Historia skomplikowanego związku między utalentowanym scenarzystą a tancerką rewiową, osadzona w Ameryce lat 50. Ben, nieco socjopatyczny 20-latek, opuszcza rodzinny Pittsburgh z zapasem skradzionych cygar doskonałej jakości, żeby zrobić karierę w Nowym Jorku. Poznaje ekscentrycznego Dona, który zajmuje się grzaniem łóżka stewardesom, rozpoczyna pracę w agencji reklamowej, po czym zostaje powołany do wojska, bo wojna z Koreą. Ginnie, 16-latka z dziwnej rodziny (ojciec - zamknięty w sobie malarz, matka - opuszcza rodzinę, żeby zacząć żyć, siostra - nimfomanka), ucieka z domu po pogrzebie ojca, mając ze sobą trochę gotówki i portret matki. Trafia do Nowego Jorku, przez chwilę współzarządza restauracją, ale kiedy odkrywa, że umie tańczyć, zostaje tancerką. Do mieszkania Dona trafia przypadkiem po pożarze w wynajmowanym przez nią mieszkaniu i zakochuje się w Benie, a w zasadzie w jego listach, które ten wysyła z wojska do swojego przyjaciela.
Zdecydowanie książki nie należy oceniać po ohydnej okładce[1]. Wprawdzie nie udaje niczego więcej niż romansu (i to bogato zaprawionego opisami erotycznymi), ale jest napisana świetnym językiem. Ben jest sarkastyczny i ironiczny, co nie przydaje mu się specjalnie ani w pracy, ani w wojsku[2], za to - i owszem - przy pisaniu scenariuszy. Ginnie ma doskonały zmysł obserwacji i potrafi nawet z kiepskich sytuacji wyjść dzięki ciętemu językowi. Dwutorowa narracja przysłania nieco płaską fabułę, w połowie książki już wiadomo, że czym spowodowane są przeszkody na drodze kochanków (avrgehqab fvę qbzlśyvć, żr qbwemnłn xbpunaxn Oran, Znttvr, gb zngxn Tvaavr), ale dzięki świetnym dialogom to nie przeszkadza.
[1] Projekt graficzny Andrzej Kuryłowicz (założyciel wydawnictwa); przyczynek do dyskusji o tym, że lepiej dać robotę fachowcom, a samemu skupić się na prowadzeniu firmy.
[2] Mam specjalnie miejsce w serduszku dla książek militarnych od kiedy przełamałam się i po kilku podejściach przeszłam przez "Paragraf 22". Opisy koszar, psychopatycznego sierżanta czy idiotyzmu służby wojskowej jako takiej plasują tę książkę wysoko w rankingu; dobrym przybliżeniem jest M.A.S.H.
#23
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 1, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Historia skomplikowanego związku między utalentowanym scenarzystą a tancerką rewiową, osadzona w Ameryce lat 50. Ben, nieco socjopatyczny 20-latek, opuszcza rodzinny Pittsburgh z zapasem skradzionych cygar doskonałej jakości, żeby zrobić karierę w Nowym Jorku. Poznaje ekscentrycznego Dona, który zajmuje się grzaniem łóżka stewardesom, rozpoczyna pracę w agencji reklamowej, po czym zostaje powołany do wojska, bo wojna z Koreą. Ginnie, 16-latka z dziwnej rodziny (ojciec - zamknięty w sobie malarz, matka - opuszcza rodzinę, żeby zacząć żyć, siostra - nimfomanka), ucieka z domu po pogrzebie ojca, mając ze sobą trochę gotówki i portret matki. Trafia do Nowego Jorku, przez chwilę współzarządza restauracją, ale kiedy odkrywa, że umie tańczyć, zostaje tancerką. Do mieszkania Dona trafia przypadkiem po pożarze w wynajmowanym przez nią mieszkaniu i zakochuje się w Benie, a w zasadzie w jego listach, które ten wysyła z wojska do swojego przyjaciela.
