Menu

Zuzanka.blogitko

Ta ruda metalówa, co ma bloga o gotowaniu

Irena Obermannova - Dziennik szalonej mężatki

Wbrew moim podejrzeniom (i pewnie nie tylko, sądząc z notki na okładce), szybko okazało się, że tytułowa mężatka jednak jest naprawdę szalona, a nie że to taka radosna, jak to teraz młodzież mówi, krejzolka. Po kilkunastu latach burzliwego związku, rozpoczętego w okresie przemian i uzyskiwania czeskiej niepodległości, Ksenię zostawia mąż, samą z dwiema córeczkami, które też nagle przestał kochać tak z dnia na dzień. Po kolei wypalają jej się dotychczasowe prace - nie chcą jej w czasopiśmie dla pań ani nie chcą jej bajek, które pisała dla radia. Córki dorastają i wymagają uwagi. Ksenia usiłuje walczyć ze swoim szaleństwem, w swojej przeszłości szuka mężczyzny, który ją wyciągnie z otchłani coraz większej depresji. Co noc śni ten sam sen, z którego zawsze ratował ją mąż, którego już nie ma. Po nieudanej próbie samobójstwa trafia na oddział psychiatryczny. Wszystko jest oniryczne, zmyślone, przekolorowane i nierzeczywiste, jak to w bajkach Kseni, w których dziewica Uliana ratuje świat przed potworami. Realniejszy, chociaż też schizoidalny, jest dziennik Kseni sprzed 15 lat, z czasów, kiedy poznała męża i rodziły jej córki, świat silnych kobiet i pokrzywionych mężczyzn.

Inne książki tej autorki tutaj.

#35

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 9, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Irena Obermannova - Dziennik szalonej mężatki

Wbrew moim podejrzeniom (i pewnie nie tylko, sądząc z notki na okładce), szybko okazało się, że tytułowa mężatka jednak jest naprawdę szalona, a nie że to taka radosna, jak to teraz młodzież mówi, krejzolka. Po kilkunastu latach burzliwego związku, rozpoczętego w okresie przemian i uzyskiwania czeskiej niepodległości, Ksenię zostawia mąż, samą z dwiema córeczkami, które też nagle przestał kochać tak z dnia na dzień. Po kolei wypalają jej się dotychczasowe prace - nie chcą jej w czasopiśmie dla pań ani nie chcą jej bajek, które pisała dla radia. Córki dorastają i wymagają uwagi. Ksenia usiłuje walczyć ze swoim szaleństwem, w swojej przeszłości szuka mężczyzny, który ją wyciągnie z otchłani coraz większej depresji. Co noc śni ten sam sen, z którego zawsze ratował ją mąż, którego już nie ma. Po nieudanej próbie samobójstwa trafia na oddział psychiatryczny. Wszystko jest oniryczne, zmyślone, przekolorowane i nierzeczywiste, jak to w bajkach Kseni, w których dziewica Uliana ratuje świat przed potworami. Realniejszy, chociaż też schizoidalny, jest dziennik Kseni sprzed 15 lat, z czasów, kiedy poznała męża i rodziły jej córki, świat silnych kobiet i pokrzywionych mężczyzn.

Inne książki tej autorki tutaj.

#35

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 9, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2010 - 1 komentarz - Skomentuj


Irena Obermannova - Dziennik szalonej mężatki

Wbrew moim podejrzeniom (i pewnie nie tylko, sądząc z notki na okładce), szybko okazało się, że tytułowa mężatka jednak jest naprawdę szalona, a nie że to taka radosna, jak to teraz młodzież mówi, krejzolka. Po kilkunastu latach burzliwego związku, rozpoczętego w okresie przemian i uzyskiwania czeskiej niepodległości, Ksenię zostawia mąż, samą z dwiema córeczkami, które też nagle przestał kochać tak z dnia na dzień. Po kolei wypalają jej się dotychczasowe prace - nie chcą jej w czasopiśmie dla pań ani nie chcą jej bajek, które pisała dla radia. Córki dorastają i wymagają uwagi. Ksenia usiłuje walczyć ze swoim szaleństwem, w swojej przeszłości szuka mężczyzny, który ją wyciągnie z otchłani coraz większej depresji. Co noc śni ten sam sen, z którego zawsze ratował ją mąż, którego już nie ma. Po nieudanej próbie samobójstwa trafia na oddział psychiatryczny. Wszystko jest oniryczne, zmyślone, przekolorowane i nierzeczywiste, jak to w bajkach Kseni, w których dziewica Uliana ratuje świat przed potworami. Realniejszy, chociaż też schizoidalny, jest dziennik Kseni sprzed 15 lat, z czasów, kiedy poznała męża i rodziły jej córki, świat silnych kobiet i pokrzywionych mężczyzn.

