Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Czasem słońce, czasem hardcore (5 marca)

[Przyznam, że miałam w głowie inną wersję rzeczywistości, taką jak lubię – mglistą, oniryczną i nieco bezosobową, ale jestem zbyt zmęczona, więc będzie literalnie, dosłownie i z osobami.]

Poznań – Gran Canaria

Najdzielniejszym podróżnikiem jest moja córka. Mogliśmy sobie porozumiewawczo hmkać, kiedy gdzieś obok rozlegał się płacz i krzyk, że „we have a screamer”, bo nasza córka była i owszem, tajfunem energii, jak już się uczciwie przespała w tatowych ramionach na lotnisku, a potem w mamowych w samolocie, ale tajfunem pokrzykującym, śmiejącym się i gadającym, a nie wrzeszczącym. I lot z tych całkowicie spokojnych, a podczas międzylądowania stewardesa pozwoliła nam zajrzeć do kabiny pilotów (ciasno, ale mnóstwo guziczków). Tyle z zalet. Za nami siedział Major Sucharski w stopniu majora, który czytał na głos przewodnik, objaśniał hiszpański dla początkujących, rzucał czerstwe komplementy stewardesie („pociągająco pani wyglądała, jak pani tak machała rączkami”), a zaraz obok Naczelny Kaowiec, tłumaczący siedzącej pomiędzy nimi pani, o co chodzi ze strefami czasowymi czy wyjaśniający międzylądowanie na Gran Canarii. Bo jednak z samolotu wyszłam zmęczona jak po robotach przymusowych i z połamanym w wielu (zbyt wielu) miejscach kręgosłupem.

I tylko żal, że byłam zbyt zmęczona startem o 5:30 z pobudką o 2:30 (nawet udało mi się iść spać, zanim) i wschód słońca oglądałam poklatkowo, kiedy co kilka minut otwierałam oczy. Głęboki granat, na którym pojawiają się jaśniejsze pasma, które z kolei przekształcają się w pastelową tęczę, z najdelikatniejszym fioletem, jaki w naturze widziałam.

Gran Canaria – Fuerteventura

Najkrótszy lot jak dotychczas, polegał na tym, żeby wystartować, a potem po przeleceniu 100 km, wylądować. Bardzo urocze i zabawne.

I tylko żal, że brakuje trzeciej ręki na aparat, bo zejście w pełnym słońcu od strony oceanu – jedno z najładniejszych w życiu. Obie wyspy – Gran Canaria i Fuerte – wulkaniczne, czarno-szare na środku, a szaro-zielone na obrzeżach, ze stożkami gór/pozostałości po wulkanach malowniczo spowitymi pasemkami chmur.

Fuerteventura

Najgorszą możliwą rzeczą jest jechanie 80 km z nadaktywnie marudzącą grupą turystów z Polski, którym WTEM zmieniono hotel i całą drogę umawiali się, za co będą żądać od biura podróży odszkodowania (zaczęli od pogody, bo padało, przeszli przez latynoski repertuar brawurowo jadącego kierowcy i w ogóle skandal), po czym równie wesołe jest stanie za nimi w hotelowej recepcji i słuchanie, czego oni nie chcą. Ja skromnie nie chciałam tylko pokoju za godzinę, tylko TERAZ, bo TERAZ mi dziecko chce jeść i spać. Oczywiście zamontowane w pokoju wzmiankowane dziecko, zwijające się w kłębek na autobusowym siedzeniu, dostało nagle mega przyspieszenia i spacyfikowanie do spania trochę zajęło. Przyspieszenie między innymi zawdzięczam błyskotliwemu pomysłowi architekta, który zbudował apartamenty z dwoma schodkami pomiędzy kuchenką a pokojem dziennym, żeby go osrały lokalne gołębie. W każdym razie donoszę, że umiejętności schodzenia ze schodów znacznie się poprawiły i nawet zarejestrowano pierwsze nieśmiałe próby trzymania się ściany (uprzedzając pytanie, nie ma podobno apartamentów bez schodów, a nawet jeśli by były, to i tak by były zajęte).

Mimo że padało, a po moich kolanach skakało stworzenie roboczo ochrzczone w samolocie „szczypiorkiem” (zapewne ze względu na walory fryzury), i mimo że niespecjalnie lubię góry, to wybrzeże Fuerteventury jest niesamowite. Piekielne i ponure osypiska, porośnięte szarymi, zielonkawymi i rdzawymi porostami, obłupane kamienie, kaktusy i pękate palmy, a na tym wszystkim pasie się mnóstwo kóz w kolorach dowolnych.

I tylko żal, że zza szyby autobusu wszystko jest rozmyte i mdłe.

A lotnisko na Fuerte wielkie i piękne; spodziewałam się takiej budy jak Ławica, a zastałam nieco mniejszy Franfurt czy inne Monachium.