Zdecydowanie książki nie należy oceniać po ohydnej okładce[1]. Wprawdzie nie udaje niczego więcej niż romansu (i to bogato zaprawionego opisami erotycznymi), ale jest napisana świetnym językiem. Ben jest sarkastyczny i ironiczny, co nie przydaje mu się specjalnie ani w pracy, ani w wojsku[2], za to - i owszem - przy pisaniu scenariuszy. Ginnie ma doskonały zmysł obserwacji i potrafi nawet z kiepskich sytuacji wyjść dzięki ciętemu językowi. Dwutorowa narracja przysłania nieco płaską fabułę, w połowie książki już wiadomo, że czym spowodowane są przeszkody na drodze kochanków (avrgehqab fvę qbzlśyvć, żr qbwemnłn xbpunaxn Oran, Znttvr, gb zngxn Tvaavr), ale dzięki świetnym dialogom to nie przeszkadza.
[1] Projekt graficzny Andrzej Kuryłowicz (założyciel wydawnictwa); przyczynek do dyskusji o tym, że lepiej dać robotę fachowcom, a samemu skupić się na prowadzeniu firmy.
[2] Mam specjalnie miejsce w serduszku dla książek militarnych od kiedy przełamałam się i po kilku podejściach przeszłam przez "Paragraf 22". Opisy koszar, psychopatycznego sierżanta czy idiotyzmu służby wojskowej jako takiej plasują tę książkę wysoko w rankingu; dobrym przybliżeniem jest M.A.S.H.
#23
Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela kwiecień 1, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Historia, która prowadzi do Bolechowa, miasteczka podzielonym na część z pałacem (tę "lepszą") i z PGR-em (tę "gorszą"), rozpoczyna się w czasie II wojny, kiedy to ostatni hrabia z Bolechowa decyduje się uratować przed wojskami w czarnym mundurach swoje zbiory. Z pomocą syna ogrodnika, Stefana, i kilku wiernych pracowników, zamurowuje dzieła sztuki w pałacowej oranżerii; nie budzi to zachwytu najeźdzców. Zbiory przeżywają wojnę, a Stefan - oddając je nowemu polskiemu państwu - uzyskuje dla siebie posadę kustosza, ma też nadzieję, że jego córka - Łucja - będzie kontynuowała jego pracę. W życie Bolechowa wplata się drugi wątek - wypuszczony z ciężkiego więzienia Kamieniarz, milkliwy i ciężko doświadczony fachowiec, osiedla się opodal pałacu, zakłada rodzinę, ale jest obok wszystkiego, nie budząc zaufania u nikogo. Nieślubny syn Łucji, Robert - zgodnie z rodzinnym etosem - raczej unika okolic warsztatu, ale jest zafascynowany starszą córką Kamieniarza, Urszulą.
Na tej podbudowie rozwija się talent malarski Roberta, który opuszczając dziadka i matkę, rozpoczyna szybką karierę w transformujących latach 90. XX wieku. Odkryty w Poznaniu, po wymiernym sukcesie finansowym, wraca jednak przy każdej okazji do Bolechowa, bo to właśnie obrazy z rodzinnego miasteczka przynoszą mu sławę. Fascynacja Urszulą nie znika, maluje ją potajemnie (a z niedopowiedzeń wychodzi, że nie tylko maluje), również w tajemnicy przed pozostawioną w Poznaniu narzeczoną. Obserwuje upadek post-pereelowski na dwóch frontach: nieudaną transformację opartej na PGR-ze wsi i rozkład przemysłu, który kwitnące tereny Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego oddaje w ręce deweloperów, wyrzucających z nich robotników, artystów i skłoterów. Od zmian bardziej interesuje jednak Roberta tajemnica jego matki, która odmawia wyjaśnienia, kim był jego ojciec.