Inne książki tej autorki tutaj.

#35

Napisane przez Zuzanka w dniu sobota październik 9, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Czytam - Tagi: panie, beletrystyka, 2010 - 1 komentarz - Skomentuj





Dlaczego mama gryzie syfon

Dużo się uczę ostatnio. Wydawało mi się, że mam niezłe pokłady cierpliwości i ze spokojem (i kreatywnie!) dam sobie radę z epoką "dlaczego". Zwątpiłam po wczorajszym kwadransie z trzylatkiem przy piaskownicy. Deski okalające były przymocowane plastikowymi śrubami i jedna śruba zniknęła. Posypujemy w okolicy dziury po śrubie z Majem deskę piaskiem (Maj) i dmuchamy (ja). Przypełzł trzylatek i pyta, dlaczego ta dziura. Wyjaśniam, że była zaślepka, ale nie ma. A gdzie jest? Nie wiem. Dlaczego? Bo mnie nie było, kiedy zniknęła. A gdzie byłam? Nie wiem, bo nie wiem, kiedy zniknęła. A dlaczego zniknęła? Może ktoś zabrał. Kto zabrał? Ty? Nie, nie ja. A kto? Może jakieś dziecko? Jakie dziecko? Nie wiem. A dlaczego nie wiesz? (poszłam na podły podstęp) Bo mnie tu nie było, ale może Twoja mama wie. (Trzylatek pognał do rodzicielki, ale wrócił szybko, za szybko). Mama mówi, że nie wie. I ty wiesz? Nie wiem, ale może leży gdzieś w piaskownicy, można poszukać (śruba, nie mama, mama siedziała na ławeczce i gwarzyła z koleżanką). A dlaczego? Co dlaczego? Dlaczego można poszukać? Bo nie ma. A dlaczego nie ma? A. A. A. Poproszę syfon.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 8, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj


Dlaczego mama gryzie syfon

Dużo się uczę ostatnio. Wydawało mi się, że mam niezłe pokłady cierpliwości i ze spokojem (i kreatywnie!) dam sobie radę z epoką "dlaczego". Zwątpiłam po wczorajszym kwadransie z trzylatkiem przy piaskownicy. Deski okalające były przymocowane plastikowymi śrubami i jedna śruba zniknęła. Posypujemy w okolicy dziury po śrubie z Majem deskę piaskiem (Maj) i dmuchamy (ja). Przypełzł trzylatek i pyta, dlaczego ta dziura. Wyjaśniam, że była zaślepka, ale nie ma. A gdzie jest? Nie wiem. Dlaczego? Bo mnie nie było, kiedy zniknęła. A gdzie byłam? Nie wiem, bo nie wiem, kiedy zniknęła. A dlaczego zniknęła? Może ktoś zabrał. Kto zabrał? Ty? Nie, nie ja. A kto? Może jakieś dziecko? Jakie dziecko? Nie wiem. A dlaczego nie wiesz? (poszłam na podły podstęp) Bo mnie tu nie było, ale może Twoja mama wie. (Trzylatek pognał do rodzicielki, ale wrócił szybko, za szybko). Mama mówi, że nie wie. I ty wiesz? Nie wiem, ale może leży gdzieś w piaskownicy, można poszukać (śruba, nie mama, mama siedziała na ławeczce i gwarzyła z koleżanką). A dlaczego? Co dlaczego? Dlaczego można poszukać? Bo nie ma. A dlaczego nie ma? A. A. A. Poproszę syfon.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 8, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 12 komentarzy - Skomentuj