Cat-spotting: 1, ale za to szylkret z kremowo-rudą tylną łapą. Bardzo przyjazny.

Kelner w restauracji, próbujący po niemiecku-hiszpańsku wyjaśnić mi, gdzie są foteliki dla dzieci, wreszcie rzuca: „Następnym razem proszę powiedzieć, że pani mówi po polsku, będzie łatwiej”. Nie żebym nie dawała hintów koszulką treści „Jestem super mamą”.

I widok z okna:



PS Tylko nie lubię tego poczucia, co mi narasta wieczorem. Że czemu nie ma mnie w domu, z kotami opodal, przy małym pasiastym komputerze. Lubię być poza domem w dzień, nie lubię wieczorem i w nocy.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 6, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Koty, Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: wyspy-kanaryjskie, fuerteventura, hiszpania - 10 komentarzy - Skomentuj


Czasem słońce, czasem hardcore (5 marca)

[Przyznam, że miałam w głowie inną wersję rzeczywistości, taką jak lubię – mglistą, oniryczną i nieco bezosobową, ale jestem zbyt zmęczona, więc będzie literalnie, dosłownie i z osobami.]

Poznań – Gran Canaria

Najdzielniejszym podróżnikiem jest moja córka. Mogliśmy sobie porozumiewawczo hmkać, kiedy gdzieś obok rozlegał się płacz i krzyk, że „we have a screamer”, bo nasza córka była i owszem, tajfunem energii, jak już się uczciwie przespała w tatowych ramionach na lotnisku, a potem w mamowych w samolocie, ale tajfunem pokrzykującym, śmiejącym się i gadającym, a nie wrzeszczącym. I lot z tych całkowicie spokojnych, a podczas międzylądowania stewardesa pozwoliła nam zajrzeć do kabiny pilotów (ciasno, ale mnóstwo guziczków). Tyle z zalet. Za nami siedział Major Sucharski w stopniu majora, który czytał na głos przewodnik, objaśniał hiszpański dla początkujących, rzucał czerstwe komplementy stewardesie („pociągająco pani wyglądała, jak pani tak machała rączkami”), a zaraz obok Naczelny Kaowiec, tłumaczący siedzącej pomiędzy nimi pani, o co chodzi ze strefami czasowymi czy wyjaśniający międzylądowanie na Gran Canarii. Bo jednak z samolotu wyszłam zmęczona jak po robotach przymusowych i z połamanym w wielu (zbyt wielu) miejscach kręgosłupem.

I tylko żal, że byłam zbyt zmęczona startem o 5:30 z pobudką o 2:30 (nawet udało mi się iść spać, zanim) i wschód słońca oglądałam poklatkowo, kiedy co kilka minut otwierałam oczy. Głęboki granat, na którym pojawiają się jaśniejsze pasma, które z kolei przekształcają się w pastelową tęczę, z najdelikatniejszym fioletem, jaki w naturze widziałam.

Gran Canaria – Fuerteventura

Najkrótszy lot jak dotychczas, polegał na tym, żeby wystartować, a potem po przeleceniu 100 km, wylądować. Bardzo urocze i zabawne.

I tylko żal, że brakuje trzeciej ręki na aparat, bo zejście w pełnym słońcu od strony oceanu – jedno z najładniejszych w życiu. Obie wyspy – Gran Canaria i Fuerte – wulkaniczne, czarno-szare na środku, a szaro-zielone na obrzeżach, ze stożkami gór/pozostałości po wulkanach malowniczo spowitymi pasemkami chmur.

Fuerteventura

Najgorszą możliwą rzeczą jest jechanie 80 km z nadaktywnie marudzącą grupą turystów z Polski, którym WTEM zmieniono hotel i całą drogę umawiali się, za co będą żądać od biura podróży odszkodowania (zaczęli od pogody, bo padało, przeszli przez latynoski repertuar brawurowo jadącego kierowcy i w ogóle skandal), po czym równie wesołe jest stanie za nimi w hotelowej recepcji i słuchanie, czego oni nie chcą. Ja skromnie nie chciałam tylko pokoju za godzinę, tylko TERAZ, bo TERAZ mi dziecko chce jeść i spać. Oczywiście zamontowane w pokoju wzmiankowane dziecko, zwijające się w kłębek na autobusowym siedzeniu, dostało nagle mega przyspieszenia i spacyfikowanie do spania trochę zajęło. Przyspieszenie między innymi zawdzięczam błyskotliwemu pomysłowi architekta, który zbudował apartamenty z dwoma schodkami pomiędzy kuchenką a pokojem dziennym, żeby go osrały lokalne gołębie. W każdym razie donoszę, że umiejętności schodzenia ze schodów znacznie się poprawiły i nawet zarejestrowano pierwsze nieśmiałe próby trzymania się ściany (uprzedzając pytanie, nie ma podobno apartamentów bez schodów, a nawet jeśli by były, to i tak by były zajęte).