W głębi duszy oczekiwałam jakiejś kontynuacji Skorunia, skoro tak świetnie autorowi wyszedł. A tu nie - niespodzianka. Na najbardziej ogólnym poziomie to kolejna książka o dorastaniu, ale też o dialogu (a konkretnie nieumiejętności przekazywanej z pokolenia na pokolenie).
Narracja w powieści jest dość trudna, bo ma wielu narratorów - Łucję, Roberta i unoszącego się, niewidocznego świadka wydarzeń, w których narracji nie miał kto przeprowadzić. Nie jest też łatwy język, ale jakże ładny - zdania się smakuje, czyta kilkakrotnie nie tyle dla złapania sensu, ale dla ucieszenia się jakością słów. Fabuła jest luźno wokół tych słów opleciona, czasem coś umyka, czasem coś potraktowane jest zbyt zdawkowo (motyw ucieczki Roberta i schizoidalnej jazdy po pustyniach USA niespecjalnie do mnie przemówił). Dla mnie cenny jest Poznań Roberta, oglądany z perspektywy malarza; od ponad roku planuję rajd po opuszczonych budynkach ZNTK, może w tym roku się uda?
Inne tego autora.
#22
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 30, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Historia, która prowadzi do Bolechowa, miasteczka podzielonym na część z pałacem (tę "lepszą") i z PGR-em (tę "gorszą"), rozpoczyna się w czasie II wojny, kiedy to ostatni hrabia z Bolechowa decyduje się uratować przed wojskami w czarnym mundurach swoje zbiory. Z pomocą syna ogrodnika, Stefana, i kilku wiernych pracowników, zamurowuje dzieła sztuki w pałacowej oranżerii; nie budzi to zachwytu najeźdzców. Zbiory przeżywają wojnę, a Stefan - oddając je nowemu polskiemu państwu - uzyskuje dla siebie posadę kustosza, ma też nadzieję, że jego córka - Łucja - będzie kontynuowała jego pracę. W życie Bolechowa wplata się drugi wątek - wypuszczony z ciężkiego więzienia Kamieniarz, milkliwy i ciężko doświadczony fachowiec, osiedla się opodal pałacu, zakłada rodzinę, ale jest obok wszystkiego, nie budząc zaufania u nikogo. Nieślubny syn Łucji, Robert - zgodnie z rodzinnym etosem - raczej unika okolic warsztatu, ale jest zafascynowany starszą córką Kamieniarza, Urszulą.
Na tej podbudowie rozwija się talent malarski Roberta, który opuszczając dziadka i matkę, rozpoczyna szybką karierę w transformujących latach 90. XX wieku. Odkryty w Poznaniu, po wymiernym sukcesie finansowym, wraca jednak przy każdej okazji do Bolechowa, bo to właśnie obrazy z rodzinnego miasteczka przynoszą mu sławę. Fascynacja Urszulą nie znika, maluje ją potajemnie (a z niedopowiedzeń wychodzi, że nie tylko maluje), również w tajemnicy przed pozostawioną w Poznaniu narzeczoną. Obserwuje upadek post-pereelowski na dwóch frontach: nieudaną transformację opartej na PGR-ze wsi i rozkład przemysłu, który kwitnące tereny Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego oddaje w ręce deweloperów, wyrzucających z nich robotników, artystów i skłoterów. Od zmian bardziej interesuje jednak Roberta tajemnica jego matki, która odmawia wyjaśnienia, kim był jego ojciec.
W głębi duszy oczekiwałam jakiejś kontynuacji Skorunia, skoro tak świetnie autorowi wyszedł. A tu nie - niespodzianka. Na najbardziej ogólnym poziomie to kolejna książka o dorastaniu, ale też o dialogu (a konkretnie nieumiejętności przekazywanej z pokolenia na pokolenie).
