Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Diagnoza zbrodni (Final Analysis)

Richard Gere chciał sobie zrobić Hitchcocka, ale niespecjalnie wyszło. Do terapeuty (Gere) przychodzi śliczne acz straumatyzowane blond dziewczę (Uma Thurman) i opowiada mu o swoich przerażających snach i o kiepskim dzieciństwie, którego sny i ogólny brak komfortu psychicznego są wynikiem. Terapeuta leczy, po czym przypadkiem wpada na siostrę pacjentki, również śliczną blondynkę (tym razem Basinger), w której się nagle zakochuje, mimo że tamta ma problem alkoholowy i męża-mafiozo (fantastycznie ogolony i opalony Eric Roberts). I kiedy piękna Heather zostaje aresztowana pod zarzutem stuknięcia męża czymś ciężkim w głowę, terapeuta znajduje kolegów, którzy ją bronią. I wychodzi cała na biało, bez wyroku, tylko na krótką obserwację w zakładzie zamkniętym. Po czym okazuje się, że nie wszystko jest tak, jak się terapeucie wydawało.

Może i parę lat temu to był niezły film, ale jednak twisty w nim są tak widoczne, że równie dobrze mogłyby być oznaczone czerwoną strzałką: nagle pojawiająca się siostra, zainteresowana terapią drugiej siostry, problematyczne małżeństwo i nagłe uczucie do terapeuty, upodabnianie się jednej siostry do drugiej, a na samym końcu melodramatyczna scena w deszczu w rozpadającej się latarence morskiej.

(A w sieci znalazłam cenzurę w akcji: Mglista intryga toczy się wokół psychiatry kreowanego przez Richarda Geera , który zako*censored*e sie w siostrze jednej ze swych pacjentek. )

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Diagnoza zbrodni (Final Analysis)

Richard Gere chciał sobie zrobić Hitchcocka, ale niespecjalnie wyszło. Do terapeuty (Gere) przychodzi śliczne acz straumatyzowane blond dziewczę (Uma Thurman) i opowiada mu o swoich przerażających snach i o kiepskim dzieciństwie, którego sny i ogólny brak komfortu psychicznego są wynikiem. Terapeuta leczy, po czym przypadkiem wpada na siostrę pacjentki, również śliczną blondynkę (tym razem Basinger), w której się nagle zakochuje, mimo że tamta ma problem alkoholowy i męża-mafiozo (fantastycznie ogolony i opalony Eric Roberts). I kiedy piękna Heather zostaje aresztowana pod zarzutem stuknięcia męża czymś ciężkim w głowę, terapeuta znajduje kolegów, którzy ją bronią. I wychodzi cała na biało, bez wyroku, tylko na krótką obserwację w zakładzie zamkniętym. Po czym okazuje się, że nie wszystko jest tak, jak się terapeucie wydawało.

Może i parę lat temu to był niezły film, ale jednak twisty w nim są tak widoczne, że równie dobrze mogłyby być oznaczone czerwoną strzałką: nagle pojawiająca się siostra, zainteresowana terapią drugiej siostry, problematyczne małżeństwo i nagłe uczucie do terapeuty, upodabnianie się jednej siostry do drugiej, a na samym końcu melodramatyczna scena w deszczu w rozpadającej się latarence morskiej.

(A w sieci znalazłam cenzurę w akcji: Mglista intryga toczy się wokół psychiatry kreowanego przez Richarda Geera , który zako*censored*e sie w siostrze jednej ze swych pacjentek. )

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Oglądam - - 3 komentarze - Skomentuj