Mimo że padało, a po moich kolanach skakało stworzenie roboczo ochrzczone w samolocie „szczypiorkiem” (zapewne ze względu na walory fryzury), i mimo że niespecjalnie lubię góry, to wybrzeże Fuerteventury jest niesamowite. Piekielne i ponure osypiska, porośnięte szarymi, zielonkawymi i rdzawymi porostami, obłupane kamienie, kaktusy i pękate palmy, a na tym wszystkim pasie się mnóstwo kóz w kolorach dowolnych.

I tylko żal, że zza szyby autobusu wszystko jest rozmyte i mdłe.

A lotnisko na Fuerte wielkie i piękne; spodziewałam się takiej budy jak Ławica, a zastałam nieco mniejszy Franfurt czy inne Monachium.

Cat-spotting: 1, ale za to szylkret z kremowo-rudą tylną łapą. Bardzo przyjazny.

Kelner w restauracji, próbujący po niemiecku-hiszpańsku wyjaśnić mi, gdzie są foteliki dla dzieci, wreszcie rzuca: „Następnym razem proszę powiedzieć, że pani mówi po polsku, będzie łatwiej”. Nie żebym nie dawała hintów koszulką treści „Jestem super mamą”.

I widok z okna:



PS Tylko nie lubię tego poczucia, co mi narasta wieczorem. Że czemu nie ma mnie w domu, z kotami opodal, przy małym pasiastym komputerze. Lubię być poza domem w dzień, nie lubię wieczorem i w nocy.

Napisane przez Zuzanka w dniu niedziela marzec 6, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Koty, Listy spod róży, Fotografia+, Maja - Tagi: wyspy-kanaryjskie, fuerteventura, hiszpania - 10 komentarzy - Skomentuj




Ekologia w Poznaniu

Głęboko wierzę w ekologię. W to, że mogę nie niszczyć środowiska naturalnego, że mogę używać przedmiotów z surowców wtórnych, że moje śmieci są czyimś skarbem, że nie powinnam marnować żywności, kupować za dużo i używać surowców, które się nie rozkładają.

I taka cała pozytywnie naładowana dobrą energią zaczynam od tego, co łatwe. Kupuję rower i planuję jeździć do pracy w obcisłych trykotach, martwiąc się jedynie, żeby nie połykać much podczas jazdy. I pierwsze dwa razy są całkiem fajne, wchodzę do biura wprawdzie spocona i ze zlepionymi włosami, ale czuję się jak młody bóg. Trochę słabnie mi ten entuzjazm, kiedy dociera do mnie, że w biurze nie ma prysznica, a mycie w umywalce ma pewne ograniczenia. Trzeciego dnia w drodze powrotnej łapie mnie burza i do domu docieram całkowicie przemoczona, a do tego już prawie przy domu wjeżdżam w kałużę, która okazuje się być głęboka na prawie pół metra. Rzut oka w lustro uświadamia mi, że nie będę nigdy Miss Mokrego Podkoszulka i rower pozostawiam na weekendowe wyjazdy nad jezioro. Bo tam chociaż jest ścieżka rowerowa.

Kupuję eleganckie różnokolorowe torby do zbierania odpadów plastikowych, papierowych i szklanych. Duże torby. Do każdej mieści się mnóstwo kartonu, butelek po wodzie mineralnej, słoików po dżemach i butelek po sokach. I nagle orientuję się, że mam na przedpokoju trzy wielkie torby pełne śmieci, z którymi zawsze nie po drodze mi do śmietnika. I o te torby na zmianę się potykam, gdy są pełne, albo - gdy są puste - składam je w kątku, żeby nie przeszkadzały, a papier i plastik wstydliwie dorzucam do śmieci zasadniczych.

Kupuję i pozyskuję gustowne płócienne torby wielorazowe. Pierwsze zakupy w nowych, czystych torbach - sama przyjemność. Za drugim razem zapominam zabrać toreb, ale proekologicznie pakuję kiełbasę, ser i setkę drobniejszych pakunków do kartonowych toreb. Torby przydadzą się przecież do wyrzucania kociego żwirku, pakowania do wysyłki rzeczy sprzedawanych na aukcji (wszak lepiej przekazać prawie nowe nieużywane rzeczy komuś, komu się przydadzą, a jeszcze na tym nieco zarobić). Po jakimś czasie odkrywam, że nonszalancko wrzucona do płóciennej torby pomarańcza rozpłaszczyła się i zrobiła na torbie mało elegancką plamę. Zbieram więc powoli torby do prania. I znowu wracam z kolejnym naręczem kartonowych toreb, których zasoby rosną. Szybko się uczę, że jak się je złoży w kosteczkę, to zajmują mniej miejsca niż rozłożone (a i można uniknąć niespodziewanego ataku któregoś z kotów, które uwielbiają skakać na szeleszczący karton).