Narracja w powieści jest dość trudna, bo ma wielu narratorów - Łucję, Roberta i unoszącego się, niewidocznego świadka wydarzeń, w których narracji nie miał kto przeprowadzić. Nie jest też łatwy język, ale jakże ładny - zdania się smakuje, czyta kilkakrotnie nie tyle dla złapania sensu, ale dla ucieszenia się jakością słów. Fabuła jest luźno wokół tych słów opleciona, czasem coś umyka, czasem coś potraktowane jest zbyt zdawkowo (motyw ucieczki Roberta i schizoidalnej jazdy po pustyniach USA niespecjalnie do mnie przemówił). Dla mnie cenny jest Poznań Roberta, oglądany z perspektywy malarza; od ponad roku planuję rajd po opuszczonych budynkach ZNTK, może w tym roku się uda?
Inne tego autora.
#22
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 30, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
Czytam -
Tagi:
panowie, beletrystyka, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niemiecki profesor geologii, Lidenbrock, odkrywa w starym manuskrypcie zaszyfrowaną wiadomość z XVI wieku. Okazuje się, że Arne Saknussen, islandzki uczony, odbył podróż do środka Ziemi i wrócił. Bratanek profesora, Axel, jest sceptykiem, opierającym się na wiedzy naukowej (upiera się na przykład, że Ziemia ma płynne jądro, a im dalej w głąb, tym bardziej wzrasta temperatura), profesor - absurdalnie - jest szalonym entuzjastą, ignorującym niewygodne teorie, jeśli to koliduje z jego planami (jest teoria, że wcale nie wzrasta, chodźmy się przekonać). Profesor więc, terroryzując swojego bratanka i gospodynię, organizuje w tajemnicy wyprawę na Islandię, gdzie z pomocą małomównego, ale wytrzymałego przewodnika Hansa wchodzą do wskazanego przez średniowiecznego naukowca wulkanu. Cudem nie umierają z pragnienia, bo dla odciążenia niosą tylko niezbędne instrumenty i odrobinę jałowcówki, ale przebijają się do płynącego w skałach strumienia z wrzątkiem. Axel gubi się w ciemnościach w labiryncie korytarzy, ale cudem odnajduje. Wyprawa trafia na plażę przy podziemnym morzu, gdzie ze skamieniałych gigantycznych roślin konstruują tratwę i płyną teoretyczne na południe. Obserwują walkę ogromnych pradawnych gadów - plezjozaura i ichtiozaura, kolejnym cudem unikając staranowania. Magnetyczna burza rzuca ich na kolejne wybrzeże, gdzie stada mastodontów pasie prawie czterometrowy praczłowiek, którego jednak unikają, bo a nuż będzie chciał ich zjeść. Wreszcie, wyczerpani, bez zapasów i urządzeń nawigacyjnych, zostają wystrzeli przez wulkan na Stromboli, gdzie profesor wyciąga od lokalnego pastuszka informację o lokalizacji za pomocą szarpania za uszy. Sława, chwała, a Axel żeni się z chrześniaczką profesora, piękną Grauben.
Nie będę komentować kwestii naukowych, bo już za czasów Verne'a były niezgodne ze stanem wiedzy, ale tło społeczne jest urocze. Profesor zamyka w domu siostrzeńca i gospodynię (bez jedzenia), bo zdecydował, że dopóki nie odszyfruje notatki znalezionej w manuskrypcie, nikt nie będzie jadł i opuszczał domu. Axel nie jest specjalnie bohaterski i na wyprawę decyduje się tylko dlatego, że ukochana Grauben jest tym pomysłem zachwycona (widać, że chętnie pojechałaby zamiast młodzieńca, ale kobietom przystoi tylko czekać). Islandczycy są przedstawieni jako naród raczej dziki, choć uczciwy (oprócz pewnego pastora, co zdarł z turystów mnóstwo pieniędzy za sam fakt oddychania powietrzem).
Jak na Verne'a to dość kiepska książka fabularnie, mocno się zestarzała we wszystkich warstwach.