Newbridge House and Farm

Dziecko moje mówi językami. Chrumka, muczy, beczy, meczy, miauczy, frywolnie rży i gdacze. Szkoda by było nie zaprowadzić dziecka tam, gdzie zwierząt jest dużo, różnej wielkości i większość można pogłaskać i przytulić (a także zaproponować garść świeżego siana, mówiąc "maś"). Newbridge to dla mnie ideał skansenu, do którego powinna dążyć Szreniawa - wielki zielony park z placem zabaw i terenem piknikowym, posiadłość, herbaciarnia i duża farma ze zwierzętami. Owszem, od świni z przeproszeniem jechało jak należy, ale większość zwierząt na dużych pastwiskach była czysta i przyjemna w dotyku. W klatkach prześliczne, egzotyczne kurki - jedna wyglądała jak Tina Turner, inne jak Elvisy Presleye, a jeszcze inny kogut przypominał Freddy'ego Mercurego w najbardziej scenicznie wyrafinowanym okresie. Małe kózki biegały po terenie, dając się głaskać, poszarpywać i nawet podnosić (budząc u ^V. skrytą nadzieję, że przy którymś podniesieniu koziołek nie wytrzyma i którąś stroną pozbędzie się zawartość żołądka bądź pęcherza na podnoszące dziecko, ale - umówmy się - V. ma czarne serduszko), a ja sobie wreszcie uświadomiłam, że nawet mała kózka wygląda jak sam szatan. I to takie bardzo dobre, że wszystkie dzieci - i ciemnoskóre, i te blond, z loczkami czy hinduskie i azjatyckie - z równą radością czczą kozę. I mówią "chrrrum", którego pewnie egalitarnie się nauczyły podczas oglądania świnki Peppy.

Wstęp na farmę - od dorosłego 4 euro od łebka, od seniorów i dzieci mniej (Maj jeszcze nie płacił). Bardzo mnie ujęły liczne znaki sugerujące, że po macankach ze zwierzyną warto umyć ręce i wystawiony w paru miejscach żel antybakteryjny.

GALERIA ZDJĘĆ.

PS A do poprzednich notek - więcej zdjęć z Dun Laoghaire.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: irlandia, newbridge - 5 komentarzy - Skomentuj


Newbridge House and Farm

Dziecko moje mówi językami. Chrumka, muczy, beczy, meczy, miauczy, frywolnie rży i gdacze. Szkoda by było nie zaprowadzić dziecka tam, gdzie zwierząt jest dużo, różnej wielkości i większość można pogłaskać i przytulić (a także zaproponować garść świeżego siana, mówiąc "maś"). Newbridge to dla mnie ideał skansenu, do którego powinna dążyć Szreniawa - wielki zielony park z placem zabaw i terenem piknikowym, posiadłość, herbaciarnia i duża farma ze zwierzętami. Owszem, od świni z przeproszeniem jechało jak należy, ale większość zwierząt na dużych pastwiskach była czysta i przyjemna w dotyku. W klatkach prześliczne, egzotyczne kurki - jedna wyglądała jak Tina Turner, inne jak Elvisy Presleye, a jeszcze inny kogut przypominał Freddy'ego Mercurego w najbardziej scenicznie wyrafinowanym okresie. Małe kózki biegały po terenie, dając się głaskać, poszarpywać i nawet podnosić (budząc u ^V. skrytą nadzieję, że przy którymś podniesieniu koziołek nie wytrzyma i którąś stroną pozbędzie się zawartość żołądka bądź pęcherza na podnoszące dziecko, ale - umówmy się - V. ma czarne serduszko), a ja sobie wreszcie uświadomiłam, że nawet mała kózka wygląda jak sam szatan. I to takie bardzo dobre, że wszystkie dzieci - i ciemnoskóre, i te blond, z loczkami czy hinduskie i azjatyckie - z równą radością czczą kozę. I mówią "chrrrum", którego pewnie egalitarnie się nauczyły podczas oglądania świnki Peppy.

Wstęp na farmę - od dorosłego 4 euro od łebka, od seniorów i dzieci mniej (Maj jeszcze nie płacił). Bardzo mnie ujęły liczne znaki sugerujące, że po macankach ze zwierzyną warto umyć ręce i wystawiony w paru miejscach żel antybakteryjny.

GALERIA ZDJĘĆ.