Zużyte baterie można odnieść do wiodącego sklepu meblowego albo - znacznie bliżej - do urzędu gminy. Dzielnie zbieram baterie, mam ich całe szuflady, ale nie udało mi się jeszcze zsynchronizować wizyty w urzędzie i zabrania ze sobą woreczka z bateriami. Czasem budzę się w środku nocy i słyszę, jak ze sobą rozmawiają; czasem tylko zastanawiam się, skąd mają do tego energię.

Czasem czuję się wmanewrowana przez handel nieuspołeczniony w zachowanie nieekologiczne. Kupuję powietrze w kartonie - ryż zajmuje połowę paczki, proszek do prania mniej niż 70%. Udaję, że specjalnie kupuję większe opakowania, żeby używać dłużej i rzadziej wyrzucać pudełka. Wystarczy jednak przejść się przez stoisko warzywne, żeby z dbałości o wygodę i czystość kasjerki wrócić do domu z kilkunastoma szeleszczącymi woreczkami, z których wyjmuję jabłka, banany, cebulę, truskawki czy inne cukinie. Czasem pakuję wszystko do jednej torebki, ale pani na kasie patrzy na mnie z ukosa, wyławiając kolejną śliwkę spomiędzy cytryn i fenkułów.

Jeszcze trudniej jest z małym dzieckiem . albo inwestuję w mało ekologiczną wygodę pieluch jednorazowych, albo w wieczny cykl namaczania, prania wstępnego, prania i suszenia pieluch wielorazowych (a i tu ekologia stoi pod sporym znakiem zapytania, bo każde pranie to prąd, woda i solidny proszek do prania, a czasem i odplamiacz niekoniecznie obojętny dla środowiska). Niewyspana i zmęczona młoda matka nie ma na nic czasu, nie jest więc dziwne, że bez namysłu niemal wybrałam wygodę jednorazowości. Podobnie ze sprzątaniem . co z tego, że stare koszulki mogą zyskać nowe życie jako ściereczki, skoro szybciej i wygodniej używać papierowego ręcznika.

I tak przeglądam sobie w myślach każdy zakątek mojego domu i przestaję być taka zadowolona z tej mojej chyba jednak wyimaginowanej ekologii. Bo wprawdzie kąpię się pod prysznicem i rzadko zostawiam odkręconą bieżącą wodę, gaszę nadmiarowe światło i używam energooszczędnych żarówek, ale nie umiem ograniczać się tam, gdzie stawką jest moja wygoda. Brakuje mi motywacji, żeby zmieniać to, co ułatwia mi życie. Zawsze odkładam to na jutro.

[Tekst "Projekt na jutro" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Przeczytali mnie - - 0 komentarzy - Skomentuj


Ekologia w Poznaniu

Głęboko wierzę w ekologię. W to, że mogę nie niszczyć środowiska naturalnego, że mogę używać przedmiotów z surowców wtórnych, że moje śmieci są czyimś skarbem, że nie powinnam marnować żywności, kupować za dużo i używać surowców, które się nie rozkładają.

I taka cała pozytywnie naładowana dobrą energią zaczynam od tego, co łatwe. Kupuję rower i planuję jeździć do pracy w obcisłych trykotach, martwiąc się jedynie, żeby nie połykać much podczas jazdy. I pierwsze dwa razy są całkiem fajne, wchodzę do biura wprawdzie spocona i ze zlepionymi włosami, ale czuję się jak młody bóg. Trochę słabnie mi ten entuzjazm, kiedy dociera do mnie, że w biurze nie ma prysznica, a mycie w umywalce ma pewne ograniczenia. Trzeciego dnia w drodze powrotnej łapie mnie burza i do domu docieram całkowicie przemoczona, a do tego już prawie przy domu wjeżdżam w kałużę, która okazuje się być głęboka na prawie pół metra. Rzut oka w lustro uświadamia mi, że nie będę nigdy Miss Mokrego Podkoszulka i rower pozostawiam na weekendowe wyjazdy nad jezioro. Bo tam chociaż jest ścieżka rowerowa.

Kupuję eleganckie różnokolorowe torby do zbierania odpadów plastikowych, papierowych i szklanych. Duże torby. Do każdej mieści się mnóstwo kartonu, butelek po wodzie mineralnej, słoików po dżemach i butelek po sokach. I nagle orientuję się, że mam na przedpokoju trzy wielkie torby pełne śmieci, z którymi zawsze nie po drodze mi do śmietnika. I o te torby na zmianę się potykam, gdy są pełne, albo - gdy są puste - składam je w kątku, żeby nie przeszkadzały, a papier i plastik wstydliwie dorzucam do śmieci zasadniczych.

