skalisty półwysep Św. Wawrzyńca (São Lourenço), gdzie stromo i wieje jak nie wiem, ale widoki podobno przepiękne. Ja wybrałam opcję leniwą - plażę w odległym o 5 km Machico.

Adresy:

Machico ma właściwie dwie plaże: jedną kamienistą na zachodzie zatoki oraz drugą piaszczystą w jej północno-wschodniej części. I tak jak na Maderze większość plaż jest kamienista, tak warto podjechać (zwłaszcza z dzieckiem) na tę drugą. Piasek został przywieziony z Sahary (podobnie jak na teneryfskiej Las Teresitas). Pozbawiona silnych fal zatoka, złoty piasek, ciepła woda - czego nie lubić.

Santana jest znana przede wszystkim z tzw. trójkątnych domów (do złudzenia przypominających domki typu Brda, tylko że pokolorowane), w jakich kiedyś mieszkali mieszkańcy wsi. Darmowy skansen z kilkoma domkami i punktem widokowym na leżącą pod miastem dolinę to, mam wrażenie, wszystko, co jest warte obejrzenia w miasteczku. Dodatkowo warto wziąć pod uwagę, że nie są to oryginalne XVI-wieczne domy, a jedynie rekonstrukcja z początku XX wieku. Domki oglądaliśmy późnym popołudniem, jako nieliczni o tej porze turyści; podobno w godzinach szczytu są tu tłumy. Na zakończenie dnia usiłowałam znaleźć lodziarnię, ale poza sklepikami z lodami przemysłowymi z lodówki, na nic nie trafiłam, więc lody zjedliśmy już w Funchal.

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek sierpień 10, 2018

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: portugalia, madera, canical, santana, machico - 0 komentarzy - Skomentuj