PS A do poprzednich notek - więcej zdjęć z Dun Laoghaire.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: irlandia, newbridge - 5 komentarzy - Skomentuj


Trochę zwiędłam

W lodówce resztki do wyrzucenia, miseczka z kiszoną kapustą, do której boję się zajrzeć, kocie miski emitują walor, podłoga do szorowania (koty chyba zrobiły imprezę i było tango, a na pewno salsa, potwierdza to wyemitowana treść żołądkowa w pokoju dziecinnym/bibliotece). Mogłabym rozmrozić chleb w tosterze, położyć plasterek irlandzkiego cheddara, ale mi się nie chce. Przywiozłam kolejny kubek do starbucksowej kolekcji (obciachowe, tak, tak). I mam jakieś 1300 zdjęć. Ale nie dziś. Dziś jedno i idę spać.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011 - 0 komentarzy - Skomentuj


Trochę zwiędłam

W lodówce resztki do wyrzucenia, miseczka z kiszoną kapustą, do której boję się zajrzeć, kocie miski emitują walor, podłoga do szorowania (koty chyba zrobiły imprezę i było tango, a na pewno salsa, potwierdza to wyemitowana treść żołądkowa w pokoju dziecinnym/bibliotece). Mogłabym rozmrozić chleb w tosterze, położyć plasterek irlandzkiego cheddara, ale mi się nie chce. Przywiozłam kolejny kubek do starbucksowej kolekcji (obciachowe, tak, tak). I mam jakieś 1300 zdjęć. Ale nie dziś. Dziś jedno i idę spać.

Napisane przez Zuzanka w dniu poniedziałek sierpień 22, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011 - 0 komentarzy - Skomentuj


Wszystko na K (2)

K jak Cork (wiem, szemrane to "k", zwłaszcza że po irlandzku też się na "c" zaczyna). Może z powodu obrzydliwej, lecącej poziomo mżawki skojarzyło mi się z Antwerpią/Rotterdamem. Podobnie wąskie, urocze uliczki, kanały, kamienice, mnóstwo restauracji i sklepików. Piękny port, ładne dachy, pewnie by zyskało, jakby nie było jedynie szybkim przelotem z bardzo miłym obiadem w Electric.

Między St Patrick's Street a Grand Parade mieści się English Market - malutki pasaż w kształcie litery U (a w zasadzie to literki μ), w którym od 1610 roku (pewnie z przerwami) można kupić świeże owoce, sery, mięso, słodycze i inne cuda z okolic. łatwo trafić, bo nad wejściem są koronki. I napis.

W takim K jak Killkenny (po drodze był też zameczek w K jak Cahir, ale jakoś się nie złożyło) bym mogła mieszkać. Małe miasteczko, kilka ruinek, zamek, uniwersytet, uliczki z pubami na pub crawling, na każdym kroku zawieszone donice begonii, czysto i wieczorami ładnie oświetlone neonami. Następnym razem #chcetam na dłużej.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 21, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011, cork, killkenny - 0 komentarzy - Skomentuj


Wszystko na K (2)

K jak Cork (wiem, szemrane to "k", zwłaszcza że po irlandzku też się na "c" zaczyna). Może z powodu obrzydliwej, lecącej poziomo mżawki skojarzyło mi się z Antwerpią/Rotterdamem. Podobnie wąskie, urocze uliczki, kanały, kamienice, mnóstwo restauracji i sklepików. Piękny port, ładne dachy, pewnie by zyskało, jakby nie było jedynie szybkim przelotem z bardzo miłym obiadem w Electric.

Między St Patrick's Street a Grand Parade mieści się English Market - malutki pasaż w kształcie litery U (a w zasadzie to literki μ), w którym od 1610 roku (pewnie z przerwami) można kupić świeże owoce, sery, mięso, słodycze i inne cuda z okolic. łatwo trafić, bo nad wejściem są koronki. I napis.