Kupuję i pozyskuję gustowne płócienne torby wielorazowe. Pierwsze zakupy w nowych, czystych torbach - sama przyjemność. Za drugim razem zapominam zabrać toreb, ale proekologicznie pakuję kiełbasę, ser i setkę drobniejszych pakunków do kartonowych toreb. Torby przydadzą się przecież do wyrzucania kociego żwirku, pakowania do wysyłki rzeczy sprzedawanych na aukcji (wszak lepiej przekazać prawie nowe nieużywane rzeczy komuś, komu się przydadzą, a jeszcze na tym nieco zarobić). Po jakimś czasie odkrywam, że nonszalancko wrzucona do płóciennej torby pomarańcza rozpłaszczyła się i zrobiła na torbie mało elegancką plamę. Zbieram więc powoli torby do prania. I znowu wracam z kolejnym naręczem kartonowych toreb, których zasoby rosną. Szybko się uczę, że jak się je złoży w kosteczkę, to zajmują mniej miejsca niż rozłożone (a i można uniknąć niespodziewanego ataku któregoś z kotów, które uwielbiają skakać na szeleszczący karton).

Zużyte baterie można odnieść do wiodącego sklepu meblowego albo - znacznie bliżej - do urzędu gminy. Dzielnie zbieram baterie, mam ich całe szuflady, ale nie udało mi się jeszcze zsynchronizować wizyty w urzędzie i zabrania ze sobą woreczka z bateriami. Czasem budzę się w środku nocy i słyszę, jak ze sobą rozmawiają; czasem tylko zastanawiam się, skąd mają do tego energię.

Czasem czuję się wmanewrowana przez handel nieuspołeczniony w zachowanie nieekologiczne. Kupuję powietrze w kartonie - ryż zajmuje połowę paczki, proszek do prania mniej niż 70%. Udaję, że specjalnie kupuję większe opakowania, żeby używać dłużej i rzadziej wyrzucać pudełka. Wystarczy jednak przejść się przez stoisko warzywne, żeby z dbałości o wygodę i czystość kasjerki wrócić do domu z kilkunastoma szeleszczącymi woreczkami, z których wyjmuję jabłka, banany, cebulę, truskawki czy inne cukinie. Czasem pakuję wszystko do jednej torebki, ale pani na kasie patrzy na mnie z ukosa, wyławiając kolejną śliwkę spomiędzy cytryn i fenkułów.

Jeszcze trudniej jest z małym dzieckiem . albo inwestuję w mało ekologiczną wygodę pieluch jednorazowych, albo w wieczny cykl namaczania, prania wstępnego, prania i suszenia pieluch wielorazowych (a i tu ekologia stoi pod sporym znakiem zapytania, bo każde pranie to prąd, woda i solidny proszek do prania, a czasem i odplamiacz niekoniecznie obojętny dla środowiska). Niewyspana i zmęczona młoda matka nie ma na nic czasu, nie jest więc dziwne, że bez namysłu niemal wybrałam wygodę jednorazowości. Podobnie ze sprzątaniem . co z tego, że stare koszulki mogą zyskać nowe życie jako ściereczki, skoro szybciej i wygodniej używać papierowego ręcznika.

I tak przeglądam sobie w myślach każdy zakątek mojego domu i przestaję być taka zadowolona z tej mojej chyba jednak wyimaginowanej ekologii. Bo wprawdzie kąpię się pod prysznicem i rzadko zostawiam odkręconą bieżącą wodę, gaszę nadmiarowe światło i używam energooszczędnych żarówek, ale nie umiem ograniczać się tam, gdzie stawką jest moja wygoda. Brakuje mi motywacji, żeby zmieniać to, co ułatwia mi życie. Zawsze odkładam to na jutro.

[Tekst "Projekt na jutro" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011

Link bezpośredni - Kategoria: Przeczytali mnie - - 0 komentarzy - Skomentuj


Nad kanałem

Wspaniałe miasto Amsterdam ma wiele różnych twarzy.

Dla setek tysięcy turystów najważniejszym miejscem jest Czerwona Dzielnica, gdzie nader skromnie odziane damy negocjowalnego afekty malowniczo wyginają się w oknach; czasem oświetlone są tylko ultrafioletowym światłem, dzięki czemu lepiej widać, jak skąpą noszą bieliznę. Dla chyba liczniejszej grupy, już bardziej zróżnicowanej w kwestii płci, mekką są niespecjalnie ładnie pachnące miejsca, myląco nazwane coffeeshopami, choć bynajmniej nie kawę się tam pija. Dla znawców sztuki są liczne, wspaniale wyposażone muzea, a dla mnie najważniejsze okazały się amsterdamskie kamieniczki.