Inne tego autora:
#21/#5
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 26, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, sf-f, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
Niemiecki profesor geologii, Lidenbrock, odkrywa w starym manuskrypcie zaszyfrowaną wiadomość z XVI wieku. Okazuje się, że Arne Saknussen, islandzki uczony, odbył podróż do środka Ziemi i wrócił. Bratanek profesora, Axel, jest sceptykiem, opierającym się na wiedzy naukowej (upiera się na przykład, że Ziemia ma płynne jądro, a im dalej w głąb, tym bardziej wzrasta temperatura), profesor - absurdalnie - jest szalonym entuzjastą, ignorującym niewygodne teorie, jeśli to koliduje z jego planami (jest teoria, że wcale nie wzrasta, chodźmy się przekonać). Profesor więc, terroryzując swojego bratanka i gospodynię, organizuje w tajemnicy wyprawę na Islandię, gdzie z pomocą małomównego, ale wytrzymałego przewodnika Hansa wchodzą do wskazanego przez średniowiecznego naukowca wulkanu. Cudem nie umierają z pragnienia, bo dla odciążenia niosą tylko niezbędne instrumenty i odrobinę jałowcówki, ale przebijają się do płynącego w skałach strumienia z wrzątkiem. Axel gubi się w ciemnościach w labiryncie korytarzy, ale cudem odnajduje. Wyprawa trafia na plażę przy podziemnym morzu, gdzie ze skamieniałych gigantycznych roślin konstruują tratwę i płyną teoretyczne na południe. Obserwują walkę ogromnych pradawnych gadów - plezjozaura i ichtiozaura, kolejnym cudem unikając staranowania. Magnetyczna burza rzuca ich na kolejne wybrzeże, gdzie stada mastodontów pasie prawie czterometrowy praczłowiek, którego jednak unikają, bo a nuż będzie chciał ich zjeść. Wreszcie, wyczerpani, bez zapasów i urządzeń nawigacyjnych, zostają wystrzeli przez wulkan na Stromboli, gdzie profesor wyciąga od lokalnego pastuszka informację o lokalizacji za pomocą szarpania za uszy. Sława, chwała, a Axel żeni się z chrześniaczką profesora, piękną Grauben.
Nie będę komentować kwestii naukowych, bo już za czasów Verne'a były niezgodne ze stanem wiedzy, ale tło społeczne jest urocze. Profesor zamyka w domu siostrzeńca i gospodynię (bez jedzenia), bo zdecydował, że dopóki nie odszyfruje notatki znalezionej w manuskrypcie, nikt nie będzie jadł i opuszczał domu. Axel nie jest specjalnie bohaterski i na wyprawę decyduje się tylko dlatego, że ukochana Grauben jest tym pomysłem zachwycona (widać, że chętnie pojechałaby zamiast młodzieńca, ale kobietom przystoi tylko czekać). Islandczycy są przedstawieni jako naród raczej dziki, choć uczciwy (oprócz pewnego pastora, co zdarł z turystów mnóstwo pieniędzy za sam fakt oddychania powietrzem).
Jak na Verne'a to dość kiepska książka fabularnie, mocno się zestarzała we wszystkich warstwach.
Inne tego autora:
#21/#5
Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek marzec 26, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Czytam, Słucham (literatury) -
Tagi:
panowie, sf-f, 2018
- 0 komentarzy
- Skomentuj
K. zadaje w powietrze pytanie:
- Gdzie sprawdzę, ile kosztują przesyłki międzynarodowe?
- A dokąd chcesz wysłać?
- Do Indii.
- O, co?
- Książkę "Podstawy HTML", bo ewidentnie jej nie znają.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 23, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
SOA -
- 4 komentarze
- Skomentuj
K. zadaje w powietrze pytanie:
- Gdzie sprawdzę, ile kosztują przesyłki międzynarodowe?
- A dokąd chcesz wysłać?
- Do Indii.
- O, co?
- Książkę "Podstawy HTML", bo ewidentnie jej nie znają.
Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 23, 2018
Link bezpośredni -
Kategoria:
SOA -
- 4 komentarze
- Skomentuj
"Norsemen" to epicka historia pewnego plemienia Wikingów, a przynajmniej jedna z możliwych rekonstrukcji wydarzeń nie opisywanych w sagach, jeśli sagi pisane byłyby przez ludzi o poczuciu humoru rodem z Monty Pythona. Do wioski wraca wyprawa łupieżcza z niewolnikami, w tym z Rufusem - rzymskim aktorem, który mimo kiepskich warunków startowych potrafi znaleźć dla siebie niszę (w której nikt mu nie sika do ust, nie jest serial dla osób bardzo wrażliwych, humor bywa nieco fekalny). Brat-niedojda zazdrości bardziej ogarniętemu bratu, wojownik pożąda żony bliźniego swego, zły Jarl egzekwuje od mieszkańców sioła pieniądze i próbuje gwałcić kobiety, ale nie zawsze się to udaje z różnych przyczyn. W przeciwieństwie do "Korony królów" serial jest absolutnie i zamierzenie śmieszny - na kostiumy i realia epoki (niewolnictwo, przecinanie siekierą czy wypruwanie flaków, samobójstwa starców) nałożono współczesny korpo-idiolekt z wychodzeniem ze strefy komfortu, team spiritem i awansem.
"Lillyhammer" to komedia sensacyjna. Frank Tagliano, The Fixer ("Załatwiacz") zeznaje przeciwko swojemu donowi nowojorskiej mafii. W ramach programu ochrony świadków wybiera egzotyczną Norwegię, bo lata temu zachwycił się pięknym krajobrazem Lillehammer podczas oglądania zimowej olimpiady. Mimo początkowej chęci wtopienia się w tłum i zostania zwykłym Norwegiem pochodzenia amerykańskiego, Frank (aktualnie Giovanni albo Johnny) napotyka na tzw. różnice kulturowe - nadczynną komisarz policji, urząd imigracyjny, wydział ds bezrobotnych z idiotycznym kursem przysposobienia do życia w społeczeństwie zamiast prawdziwej pracy, półroczny kurs prawa jazdy. To sprawia, że jednak decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i znanymi sobie z Nowego Jorku metodami (szantaż, przekupstwo, przemoc, seks, alkohol) zaczyna układać życie po swojemu. Absurdalnie, udaje mu się to bez utraty sympatii widza i zaczyna gromadzić wokół siebie gromadę nieudaczników, z którą otwiera nocny lokal. Oczywiście nie dość, że lokalne władze depczą mu po piętach, to jeszcze jego przeszłość regularnie daje o sobie znać.
Serial jest świetny - nieprzewidywalny (widać, że miał nieamerykańskich scenarzystów), z ładnym wyważeniem między groteską, brutalnością i sytuacjami komicznymi. Dodatkową zaletą jest obsada - Frank/Johnny jest absolutnie przerysowaną karykaturą amerykańskiego mafioza, a zupełnie niehollywoodzko wyglądający Norwegowie (te zęby! te fryzury!) zwykle są dość prości i oględnie mówiąc, niezbyt inteligentni (Jan - pracownik wydziału ds. bezrobotnych, chyba najbardziej obleśny w serialu czy Torgeir - prawa ręka Franka, powinien nosić ksywę "Master of Disaster"), ale finalnie w zestawieniu z innymi nacjami - Amerykanami, Estończykami czy Brazylijczykami - budzą najwięcej sympatii. Nie wiem, w jakiej kolejności powinno się seriale oglądać - ja oglądałam je niechronologicznie (N, potem L) i większą przyjemność miałam przy Lillyhammer, gdzie pojawiali się (epizodycznie i w stałej obsadzie) odtwórcy ról z Norsemen.
Oraz pejzaże - nawet te zimowe. Przecudne. Wspominałam o pejzażach?