Dlaczego mama gryzie syfon

Dużo się uczę ostatnio. Wydawało mi się, że mam niezłe pokłady cierpliwości i ze spokojem (i kreatywnie!) dam sobie radę z epoką "dlaczego". Zwątpiłam po wczorajszym kwadransie z trzylatkiem przy piaskownicy. Deski okalające były przymocowane plastikowymi śrubami i jedna śruba zniknęła. Posypujemy w okolicy dziury po śrubie z Majem deskę piaskiem (Maj) i dmuchamy (ja). Przypełzł trzylatek i pyta, dlaczego ta dziura. Wyjaśniam, że była zaślepka, ale nie ma. A gdzie jest? Nie wiem. Dlaczego? Bo mnie nie było, kiedy zniknęła. A gdzie byłam? Nie wiem, bo nie wiem, kiedy zniknęła. A dlaczego zniknęła? Może ktoś zabrał. Kto zabrał? Ty? Nie, nie ja. A kto? Może jakieś dziecko? Jakie dziecko? Nie wiem. A dlaczego nie wiesz? (poszłam na podły podstęp) Bo mnie tu nie było, ale może Twoja mama wie. (Trzylatek pognał do rodzicielki, ale wrócił szybko, za szybko). Mama mówi, że nie wie. I ty wiesz? Nie wiem, ale może leży gdzieś w piaskownicy, można poszukać (śruba, nie mama, mama siedziała na ławeczce i gwarzyła z koleżanką). A dlaczego? Co dlaczego? Dlaczego można poszukać? Bo nie ma. A dlaczego nie ma? A. A. A. Poproszę syfon.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 8, 2010

Link bezpośredni - Kategoria: Różne - - 12 komentarzy - Skomentuj


Jeden w przód, dwa w tył

Mogłabym podpisać się pod dzisiejszą notką Anny, że wszystko to kwestia oczekiwań. Walę głową w ścianę, wkurzam się, płaczę ze złości i bezradności, irytuję i padam na twarz, bo chcę czegoś więcej niż dostosować cały dzień do rytmu dziecka - wstać o 7, walcz^Wbawić się do 11, iść spać na dwie godziny, walcz^Wbawić się, spacerować, karmić i przewijać do 20, po czym przez 3 godziny udawać, że nie jestem matką, tylko że jestem sama dla siebie. Dni, kiedy bez żalu kładę się na podłodze i pozwalam Majowi po mnie skakać, kiedy chodzę za nią tam, gdzie ona chce, nawet jeśli to oznacza krążenie w kółko i zbieranie kawałków żwiru, są lepsze. Mniej stresujące. Weselsze. Ale ja się cała składam z oczekiwań. Czekam na wspólne pieczenie pierniczków. Na wydrążanie dyni. Na klejenie krzywych łańcuchów na choinkę. Na budowanie domów z klocków. Na wspólne czytanie. Na trochę prywatnego czasu dla siebie i nie, nie myślę tu o czasie, który będę spędzała w pracy. Na ciszę w głowie, podróżowanie bez konieczności uspokajania, uciszania, opowiadania, pozwalania na wkładanie palca do kasownika. Na samo podróżowanie bez konieczności lepienia maksymalnie dwugodzinnych tras bądź słuchania buntu i naporu z tylnego siedzenia. Dlatego burzę się wewnętrznie na to, że względny spokój mogę zyskać tylko schodząc na poziom wykładziny. Dalej tego nie umiem. Dalej mi źle z ciągle brudną, a przecież co chwila mytą, podłogą, koniecznością wkładania dziecka do łóżeczka, żeby pozwoliło na posortowanie prania (a dziecko jakoś tego nie lubi), z zabieraniem mi każdego przedmiotu i rzucaniem go w kąt po sekundzie, kiedy już go nie mam w rękach. I źle mi, że nie mam siły zrobić sobie rano makijażu, a lakier na paznokciach miałam ostatnio pod koniec sierpnia, nie wspominając o tym, że co dwa dni wyjmuję z szafy żakiet, patrzę na niego ze smutkiem, wieszam z powrotem i zakładam polar, bo na cholerę żakiet do piaskownicy (a jak się założy na chustę, to wyglądam, jakbym miała garb, nie żeby w polarze nie było inaczej).

A najgorzej jest, gdy okazuje się, że mam okazję zrobić coś, na co mam ochotę. Tyle że wtedy już nie mam na nic chęci. Palce, piasek, grawitacja.

Po czym wraca z pracy TŻ i pokazuje mi radosną rozczochraną blond szczeżuję, która stoi z ramionkami odgiętymi do tyłu i szykuje się do kolejnego skoku na moje kolana ("So what if you catch me, where would we land? ") i pyta, czy to przez nią jestem zła i smutna. I coś w tym jest, że wystarczy jeden uśmiech.

Napisane przez Zuzanka w dniu piątek październik 8, 2010

Link bezpośredni - - 0 komentarzy - Skomentuj