Amsterdam to Wenecja Północy - miasto wąskich kanałów i kamiennych mostów (a także koślawych chodaków i rowerów). Któryś ze sprytnych monarchów wymyślił podatek związany z szerokością frontu kamienicy, stąd domy zamiast wszerz rozbudowywały się wgłąb i wzwyż. Długie i wąskie korytarze, częściowo zajęte przez wąskie schodki, ciągnęły się na kilkanaście metrów aż do ogrodów za posesją. Żeby wnieść do domu szerokie mieszczańskie meble, które nie mieściły się na wąskich schodach, na szczytach domów mocowano haki, za pomocą których do dziś wciąga się fortepiany czy inne trzydrzwiowe szafy i instaluje w mieszkaniu przez okno. O tym, jak wąskie bywają amsterdamskie kamieniczki, najlepiej można się przekonać, odwiedzając lokal przy kanale Singel pod numerem 7, gdzie front - zajęty całkowicie przez drzwi - ma około metra szerokości. Nie jest więc bardzo dziwną rzeczą, że po pierwszym spacerze wzdłuż kanałów zamarzyłam o tym, żeby zamieszkać w takiej kamienicy, a przynajmniej - jako że posiadane środki pozwalają mi na spędzenie miłego weekendu w kraju depresyjnego tulipana, ale nie na zakup nieruchomości tamże - spędzić w niej chociaż jedną noc. Okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe.

Oprócz poprawnych i nie różniących się od siebie hoteli znanych sieci, w Amsterdamie istnieją hotele, hostele i pensjonaty mieszczące się w klimatycznych XVI czy XVIII-wiecznych wnętrzach. Czasem na hotel przeznaczona jest cała budowla, przez co bywa ekskluzywniej i drożej, a w ofercie jest śniadanie, winda i stojaczek z ulotkami, czasem do wynajęcia jest kilka pokoi "przy rodzinie". Mój pierwszy weekend w Amsterdamie spędziłam w czystym i nijakim hotelu, z oknem wychodzącym na dachy i kominy. Na następny wypad jednak zarezerwowałam noclegi w wąskiej kamienicy nad Brouwersgracht. Przy rodzinie. Na początku odczuwałam pewne skrępowanie, bo władowałam się z walizą do czyjegoś domu, gdzie na ścianach przypięte były dziecięce rysunki, z kuchni dobiegał dźwięk sztućców, a w otwartych drzwiach do salonu leniwie rozkładał się puchaty kot. Holendrzy to jednak ludzie dość bezpośredni i asertywni, więc gospodyni wręczyła mi klucz, pobrała opłatę w gotówce, pokazała strome schody, po czym zgodziła się ze mną, że ciężka waliza poczeka na dole na męża, który poszedł był zaparkować i życzyła nam miłego pobytu.

Weekend na poddaszu z widokiem na ogród i tylną ścianę budynku przy sąsiednim kanale doprecyzował mi dość szybko potencjalne plany na przyszłość na tyle, że już wiem, że nie chcę mieć na własność kamienicy. Na samą górę nie dochodzi czasem gorąca woda, ba - czasem nie dochodzi woda w ogóle. Można oczywiście mieszkać niżej, ale do takiej sutereny niespecjalnie często zagląda słońce. I schody. Pierwszego wieczora i następnego poranka wbiegałam i zbiegałam po nich jak gazela. Wieczorem wracałam, odliczając każdy wąski, skrzypiący stopień i podpierając się o ścianę. Przyznaję jednak sama przed sobą, że to takie kwaśne winogrona, bo dalej fascynują mnie wielkie, rzadko zasłonięte okna, w które można zaglądać podczas spacerów wąskimi uliczkami. Wysokie pomieszczenia, często ze zdobieniami, stiukami i pięknymi żyrandolami. Mnóstwo zakarmarków - komórek pod schodami, drzwi tajemniczo odchodzących na półpiętrze w bok, pozwalających się zastanawiać, czy za ścianą jest już sąsiedni dom czy może jeszcze jeden pokój. I chyba najważniejsze - na kilka dni dostałam klucze od zabytkowych, choć nieco zacinających się, drzwi i z dumą chwilowej właścicielki mogłam do kamienicy wchodzić i z niej wychodzić.

Wybór hoteli w kamienicach nad kanałem jest spory, rozrzut cenowy również. Za pokój w małym hostelu czy pensjonacie bez śniadania można zapłacić już 60 euro za noc. Za apartament w bardziej luksusowo wyposażonym miejscu - około 200-300 euro. Warto jednak rezerwować noclegi wcześniej, bo popyt na łyk prawdziwego holenderskiego klimatu jest spory. O tym, że na urodziny Królowej, czyli 30 kwietnia, wszystkie miejsca są wyprzedane z półrocznym wyprzedzeniem, nie muszę chyba wspominać?