W takim K jak Killkenny (po drodze był też zameczek w K jak Cahir, ale jakoś się nie złożyło) bym mogła mieszkać. Małe miasteczko, kilka ruinek, zamek, uniwersytet, uliczki z pubami na pub crawling, na każdym kroku zawieszone donice begonii, czysto i wieczorami ładnie oświetlone neonami. Następnym razem #chcetam na dłużej.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 21, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011, cork, killkenny - 0 komentarzy - Skomentuj


Wszystko na K (1)

K jak kaszel^WCashel. Jak skleić ze sobą filmy "Imię róży" i "Twierdzę", to w Cashel (albo Carraig Phádraig) są idealne warunki na to, żeby Sean Connery, przyodziany elegancko w szaty zakonne, zaopatrzony w linę, zapałki, trochę niezbędnych chemikaliów i kilka układów scalonych dokonał spektakularnego abordażu albo ucieczki, w zależności od tego, po której stronie murów by był. W zamku wieje i trochę zimno, a do tego mokro, bo akurat padało, a dach jest dość pretekstowy (i na tyle dawno go nie ma, że zamek wygląda jak przeinwestowana budowa, z której zwiał deweloper z pozostałościami niewydanej na budulec kasy). Czy aktualne rusztowania to próba renowacji czy tylko wystawa pod plakaty - nie wiem. Nie czuć tragedii sprzed wieków (long story short - jak się obłoży twierdzę torfem i podpali, to można swobodnie w środku przygotować rzeź dla kilku tysięcy ludzi, nie polecam, ale tak się bawili na terenach w 1647 roku). Zaraz obok ruiny opactwa o dźwięcznej nazwie Hore i stada pasących się w mżawce, ale za to na zielonej łączce, krów[1].

[1] K jak krowy. Same owce są czadowe, zwłaszcza te negatywowe - biała wełna, czarne getry i czarne, aksamitne pyszczycho, ale krowy - których pełno na zielonych wzgórzach, bo z czegoś to pyszne irlandzkie masło się robi - zwłaszcza te jasnobeżowe, to mistrzostwo. Mieliśmy w aucie swoiste zawody, kto zdąży zobaczyć na tyle szybko stado z beżowymi, żeby można było w miarę sprawnie się zatrzymać i jeszcze żeby były w okolicy pozwalającej na użycie aparatu. Prawie się udało, ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Czy są chętni na zwierzątka?

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 21, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011, cashel - 5 komentarzy - Skomentuj


Wszystko na K (1)

K jak kaszel^WCashel. Jak skleić ze sobą filmy "Imię róży" i "Twierdzę", to w Cashel (albo Carraig Phádraig) są idealne warunki na to, żeby Sean Connery, przyodziany elegancko w szaty zakonne, zaopatrzony w linę, zapałki, trochę niezbędnych chemikaliów i kilka układów scalonych dokonał spektakularnego abordażu albo ucieczki, w zależności od tego, po której stronie murów by był. W zamku wieje i trochę zimno, a do tego mokro, bo akurat padało, a dach jest dość pretekstowy (i na tyle dawno go nie ma, że zamek wygląda jak przeinwestowana budowa, z której zwiał deweloper z pozostałościami niewydanej na budulec kasy). Czy aktualne rusztowania to próba renowacji czy tylko wystawa pod plakaty - nie wiem. Nie czuć tragedii sprzed wieków (long story short - jak się obłoży twierdzę torfem i podpali, to można swobodnie w środku przygotować rzeź dla kilku tysięcy ludzi, nie polecam, ale tak się bawili na terenach w 1647 roku). Zaraz obok ruiny opactwa o dźwięcznej nazwie Hore i stada pasących się w mżawce, ale za to na zielonej łączce, krów[1].

[1] K jak krowy. Same owce są czadowe, zwłaszcza te negatywowe - biała wełna, czarne getry i czarne, aksamitne pyszczycho, ale krowy - których pełno na zielonych wzgórzach, bo z czegoś to pyszne irlandzkie masło się robi - zwłaszcza te jasnobeżowe, to mistrzostwo. Mieliśmy w aucie swoiste zawody, kto zdąży zobaczyć na tyle szybko stado z beżowymi, żeby można było w miarę sprawnie się zatrzymać i jeszcze żeby były w okolicy pozwalającej na użycie aparatu. Prawie się udało, ale jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa. Czy są chętni na zwierzątka?

EDIT: GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela sierpień 21, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Listy spod róży, Fotografia+ - Tagi: irlandia, 2011, cashel - 5 komentarzy - Skomentuj