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 22, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj
"Norsemen" to epicka historia pewnego plemienia Wikingów, a przynajmniej jedna z możliwych rekonstrukcji wydarzeń nie opisywanych w sagach, jeśli sagi pisane byłyby przez ludzi o poczuciu humoru rodem z Monty Pythona. Do wioski wraca wyprawa łupieżcza z niewolnikami, w tym z Rufusem - rzymskim aktorem, który mimo kiepskich warunków startowych potrafi znaleźć dla siebie niszę (w której nikt mu nie sika do ust, nie jest serial dla osób bardzo wrażliwych, humor bywa nieco fekalny). Brat-niedojda zazdrości bardziej ogarniętemu bratu, wojownik pożąda żony bliźniego swego, zły Jarl egzekwuje od mieszkańców sioła pieniądze i próbuje gwałcić kobiety, ale nie zawsze się to udaje z różnych przyczyn. W przeciwieństwie do "Korony królów" serial jest absolutnie i zamierzenie śmieszny - na kostiumy i realia epoki (niewolnictwo, przecinanie siekierą czy wypruwanie flaków, samobójstwa starców) nałożono współczesny korpo-idiolekt z wychodzeniem ze strefy komfortu, team spiritem i awansem.
"Lillyhammer" to komedia sensacyjna. Frank Tagliano, The Fixer ("Załatwiacz") zeznaje przeciwko swojemu donowi nowojorskiej mafii. W ramach programu ochrony świadków wybiera egzotyczną Norwegię, bo lata temu zachwycił się pięknym krajobrazem Lillehammer podczas oglądania zimowej olimpiady. Mimo początkowej chęci wtopienia się w tłum i zostania zwykłym Norwegiem pochodzenia amerykańskiego, Frank (aktualnie Giovanni albo Johnny) napotyka na tzw. różnice kulturowe - nadczynną komisarz policji, urząd imigracyjny, wydział ds bezrobotnych z idiotycznym kursem przysposobienia do życia w społeczeństwie zamiast prawdziwej pracy, półroczny kurs prawa jazdy. To sprawia, że jednak decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i znanymi sobie z Nowego Jorku metodami (szantaż, przekupstwo, przemoc, seks, alkohol) zaczyna układać życie po swojemu. Absurdalnie, udaje mu się to bez utraty sympatii widza i zaczyna gromadzić wokół siebie gromadę nieudaczników, z którą otwiera nocny lokal. Oczywiście nie dość, że lokalne władze depczą mu po piętach, to jeszcze jego przeszłość regularnie daje o sobie znać.
Serial jest świetny - nieprzewidywalny (widać, że miał nieamerykańskich scenarzystów), z ładnym wyważeniem między groteską, brutalnością i sytuacjami komicznymi. Dodatkową zaletą jest obsada - Frank/Johnny jest absolutnie przerysowaną karykaturą amerykańskiego mafioza, a zupełnie niehollywoodzko wyglądający Norwegowie (te zęby! te fryzury!) zwykle są dość prości i oględnie mówiąc, niezbyt inteligentni (Jan - pracownik wydziału ds. bezrobotnych, chyba najbardziej obleśny w serialu czy Torgeir - prawa ręka Franka, powinien nosić ksywę "Master of Disaster"), ale finalnie w zestawieniu z innymi nacjami - Amerykanami, Estończykami czy Brazylijczykami - budzą najwięcej sympatii. Nie wiem, w jakiej kolejności powinno się seriale oglądać - ja oglądałam je niechronologicznie (N, potem L) i większą przyjemność miałam przy Lillyhammer, gdzie pojawiali się (epizodycznie i w stałej obsadzie) odtwórcy ról z Norsemen.
Oraz pejzaże - nawet te zimowe. Przecudne. Wspominałam o pejzażach?
Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 22, 2018
Link bezpośredni -
Kategorie:
Oglądam, Seriale -
- 1 komentarz
- Skomentuj