Następnym razem, żądna nowych wrażeń, planuję zamieszkać na barce, leniwie kołyszącej się na jednym z kanałów. Słuchać rozmów turystów, wracających nad ranem ze świata amsterdamskich uciech. Wypić poranną kawę na tarasiku z widokiem na któryś z mostów, tupiąc nogą, żeby odpędzić żebrzące o kawałek bułki kaczki.

Kilka adresów:

http://www.canalhouse.nl/
http://www.hotelamstelzicht.com/
http://www.hotelagora.nl/
http://www.booking.com/hotel/nl/canal-house-amsterdam.en.html

[Tekst "Noc w amsterdamskiej kamienicy" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Przeczytali mnie, Listy spod róży - Tagi: amsterdam, holandia - 0 komentarzy - Skomentuj


Nad kanałem

Wspaniałe miasto Amsterdam ma wiele różnych twarzy.

Dla setek tysięcy turystów najważniejszym miejscem jest Czerwona Dzielnica, gdzie nader skromnie odziane damy negocjowalnego afekty malowniczo wyginają się w oknach; czasem oświetlone są tylko ultrafioletowym światłem, dzięki czemu lepiej widać, jak skąpą noszą bieliznę. Dla chyba liczniejszej grupy, już bardziej zróżnicowanej w kwestii płci, mekką są niespecjalnie ładnie pachnące miejsca, myląco nazwane coffeeshopami, choć bynajmniej nie kawę się tam pija. Dla znawców sztuki są liczne, wspaniale wyposażone muzea, a dla mnie najważniejsze okazały się amsterdamskie kamieniczki.

Amsterdam to Wenecja Północy - miasto wąskich kanałów i kamiennych mostów (a także koślawych chodaków i rowerów). Któryś ze sprytnych monarchów wymyślił podatek związany z szerokością frontu kamienicy, stąd domy zamiast wszerz rozbudowywały się wgłąb i wzwyż. Długie i wąskie korytarze, częściowo zajęte przez wąskie schodki, ciągnęły się na kilkanaście metrów aż do ogrodów za posesją. Żeby wnieść do domu szerokie mieszczańskie meble, które nie mieściły się na wąskich schodach, na szczytach domów mocowano haki, za pomocą których do dziś wciąga się fortepiany czy inne trzydrzwiowe szafy i instaluje w mieszkaniu przez okno. O tym, jak wąskie bywają amsterdamskie kamieniczki, najlepiej można się przekonać, odwiedzając lokal przy kanale Singel pod numerem 7, gdzie front - zajęty całkowicie przez drzwi - ma około metra szerokości. Nie jest więc bardzo dziwną rzeczą, że po pierwszym spacerze wzdłuż kanałów zamarzyłam o tym, żeby zamieszkać w takiej kamienicy, a przynajmniej - jako że posiadane środki pozwalają mi na spędzenie miłego weekendu w kraju depresyjnego tulipana, ale nie na zakup nieruchomości tamże - spędzić w niej chociaż jedną noc. Okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe.

Oprócz poprawnych i nie różniących się od siebie hoteli znanych sieci, w Amsterdamie istnieją hotele, hostele i pensjonaty mieszczące się w klimatycznych XVI czy XVIII-wiecznych wnętrzach. Czasem na hotel przeznaczona jest cała budowla, przez co bywa ekskluzywniej i drożej, a w ofercie jest śniadanie, winda i stojaczek z ulotkami, czasem do wynajęcia jest kilka pokoi "przy rodzinie". Mój pierwszy weekend w Amsterdamie spędziłam w czystym i nijakim hotelu, z oknem wychodzącym na dachy i kominy. Na następny wypad jednak zarezerwowałam noclegi w wąskiej kamienicy nad Brouwersgracht. Przy rodzinie. Na początku odczuwałam pewne skrępowanie, bo władowałam się z walizą do czyjegoś domu, gdzie na ścianach przypięte były dziecięce rysunki, z kuchni dobiegał dźwięk sztućców, a w otwartych drzwiach do salonu leniwie rozkładał się puchaty kot. Holendrzy to jednak ludzie dość bezpośredni i asertywni, więc gospodyni wręczyła mi klucz, pobrała opłatę w gotówce, pokazała strome schody, po czym zgodziła się ze mną, że ciężka waliza poczeka na dole na męża, który poszedł był zaparkować i życzyła nam miłego pobytu.

Weekend na poddaszu z widokiem na ogród i tylną ścianę budynku przy sąsiednim kanale doprecyzował mi dość szybko potencjalne plany na przyszłość na tyle, że już wiem, że nie chcę mieć na własność kamienicy. Na samą górę nie dochodzi czasem gorąca woda, ba - czasem nie dochodzi woda w ogóle. Można oczywiście mieszkać niżej, ale do takiej sutereny niespecjalnie często zagląda słońce. I schody. Pierwszego wieczora i następnego poranka wbiegałam i zbiegałam po nich jak gazela. Wieczorem wracałam, odliczając każdy wąski, skrzypiący stopień i podpierając się o ścianę. Przyznaję jednak sama przed sobą, że to takie kwaśne winogrona, bo dalej fascynują mnie wielkie, rzadko zasłonięte okna, w które można zaglądać podczas spacerów wąskimi uliczkami. Wysokie pomieszczenia, często ze zdobieniami, stiukami i pięknymi żyrandolami. Mnóstwo zakarmarków - komórek pod schodami, drzwi tajemniczo odchodzących na półpiętrze w bok, pozwalających się zastanawiać, czy za ścianą jest już sąsiedni dom czy może jeszcze jeden pokój. I chyba najważniejsze - na kilka dni dostałam klucze od zabytkowych, choć nieco zacinających się, drzwi i z dumą chwilowej właścicielki mogłam do kamienicy wchodzić i z niej wychodzić.

Wybór hoteli w kamienicach nad kanałem jest spory, rozrzut cenowy również. Za pokój w małym hostelu czy pensjonacie bez śniadania można zapłacić już 60 euro za noc. Za apartament w bardziej luksusowo wyposażonym miejscu - około 200-300 euro. Warto jednak rezerwować noclegi wcześniej, bo popyt na łyk prawdziwego holenderskiego klimatu jest spory. O tym, że na urodziny Królowej, czyli 30 kwietnia, wszystkie miejsca są wyprzedane z półrocznym wyprzedzeniem, nie muszę chyba wspominać?

Następnym razem, żądna nowych wrażeń, planuję zamieszkać na barce, leniwie kołyszącej się na jednym z kanałów. Słuchać rozmów turystów, wracających nad ranem ze świata amsterdamskich uciech. Wypić poranną kawę na tarasiku z widokiem na któryś z mostów, tupiąc nogą, żeby odpędzić żebrzące o kawałek bułki kaczki.

Kilka adresów:

http://www.canalhouse.nl/
http://www.hotelamstelzicht.com/
http://www.hotelagora.nl/
http://www.booking.com/hotel/nl/canal-house-amsterdam.en.html

[Tekst "Noc w amsterdamskiej kamienicy" do Magazynu Business&Beauty, kwiecień 2011].

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek marzec 4, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Przeczytali mnie, Listy spod róży - Tagi: amsterdam, holandia - 0 komentarzy - Skomentuj


Półeczki, odsłona 2

Od kilku lat w kuchni egzystował wielofunkcyjny regał Onkel, który mieścił sterty czasopism, komiksów i książek. Zmiana ze starego na nowe nie oznaczała wprawdzie, że pozyskane 10 metrów bieżących jest puste i czeka na ochocze machanie kartą w księgarni, ale i tak bardzo mnie cieszą pozostałe jeszcze do zapełnienia półki.

Pozbierałam wreszcie wydawnictwa kulinarne, które chyba drogą pączkowania zapełniły trzy półki. Niestety, same nie gotują, ubolewam. Poza tym oczywiście powybierałam książki ładnie wyglądające i nieobciachowe, bo to w końcu kuchnia p.o. salonu, wiadomo (i tak się waham, czy dostawić obowiązkową w biblioteczkowym wnętrzarstwie serię klasyki z Gazety Wyborczej).

(To czarne we wzorek po prawej zniknie za czas jakiś).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 3, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Fotografia+ - - 8 komentarzy - Skomentuj


Półeczki, odsłona 2

Od kilku lat w kuchni egzystował wielofunkcyjny regał Onkel, który mieścił sterty czasopism, komiksów i książek. Zmiana ze starego na nowe nie oznaczała wprawdzie, że pozyskane 10 metrów bieżących jest puste i czeka na ochocze machanie kartą w księgarni, ale i tak bardzo mnie cieszą pozostałe jeszcze do zapełnienia półki.

Pozbierałam wreszcie wydawnictwa kulinarne, które chyba drogą pączkowania zapełniły trzy półki. Niestety, same nie gotują, ubolewam. Poza tym oczywiście powybierałam książki ładnie wyglądające i nieobciachowe, bo to w końcu kuchnia p.o. salonu, wiadomo (i tak się waham, czy dostawić obowiązkową w biblioteczkowym wnętrzarstwie serię klasyki z Gazety Wyborczej).

(To czarne we wzorek po prawej zniknie za czas jakiś).

GALERIA ZDJĘĆ.

Napisane przez Zuzanka w dniu czwartek marzec 3, 2011

Link bezpośredni - Kategorie: Czytam, Fotografia+ - - 8 komentarzy - Skomentuj